Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niffelheim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niffelheim. Pokaż wszystkie posty

16 kwietnia 2019

Od Niffelheima cd. Invernessa


– Czy chciałbym podszkolić cię z demonologii? – powtórzył na głos jego pytanie i przez chwilę się zastanowił.
Pierwsza odpowiedź, jaka nasunęła mu się na myśl, nie była względem młodego basiora zbytnio przyjemna. Nie czuł się na siłach, aby nauczać innych z tej właśnie dziedziny. Prawdę mówiąc, jego doświadczenie mentora jest na średnim poziomie. Kiedy dołączył do watahy, liczył, że będzie mógł się przydać, a tu nagle wszyscy potencjalni uczniowie wyrośli i prawdopodobnie do tej pory nie wiedzą, że w watasze jest jakiś pedagog. Nie miał zielonego pojęcia, jaką wiedzę mógłby przekazać basiorowi. W całej swojej karierze egzorcysty nikt nie prowadził go za łapę i nie mówił, jak powinien postępować, chociaż nie. Zdarzył się jeden wyjątek – przy pierwszym egzorcyzmie, duchowy wódz poinstruował Niffelheima, jak powinien odesłać duszę do zaświatów. Och, zawsze działał kierowany przez intuicję i własne doświadczenie, zwykle szedł na żywioł. Wiedzy teoretycznej jako tako nigdy nie posiadał i próba zweryfikowania zdobytych wiadomości z dotychczasowego życia z tymi od książek i podręczników skończyła się fiaskiem. Księgę wcisnął basiorowi, sądząc, że jemu jako tako bardziej się przyda.
– Inverness – zaczął dość poważnie. Liczył się z tym, że prawdopodobnie kolejny raz rozczaruje młodego basiora, ale po chwili pomyślał, że to nie pierwszy i ostatni raz, kiedy kogoś zawiedzie. – W porządku, ale od razu muszę cię poinformować, że nie jestem nieomylny i choć spędziłem w tym naprawdę wiele lat, wątpię, żebym był ekspertem. Każdy egzorcysta stosuje własne praktyki, prawda? Jedne są ciekawsze, bezpieczniejsze lub po prostu... od siebie różne. Dlatego, jeśli postanowisz pobierać nauki od kogoś innego, zrozumiem.
Jego wypowiedź chyba była po raz kolejny bez ładu i składu, no cóż. Prawdę mówiąc, po raz pierwszy w życiu dostał okazję uczenia drugiego wilka czegoś, czym zajmował się przez te wszystkie lata... No i nie dotyczy do opanowywania gniewu, czy wkucia na pamięć zasad wilczej etykiety.
Posłał mu nieśmiały albo raczej niepewny i zmieszany uśmiech, licząc, że może w końcu uda mu się go do siebie jakoś zachęcić, a następnie pewnym krokiem ruszył przed siebie. Miał dobry pomysł, chyba dobry. Cóż, nie wiedział, co dokładniej interesowało Młodego Mistrza, ale sądził, że jak o to zapyta... To jego odpowiedź będzie zbyt ogólna i znów zostanie w marnym punkcie, toteż od razu zaplanował pierwszą lekcję.
– Nie umiem w teorię – przyznał szczerze Niffelheim. – Tak cholernie w nią nie umiem, że chciałem ci od razu odmówić pobierania ode mnie nauk, jednak mam inny plan, co do twojego szkolenia. Nie mam pojęcia jak z twoimi magicznymi predyspozycjami, ale jeśli masz dobre gadane... lub po prostu, podobnie jak ja, znajdziesz wspólny język z duchami, to wróżę ci mniej lub bardziej świetlaną przyszłość egzorcysty. – Zaśmiał się z własnego nieśmiesznego żartu.
Spojrzał na Invernessa, który chyba dłużej nie potrafił lub nie chciał ukrywać swojego zmieszania. Biały basior zastanawiał się, czy ten przypadkiem nie żałował po raz kolejny, że postanowił porozmawiać, ba, a nawet poprosić go o pomoc w tej kwestii. No trudno, co się stało, to się nie odstanie.
– Dokąd zmierzamy? – zapytał.
– Słyszałem, że gdzieś szwenda się opętana istota, a żaden egzorcysta nie ma chęci ani czasu, aby się nią zająć. Zrobię ci taką lekcję, jaką ja otrzymałem.

Inuś?

7 kwietnia 2019

Od Niffelheima cd. Faith


Skinął łbem na znak, że dziękuje za wywar zwany Eliksirem Spokoju, a następnie przejął flakon od wadery. Nie miał niczego, do czego mógłby go wsadzić, to też na obecną chwilę odłożył go na miejsce między jego łapami. Uśmiechnął się do Faith, kiedy skończyła mówić o skutkach ubocznych drugiej mikstury, którą mu zaproponowała.
– Myślę, że potrzebuję tylko odrobinę odpoczynku dla umysłu i ciała. Przemęczenie to pewnie skutek nadużywania mocy opierających się właśnie na nich. Sądzę, że to przez wadliwe geny lub przekleństwo bogów wyznawanych w moich rodzinnych stronach... Przepraszam, to do mnie niepodobne, żebym tak dużo mówił. Wrócę do istoty sprawy. – Śnieżnobiała wadera spojrzała na niego bez szczególnego wyrazu, jedynie kiwnęła głową, zamieniając się w słuch. Jej postawa ciała wskazywała na to, że gotowa jest się podjąć wytworzenia drugiego eliksiru. – Myślę, że depresja mnie nie nęka, dlatego też podziękuję za drugi towar. Poczucie złudnego szczęścia nie jest mi potrzebne do chwili, kiedy rzeczy bądź osoby, które są dla mnie naprawdę cenny, istnieją.
Wykrzyw na jego pysku stał się mniej widoczny i mniej olśniewający, o ile z początku mógł taki być. Wspomnienia o najbliższych były dla niego naprawdę cenne i nie chciał się nimi dzielić z byle kim. Chyba wprowadził nieprzyjemny nastrój.
– Naprawdę dziękuję za udzieloną pomoc i za poświęcony czas. Jesteś dla mnie jak zbawienie i wzięcie drugiego eliksiru, byłoby dla mnie zbyt ciężkie i czułbym, że nadużyłem twojej dobroci. Chcę również oszczędzić cierpień mojemu towarzystwu. Mój głos uniemożliwia mi karierę wokalisty... Przepraszam, masz może jakąś linkę lub najlepiej rzemyk?
Wadera posłała mu niepewne spojrzenie, po czym zaczęła się rozglądać po swojej pracowni w poszukiwaniu przedmiotu, o który poprosił Niffelheim. Jej ruchy nie były pewne, często wracała się do miejsc, w których już szukała, jednak ani razu o nic nie zahaczyła, ani niczego nie pozbawiła ładu. Staranność i dokładność, bez niszczenia czy burzenia. No tak. Miała wszystko ładnie poukładane, miała wszystkiego dużo, nic dziwnego, że nie chciała sobie nabałaganić.
– Jeśli ni–.
– Mam!
Faith podbiegła do Niffelheima i położyła przed nim czarny, lekko zdarty rzemyk. Przyjrzała mu się dokładnie. Basior kątem oka zauważył niezadowolenie na pysku nowej znajomej, która odrobinę rozczarowała się stanem przyniesionej rzeczy.
– Dziękuję ślicznie. – Za pomocą telekinezy obwiązał solidnie flakon, a następnie powiesił sobie na szyi. – Oddam przy następnej okazji i przepraszam za kłopot.
– Nie musisz mi go oddawać, naprawdę...
– Muszę. – Posłał jej uśmiech. – Właśnie. Chciałbym się odwdzięczyć. Potrzebujesz pomocy w jakiejś sprawie?

