Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Airov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Airov. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2019

Od Ktosicka

Obudziły ją ciepłe promienie słońca prześlizgujące się po jej futrze. Drobinki kurzu unosiły się lekko w powietrzu, spokojne i niczym nie poruszone, dlatego też wilczyca odniosła wrażenie, że wszystko stoi w miejscu. Jeszcze przez chwilę leżała na grzbiecie, wpatrzona w malutkie, rozświetlone kuleczki, aż w końcu zerwała się na równe łapy i wyszła z jaskini, mącąc przy tym stęchłe powietrze.
Nic, naprawdę nic nie zapowiadało tego, co już niebawem miało się stać. No, może i były jakieś wskazówki, ale ona nie przejmowała się nimi zbytnio, bo jej optymistyczna natura kazała patrzeć w przyszłość z szerokim uśmiechem. Zresztą... nawet jeśli, to przecież nic aż tak wielkiego. Dlaczego wszyscy wydawali się spięci tym, co miało nadejść? A może tak naprawdę nie zdawali sobie z tego sprawy? No bo przecież kto spodziewa się, że jego dotychczasowe życie legnie w gruzach?
Potrząsnęła łbem, jej futro zafalowało, a impet tego ruchu sprawił, że zatoczyła się  i usiadła na zadzie, ledwo odnajdując w sobie siły, żeby nie runąć pyskiem na ziemię. Klapnęła językiem i omiotła ognistym spojrzeniem rozciągający się przed nią teren, jakby w całości należał do niej. Wokół jej łap tańczyły płomienie.
– Cześć, In – mruknął jakiś chrapliwy głos, a ona nie musiała się odwracać, aby wiedzieć kto to. Już od pewnego czasu czuła jego zapach, a on nie robił nic, aby go ukryć.
– Siemka, tatku. 
Skrzywił się lekko, ale nic nie odpowiedział. Usiadł obok niej, zgarbiony, zamyślony. Nie mieli dużo do roboty; jedyne, co zaplanowali, to ten krótki spacer. Nigdzie im się nie spieszyło, humory też mieli nie najgorsze, więc przeciągali moment, w którym ten ostatni raz przyjdzie im się pożegnać.
Kwiaty przygotowała już wcześniej, różnokolorowe, bo dobrze pamiętała, że Hesher je lubił. Postanowiła, że dla mamy zapali jeden ognisty, taki, który będzie płonął jeszcze przez długi, długi czas, możliwe, że do jej własnej śmierci. 
Harbinger uniósł brwi w niemym pytaniu, a ona przez moment wpatrywała się w niego uparcie, jakby przed podaniem odpowiedzi przypomniała mu, że przy tej ostatniej okazji ma się uśmiechnąć, dla nich. Ona przywdziewała uśmiech już od rana – taki, jaki najbardziej do niej pasował: szeroki, nieco szalony, który widać było nawet w jej płomiennych ślepiach. Basior znów posłał jej to spojrzenie, które pytało: Idziemy?
Ostatni głęboki wdech. 
Idziemy.
Drzemiący w jej żyłach ogień buchnął na cały świat.

❉ ❉ ❉

Inverness od dawna wiedział, że jest na tym świecie sam. Nie chodziło tu jednak o to, że wokół nie ma ani jednej duszy – bo są, należy w końcu do watahy – lecz o to, że nikt go tak naprawdę nie kocha. Od szczeniaka darzył rodzinkę ciepłym uczuciem, jednak nic to nie dało, bowiem nadal czuł się odrzucony, jakby od zawsze był gdzieś z boku, jakby omijało go to wszystko, czego pragnął z ich strony. I właśnie teraz, siedząc wśród gałęzi i liści, wśród pięknie pachnących pąków kwiatów, rozmyślał o tym, jak bardzo chciałby mieć przy sobie pewnego basiora, którego futro było jednocześnie czarne i tęczowe, i którego nie widział już parę ładnych lat.
Przymknął oczy i wypełnił płuca słodkim zapachem kwiatów, które na pewno spodobałyby się Crendanowi. Z jego gardła wydobył się niski pomruk, ni to parsknięcie, ni mruknięcie. Wyglądał na znużonego całym zamieszaniem, które rozgrywało się wśród członków watahy już od jakiegoś czasu; wilki szeptały do siebie – z niedowierzaniem, a może i lekkim przestrachem – o rzekomym zamknięciu WSO i choć Inverness udawał niewzruszonego, tak naprawdę zabolało go to, że być może straci wszystko, co do tej pory miał.
Uchylił prawą powiekę w momencie, w którym parka truchtająca obok jego drzewa nagle ucichła, a w powietrzu rozniósł się zapach krwi i Airova. Inverness nie ruszał się, aby nie zwracać na siebie uwagi, choć dobrze wiedział, że i tak jego zapach już dawno go ujawnił. Przyjrzał się brnącemu przed siebie alfie, podziwiając jego wyćwiczone, pewne siebie ruchy. Nie wiedział, co lub kogo zabił basior, lecz metaliczna woń czyjejś posoki tworzyła namacalną wręcz chmurę wokół niego; Inverness czuł również niewyobrażalne napięcie, gniew, ze wszystkich sił tłumiony pod skórą, jakby alfa bał się, że gdy tylko pozwoli mu wyjść na powierzchnię, zabije jeszcze kogoś.
Przez myśl przeszło mu, że chociaż podziwiał aktualnego alfę i darzył go sporym szacunkiem, nigdy nie udało mu się nawiązać z nim bliższej relacji. Trochę tego żałował. Może dlatego nie mógł teraz oderwać wzroku od niego i wilków, które usuwały mu się z drogi.
Czarne niczym bezgwiezdna noc futro basiora znów przywiodło mu na myśl Crendana, za którym tęsknił przez każdą sekundę swojego życia i o którym nie wiedział już nic.
Ciekawe, jakby teraz wyglądał? Jakby się zachował? Rozpoznałby go?
Inverness westchnął głucho i z wątpliwą gracją zeskoczył z drzewa, a potem ruszył za alfą, tylko po to, aby powiedzieć mu, że niezależnie od jego decyzji wie, że nie ma innego wyjścia.
Może chciał ostatni raz z nim porozmawiać, może był też odrobinę ciekawy, dlaczego jego futro było umorusane we krwi. Może chciał sprawdzić, czy alfa w ogóle będzie wiedział, że istnieje.
Szedł krętą ścieżką przed siebie, jego futro mieniło się w blasku popołudniowego słońca, a obok niego tętniło życie.

❉ ❉ ❉

Ze snu wyrwały go koszmary, głębokie, ciemne, oplatające go całego i spychające w dół jego świadomość. Widział obrazy, których widzieć nie chciał; wspomnienia, o których tak bardzo pragnął zapomnieć, lecz których zapomnieć się nie odważył. Jeszcze przez długi czas po przebudzeniu cały się trząsł.
Naprawdę nie chciał kończyć tego, co przed latami zaczęła Taravia. Siedział teraz na jednym ze skalnych wzniesień i omiatał wzrokiem góry, które dziedziczyły imiona władców. Jedna z nich nosiła nawet jego imię, co teraz wzbudzało w nim smutek. Miał świadomość, że zawiódł – Kesame pokładała w nim swoje nadzieje, a on pozwolił, by WSO, jego rodzina, powoli się rozpadała. Od wielu dni zadawał sobie pytanie, czy mógł temu zapobiec, a odpowiedź za każdym razem bolała równie mocno.
Słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, on wdychał słodki zapach kwiatów rosnących gdzieś obok, a świat napierał na niego i jego zmysły, siejąc mu mętlik w głowie. Pomimo bólu pod czaszką cieszył się, że coś nie pozwala mu myśleć.
A mimo to wciąż widział obrazy swoich rodziców i braci, rozmazane, jakby ukryte we mgle. I Kesame, Roki, Harbingera, Fasolę; wszyscy wirowali wokół niego, półprzeźroczyści, niczym duchy przeszłości szepczące gdzieś nad jego uchem. Warknął i zacisnął powieki, potrząsnął łbem, trochę tak, jak gdyby mógł tym ruchem otrzepać się ze wszystkiego, co nagromadziło się w nim przez lata. Siedział tak jeszcze długo, naprawdę długo, zamknięty w swoim świecie, gdzie kolory mieszały się z zapachami, a kształty miały smak, bo bał się, że gdy tylko otworzy ślepia, będzie musiał wyjść i spojrzeć tym wszystkim wilkom w oczy. Od dawna nie czuł takiego strachu; paraliżował całe jego ciało, zaciskał na nim swoje obleśne łapska i nie pozwalał mu na nic.
Do Centrum dotarł dopiero na drugi dzień. Widział tłum – już nie tak wielki, jak kiedyś – i kiedy przemawiał, strach wepchnął głęboko w głąb siebie.
Airov nie był tym, który założył WSO. Nie był tym, który rządził w latach świetności tej watahy. Nie był nawet prawdziwym dziedzicem. I wiedział, choć wiedza ta parzyła jego duszę, że będzie tym, który to wszystko zakończy. 