Faith? Przepraszam, że nie pchnęłam nic do przodu i za tę jakość, ale postaram się następnym razem.

16 marca 2019

Od Niffelheima cd. Invernessa


Rozmowa nie należała do żywiołów z żadnego basiora, toteż między nimi przede wszystkim najwyższą władzę obejmowała cisza, która od czasu do czasu przerywana była przez odgłosy ich kroków lub beznadziejne próby podjęcia się dyskusji. Oboje muszą popracować nad swoimi zdolnościami komunikacji międzywilczej. Z pewnością przyda się im, kiedy trafią do towarzystwa wyższej ligi i będą zmuszeni rozmawiać o rzeczach mało interesujących, ale jakże pięknie i mądrze brzmiących.
Przebywanie w towarzystwie młodego basiora było dla Niffelheima odrobinę uciążliwe. Miał wrażenie, że stał się jedynie obiektem przeszkadzającym Invernessowi, który czuł względem starszego wilka obowiązek spędzenia z nim czasu, ponieważ zdecydował się z nim podzielić własnym problemem. Niffowi nie umknęła chwila, w której jego nowy znajomy rozczarował się jego aktualnym zawodem. Domyślił się, że basior może dopiero stawiać pierwsze kroki w dorosłym świecie przepełnionym duchami i postanowił nie niszczyć jego fascynacji niematerialną rzeczywistością, chciał mu polecić, któregoś z egzorcystów w watasze. Zatrzymał się, zastanawiając się nad tym, czy powinien dać basiorowi jeszcze jedną szansę i spróbować się do niego przekonać. Chcąc zyskać czas na przemyślenia, pozwolił młodemu wybrać dalszą drogę, ale wtedy zauważył coś równie pięknego jak waderze duszyczki spragnione towarzystwa.
Inverness obdarzył go przecudnym uśmiechem. Nie był w stanie określić jego autentyczności, ale chciał wierzyć, że był on szczery i niewymuszony. Przez swoją urodę, dla Niffelheima, wyglądał, jakby obmyślił cudowny plan przejęcia władzy nad światem i pozbycia się każdej przeszkody na swojej drodze, ale to mu wcale nie przeszkadzało, by poczuć ciepło w serduszku, które nie mogło wyjść z podziwu dla promienności tego jakże uśmiechu.
Zapomniał o tym, że miał ochotę zrezygnować z towarzystwa basiora i wiernie niczym pies podążał jego śladem. Zainteresował go zwykłym wypowiedzeniem: „W takim razie coś ci pokażę”. Brzmiało to, jakby miał coś ciekawego do pokazania, coś wartego uwagi, więc już nie mógł odpuścić, a o swoich spostrzeżeniach względem jego wilczej osoby i stosunkiem wobec niego... podzieli się później.
Nie zdawał sobie sprawy, że jego wewnętrzne ja było naprawdę niezdecydowane i przypominało rozpieszczonego szczeniaka, który w każdej chwili może pozbyć się niechcianego prezentu od rodziców – Nie był sobą. Nie oswoił się do końca z tą myślą, że wszystko musi zaczynać od początku i momentami nie wiedział, jak powinien postępować.
Jego oczom ukazał się bezbronny, czarny duszek, który z lekka spanikował, widząc dwóch dorosłych basiorów. Jego strach był uzasadniony. W starciu jeden na dwóch nie miał szans, a w dodatku te wilcze mordki... Nie wyglądały dla niego przychylnie. Inverness czekał na jakąkolwiek reakcję Niffelheima, sądząc, że ten jako „samozwańczy” ekspert od spraw demonów jakoś temu zaradzi i udzieli mu parę, niezbędnych informacji.
– Uroczy – rzucił krótko. – Trudno dokładnie mi określić, jego zdolności i zamiary, ale póki co nie należy się go obawiać. Prawdopodobnie ma misję do wykonania w naszym świecie, dlatego nie przekroczył bram strzegących spokoju i równowagi w świecie dusz. Nie wygląda na to, że kiedykolwiek miał okazję poznać smak życia. Myślę, że zrodził się z czyjejś pobożnej prośby, której adresat mógł nie mieć dobrych intencji. Och, przepraszam za bezład mojej wypowiedzi, ale mam nadzieję, że coś z niej zrozumiesz.