28 czerwca 2019

Od Airova CD Fasoli

Wadera przez moment wpatrywała się we mnie z dziwnym przejęciem, które dotknęło mnie do żywego. Szmaragdowe oczy wywiercały we mnie malutkie dziurki przez niecałą sekundę – wystarczyło to jednak, bym poczuł się dziwnie niepewnie.
Odwróciła wzrok w momencie, w którym ja również spojrzałem gdzieś w bok, na gęste krzaki, które leniwie kołysały się na wietrze. Chłodny wiatr, nie mocny, lecz przenikający bezwzględnie przez futro. Dziś wiało z północy.
– Wybacz mi dzisiejsze roztargnienie – odchrząknąłem i uśmiechnąłem się ciepło, skutecznie rozwiewając skrępowanie, które zaległo pomiędzy nami niczym gęsta mgła. Z doświadczenia wiedziałem, że nie mogę dopuścić do sytuacji, w którym wypełniłoby ono nasze umysły. 
– Nic się nie stało, Panie Alfo. 
Mój uśmiech się pogłębił, przez co zielonkawa skóra na policzkach wadery przybrała nieco cieplejszy odcień. 
– Do twarzy ci z takim rumieńcem – dodałem półgłosem, choć od razu tego pożałowałem. Nie powinienem, to nieprofesjonalne. 
Szkoda, że pokusa była tak silna. 
Tak naprawdę w tamtym momencie ją zatkało. Wstałem i bez słowa odszedłem na parę kroków, pozostawiając jej przestrzeń do swobodnego poukładania myśli w głowie. Nie naciskałem, nie narzucałem się. Tak naprawdę Fenrir jeden wie, co sam wtedy czułem. 
Nie powinienem. 
– Wybacz, to było głupie – zaśmiałem się, ukrywając zażenowanie swoim zachowaniem. Również się uśmiechnęła, jednak zebranie jakichkolwiek słów zabrało jej kilka sekund więcej, niż powinno.
– To drugi raz, kiedy prosisz mnie o wybaczenie.
Podświadomie czekałem, aż doda to swoje sarkastycznie brzmiące "Panie Alfo", jednak to nie nastąpiło. Uniosłem brew, lecz zaraz potem przybrałem zwyczajną, rozluźnioną postawę, do której tak przywykłem. 
– Wiesz, to przez roztargnienie - zacząłem i kontynuowałem widząc, że zainteresował ją podjęty właśnie temat. – Ostatnio dużo się działo. 
– Ostatnio? – Prychnęła. Miała rację, nie tylko ostatnio. – Ciągle dużo się dzieje.
– Masz rację. – Chwila przerwy. Wziąłem głębszy wdech, a zimne powietrze wypełniło w całości moje płuca; czułem to dziwne ukłucie mrozu, ale też zapach kwiatów i zbliżającej się wiosny. 
Widziałem, że Fasola chce podjąć temat na nowo. Widziałem również, że jest ciekawa, o czym mówię dokładnie; tyle, że chyba wolałem na razie uniknąć odpowiedzi. Może przez to, że nie była to odpowiednia chwila, może przez to, że ktoś mógłby nas podsłuchać, a może najzwyczajniej w świecie przez to, że nie chciałem sam przed sobą przyznać, że poniosłem porażkę jako alfa. Zapomnienie o niej nie będzie taką prostą sprawą.
Znów odchrząknąłem, zbierając na język słowa, które wcześniej obecność Fasoli rozsypała. Znów wciągnąłem jej zapach, zielony jak ona cała.
– Lubisz wiosnę? - Zapytałem, widząc wyraźnie, jak ona sama skrupulatnie zbiera wyrazy, układając je obok siebie na kupce, którą zaraz miała sypnąć mi w oko. Otworzyła pysk, ale znów ją ubiegłem, znów obracając poukładane zdania w popiół. – Oczywiście, że lubisz – uniosłem zawadiacko brew, pozwalając sobie na moment rozluźnienia, na chwilę jakby pijackiego bełkotu, który nie miał sensu, ale który był dziwnie odprężający. – Jesteś Fasolą, na wiosnę się rozwijasz. 
Jej wzrok był zaintrygowany, lecz nie zdradzał mi tyle, ile chciałbym, aby zdradzał. Na moment odwróciła wzrok i choć doskonale wiedziałem, że po prostu chce przerwać kontakt wzrokowy, dałem jej na to czas. Czekałem na odpowiednią chwilę, kiedy wypuściła powoli powietrze z płuc, tworząc niewielki obłoczek ciepłej pary. 
– Mam rację?

Fasolo? Troszkę się pobawiłam ich relacją ♥

20 marca 2019

Od Airova CD Fasoli


Tak naprawdę nie wiedziałem, po co tam przyszedłem. Chciałem ją zobaczyć, upewnić się, że wszystko jest w porządku, po tym, jak w mgnieniu oka ulotniła się z biblioteki.
Mój wzrok automatycznie podążył ku leżącej na ziemi księdze - lekko podniszczonej, lecz wyglądającej na całkiem porządną. Tkwiła w kącie pokoju, z grzbietem wygiętym w górę, jakby ktoś rzucił nią w ścianę w przypływie złości. Uniosłem na ten widok brwi, lecz Fasola uparcie milczała; kiedy zaś chciałem podejść, by odczytać wygrawerowany napis (zapewne będący tytułem), ona drgnęła - tak, jakby miała zaraz zerwać się z miejsca i zwędzić mi książkę sprzed nosa. Mimo tego pozostała na swoim miejscu i jedynie odchrząknęła znacząco, co utrwaliło mnie w przekonaniu, że lepiej będzie, kiedy jej sekrety pozostaną jej sekretami. Zachowywała się dziwnie, ale tak naprawdę ostatnio wszystko stało się nieco dziwniejsze niż zwykle.
Czułem, jak omiata mnie spojrzeniem, a kiedy odwróciłem się do niej i skupiłem na szmaragdowych oczach, ona uciekła wzrokiem. Poruszający się mięsień pod skórą na policzku zdradził zaciśnięcie szczęk. Odchrząknąłem, przerywając ciszę splątaną znakami, których wolałbym nie interpretować.
- Możesz mówić mi Airov - uśmiechnąłem się ciepło, aby dodać jej nieco otuchy. Zwykle wystarczało to na stopienie pierwszych lodów, jednak tym razem nie bylem pewny, czy stoi pomiędzy nami lodowa ściana czy już zupełnie nic.
- Dobrze - skwitowała cicho, ale pewnie. Wciąż wyglądała, jakbym był duchem, a nie zwykłym okaleczonym wilkiem.
- Co do tamtych słów - zmarszczyłem brwi - większości nie słyszałem. Nie martw się.
Kłamstwo. Albo i nie. Jeśli tak, to całkiem dobre, sądząc po tym, jak Fasola się rozluźniła. Sam już nie wiedziałem, co było wypowiedziane przez nią, a co dopowiedziane jedynie przeze mnie. Poplątałem się w słowach i myślach, lecz nie dawałem tego po sobie poznać - pozorny spokój jest kluczem do sukcesu.
Zaległa cisza, którą należało przerwać. A, jak wiadomo, najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze.
- Robi się coraz zimniej, więc uważaj, kiedy następnym razem będziesz szła do biblioteki. Może złapać cię śnieżyca.
Po tych słowach najzwyczajniej wycofałem się do wyjścia; już z tego miejsca czułem chłodne powietrze przedostające się do środka przez szczeliny.
- Będę uważać.
Kątem oka widziałem jak otwiera pysk, by coś jeszcze dodać, lecz zaraz zamyka go i jedynie obserwuje mnie z pozornym uśmiechem wymalowanym na pysku.
- Do zobaczenia więc.
Skinąłem w jej stronę łbem, żegnając się uprzejmie, a potem wyszedłem na mroźne powietrze, które owiało mnie z każdej strony.

Każdemu kolejnemu krokowi towarzyszył charakterystyczny dźwięk: ten, który rozbrzmiewa, gdy depcze się po zmarzniętej ziemi. Cały świat osnuty był już zimową aurą, która stawała się jeszcze bardziej wyrazista przez unoszącą się z każdym wydechem parę. Przymknąłem oczy, wsłuchując się w dźwięk zimy. Później przyspieszyłem, wolny krok zamienił się w trucht, a oddech nieco przyspieszył. Obserwowałem okolicę i choć nie była to moja zmiana, z przyzwyczajenia zwracałem uwagę na całe otoczenie: kręcące się wokół wilki, niektóre kłaniające mi się, inne zdające się mnie nie zauważać; nieliczną zwierzynę, głównie małe gryzonie, które czmychały na mój widok pod niskie iglaki. Nasłuchiwałem, doglądałem. Rutyna.
Własnie dlatego od razu wychwyciłem szmer za mną. Zbliżał się powoli, miarowo, ale spokojnie, bez żadnych podchodów. Wyczułem zapach, a po chwili usłyszałem głos, zielony jak wszystko inne w tej waderze.
- Właściwie to mam jeszcze jedną sprawę.
Skinąłem łbem, właściwie ciesząc się na jej widok. Była całkiem sympatyczna, a na pewne kwestie można przecież przymknąć oko.
- Zamieniam się w słuch.

Fasola? 
Ani to długie, ani ambitne, ale bezkręgowce mnie wzywają .-.

14 marca 2019

Od Airova CD Roki


Wadera pożegnała się pospiesznie dokładnie w momencie, w którym słońce zawisło w najwyższym punkcie swojej wędrówki. Oświetlało świat bladymi, zimowymi promieniami i przez to nadawało mu pewnego mistycyzmu; natura zatrzymała się na granicy jesieni z zimą.
Airov znów jedynie wpatrywał się w kołyszący się na boki ogon wadery, kiedy ta odchodziła. Tak naprawdę nie mógł zrobić nic, więc jedynie czekał, aż medyk skończy, a potem - pożegnawszy go z uśmiechem i podziękowawszy - wyszedł na chłodne powietrze. Zanurzył się w świetle dnia całym sobą, jakby wpadał do wody; uświadomił sobie, jak bardzo czuć było u medyka zioła i jak bardzo brakowało mu tej świeżości, którą teraz się napawał.
Bandaż ponoć potrzebny nie był, co ani trochę nie zdziwiło Airova. Rana została odkażona i sklepiona - teraz jedynie czuł lekkie naprężenie w okolicy łuku brwiowego, nieco irytujące, ale dające o sobie zapomnieć.
Wziął głęboki wdech i ruszył powoli w kierunku swojej jaskini, zastanawiając się nad miejscem, w które tak pilnie udała się jego towarzyszka.

Widząc ją z obcym basiorem poczuł zdziwienie, choć przecież nie było to nic nadzwyczajnego. Ogarnęła to jakby lekka zazdrość, ale zaraz doprowadził się do porządku i uczucie to zniknęło. Airov nie wiedział nawet jak znalazł się naprzeciwko dwójki wilków. Nie szukał Roki, bo nie chciał być nachalny; poza tym rozumiał, że każdy ma swoje prywatne sprawy, które należy załatwić o określonej porze czy w określonym dniu. Uśmiechnął się uprzejmie i przeprosił za najście. Od razu zawrocił, lecz został zatrzymany. Spojrzał w kierunku wadery, która wydała mu się lekko zawstydzona.

Roki?

11 marca 2019

Od Airova cd. Roki


Basior początkowo jedynie wpatrywał się w odchodzącą waderę. Nie za bardzo chciało mu się iść ze zranieniem do medyka, jednak znał Roki na tyle, żeby wiedzieć, że w tej sytuacji się nie ugnie. Zmarszczył brwi i, skrywając błądzący po pysku uśmiech, ruszył do przodu. Strużka krwi spływała z łuku brwiowego i barwiła na czerwono postrzępiony oczodół wilka. Drugie oko rozglądało się ukradkiem po sali, chcąc ustalić przyczynę całego tego zamieszania; nic jednak nie wychwyciło, więc basior chwilowo postarał się o tym zapomnieć. Nie uważał, by było to coś w rodzaju zamachu na niego, bo kto, chcąc zranić alfę, przewracałby zwykły regał?
Niechętnie sunął za żwawo poruszającą się wilczycą, mając cichą nadzieję, że uda mu się wymigać od nieprzyjemnych procedur.
- Roki - zaczął spokojnie, doganiając ją i zrównując z nią krok. - Przecież wiesz, że to nic takiego.
- Może wdać się zakażenie - mruknęła cicho, nie patrząc w jego stronę. Airov wiedział, a bardziej czuł, że coś zaprząta jej myśli.
- Hej, to nic takiego... - wyszeptał i zatrzymał ją, wysuwając łapę. Skupiła się na nim, na jego czerwonej tęczówce, więc wykorzystał tę okazję i uśmiechnął się ciepło. - Nic mi nie jest. To zwykły wypadek, nie masz się czym martwić.
- Po prostu chcę to sprawdzić - wytłumaczyła. Uśmiech Alfy pogłębił się, stając się jeszcze bardziej przekonujący i uspokajający.
- Nie musisz się o mnie martwić - powtórzył i doskoczył do niej, przygryzając końcówkę jej ucha.
Obraz lekko mu się zamazywał; wydawał się pokryty cieniutką warstwą czerwonej farby, lecz nie przeszkadzało mu to w normalnym funkcjonowaniu.

Roki?

10 lutego 2019

Od Airova cd. Fasoli


Kolejny dzień, kolejne obowiązki. Mimo rutyny nie byłem znudzony – wręcz podobało mi się rządzenie, wydawanie poleceń i pomaganie. Byłem alfą, którego WSO potrzebowało, a ja potrzebowałem całej tej zgrai wilków, dzięki którym czułem, że jestem, że żyję.
Otwarłem oczy o wschodzie słońca, właściwie jeszcze chwilę przed momentem, w którym ognista kula wyłoniła się zza horyzontu. Tym razem obyło się bez koszmarów, więc od rana towarzyszył mi dobry humor; mięśnie nie bolały od rzucania się przez sen, oczy nie były tak przekrwione, jak zwykle. Wyprostowałem się i ziewnąłem, kłapiąc przy tym zębami i oblizując zeschnięte wargi. Zająłem się tym, czym musiałem, nie martwiąc się zupełnie o nic. Świat bez koszmarów był kolorowy i jakby bardziej wyrazisty.
Uśmiechnąłem się ciepło, kiedy do mojej jaskini weszła Roki. Jej roześmiane oczy wydawały się rozjaśniać pomieszczenie. Słońce było mniej więcej w jednej trzeciej drogi na nieboskłonie.
– Cześć, Airov – zaczęła, a potem podjęła jakiś temat, który rozumiałem tylko w połowie. Co jakiś czas kiwałem głową i wtrącałem swoją kwestię, nawet nie do końca wiedząc, kiedy podjęliśmy decyzję o wspólnym spacerze. Czas zdawał się płynąć nieco inaczej, niż tego oczekiwałem. – Może pójdziemy do biblioteki? – zapytała w końcu, błądząc wzrokiem gdzieś po koronach drzew. Znów się zgodziłem, wiedząc, że nigdzie mi się nie spieszy.
Szliśmy wolnym krokiem, rozkoszując się ciepłym wiatrem i ostatnimi promieniami jesiennego słońca.
– Po co idziemy do biblioteki? – zagaiłem, chcąc wypełnić ciszę, która na moment zaległa pomiędzy nami. Odpowiedziała, że musi sprawdzić pewną kwestię w pewnej księdze, uśmiechając się przy tym tajemniczo i w pewien sposób uroczo, przez co zaśmiałem się cicho i przyspieszyłem; po chwili oboje biegliśmy krętą ścieżką, co jakiś czas obijając się o siebie i przeskakując nad kanciastymi kamieniami czy powalonymi przez ostatnią wichurę pniakami.
Kiedy wchodziliśmy do biblioteki, słońce zawisło w swoim najwyższym punkcie, informując, że już południe. Od razu uderzył w nas żółty zapach starych ksiąg, jakże charakterystyczny dla tego miejsca. Przymknąłem oczy, pozwalając, by wypełnił całe moje płuca. Roki w tym czasie zdążyła wypatrzeć na półce jedną z interesujących ją ksiąg i teraz podchodziła do niej płynnym krokiem; wydawało się, że płynie w powietrzu. Wpatrywałem się w nią przez moment, a później podszedłem bliżej, by móc odczytać przetarty tytuł na grzbiecie tomu. Nazwę skojarzyłem, choć nadal nie wiedziałem, co skrywa wnętrze – kojarzyłem nazwy sporej liczby wszelkich książek, tych starych i tych współczesnych, popularnych. Zwykle brałem udział w ich rozładunku czy po prostu kontrolowałem to, co znajduje się w bibliotece. Usiłowałem sobie przypomnieć coś więcej o tym konkretnym egzemplarzu, ale pamięć płatała mi w ów momencie figle.
– Muszę znaleźć kilka informacji – wyjaśniła, a strony w księdze przewracały się jedna za drugą. Źrenice wadery przesuwały się w lewo i prawo, lewo i prawo, aż w końcu zatrzymały się na jednym fragmencie i przez moment tkwiły nieruchomo.
Stałem obok i zdecydowałem się nie przeszkadzać, więc jedynie przyglądałem się całemu procesowi od boku.
– O, mam! – mruknęła radośnie pod nosem, a jej ogon zakołysał się nieznacznie. Zbliżyłem się do niej i położyłem pysk na jej karku, wpatrując się w kartkę. Odsunęła się i uszczypnęła mnie zadziornie w ucho, przypominając tym samym szczenięce lata, kiedy to bawiliśmy się tak znacznie częściej.
Uśmiechnąłem się nonszalancko i odsunąłem o krok, oddając jej swobodę ruchów.
– Pomożesz mi znaleźć jeszcze jedną.
Tym razem prowadziłem ja. Wiedziałem, gdzie może znaleźć księgę, której szukała, bo nie był to pierwszy raz, kiedy z niej korzystała. Tyle, że tym razem zmieniła położenie; widziałem, jak bibliotekarka przenosiła ją ostatnio na jeden z wycofanych regałów. Roki posłusznie podążała za mną, opowiadając o pewnym eliksirze, który ostatnio wytworzyła.
– Fasola? – zapytałem z uśmiechem, widząc, jak pospiesznie odkłada skórzany tom na półkę. – Co ciekawego czytałaś?
Roki wyjrzała zza mojego ramienia i wręcz czułem, jak uśmiecha się na widok zielonkawej wadery.