Inverness? Przepraszam, ale chyba się wypaliłam :')

|| następna część ||

15 lutego 2019

Od Niffelheima do Faith

Ostatnimi czasy czuł, że brakuje mu chęci i motywacji do czegokolwiek. Miał wrażenie, że znów spoglądają na niego z wyższością i traktują jak wilka gorszego sortu. Chore przeświadczenie o tym, że wszyscy życzą mu źle i czekają na jego najmniejszy błąd, powoli go wykańcza. Choroby z głową przychodzą późnym wiekiem, co? Nieprawda. Ta myśl była zakorzeniona w jego umyśle już od najmłodszych lat. Postanowiła powrócić i nękać Niffelheima, ponieważ cierpiał na przykry przypadek aż nazbyt wielkiej ilości wolnego czasu.
Uśmiechali się do niego, witali się przesympatycznie, a on odwdzięczał się im machinalnie, czując, że wymiana tak błahych grzeczności jest jedynie przykrywką przykrych myśli o danym osobniku. Pogrążając się w coraz to większej pogardzie wobec społeczeństwa, zaniżając własną samoocenę, w końcu wyczaił, że dzieje się z nim rzecz niepojęta.
To nie było normalne, chociaż za szczenięcia bardzo dotykały go negatywne opinie innych, przywykł do nich i nauczył się z nimi żyć bez zwracania na nich większej uwagi, niż było to konieczne. Później potrafił już budować zdrowe relacje, w których czuł się dobrze i pewnie. Myślał, że jego problemy z aspołeczną naturą minęły i mógł nazywać siebie pełnoprawnym członkiem wilczej wspólnoty. Czym spowodowana jest niezwykle ogromna chęć zaśnięcia i nieobudzenia się już nigdy? Dlaczego jego samopoczucie było w tak fatalnym stanie?
– Niffelheim, wszystko w porządku? – zapytał Habiel, dostrzegając, że starszy basior ewidentnie odpływa gdzieś myślami i wygląda na lekko zmęczonego, prawdę mówiąc zaniepokoił się, że wcześniej zadał mu zupełnie inne opowiadanie, które dotyczyło spraw, które ten tak bardzo kochał, a on mu na to nie odpowiedział.
– Obawiam się, że nie.
Spojrzeli na niego, zaskoczeni jego szczerą odpowiedzią. Wiedzieli, że Niffelheim jest bezpośredni, ale nie spodziewali się, że aż tak. Potrząsnęli łbami, jakby komunikując się ze sobą telepatycznie, a następnie podeszli bliżej białego wilka.
– Coś się stało?
Chciał zaprzeczyć, tak bardzo chciał zaprzeczyć, żeby ich nie martwić, ale stwierdził, że to i tak nie zadziała, więc opowiedział im, jakie ostatnio myśli go męczą. Podzielił się również swoim przerażeniem, że niedługo zacznie uważać wszystkich innych za potencjalnych wrogów i prędzej czy później zda sobie sprawę z tego, że walka ze światem nie jest mu pisana. Sam na wszystkich, bitwa byłaby bardziej przytłaczająca, niż mogłoby się zdawać, więc zanim by podjął jakiekolwiek działania, prawdopodobnie rzuciłby się z klifu, wpadł w przepaść, udał się w podróż na dno jeziora z kamieniem przywiązanym do szyi lub przegryzłby sobie język.
– To brzmi poważnie. Rozmawiałeś już o tym z kimś? Może potrzebujesz psychologa?
– Wydaje mi się, że to od natłoku ostatnich wrażeń. – Posłał im słaby uśmiech. – Jestem po prostu zmęczony, a moje nerwy nie są w stanie się uspokoić same z siebie. Nic nie robię, mam za dużo czasu na bezsensowne przemyślenia. Wracają demony przeszłości, mój umysł potrzebuje zwykłego odpoczynku.
Skinęli mu jedynie głową, bo nie mieli pojęcia jak mu pomóc. Mogli niby coś radzić, ale co? Mają własne zmartwienia, Niffelheim doskonale o tym wiedział, dlatego nie miał im za złe, że po całkiem poważnej rozmowie, postanowili wrócić do swoich spraw codziennych. Pożegnał ich i znów został sam ze swoimi myślami.
Czy ja naprawdę potrzebuję psychologa?, pomyślał. Choć sam pełnił podobną funkcję, był sceptycznie do tego nastawiony. Zastanawiał się, czy w ogóle w watasze istnieje stanowisko w stylu psychologa, czy tam psychiatry. Coraz bardziej liczył na to, że jego aktualny stan jest spowodowany ogólnym zmęczeniem ciała i umysłu, który prędzej czy później zwyczajnie przejdzie, a nie wymysłami jego biednej główki. Hm, może uda się do zielarza po ziółka na uspokojenie i rozluźnienie mięśni? Cała ta sytuacja wywołuje u niego nieprzyjemne uczucia.
Zanim uda się w podróż poszukiwania zielarza na terenach Smoczego Ostrza, postanowił uciąć sobie drzemkę. Drzemkę, która chwilowo przyniesie ukojenie i pozwoli zatonąć we własnym, wyidealizowanym świecie, gdzie nikt nie ma prawa mu tam mieszać. Zawędrował pod bliskie drzewo, aby pod nim się położyć. Rozejrzał się jeszcze wokół, spoglądając, czy strażnicy wypełniają swoje obowiązki, a następnie zasnął otulony kołdrą ze złotych, pomarańczowych i brązowych liści.
Natychmiast się zerwał, kiedy usłyszał zbliżające się w jego stronę kroki. Wyskoczył z góry liści, przyprawiając nieznajomego wilka o lekki zawał. Śnieżnobiała wadera wydała z siebie pisk i natychmiast odsunęła się od straszaka, któremu najzwyczajniej świecie zrobiło się głupio. Otrzepał się z liści i ostrożnie podszedł do wilczycy, która spoglądała na niego z dozą niepewności.
– Przepraszam, naprawdę nie chciałem – zaczął się tłumaczyć. – Wszystko w porządku?
– Tak – odparła krótko, unikając jego wzroku.
– Głupio mi, ale nie sądziłem, że ktoś będzie się zapuszczał aż tutaj. No i nie myślałem, że zanim się obejrzę, zostanę przysypany przez liście.
Nie usłyszał już żadnej odpowiedzi, wyglądało na to, że wadera niezbyt dobrze czuje się w jego towarzystwie, on sam ostatnio za nim nie przepada. Możliwe, że wilczyca jest po prostu na tyle nieśmiała, że na razie nie ma ochoty prowadzić rozmowy. W sumie nie zdziwiłby się, gdyby jej pewność siebie była na niskim poziomie i po jakimś czasie dowiedziałby się, że relacje międzywilcze sprawiają jej problemy.
Nie. Nie chciała z nim rozmawiać, ponieważ uważała go za gorszego od siebie i nie zamierzała marnować na niego swoich cennych strun głosowych, jak i również własnego czasu. Skrzywił się nieznacznie, ale postanowił dalej w to brnąć, mimo faktu, że jego myśli stawały się coraz bardziej chaotyczne i nielogiczne. Czas przejąć pałeczkę, pomyślał, pokaż, czy naprawdę potrafisz rozmawiać z innymi, a później leć szukać zielarza.
– Nazywam się Niffelheim – zaczął dość niepewnie. – Dawniej mogłabyś mnie poprosić o egzorcyzm, dziś służę radą odnośnie do szczeniąt. A ty jakie imię nosisz? – Brawo!, jesteśmy z ciebie dumni. Prowadzisz zwykłą konwersację i jeszcze twoja rozmówczyni nie postanowiła uciec z krzykiem.
– Faith.
– O, a to ci przypadek! – zakrzyknął wesoło, co było do niego niepodobne. – Właśnie do ciebie zmierzałem, ponieważ potrzebuję pomocy zielarza, a ty nim jesteś, prawda? – Kiwnęła nieśmiało głową. – Zazwyczaj nie jestem taki wylewny i próbuję radzić sobie z własnymi problemami zupełnie sam, ale tym razem to jest ponad moje siły. Z ziołami rzadko kiedy miałem do czynienia, więc potrzebuję rady specjalisty, kogoś, kto w tym siedzi i ma pojęcie, co to właściwie znaczy zajmować się wywarzaniem naparów, tworzeniem eliksirów z roślin.
– Co się stało?
– Potrzebuję czegoś na uspokojenie nerwów i rozluźnienie mięśni. Mam wrażenie, że po krótkiej rekonwalescencji mój umysł wróci do pełni zdrowia i znów będę mógł być sobą. Mogłabyś mi coś na to polecić?

Faith?

Od Niffelheima do Taiyō

Nie potrzebują więcej egzorcystów, więc czym powinien się zająć wilk, który całe swoje życie podporządkował zbłąkanym duszyczkom, które w większej mierze lubiły dręczyć żywe (no przeważnie żywe) istoty? Agh, nie przepadał za zmianami i za nowościami, podjęcie się zajęcia jakiegokolwiek innego zajęcia niż egzorcyzmy… Będzie dla niego nie lada wyzwaniem. Omegą nie chce być, ponieważ czuje, że musi mieć jakieś obowiązki, inaczej non stop by się nudził jako bezrobotny. Życie jest okrutne…
Zdecydował się w końcu. Skoro nie może pracować z prawdziwymi demonami, zmierzy się z tymi, które przemierzają świat na tych pulchnych, słabych i krótkich łapkach. Postanowił spróbować swoich sił z demonami, które zostały wydane światu powszechnie znane jako: „wpadki”, „owoce miłości”, „gówniaki”. Pracować będzie z małymi diabłami, których najogólniejsza nazwa mrozi już krew w żyłach. Jego codziennością staną się kaprysy tych wiecznie niezadowolonych kulek (nie)szczęścia, które całymi dniami mogłyby się bawić, jeść i spać. Stanie na wysokości podjętego zadania. Zawalczy ze szczeniakami o to, by mogły wyrosnąć na porządnych obywateli wilczej społeczności, a przy okazji odprawi nad nimi egzorcyzmy, pozbywając się ich pierwotnej natury – czystego zła.
Obdarzony stanowiskiem pedagoga postanowił zaznajomić się z nowym środowiskiem pracy. Liczył, że jeszcze dzisiaj nikt nie będzie potrzebował jego pomocy w uspokajaniu małego gówniarza, któremu nie odpowiada przydzielony mu kawałek mięsa. O zgrozo, ma również nadzieję, że nie będzie musiał pacyfikować szczeniaka, który został wyrwany ze swojej popołudniowej drzemki. Takie to dają mocno w kość…
Wybrał się do jaskini szczeniąt, o ile tak to może nazwać legowisko tych nikczemników. Odrobinę się rozczarował, kiedy lokalizacja tej miejscówki została zmieniona podczas jego nieobecności w watasze. Liczył, że będzie mógł powspominać czasy, kiedy jeszcze jego potomstwo było małymi berbeciami. Och, gdyby się tak zastanowić. Nie kojarzy większości miejsc z nowych terenów Smoczego Ostrza, będzie musiał sobie zorganizować wycieczkę krajoznawczą. E, kiedy indziej. Dzisiaj poświęca czas na zgłębianie tajników obsługi szczeniaka. Huh, chociaż halo, miałeś kiedyś dzieci, w sumie dalej masz, nie możesz powiedzieć, że kompletnie się nie znasz na wychowywaniu gówniaków. Hm, ale własne dzieci to tam… No, nie trzeba być tak strasznie delikatnym, a teraz? Zaraz ktoś go oskarży o demoralizację młodzieży i co? Straci robotę, skażą go na wygnanie, mimo że niedawno wrócił…
Nie zorientował się, kiedy w końcu przekroczył próg jaskini i wtargnął na sam środek „sali zabaw”. Na całe szczęście nie było świadków jego nieogarnięcia i nikt nie widział, że bez konkretnego powodu staranował stos kostek i kosteczek, a klika z nich postanowiło zadrapać jego łapę. Lekko rozciętej skóry widać nie będzie, nie pod tą warstwą sierści.
– Przepraszam, ale szczenięta są teraz pod opieką mentorów. Wróć za jakiś czas.
Sam komunikat go nie zainteresował, bardziej zaciekawiła go właścicielka głosu. Znał go, więc i znał wilczycę, która do niego przemówiła. Niebawem z jednego korytarza wyłoniła się lisopodobna postać o kilku ogonach i rdzawym futrze. Była dokładnie taką, jak zapamiętał. Mimowolnie posłał jej uśmiech, ale wówczas zdał sobie sprawę z tego, że on o niej nie zapomniał, ale to nie znaczy, że ona o nim również nie. Podszedł nieco bliżej, schylając odrobinę swoją głowę.
– Na łapę mi jest fakt, że szczeniąt tutaj nie ma – zaśmiał się. – I odrobinę mi ulżyło. Nie ma tu tych demonów, a jesteś ty, która na całe szczęście się nie zamieniła w kogoś innego. – Mówił, jakby ją znał na wylot, ale prawdę mówiąc, nie znał jej wcale. Zdradziła mu jedynie swoje imię i historię plemienia, z którego pochodzi. Wadera stała i patrzyła na niego… jakby był nawiedzony. Był przyzwyczajony to takich spojrzeń, ale… w sumie z żadnym podobnym nie spotkał się od dawna. – Taiyō, wciąż masz siłę do tych szczeniąt?

Taiyō?