Moje piękne panie? <3

|| następna część ||

5 lutego 2019

Od Airova cd. Fasoli


– Może pomogę w poszukiwaniach? – zaproponowałem, a uśmiech wciąż nie znikał z mojego pyska.
Fasola – swoją drogą bardzo oryginalne imię, które przyciągało samym swoim brzmieniem; prostotą i oryginalnością jednocześnie, bo przecież nigdy jeszcze nie spotkałem wilka, który nosiłby tak prozaiczne imię, jak fasola – odwzajemniła tę uprzejmość i skinęła lekko głową, dając tym samym sygnał, że z chęcią przyjmie moją pomoc. Ruszyliśmy do przodu. Znałem te ziemie na tyle, aby wiedzieć, gdzie znaleźć najlepsze miejsce na zamieszkanie. Cisza przeciągała się i towarzyszył nam jedynie cichy takt wybijany przez nasze kroki, głuche uderzenia o suchy żwir.
– Skąd takie oryginalne imię, jeśli mogę zapytać? – zagaiłem, chcąc jakoś przerwać ciążącą nad nami ciszę. Nigdy nie byłem fanem hałasu, a brak rozmowy nie był czymś, co by mnie krępowało, jednak teraz uznałem za stosowne się odezwać. Wyczuwanie napięcia innych wilków to całkiem przydatna umiejętność.
Na początku nie odpowiedziała, choć wyłapałem w jej oku pojedynczą iskierkę; tajemniczy błysk, który miał sprawić, że zapragnę tej wiedzy, choć przecież jej nie potrzebowałem.
– Nie ma oryginalnej historii – odparła wymijająco, niemal nonszalancko, nie zwalniając kroku. Skwitowałem to niskim pomrukiem zrozumienia, skupiając wzrok na krętej ścieżce i kołyszących się na wietrze liści.
Na pozór świat wydawał się spokojny, choć przecież tysiące zwierząt w pobliżu szykowało się na nadejście zimy. Gdy tylko skupiło się wzrok na konkretnym punkcie, zaraz dostrzegało się ruchome elementy lasu, skomplikowanej machiny; wszystko współdziałało ze sobą, zazębiało się i uzupełniało, a mnie pochłonęła ta niesamowita organizacja tak bardzo, że następnego pytania nie zadałem, pozwalając ciszy pomiędzy nami trwać. I wydawało mi się, że żadnemu z nas to nie przeszkadzało.

– To całkiem przyjemna okolica – skwitowałem, przechodząc pod jedną z zawieszonych nisko gałęzi. Fasola nie musiała się schylać, ja za to co jakiś czas obrywałem po uszach pomniejszymi gałązkami, nie przejmując się tym za bardzo. Uśmiechnąłem się w stronę wadery niczym wytrawny agent nieruchomości, przepuszczając ją przed siebie.
Wokół było zielono. Pomimo czającej się za rokiem zimy było zielono, soczyście i jakby ciepło, choć to ostatnie było zapewne zwykłym złudzeniem; wiatr wiał bowiem nieprzerwanie, mierzwiąc futro i ochładzając powietrze coraz bardziej. Tak, za kilkanaście dni na pewno zacznie padać śnieg.
– Jest jakiś kruczek?
– Oprócz upierdliwego alfy? Raczej nie.
Nie zaśmiała się na głos, lecz znów uśmiechnęła ciepło, a ja to doceniłem. Jeszcze przez chwilę rozglądaliśmy się na boki, powoli i bez pośpiechu, bo właśnie taka aura tu panowała. Spokój w nieruchomych iglakach, spokój w pokrytej szronem ziemi, spokój w kłębkach wydychanej przez nas pary. Czułem, jak co jakiś czas rzuca mi ukradkowe spojrzenie, lecz było to zupełnie normalne, więc po prostu kontynuowaliśmy, przechodząc pomiędzy alejką karłowatych krzaków. Widziałem, jak wprawnym okiem ocenia rośliny i wręcz byłem pewny, że je ocenia, tak jak ja oceniałem nowo poznane wilki.
Znajomy głos usłyszałem dopiero później, kiedy zdążyliśmy zmienić trasę kilkanaście razy, lawirując pomiędzy krętymi strumykami i pniami o grubej korze. Oprowadzałem waderę i opowiadałem jej o tym, co wiedziałem, nie zdradzając szczegółów, które mogłyby w jakikolwiek sposób zaszkodzić jej lub watasze. Głosem okazała się biegnąca w naszą stronę Roki, jak zwykle z kącikami ust uniesionymi wysoko. Jej jasne oczy wydawały się błyszczeć i na ich widok nie byłem w stanie powstrzymać uśmiechu, który sam cisnął mi się na pysk.
– Fasolo – odezwałem się w stronę stojącej obok mnie wilczycy, która teraz przyglądała się nadbiegającej sylwetce. Nie wydawała się podejrzliwa czy też spięta, wręcz przeciwnie: stała pewnie na łapach i zdobyła się nawet na uprzejmy uśmiech, aby powitać nieznajomą. Przez głowę przemknęła mi myśl, że musi czuć się przy mnie względnie bezpiecznie. Cóż, to bardzo dobrze. – Oto Roki. Roki, to Fasola, nowa członkini.
Wymieniły uprzejmości, które wymienia się na początku znajomości, starając się nie powiedzieć nic głupiego i zapamiętać imię współrozmówcy. Ja tymczasem wsłuchiwałem się w ćwierkot ptaków, zapewne jeden z ostatnich koncertów przed zimą. Tym razem miał ciepłą barwę, a przez to dźwięki były słodkie, różowe, rozlewały się po całym ciele przyjemnym poczuciem ukojenia. Gdyby nie okoliczności, zapewne na moment pozwoliłbym sobie na zamknięcie oczu i wyciszenie, które potem przerodziłoby się w lepszą koncentrację.
Rozmowa obok mnie trwała dalej, a ja postanowiłem się wtrącić, choć bez niepotrzebnej nachalności.
– Pomagam w poszukiwaniach nowego lokum dla Fasoli – oznajmiłem, wykonując nieznaczny ruch łba w kierunku wiodącej dalej ścieżki. – Ta okolica wydaje się całkiem interesująca.
Pozornie posłałem zielonkawej waderze znaczące spojrzenie, nie chcąc niczego narzucać, lecz ta nie zareagowała w żaden szczególny sposób; uznałem to więc za cichą zgodę. Okazję wykorzystałem od razu.
– Może chciałabyś się przyłączyć?

Roki? Fasola? c:

|| następna część ||

27 stycznia 2019

Od Airova CD Bellony


Przez moment jakby oderwał się od rzeczywistości. Oczywistym było, że nie uwierzyłby w te wieści od razu, tak po prostu, jednak metaliczny blask u łap wadery potwierdzał jej słowa. Żłobiona głowica, trzon pokryty smoczymi łuskami, lśniący i nawet z wyglądu trwały. Zaostrzony czubek, gotowy rozciąć każdy skrawek skóry. Samo ostrze blade i jakby niepozorne, ale rozsiewające wokół siebie tę niepowtarzalną energię, z którą spotkał się tylko raz w życiu. Czuł ją całym ciałem, niezwykle wyraźnie, przez co nie był w stanie oderwać wzroku od tego przedmiotu, z którym wiązał tak wiele i niewiele wspomnień jednocześnie.
– Oddaj mi to.
Zabrzmiał oschle, a przy tym niezwykle spokojnie. Zbyt spokojnie jak na moment, w którym dowiedział się o śmierci swojej matki.
Bellona wpatrywała się w niego z nieodgadnionym wyrazem pyska i przez chwilę tkwiła w bezruchu, lecz nacisk jego spojrzenia zmusił ją do podsunięcia ostrza pod jego łapy. Znów skupił się w zupełności na nim, ignorując każdą myśl o Kesame, która rzekomo miałaby się już nigdy nie pojawić. Wyglądał, jakby starał się ocenić autentyczność ostrza, choć przecież doskonale wiedział, że to ono – Smocze Ostrze. Nie było innego wyjścia.
Odchrząknął i uprzejmie skinął łbem w kierunku wadery, przywdziewając na pysk uśmiech godny prawdziwego przywódcy.
– Daj mi chwilę, dobrze? Zaraz wyślę do ciebie jednego z zaufanych wilków, aby oprowadził cię po watasze. Wiele się zmieniło, więc wszystko ci wyjaśni.
Wadera zgodziła się na to bez słowa, zapewne wyczuwając napięcie w głosie basiora. Dobrze je maskował, jednak było zbyt silne, by w zupełności go nie odczuć. Wziął głęboki wdech i potem już wszystko było dobrze: chwycił w zęby Smocze Ostrze i choć złapał za trzon, czuł chłód bijący od metalu. Odwrócił się i odszedł spokojnym krokiem, tak, jakby nic się nie stało. Jak na razie miał jasny cel: znaleźć bezpieczne miejsce dla ostrza, a także znaleźć kogoś na tyle zaznajomionego z terenami, aby mógł oprowadzić Bellonę po terenach i wyjaśnić to i owo.
Gdzieś z tyłu głowy kołatała mu się myśl, że właśnie został alfą.

~*~

Długi wdech, taki, żeby zapełnić płuca świeżym, porannym powietrzem. Do nosa wdarł mu się zapach sosnowych igieł i mokrej gleby, która, po intensywnych deszczach, schnąć będzie jeszcze długo. Czuł w pysku smak dźwięków wyśpiewywanych przez niewielkie, bure ptaki, które natrętnie kręciły się gdzieś przy koronie jednego z tutejszych dębów. Zamrugał kilkakrotnie i przeciągnął się, witając kolejny dzień.
– Alfo – usłyszał za sobą: nie dokładnie w linii prostej, może trochę na prawo. Odwrócił się w stronę wilka, którego zapach dotarł do niego już jakiś czas temu.
– Tak? – zapytał i zeskoczył lekko z powalonego pnia drzewa, na którym do tej pory siedział. – Coś się stało?
Uśmiechnął się uprzejmie, ale nie bez wesołości – Bellona wciąż kojarzyła mu się ze zniknięciem Kesame (wolał unikać słowa śmierć, bo to bolało zbyt mocno, nawet wypowiedziane jedynie w myślach), jednak nie czuł do niej żalu. Zawsze wiedział, że Kesame nie będzie z nim na zawsze.
Bellona zmarszczyła brwi i przez moment nie odzywała się, zapewne szukając odpowiednich słów. Airov nie wiedział, czego może się spodziewać, toteż czekał cierpliwie – tym razem nigdzie mu się nie spieszyło, bo obowiązki, którymi powinien zająć się dzisiaj, odrobił już wczoraj. Czuł się wyjątkowo błogo, nie myśląc teraz o niczym i po prostu zajmując się patrzeniem na naturę. Musiał przyznać, że mu tego brakowało.
– Chciałabym porozmawiać – oznajmiła. Basior nie wyczuł w jej głosie napięcia, ani nie wychwycił żadnych oznak zdenerwowania, toteż on sam postanowił się nie przejmować.
Skinął łbem i zapytał, o co chodzi.
– Po prostu muszę porozmawiać, ale może nie tutaj – rozglądnęła się spokojnie i znów spojrzała na Airova, który, wyprostowany, stał i cierpliwie czekał na jakieś wyjaśnienia. – Możemy przejść gdzieś indziej?
Zgodził się bez dłuższego namysłu, chociaż teraz już bardziej skupił się na tej sprawie. Zmarszczył brwi i pozwolił Bellonie wskazać drogę, przepuszczając ją przed siebie.
– Czy mogę wiedzieć gdzie idziemy? – zapytał. Wpatrzony był teraz w majaczącą przed nimi linię horyzontu i niewyraźne, ciemne kontury drzew iglastych, które się na niej odznaczały.
– Zobaczysz – odparła tajemniczo, a ten westchnął pod nosem, wyrównując z nią krok.

Bellono? Musiałam zrobić lekki przeskok czasowy, żebyśmy nie zostały w tyle. 

2 stycznia 2019

Od Airova CD Roki

Patrzył na nią przez moment, nie za bardzo rozumiejąc, jaki ma plan. Potem jednak odwrócił wzrok i gdyby miał ramiona, toby zapewne nimi wzruszył.
Oboje w ciszy sunęli przed siebie, a słychać było jedynie szumiący wiatr. Podrywał leżące na ziemi liście i dawał wytchnienie od gorącego, suchego powietrza.
– Ciężko będzie nam znaleźć coś, co jest niewidzialne – odezwał się, znów podejmując temat tajemniczego żmijoptaka. Nie wiedział, czym dokładnie jest, ale skoro wadera chciała go znaleźć, to musiał jakoś obejść tę przeszkodę.
Spojrzała na niego kątem oka, a później znów skupiła się na drodze. Rozglądała się na boki, zapewne szukając jakiegoś śladu, który naprowadziłby tę dwójkę na poszukiwanego zwierza.
– Musimy mieć jakiś plan – odezwał się znowu. Była skupiona, czuł to; jej uszy drgały za każdym razem, gdy w pobliżu coś zaszeleściło.
– Jesteś alfą – kąciki ust powędrowały do góry, oczy lekko rozjaśniły się w uśmiechu – wymyśl coś.
Przymknął oczy. Było tak spokojnie, ciepło. Promienie słońca grzały przyjemnie jego futro i miał ochotę poleżeć gdzieś na łące, wśród kwiatów. Najlepiej z Roki obok siebie.
– No dobra – zaczął. – Gdzie najczęściej się je spotyka?
Zmarszczyła brwi i przez chwilę myślała.
– Wydaje mi się, że gdzieś przy wodzie, najlepiej w lesie... Ale nie jestem pewna.
– No dobrze, czyli kierunek: biblioteka – mruknął wesoło i ruszył w lewo, wąską, wydeptaną zapewne przez leśne zwierzęta ścieżką.
Nie szli długo. Tak naprawdę już po chwili stali pod niewielkimi drzwiczkami, które wręcz żałośnie wyglądały w porównaniu do tych z biblioteki na poprzednich terenach. Airov westchnął cicho, bo choć na żywo nigdy ich nie widział, Kesame opowiedziała mu o wszystkim, co się działo w przeszłości.
Kesame. Zmarszczył brwi i lekko się otrząsnął, kiedy fala wspomnień w niego uderzyła; przełknął ślinę, poczuł ukłucie gdzieś w sercu, ale potem przeszło i nie było już nic, nic oprócz tu i teraz. Oprócz Roki, ciepłych słonecznych promieni i zapachu błękitnego nieba. Głęboki wdech, żeby wrócić do rzeczywistości już na dobre.
Od dawna zastanawiał się, czy Kesame żyje. Uznano ją za martwą, to prawda, ale on miał to swoje przeczucie, które mówiło co innego. Kiedy dusze powracały na ziemię, on jej nie znalazł, choć przecież szukał – wiedział, że gdyby mogła, to by wróciła. Wróciła i wyjaśniła sprawy, które wyjaśnić powinna, a do tego dała parę cennych wskazówek i ostrzeżeń, jak to ona. Chciał jeszcze raz wysłuchać opowiadań o jej rodzinie, bo chociaż nie znał jej całej, to czuł się jej częścią.
Zrozumiał, że Roki mówi coś do niego. Znów o alchemicznych sprawach, tych, których za bardzo nie rozumiał.
– To co, wchodzimy? – zapytała, patrząc na niego podejrzliwie. Skinął łbem i uchylił przed nią drzwi, a potem przepuścił ją, na co ona zareagowała lekkim rumieńcem. Uśmiechnął się; lekko, tak, by nie zauważyła.
Książek było niewiele. Wcześniejsze zostały utracone, dlatego teraz półki (których również nie było zbyt dużo) stały opustoszałe, czekając na jakieś mniej lub bardziej istotne egzemplarze. Roki od razu skierowała się w stronę grubej księgi, od której czuć było zapach kurzu. Wygrawerowany na grzbiecie złoty napis Fauna i Flora dość dosadnie wskazywał temat jej zawartości. Wadera otwarła ją delikatnie, tak, by nie rozsypać kartek – niektóre były już powyrywane, a większość mogła skruszyć się przez nieostrożne użytkowanie. Basior odbierał jej byt wszystkimi zmysłami i nawet nie zauważył, jak bardzo skupił się na księdze. Później szukali wzmianki o żmijoptaku; jakiejkolwiek, która pomogłaby im zlokalizować i złapać zwierzę.
– Zaraz wrócę – szepnął w końcu basior, odrywając wzrok od pożółkłych kartek i odchodząc do osobnej alejki, gdzie, jak sądził, znajdzie kolejną księgę. Tym razem o magicznych stworach.
Dwójka wilków stała nad księgami i czytała, a wokoło nie było już nikogo. Suche powietrze nie sprzyjało książkom, lecz wyrządzało mniej szkód niż wilgoć. Później rozległ się huk – głośny i pusty, taki, jaki wydają uderzające o siebie drewniane, ciężkie półki. Jeden z wilków oberwał w głowę, polała się krew, choć niezbyt dużo. Drugi zerwał się z miejsca i z dudniącym sercem ruszył na ratunek.

Roki? 
Decyduj który.

28 grudnia 2018

Od Airova CD Roki

Przymknął oko, westchnął. No tak, jest alfą. Czasami o tym zapominał.
Wadera odwróciła się i ruszyła do przodu, całkowicie zamyślona, pochłonięta swoimi sprawami. Przez chwilę wpatrywał się w jej oddalającą się sylwetkę; podbiec, nie podbiec? Wahał się jeszcze przez ułamek sekundy, a potem podbiegł do niej i zatrzymał się gwałtownie. Łapy utkwiły w błocie, futro zafalowało, kiedy wyhamował. Widział, jak się odwraca i ze zdziwieniem wymalowanym na pysku szuka jego wzroku. Wyciągnął szyję gwałtownie, ale nie tak, by ją zranić. Chwycił za ucho, delikatnie, przednimi zębami, a potem pociągnął. Wiedział, że nie wywołał bólu, a mimo o zasyczała. Odskoczył w tym momencie, w którym zrobiła zamach, aby go trafić. Uśmiechnął się i całym sobą zanurzył w tym poranku, w leniwie wschodzącym słońcu i błocie na łapach, w kroplach rosy na uginającej się pod nimi trawie i w powietrzu pachnącym latem i świerkami. Ten poranek miał kolor bladego słonecznika, który, jak stwierdził, bardzo mu się podobał.
– Bycie alfą zostawię na później – stwierdził i postarał się, aby w jego głosie słychać było niewymuszoną nonszalancję.
Zwykle był obowiązkowy, lecz ten jeden raz pragnął odpocząć od świata, poleżeć gdzieś w odosobnieniu i całym sobą poczuć melodię kolorów i zapachów. Ten jeden raz mieć kontrolę nad zmysłami i czasem, który ostatnio pędził obok niego i którego nie potrafił złapać.
Roki wyglądała na zaskoczoną, ale w taki sposób, w jaki jest się zaskoczonym po otrzymaniu miłego, niespodziewanego prezentu.
– W takim razie co chcesz robić? Mam jeszcze parę obowiązków.
Wziął głęboki wdech, cały czas przyglądając jej się. Nawet nie zauważył, kiedy ze szczeniaka zamieniła się w waderę. Musiał przyznać, że całkiem ładną.
– Pomogę ci, a potem pospacerujemy i poleżymy tak długo, aż nas nie znajdą i nie każą mi zrobić tego, co dzisiaj powinienem.