Od Niffelheima do Habiela i Efraina

Skoczkowaty sam z siebie wskoczył pod łapę Niffelheima, informując drapieżnika o tym, że dziś zamierza stać się jego przystawką. Basior o dobrym serduszku postanowił spełnić życzenie gryzonia i już chwilę później obgryzał jego drobne kosteczki do czysta. Widok ten odrobinę obrzydził, zdegustował dwóch basiorów, które razem upolowali dorosłego osobnika z rodziny jeleniowatych. Różnica ich zdobyczy była ogromna, toteż świetność łowów Habiela i Efraina przyćmiły marną mysz Niffusia.
– Trzeba było iść z nami – zaśmiał się jeden z nich – ale spokojnie. Podzielimy się z tobą, chociaż o najlepszych kawałkach mięsa możesz zapomnieć.
Biały basior początkowo nie wiedział jak zareagować, po czym prychnął śmiechem. Chociaż jego ofiara nie była wielkich rozmiarów, dał radę się nią najeść przez najbliższe... Pół godziny. Może nieco sobie przesunąć obiad na później. Nie był na tyle zdesperowany, żeby korzystać z pracy wilków, którzy nie są nawet myśliwymi w watasze. Jak sobie upolowali, niech sami sobie to zjedzą. To nie jest ostatnie zwierzę, którym przyjdzie się im najeść.
Odmawiając spożycia jelenia razem z nimi, zaprzeczył własnym zasadom. Zawsze, kiedy miał okazję zjeść, jadł – nigdy nie wiedział, kiedy nadarzy się kolejna szansa na zjedzenie porządnego posiłku. Podobnie zresztą było ze snem. Jak jest czas na spanie, to śpi. Prosta filozofia, której ostatnimi czasy coraz bardziej brak. Postanowił od razu naprawić swój błąd.
– Których części nie chcecie?
Nie mieli mu za złe jego nagłej zmiany zdania. Od początku byli nastawieni na to, że będą musieli podzielić się zdobyczą ze swoim mentorem, nauczycielem, zastępczym ojcem, dziadkiem, dobrym przyjacielem (no coś z tego). Zrobili mu miejsce, dając mu dostęp do tylnych kończyn zwierzęcia. Całe szczęście nie odstąpili mu jedynie mięsa z głowy ofiary. Cienka skóra i parę chrząstek, o zgrozo, to nawet ten skoczkowaty był o niebo lepszy od tego.
Miał szczęście, że do watahy nie wrócił zupełnie sam. Chociaż większości wilków już nie kojarzył i miał wrażenie, że sfora od jego wybycia stała się czymś zupełnie innym, nie chciał narażać się na szkalowanie przez innych. Nie miał pojęcia, jakie zdanie o sobie zostawił, opuszczając tereny Watahy Smoczego Ostrza, ale liczył na to, że mimo wszystko nikt nie miał mu tego za złe. Nigdy nie starał się wyróżniać na tle innych wilków, więc całkiem prawdopodobne, że nikt, poza pojedynczymi jednostkami, go nie znał.
Fakt posiadania towarzystwa w postaci Habiela i Efraina napawała go niemałą radością, która pozwoliła mu się cieszyć możliwością porozmawiania z kimś zupełnie otwarcie. Byli oni pierwszymi wilkami, do których zwróciłby się po pomoc i prawdopodobnie jedynymi, za którymi poszedłby w ogień. Dziękował stwórcom za ich istnienie i za to, że jakimś cudem zdołał ich do siebie zachęcić i przy sobie zatrzymać.
– Czy tak wygląda życie w watasze? – zapytał Efrain. – Trochę zawiewa nudą.
Nie krył swojego niezadowolenia spowodowanego statecznym życiem. Jednak trudno byłoby dogodzić wilkowi, który codziennie zmagał się w walkach na śmierć i życie. Dreszczyk emocji i przypływ adrenaliny to nie to samo, co wylegiwanie się w słońcu, kiedy obsadzeni funkcją strażników i patrolujących męczą się z doglądaniem terenów, by członkowie nie czuli się zagrożeni.
– Myślę, że nikt nie broniłby ci szukać przygód – zaczął Niffelheim. – Może znajdźmy coś, co mogłoby sprawić, że nasza szara rzeczywistość nabierze różnorodnych kolorów. Co powiecie na szukanie skarbów? A może zwalczanie złych duchów, gdzieś w odległej krainie? Może nikt nie zauważy, że na chwilę znikniemy i udamy się w dziką podróż!
– Dzika podróż, co? – do rozmowy włączył się Habiel. – Dzika podróż poślubna trzech basiorów, to brzmi wspaniale!
Choć jego żart nie był szczególnie górnolotny, bezkompromisowo zawstydził Niffelheima. Nie był jakoś szczególnie drażliwy na ten temat, ale sam fakt, że słowa z jego pyska mogą zostać odebrane w ten sposób... Co z kolei musiało przytrafić się brązowemu basiorowi, że wpadł na coś takiego?
– Miesiąc miodowy z wami nie brzmi wcale źle, ale może zmienimy to na... Inną nazwę?
– Jestem całkowicie za – rzucił Niffelheim i ruszył się z miejsca. – To jak, szukamy przygody?

Efrain? Habiel?

9 lutego 2019

Od Niffelheima cd. Invernessa


Nigdy nie przepadał za miejscami, które powszechnie były znane pod nazwą „biblioteka”. Prawdę mówiąc, żadnej książki nie przeczytał od lat, a wiedzę zdobywał poprzez cudowne wykłady innych lub doświadczane sytuacje. Co go naszło, żeby w końcu wziąć się za księgi o demonach? Ciekawość. Tak, zwykła ciekawość, no i może chęć zweryfikowania swojej wiedzy. Kto wie? Może papier nauczy go czegoś jeszcze?
Lekturę przerwał mu zestresowany młodzieniaszek. Niffelheim uniósł swoje spojrzenie i dokładnie przyjrzał się wilkowi. Bać się nie bał, może po prostu się zablokował czy coś w tym stylu. W pamięci raz jeszcze odtworzył sobie treść pytania nieznajomego członka z watahy. Och, powinieneś był już dawno nauczyć się ich imion. Przekręcił łeb, zastanawiając się, dlaczego postanowił zaczepić jego. No niby czyta te książki, ale jeśli ktoś ma jakiś problem z demonami czy innymi siłami „nie z tego świata”, to czy nie powinien się z tym zwrócić do egzorcysty? Wróć, pierwsza okazja do poznania bliżej kogoś z watahy. Daj mu szansę i udowodnij sobie, że potrafisz zdobywać znajomych!
– Czy interesuję się demonami? – Posłał mu coś w rodzaju delikatnego uśmiechu. – Można tak powiedzieć, a dlaczego pytasz… Młody mistrzu?
Basior przez dłuższą chwilę mu nie odpowiadał. Czując tę dziwną atmosferę, Niffelheim postanowił zmienić swoje pytanie na proste i niewymagającego większego zastanowienia, ale nawiązujące do poprzedniej części rozmowy: „A ty?”. Brązowy wilk przybliżył się, a następnie usiadł naprzeciwko „interesującego się demonami”. Chwilę błądził wzrokiem po zakamarkach biblioteki, skrupulatnie unikając spojrzenia swojego rozmówcy. Ewidentnie coś chciał wycisnąć ze źródeł o demonach, więc prawdopodobnie tym się interesuje, ale tak jakby było mu brak odwagi, aby się w to zagłębić.
Niffelheim zamknął księgę. Zestresował młodego swoją postacią, więc nie może go winić za to, że teraz brak mu słów. Tak, wmawiajmy innym, że to twoja wina. Wykorzystał chwilę, w której basior postanowił spojrzeć prosto na niego zaciekawiony hukiem, który towarzyszył zamykaniu książki. Dokładnie obejrzał się w jego oczach, a następnie przesunął tomik w stronę wilka, mówiąc, że jemu to się bardziej przyda.
– Poczytaj, gdy znajdziesz chwilę czasu, a teraz poświęć kilka chwil mojej osobie – zakończył swoją wypowiedź śmiechem. – Mogę ci co nieco poopowiadać o demonach. Ładna to z pewnością nazwa, ale ja po prostu lubię wszystkie niematerialne istoty nazywać duszkami lub duszyczkami. Tylko zanim zacznę. Pozwól, proszę, usłyszeć mi twoje imię. Będzie się nam łatwiej rozmawiało.
– Inverness – rzucił krótko. – Ehm, a ty jak się nazywasz? – Chyba bardziej pytał z poczucia obowiązku, iż tak należy, a nie z faktycznego zainteresowania białym basiorem.
– Niffelheim.
Po krótkim przedstawieniu się sobie nawzajem, starszy z nich postanowił wyciągnąć drugiego na spacer, sugerując, że świeże powietrze dobrze im zrobi, a odrobina ruchu krzywdy im nie wyrządzi.
Na początku między nimi panowała cisza, nie chcąc ustąpić miejsca nawet zwykłemu szmerowi liści. Odgłosy stawianych kroków nawet nie potrafiły jej przerwać, tak jakby zostały całkowicie wyciszone przez nienaturalne siły.
– Coś się stało, Młody Mistrzu? – zapytał Niff, a widząc zdziwienie na pysku i w oczach basiora, westchnął i postanowił kontynuować. – Raczej rzadko kiedy znajomość zaczyna się od pytań od demonów. Nie uważasz, że siły nieczyste, siły zła są odpowiednim tematem na pierwszą rozmowę? Znaczy, jak mi powiesz, że to zwykła ciekawość, która ujawniła się tak… myk. Zrozumiem, nie mam podstaw, by w to nie wierzyć. – Posłał mu delikatny uśmieszek. – Nęka cię jakiś demon?

12 stycznia 2019

Od Niffelheima do Sunset

– Dostaniesz udaru, jeśli wciąż będziesz tu leżał.
Niffelheim niechętnie otworzył jedno oko i zerknął na osobę, która postanowiła mu przeszkodzić w jego cudownym zajęciu, jakim jest wylegiwanie się na słońcu, pomińmy fakt, że kiedy postanowił się położyć, w tym miejscu był jeszcze cień. Podniósł się leniwie z ziemi i zaczął rozciągać, tak jakby jego kości nie były ruszane od lat. Faktycznie, trochę sobie tutaj poleżał.
– Masz rację – rzucił krótko.
Jego towarzyszem okazał się duszek, który od jakiegoś czasu pojawia się tu i ówdzie, w sytuacjach, kiedy basior postanowi sobie przedłużyć odpoczynek. Natręctwo nieżywej istoty jednak nie przeszkadzało mu na tyle mocno, by odesłać ją już na zawsze do zaświatów. Właściwie był nawet zadowolony, że wciąż może rozmawiać z duszami. Oblizał swój pysk, a następnie spojrzał w... oczodoły niematerialnego stworzenia, w których tliła się wesoła iskierka. No tak, opowiadał, że zmarł w wyniku porażenia prądem.
– Wciąż tobą telepie? – zapytał, ruszając przed siebie.
– Nie, chociaż mam wrażenie, że coś po mnie łazi, że coś we mnie płynie.
Czasami zastanawiał się, jak to jest być samą duszą. Niektóre nic nie wspominają, że czują jakby dotyk, tak jakby wstydzili się faktu nieposiadania ciała. To nic osobistego, a jednak zdarzają się jednostki wrażliwe na ten temat, a teraz proszę! Jego nowym znajomym okazuje się duszek imieniem Elektron, który czuje, że w jego żyłach płynie prąd. Ciekawe zjawisko!
Doszedł do pobliskiego źródła wody – do rzeki. Spojrzał na jej drugi brzeg, który niczym nie wyróżniał się od tego, przy którym stał. Zastanawiał się, czy wilczki tęsknią za swoim domem i jak czują się na nowych terenach. Teoretycznie nic nie powinno go zdziwić. Sam nie tęskni za ziemiami, na których mieszka, a żal po utracie domu, do którego się przywiązało, uważał za coś naturalnego. To... Jaka jest trzecia opcja? Czy w ogóle istnieje?
– Eeek! – pisnął duszek, chowając się w sierści Niffelheima. – Ona tu jest!
Targał jego futrem i próbował zwrócić jego uwagę, na waderę, która przyszła zaraz za nimi. Basior jednak postanowił nie przerywać czynności nawadniającej organizm i po prostu połykał kolejne łyki chłodnawej wody. W pewnym momencie stało się to niemożliwe, ponieważ nieżyjątko zaczęło uciskać jego szyję, przez co dławił się połykaną cieczą i powoli tracił możliwość oddychania. Zakaszlnął głośno, co zwróciło uwagę nieznajomej. Potruchtała do białego wilka i lekko zniżyła głowę.
– Wszystko w porządku? – zapytała.
Och, czy obca wadera się o niego troszczy? Przypływ odwagi, czy może faktycznie ma równie dobre serduszko co Niffuś. Poprawił swoją pozycję i na nią spojrzał. Dawno nie rozmawiał z kimś płci pięknej, a odkąd dołączył, nie rozmawiał jeszcze z nikim innym oprócz zarządców watahy i przyszywanych synów, chyba nie obrażą się, jeśli tak ich nazwę.
Przyjrzał się dokładnie waderze. Pamiętał ją, ale ich znajomość ograniczała się jedynie do wymieniania nawzajem sobie spojrzeń – znał ją tylko z widzenia. Nigdy nie miał okazji z nią porozmawiać dłużej, nie miał też sposobności, aby poznać jej imię... Bo nie miał takiej potrzeby.
– Tak. – Skinął głową. – Mój mały towarzysz mi po prostu przeszkodził w niemiły sposób. – Tutaj zaczął dziwnie ruszać swoją szyją i grzbietem, chcąc wypłoszyć duszka ze swojej sierści. – Zaczął się niespokojnie zachowywać, kiedy cię zobaczył. Zrobiłaś mu krzywdę? – zaśmiał się, chociaż w jego wypowiedzi nie było nic zabawnego.
– NIFF! – zakrzyknął mały bojownik. – Ona... Ja... Boję się jej... – szepnął.
– Dlaczego pani jest taka straszna? – zwrócił się do wadery. – Jesteś pogromcą dusz?