Roki? 

25 grudnia 2018

Od Airova CD Roki

Basior uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak Roki błądzi sennym wzrokiem po linii horyzontu. Przysunął się do niej, dając tym samym wyraźny znak, że może oprzeć się o niego, kiedy tylko będzie chciała. Uśmiechnęła się i z wymalowanym na pysku zacięciem ruszyła do przodu. Spoglądał na nią co jakiś czas; dla pewności, że wszystko w porządku, ale też po to, by po prostu spoglądać. Lubił jej oczy. W ogóle lubił na nią patrzeć.
Wilgotna ziemia lekko zapadała się pod naciskiem ich łap, a kropelki rosy moczyły futro. Mimo tego Airov był zadowolony; przyjemny poranek, pomyślał, wdychając chłodne powietrze.
– Kiedy pojawi się ta... – zaczął, szukając właściwych słów. To nie tak, że przeczył istnieniom wróżek... świat był magiczny i było to oczywiste. On jednak na co dzień nie odpływał myślami w kierunku nadnaturalnych właściwości kolorowych pyłków, dlatego teraz czuł się w jakiś sposób oderwany od rzeczywistości. – Wróżka?
Prześlizgnęła po nim rozjaśnionym spojrzeniem i wydawało mu się, że zostawiło ono widoczny ślad na jego futrze.
– Zachowujesz się tak, jakby to było coś dziwnego.
Przystanął, kłapnął językiem. Uniósł wzrok ku niebu, na szare i ledwo widoczne chmury, choć nie robił tego często. Gwiazd nie było już widać.
– Nigdy nie widziałem wróżki.
– No, to teraz będziesz miał okazję – stwierdziła i przyśpieszyła, a on zaraz za nią.

Roki?

12 listopada 2018

Od Airova

Czasami wydaje nam się, że pomimo spokoju coś się wydarzy. Coś nieplanowanego zaskoczy nas i zepsuje wszystko, co pieczołowicie przygotowywaliśmy. Niekiedy takie przeczucie może doprowadzić na skraj szaleństwa, popchnąć nas w kierunku nerwicy, ciągłego strachu; zwykle jest to jednak pewien znak, dzięki któremu zabezpieczamy własne życie i stajemy się odporni, przygotowani na wszystko.
Z drugiej strony mamy sytuację, w której ogarnia nas błogi spokój, ukojenie. Możemy wziąć oddech po ciężkim okresie i po prostu cieszyć się chwilą, w której nasze myśli odpłyną gdzieś daleko od naszych trosk: wtedy przestajemy zwracać uwagę na to, co się dzieje. Jesteśmy nieprzygotowani, zamyśleni, przestajemy trzeźwo patrzeć na świat, a wtedy zwykle dzieje się coś, co sprawia, że grunt pod naszymi łapami pęka i cały nasz malutki świat rozpada się na miliony malutkich kawałków, jak zrzucone ze sporej wysokości lustro.
I tak właśnie czułem się wtedy.
Krople dudniły o skalne ściany, tworząc dziwny, przyjemny rytm. Wokoło unosił się zapach wiosennego deszczu, czułem jego śliski kształt, widziałem kolor wilgoci pokrywającej liście. Ogarnęła mnie aura spokoju, a ja nie powinienem się jej wtedy poddawać; przymknąłem oczy, pozwalając wodzie spływać po mnie i chłodzić rozgrzane po biegu mięśnie, a wiatr owiewał mnie i lekko kołysał całym moim ciałem – na boki, w rytm deszczu, tak, by wszystko tworzyło jedną, synchroniczną całość. Oddech powoli się wyrównywał, zimno wplątywało się w moje futro. Stałem na nierównej skale usytuowanej na wzgórzu, tak, bym mógł obserwować świat rozciągający się u mych łap.
– Airov – zaczął wilk, którego obecność wyczuwałem od jakiegoś czasu. Znałem go, nie stanowił zagrożenia. – Mam do przekazania... przykre wiadomości.
Zmarszczyłem brwi i odwróciłem się do niego, automatycznie kiwając głową na przywitanie. Kojarzyłem tego wilka, młodego basiora, lecz nie byłem w stanie przypomnieć sobie jego imienia. Skupiłem się tylko na tym, tyle, że nic to nie dało.
– Jakie to wieści? – zapytałem, wciąż błądząc myślami gdzieś daleko. Deszcz skapywał po naszych futrach i napływał do oczu, dlatego też zamrugałem kilkakrotnie, aby tego uniknąć.
– Myślę, że lepiej, byś dowiedział się o tym od bety.
Znów zmarszczyłem brwi, ale skinąłem łbem, pozwalając się poprowadzić do Nathing.

Szara wadera chodziła niespokojnie w tę i z powrotem; nie wyglądała na smutną, lecz raczej zamyśloną i lekko przejętą. Nigdy nie poznałem jej wystarczająco dobrze, lecz ufałem jej – tym razem jednak spoglądałem na nią podejrzliwie, jakby zaraz miała rzucić się na mnie i zatopić kły w moim czarnym futrze. Wilk stojący obok milczał i czekał na moje polecenie, więc podziękowałem mu bezgłośnie i kolejnym skinieniem głowy poprosiłem o wyjście. Zostaliśmy sami, a pełna napięcia cisza dzwoniła w uszach i majaczyła przed oczami szarością.
– Wiesz, co się stało? – zapytała, wreszcie na mnie spoglądając. Nie byłem w stanie odgadnąć skrywających się pod maską obojętności emocji.
– Jestem tu właśnie po to, żeby się dowiedzieć.

Znów stałem na skale, tym razem nie myśląc o nikim innym niż Kesame. Nie była moją matką, owszem, lecz tak naprawdę była prawie wszystkim, co miałem – ta myśl krążyła w moich żyłach wraz z krwią. Wdychałem powietrze i choć cały mój organizm chciał się poddać i po prostu pozwolić mi upaść w kałużę, ja stałem naprężony jak struna. Łapy drżały, oczy piekły, choć łzy, jak na złość, wcale nie chciały lecieć. Cały mój świat ukrył się w mgle, już któryś raz, a ja znów nie byłem na to przygotowany. Długi wdech, aby wypełnić wiosennym powietrzem całe płuca, a potem jeszcze dłuższy wydech, spokojny, choć drżący. W pysku czułem kwaśny smak.
Informację o tym, że nagle stałem się przywódcą tak naprawdę zignorowałem. Włożyłem do osobnej szuflady w mózgu, zostawiając to na moment, w którym będę mógł myśleć trzeźwo. Wiedziałem, że powinienem martwić się swoim wiekiem i opinią wilków, ale w tamtej chwili błądziłem w nicości jak malutki szczeniak, który stracił matkę. Może tak właśnie było.
Moja samotność znów została zakłócona i choć miałem nadzieję, że kroki należą do Roki, której obecności bardzo teraz potrzebowałem, wiedziałem, że jest to ktoś inny. Odwróciłem się bez pośpiechu i spojrzałem na basiora, który przechodził obok. Podniósł wzrok i przystanął, wpatrując się intensywnie w moje czerwone oko. Zacisnąłem zęby, rozpoznając w nim młodszą wersję wilka, którego Kesame kochała i nienawidziła. Poczułem, jak przez moje ciało przechodzi nieprzyjemny dreszcz; musiałem walczyć ze sobą, aby nie zrobić nic głupiego.
– Czego tu szukasz? – warknąłem trochę głośniej niż zwykle, aby przekrzyczeć szum deszczu.
Wydawał się spokojny, ale jego oczy – choć może źle to odczytywałem – zdradzały pogardę. Wyglądał młodo, zbyt młodo jak na swoje 25 lat; oczywistym było, że musiał kombinować coś z czasem.
– Jedynie przechodzę – odparł. Mimo tego nie ruszył dalej, a ja zeskoczyłem ze skały, czując buzujący we mnie gniew. Wszystko, co wcześniej usłyszałem, wezbrało we mnie jak fala i teraz szukało ujścia. Już nawet nie przejmowałem się tym, że zachowam się jak skończony kretyn, rozpoczynając walkę. Choćby słowną.
Jeszcze kilka kroków. Futro na moim grzbiecie najeżyło się, on również zaczął podchodzić. Stanęliśmy naprzeciwko siebie, wysyłając nieme groźby.
– Airov – rzucił, jakby od niechcenia. Tak, jakbyśmy się nie znali.
– Harbinger – wycedziłem, próbując się uspokoić i wiedząc, że nie ma to najmniejszego sensu. – Wiesz, co się stało?