Sunset?

Powraca — powitajmy Niffelheima!



Czasem czyjaś zła natura jest gorsza od prawdziwego demona.

Imię: Niffelheim
Pseudonim: Nie dorobił się żadnej ksywki, nie licząc zdrobnień swojego imienia typu: Niff, Niffuś, Heim.
Wiek: 17 lat (nieśmiertelny)
Płeć: Basior
Charakter: Małomówny wilk o zgorzkniałej naturze, któremu z upływem lat i przypływem doświadczenia udało się pozbyć przynajmniej niewielkiej części gburowatości i ponurości. Powaga jednak go nie opuściła i wciąż pozostaje wiernym towarzyszem, no przynajmniej na pierwszych spotkaniach z nowymi pyszczkami lub kiedy przychodzi mu rozmawiać z poważniejszymi niż on jednostkami. No nic nie poradzi, że nie umie robić dobrego pierwszego wrażenia, ale zapewniam was, że nie musicie nie wiadomo jak się starać, aby zyskać jego sympatię. Jest dobrym wilczkiem o złotym serduszku, zapewniam was o tym już na samym starcie.
Lubuje się we własnym towarzystwie lub w gronie zaprzyjaźnionych duchów, jest typem samotnika, czego nic nigdy nie zmieni, jednak nikogo nigdy całkowicie nie olewa. Ba, jest w stanie poświęcić znacznie więcej uwagi, niż mogłoby się wydawać. W szczególności, kiedy widzi potrzebującego pomocy lub rady. Nie jest dobry w zdobywaniu nowych znajomości, ale w razie czego próbuje stanąć na zadaniu przyszłego kolegi i stara się podtrzymywać rozmowę, jednak zdradzę wam coś: Szczerze? Wolałby przekazać tę pałeczkę komuś zupełnie innemu.
Tym, co w nim pokochasz, jest jego autentyczność. Nie przybiera żadnych masek, nie bawi się w udawanie kogoś, kim nie jest. Nie lubi oszukiwać nawet pod tym względem, co prowadzi nas do jego kolejnej cechy, jaką jest szczerość, która często odbierana jest jako brak taktu. Nie da się ukryć, że poniekąd to stwierdzenie jest prawdziwe. Zazwyczaj mówi wprost to, co myśli, nie trudząc się z odgadywaniem cudzych emocji, choć coraz częściej zdarza mu się przemilczeć dany temat. Uważa, że takie wyjście jest najlepsze: mówić samą prawdę albo nie mówić nic, niezależnie od tego, jak delikatny jest rozmówca. Sam osobiście wolałby słyszeć tylko to, co zgodne z prawdą. Zaprzątanie myśli kłamstwami jest po prostu pozbawione sensu.
Pacyfista z zasady, niestety nie z natury, dlatego też stroni od konfliktów, ale czasem zdarzy mu się być jego źródłem. Nieporozumienia znajdą się zawsze, a to głównie przez nie rodzą się kłótnie. Nie uważa się za boga. Nie sądzi, że jest nieomylny, a jego zdanie najważniejsze, ale jak ktoś nie potrafi uszanować tego, że ma własną opinię, to robi mu się trochę przykro i przechodzi na tryb lekko ofensywny, gdzie potrafi być mocno nieprzyjemny, wręcz agresywny i opryskliwy. Jednak nieważne jak bardzo wyprowadzisz go z równowagi, zawsze będzie używał sensownych argumentów i będzie myślał na trzeźwo, rzadko emocje uderzają mu do głowy. Jest w stanie bronić własnego zdania do utraty tchu, w sumie nie tylko własnego. Czasem mniejsi, słabsi potrzebują pomocy, by się przebić przez wszystkich innych.
Jego dewizami są jednak przede wszystkim odwaga i śmiałość, nie lęka się niczego i zawsze kroczy z podniesioną głową. Nie oznacza to, że się wywyższa nad innymi, zdaje sobie sprawę, że niej jest idealny i musi nad kilkoma sprawami popracować. Potrafi się przyznać do porażki i błędów, ponieważ potrafi z nich się podnieść i wynieść kilka porządnych lekcji, nad którymi lubi sobie podumać. No tak, jest też typem myśliciela. Godzinami może wpatrywać się w niebo, zastanawiając się nad najzwyklejszą rzeczą całego wszechświata. Lubi od czasu do czasu tak oczyścić umysł od tego całego natłoku spowodowanego zdobytą wiedzą i przeżytego życia, nadmiaru wydarzeń i doznań.
Wygląd: Budową ciała nie prezentuje się tak świetnie,  jak większość tych cudownych basiorów, którzy mają się czym pochwalić. Oczywiście jak większość zharowanych wilków posiada wyrobione mięśnie, ale nie wyglądają tak niesamowicie, jak te, którymi mógłby się pochwalić, gdyby był nieco bardziej zbity, nieco bardziej przy kości. Sylwetką przypomina nieco waderę, co powoli zaczyna go drażnić. Może wzrost ma, jak na basiora przystało, ale smukłość... ewidentnie cecha bardziej pasująca do wadery.
Ma gęstą sierść dłuższą przy szyi, karku i ogonie, która jest miękka w dotyku. W umaszczeniu basiora dominuje śnieżnobiały kolor, do którego idealnie wkomponowują się czarne, czerwone i turkusowe akcenty. Największą uwagę przyciąga jego przednia lewa łapa – smolista z turkusowymi znamionami, które emanują lekką poświatą, widoczną szczególnie w nocy i podczas używania mocy. Pojedyncze pasma sierści, które mają niebieską barwę, oddzielone są od reszty futra za pomocą czerwonych koralików.