Harbingerze? 

2 listopada 2018

Zmiana alfy!

Jak już zapewne wiecie [jak nie to idźcie >>TU<<] Kesame zostaje uznana za zmarłą, dlatego też następuje zmiana alfy. I tym razem nie jest to wadera. Mam nadzieję, że pomimo młodego wieku zostanie przywitany ciepło:

Kyte by Kayxer

Airov | 2 lata | Samiec Alfa ✦ Patrol | Ktosicek | KP 

16 września 2018

Od Airov'a CD Roki

Przycisnąłem ją do siebie łapą, delikatnie, tak, aby nieco ją ogrzać. Pomimo zarzuconego na grzbiet koca trzęsła się lekko, owiewana zimnym, porannym powietrzem. Ja pozostawałem wciąż zgrzany i spocony po koszmarze, z którego wyrwałem się chwilę wcześniej.
Pod moim dotykiem wadera odprężyła się lekko, jakby pozwalając mi przekazać ciepło i spokój.
– Kiedy już znajdziemy swój skrawek ziemi – zacząłem cicho, ale pewnie; przymknąłem oczy, dając upust nerwom – twoja jaskinia będzie obok najpiękniejszej wiśni na świecie. A jednorożce też niedługo spotkamy.
Uśmiechnęła się, najpierw bardzo lekko, ale po chwili – zapewne niesiona fantazjami o własnej jaskini – wyszczerzyła się do pełnego uśmiechu, który rozjaśnił jej oczy. Przez nią kąciki mojego pyska też drgnęły do góry.
Wdychałem jej zapach, niezmiennie fioletowy, jasny i przyjemny, jak jej oczy. Świat budził się do życia, tak, jak w każdy wczesnowiosenny poranek, wypełniony po brzegi ptakami wygwizdującymi melodie, które teraz odbijały się w mojej głowie kolorami tęczy. Westchnąłem cicho, trochę oszołomiony, lecz zdecydowany co do planu dnia.
– Chodź, zjedzmy coś i się przespacerujmy. Dorosłość poczeka do wieczora.
Spojrzała na mnie tym dobrze znanym mi wzrokiem, który należał do małej, samotnej waderki z zaprzyjaźnionym kamieniem. I choć od momentu, w którym spotkałem ją pierwszy raz, minęło już sporo czasu, to wciąż miałem do tego spojrzenia słabość.
Wstała, przytrzymując zębami skrawek miękkiego koca, który ześlizgiwał się z jej obłego ciała, a potem podniosła z ziemi naczynie przypominające filiżankę i podreptała w stronę naszego chwilowego obozowiska, aby to wszystko odłożyć. Czekałem, kiwając się lekko na boki, wsłuchany w poranną kakofonię kolorów.
– Jestem – wymamrotała niewyraźnie i podeszła; zauważyłem, że stara się ukryć drżenie ciała, zapewne wywołane nagłym pozbyciem się okrycia. A potem dodała, jakby odgadując moje myśli: – Wiem, mogłam wziąć ten koc, ale nie jest mój i bałam się, że bym go zgubiła.
Pokiwałem głową, uznając, że chwilowo należy skupić się przede wszystkim na znalezieniu pożywienia. Obydwoje nie jedliśmy od kilku dni, o czym skutecznie przypominało mi cykliczne burczenie brzucha, ten nieprzyjemny dźwięk domagającego się pokarmu organizmu.
– Na co ma panna ochotę? – zapytałem z pewnym przekąsem i rozbawieniem, do którego się zmuszałem i które w jakiś irracjonalny sposób mi się udzielało. – Sarnina, dziczyzna, może drób?
Prychnęła i z uśmiechem przewróciła oczami, doskonale zdając sobie sprawę, że nie mamy żadnego wyboru. Albo głodujemy, albo jemy to, co od dłuższego czasu: króliki. Nic innego się tu raczej nie kręciło, a ptaki, które byłyby jakimkolwiek urozmaiceniem diety, były zbyt wysoko, aby dosięgnąć ich bez użycia mocy.
– Myślisz, że coś znajdziemy?
– Cóż – westchnąłem, rozglądając się po otoczeniu. Drżenie podłoża pod łapami, bardzo lekkie, prawie niewyczuwalne, lecz dla mnie objawiające się jakby wyraźnym dźwiękiem, wskazywało na to, że gdzieś w przerzedzonych zaroślach musi kryć się coś wielkości chudego królika. – Chyba nawet znalazłem.
– Cóż – powtórzyła zmienionym głosem i było dla mnie jasne, że wesoło mnie przedrzeźnia – chyba też to znalazłam.
Cmoknąłem w jej kierunku, ale bardziej po to, aby utrzymać wesołość, która nas ogarnęła, niż żeby cokolwiek pokazać. Powstrzymała śmiech, który mógłby spłoszyć zwierzę, potem skinęła łbem w kierunku krzaków – wciąż pokrytych cieniutką warstewką szronu – i przeszła tam, a ja w ślad za nią. Ostatnio to ja prowadziłem nasze polowanie, dlatego teraz czekałem na jej ruch.

Roki?

15 września 2018

8 sierpnia 2018

Od Airova cd. Roki

Rozdzielenie się z Roki było całkiem dobrym pomysłem. Prawdopodobnie.
Wpatrywałem się w zbitą grupkę wilków, która teraz zmierzała ze spojrzeniami dziesiątek par oczu wbitymi przed siebie. Podróżowali bez przystanku już jakiś czas, co wnioskowałem po zaschniętych grudkach błota wszczepionych w sierść większości. Padało dobre kilka dni temu.
Zastanawiałem się gdzie zmierzają. Mają jakiś cel? A może błąkają się, aby naleźć swoje miejsce, tak, jak ja i Roki?
Choć zapewne nie zdawali sobie sprawy, szli bardzo równo. Podświadomie dostosowali do siebie swoje kroki, aby jak najskuteczniej się przemieszczać. Dziesiątki, a może i setki łap uderzających o suchą ziemię i muskających kępki trawy. Rytmiczne kroki rozbrzmiewały mi w głowie cichym echem.
Jedna wilczyca odłączyła się od stada, uprzednio informując o tym kilka innych wilków. Do tej pory szła na przedzie, nadając tempo wyznaczając kierunek; otoczona była innymi postaciami o poważnych wyrazach pyska, lecz kiedy się odezwała, wszyscy lekko się rozpromienili, jakby siłą wlała w nich słowa otuchy. Kiedy schodziła w bok, spora część wilków odprowadzała ją spojrzeniem.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko ją śledzić.


Podobał mi się sposób, w jaki patrzyła w niebo, gdy to zachodziło częściowo chmurami. Choć widziałem w jej oczach tęsknotę, wydawała się pełna nadziei, gdy przygaszony błękit znikał w kłębach szarości.
A jej głos miał piękny kolor; jeszcze nigdy takiego nie widziałem.
Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zawahałem się. Moja łapa zastygła w powietrzu, jakby nie do końca była gotowa do następnego kroku. Świat trochę wirował, kiedy zaczęliśmy rozmowę. Czułem, jak strach po cichu przepływa przez moje żyły. Byłem pewny swego, swoich wyborów, jednak serce dudniło mi w piersi, jakby chciało zaraz wyskoczyć. Poza strachem o siebie bardziej paraliżujące było uczucie, że Roki jest gdzieś sama i wszystko może się stać.
Choć wadera wyrwała mnie z rozmyślań i nieświadomie uwolniła od nękających myśli, nie dałem tego po sobie poznać.
Tak jakoś wyszło, że za nią poszedłem.

~♥~

Chwiała się na boki, kiedy powracaliśmy do stada. Nie wiem, ile czasu minęło, od kiedy ostatni raz widziałem te wilki, ale teraz ich futra były czystsze, lecz zupełnie mokre; teraz dopiero zdałem sobie sprawę, że pada deszcz. Zapach wilgotnej ziemi miał zielonkawy kolor. 
Kiedy ujrzałem przed sobą sylwetkę Roki, świat wydał się trochę jaśniejszy. Strach jakby wycofał się z żył, lecz kiedy zobaczyłem, że z uśmiechem rozmawia z obcą waderą, moje myśli nieco się splątały. 
 Dzień dobry przywitałem się uprzejmie, podchodząc. Lawendowe oczy Roki błysnęły radośnie na mój widok. Ostrożnie dobierałem słowa, czując na sobie wzrok kilkunastu nieznajomych. Ja... Roki, wszystko w porządku? 

Roki?
Możliwe, że jest beznadziejne, ale dawno nie pisałam .-.

13 lipca 2018

Młody przybłęda - Airov!

Kyte by Kayxer
Kayxer

Imię: Airov. W jego szczenięcych marzeniach matka nadawała mu kilkuczłonowe imię, brzmiące na ustach innych królewsko i dostojnie, jednak to nigdy nie miało miejsca. Czasami jego imię jest dla niego przekleństwem  głównie wtedy, kiedy śni – lecz na co dzień udaje, że jest mu to obojętne.
Pseudonim: Nie miał dość czasu, aby otrzymać kreatywną ksywkę. Niekiedy wilki wołają na niego Ai, zdrabniając i tak krótkie imię, a innym razem, przytłaczająco często, mówią po prostu Alfa. Nie chodzi o to, że kiedyś nim był czy będzie, lecz o samo jego zachowanie i to, jak łatwo przychodzi mu prowadzenie grupy.
Wiek: 5 lat
Płeć: Basior
Charakter: Jest dojrzałym basiorem, takim, o którym marzą wadery. Nie boi się odpowiedzialności i potrafi rozwiązywać problemy; ma w sobie wrodzoną charyzmę, dzięki której łagodzi sytuacje, które bez niego skończyłyby się walką. Urodził się z darem, którego wiele wilków może mu zazdrościć, a mianowicie potrafi prowadzić grupę. Jest liderem, kimś, kogo inni słuchają i za kim nie boją się podążyć. Kiedy wszyscy cofają się w cień, on wychodzi na środek i motywuje do dalszych działań: stąd pseudonim Alfa. Jest sumienny: zwykle, kiedy już uśnie, to wstaje rano, żeby wyruszyć na patrol wcześnie, przed innymi wilkami. Lubi smak przygody, jednak ceni sobie też te momenty, w których może pobyć w ciszy i pomyśleć. Nie jest bez wad, ale łatwo zjednuje sobie wilki.
Po traumatycznych przeżyciach zostały mu koszmary i strach przed krzykiem, którego nie wyzbędzie się zapewne nigdy, ale który to skutecznie ukrywa. Co do tego pierwszego: Airov przyzwyczaił się do nikłej ilości snu właśnie przez nie. Walczy z tym, lecz niepytany nie przyznaje się do tego.
Bardzo charakterystyczną cechą jednookiego jest zdolność synestezji. Krótko mówiąc jest to umiejętność (zupełnie od niego niezależna) równoczesnego odczuwania zmysłów i mieszania ich w dowolny sposób. Airov słyszy kolory, smakuje kształty i widzi dźwięki. Jest do tego przyzwyczajony, jednak nadal zdarzają mu się bóle głowy, słabsze i silniejsze, związane ze zbyt natężonymi wrażeniami.Choć jest w stanie doświadczać tak, można by rzec, artystycznych doznań, stara się nie bujać w obłokach i chłodno kalkulować to, co dzieje się wokół niego.
Basior ten jest skory do pomocy. Wychowany został w przeświadczeniu, że wygra silniejszy, lecz wciąż pozostała w nim garstka empatii, którą usilnie w sobie pielęgnuje. Nie lubi krzywdzić innych i nie pozwala, by w jego obecności działo się coś takiego. No, przynajmniej się stara.
Gdzieś w głębi duszy boi się swoich napadów złości, które odziedziczył w genach po ojcu, i choć zdarzają się one rzadko, to zawsze dręczą go potem wyrzuty sumienia. To jeden z tych elementów, którego w sobie nienawidzi i z którego nie potrafi się wytłumaczyć.
Wygląd: Wysoki basior, o zbitej, jednak nie zwalistej sylwetce; zarysy mięśni dopełniają poważny wygląd. Czarne futro jest gęste i grube, lecz szorstkie  zdecydowanie nie jest miłe w dotyku. Airov stara się utrzymać je w czystości, ale nie jest to u niego priorytetem. Nad prawym okiem, na czole, widnieje poszarpana, jasna blizna: w tym miejscu futro nie rośnie. To pamiątka po ojcu, niezbyt mile wspominana. Pod warstwą futra znaleźć można jeszcze parę niezdarnie zszytych ran, zarówno świeżych, jak i już dawno zagojonych. Oczy ma koloru krwistej czerwieni, lecz jedno zostało wydrapane i teraz na jego miejscu widnieje pusty, zabliźniony oczodół, poprzecinany śladami pazurów. Drugie, zdrowe, mieni się w blasku słońca i choć skrywa w sobie wiele ran, te akurat nie są widoczne. Według niektórych wygląda jak młodociany przestępca, ale znacznie zyskuje po bliższym poznaniu.
Głos: Jego głos jest dojrzały i głęboki, ma ciepłą barwę i brzmi niesamowicie przekonująco, co Airov dość często wykorzystuje. Kiedy nuci, inne wilki z chęcią go słuchają. Mówi wyraźnie i głośno, ale daleko mu do krzyku. Stara się nie krzyczeć w ogóle, choć czasem przychodzi to z trudem.
Stanowisko: Samiec alfa, Patrol
Umiejętności: Intelekt: 17 | Siła: 9 | Zwinność: 11 | Szybkość: 11 | Magia: 15 | Wzrok: 8 | Węch: 10 | Słuch: 9
Rasa: Wilk Telekinezy
Żywioły: Telekineza, Grawitacja, Krew
Moce: Jego moce są całkiem efektywne i dość łatwo jest nimi zabić. Jeśli chodzi o główną moc, telekinezę, to polega ona najzwyczajniej w świecie na przenoszeniu przedmiotów siłą umysłu: może rzucać, unosić i przesuwać elementy ożywione jak i nieożywione, jednak im to coś jest większe i im większy stawia opór, tym Airov musi włożyć w to więcej energii – niektóre przedmioty są zbyt ciężkie, aby mógł to zrobić. Oprócz poruszania może również ściskać i odkształcać (a także rozciągać, czyli po prostu zmieniać kształt), jednak tyczy się to jedynie tego, co nieożywione.
Panuje także nad grawitacją, co umożliwia mu jej zwiększenie lub zmniejszenie na danym obszarze lub dla wybranej grupy przedmiotów czy stworzeń. Również ma to swoje ograniczenia, a im manipulacja jest większa, tym więcej energii zużywa.
Ostatnią mocą jest kontrola nad krwią, a dokładnie nad jej postacią. Może on zmieniać jej temperaturę (co umożliwia mu np. ugotowanie żywcem wybranej istoty), rozrzedzać lub zagęszczać. To jego najsłabsza zdolność, jednak wytrwale ją ćwiczy, aby w przyszłości móc pomagać w przypadku ran i chorób.
Rodzina: Choć tego w sobie nienawidzi, kiedy ktoś pyta go o rodzinę, on kłamie. Mówi, że nie żyją, lecz oni tak naprawdę mają się dobrze: istnieją gdzieś daleko, rodzice i dwóch starszych braci, o których on usilnie stara się zapomnieć. Z biegiem czasu jego rodziną stała się także Kesame i całe WSO, które pokochał i dla którego jest w stanie zrobić bardzo wiele.
Partner: Jest pewna wadera, dla której w jego sercu zarezerwowane jest specjalne miejsce. Kocha ją od dawna, nie do końca tego świadomy.
Potomstwo: Na razie jest za młody, ale nie ma nic do szczeniaków. Jest odpowiedzialny, więc nadaje się na ojca; może kiedyś, kto wie...
Historia: Urodził się w jednej z wielu watah i choć nie wspomina swojego wcześniejszego dzieciństwa dobrze, do swojego stada nie ma urazu. Alfa miał dwójkę starszych braci, rówieśników, lecz nie byli oni stuprocentowo spokrewnieni – jeden z nich, starszy, był złączony krwią jedynie z ojcem Airova, lecz dobroduszna wadera przyjęła go pod swój dach i wybaczyła partnerowi wszystkie winy. Kiedy nasz młody bohater przyszedł na świat, wszystko zapowiadało się kolorowo, jednak już niedługo okazało się, że urodził się z piętnem – piętnem ofiary. Nie było w nim nic szczególnego, zwykła czarna kulka, a właśnie to on przez praktycznie cały rok swojego życia był bity i poniżany przez ojca, do którego po czasie dołączył się przyrodni brat. Matka zdawała się tego nie zauważać i choć Airov kochał ją z całych sił, już zawsze będzie miał o to żal. Po skończeniu roku, dokładnie w swoje urodziny, kiedy po raz pierwszy postawił się ojcu i stracił oko, uciekł z domu, zostawiając wszystko to za sobą. Wiedział, że będą go szukać, lecz strach potrafi dodawać skrzydeł. W drodze, podczas której poszukiwał swojego miejsca na ziemi, spotkał młodą Roki  w dwójkę podróżowało się raźniej. Mieli wiele szczęścia i w końcu natrafili na sporą grupę wilków, które w momencie spotkania były tak samo zagubione i tak samo bez domu jak oni. Tak dołączyli do rodziny zwanej WSO. Dorastał u boku Kesame, a po jakimś czasie stała się ona dla niego jak matka  w taki sposób stał się częścią rodziny alf i znalazł swój dom. Malutki element zaczął pasować do reszty.
Przedmioty: W przeciwieństwie do wilków, którymi się otacza, on stara się nie przywiązywać do przedmiotów. Uważa, że coś takiego nie posiada żadnego sensu; lubi prostotę i nie zbiera żadnych kolorowych świecidełek.
Jaskinia: Po zaginięciu Kesame on sam zamieszkał w jaskini alf.
Właściciel: Ktosicek | Ktosicek | damaszek2001@gmail.com
Inne zdjęcia: jako szczeniak

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template