Cechą charakterystyczną Niffelheima są przydługie kły, które są widoczne nawet przy zamkniętym pysku. Jednak kto by się przejmował uzębieniem, kiedy można popodziwiać inne turkusowe elementy takie jak poduszki, nos, język i cudnie świecące ślepia.
Głos: Jest całkiem znośny, w takim znaczeniu, że słysząc wypowiedzi Niffelheima, nie masz ochoty strzelić sobie w łeb lub po prostu od niego uciec. Ma głos w niskiej tonacji o całkiem przyjemnej dla ucha barwie, jednak w byciu melodyjnym przeszkadza ta naturalna chrypka, która zdaje się go nie opuszczać od szczenięcych lat – już wtedy brzmiał, jak umierający. Cóż, zmarłym nawet się podoba, żywym już niekoniecznie.
Stanowisko: Pedagog
Umiejętności: Intelekt: 7 | Siła: 7 | Zwinność: 7 | Szybkość: 7 | Magia: 6 | Wzrok: 5 | Węch: 5 | Słuch: 6
Rasa: Wilk Nekromancji
Żywioły: Nekromancja, umysł, ciało
Moce:
~ Zwiększona tężyzna – nie powinno to nikogo zdziwić, skoro posiada geny wilka ciała. Na czym w ogóle to polega? A to proste. Umiejętność bierna zwiększająca naturalną sprawność fizyczną basiora. Jest odporniejszy na różne urazy, rzadko się męczy. Siła, szybkość i zwinność, chyba to trzy cechy wyróżniane szczególnie u osobników z żywiołem ciała. W dodatku większość przeciętnych obserwatorów może dostrzec wrodzoną grację i delikatność jego ruchów.
~ Zmiennokształtność – całkowita zmiana wyglądu lub poszczególnej części ciała. Jest w stanie przemieniać się w inne zwierzęta lub przedmioty, jednakże w każdym wcieleniu przypomina prawdziwego siebie i bez problemu idzie go rozpoznać. Nie po to tak dba o swą odmienność, by go z kimś pomylić! Może się rozciągać, zwiększać, skurczyć i takie tam.
~ Kolejna magiczna umiejętność Niffelheima polega na przyjmowaniu właściwości różnych materiałów. Co to właściwie znaczy? Jeśli sobie zażyczy, stanie się twardy i ostry jak diament bądź jeszcze bardziej miękki jak plusz. Może pozostać niewzruszonym niczym skała lub rozpłynąć się gdzieś w powietrzu jak piasek.
~ Telekineza – potrafi przenosić przedmioty za pomocą siły woli, działa na bliskie i średnie obszary. Nie musi mieć tego czegoś na oku, wystarczy, że o tym pomyśli i dokładnie zapamięta położenie danego obiektu. Działa również na żywe istoty, jednak nie używa jej na nich, dopóki nie poczuje konieczności lub nie dostanie wyraźnej zgody.
~ Telepatia – jest w stanie wniknąć do umysłu innych, wówczas zostawia tam informacje do odczytania przez innych. Sam jednak nie czyta wszystkich myśli danego osobnika, w końcu nikt nie chciałby, żeby największe skrywane sekrety zostały ot, tak odebrane.
~ Wtargnięcie – choć nie przepada za mąceniem innym w głowie, ta moc jest właśnie od tego. Po wniknięciu w rozum przeciwnika jest w stanie wyrządzić prawdziwy armagedon bólu głowy. Przeplata tragiczne wspomnienia, z żałosnymi przeżyciami, z brudnymi uczuciami, wysyłając bomby gry umysłowej, polegającej na tworzeniu paskudnych iluzji. Moc ta nie służy do zabijania. Przeciwnik może stracić przytomność na kilka/kilkanaście dni lub odczuwać przez dłuższy czas ucisk w głowie, który da się spokojnie złagodzić u medyka... czy czymś tam.
~ Nekromanta – moc niemalże perfekcyjna w jego wydaniu. Niffelheim jako wilk nekromancji potrafi stworzyć własną armię nieumarłych. Jest w stanie wysługiwać się duszami zmarłych, dzięki czemu nawiązuje pełne interakcje z duchami. Przywołuje, odsyła, wypędza bądź rozkazuje opętanie. Nieumarli słudzy są na jego każdy rozkaz, czasem wymagają od niego magii, by mogli używać własnych zaklęć, ale to naprawdę czasem. Zresztą i tak rzadko przyzywa ich, by stanęli do walki. Czasem potrafi w martwe ciało pchnąć jakąś duszę, ale nie wychodzi to tak, jak powinno.
~ Uzdrowienie – nie jest na jakimś wysokim poziomie, ale zawsze jakiś uraz uda mu się uleczyć. Nie jest w stanie uzdrowić wilka bliskiego śmierci, ewentualnie przedłużyć je o kilka cennych chwil, by zaprowadzić, go do lepszego użytkownika tego rodzaju magii. Zazwyczaj używa jej tylko dla siebie, w sytuacji opisanej właśnie przed chwilą.
Rodzina: ---
Partner: ---
Potomstwo: Ma dwóch synów: Zetha i Rammsteina, jedną córkę: Amulette Talismane.
Historia: Wychowywał się bez rodziców. Żył w przekonaniu, że ci nie mogli być razem z nim, ponieważ zginęli w tragicznym wypadku, dlatego będąc małym berbeciem, nie zastanawiał się nad tym zbyt wiele i postanowił nie tracić beztroskiego dzieciństwa nad rozpaczą i tęsknotą za wilkami, których właściwie nie znał.
W swojej watasze był pierwszym wilkiem, którego rasa mogłaby być utożsamiania ze śmiercią, co mocno zniechęciło do niego pozostałych członków sfory. Lubił prowadzić dyskusje z duchami, a niekiedy podkusił się, by je wywoływać z zaświatów. Jego zachowania były brane za nietypowe i niepokojące, a zainteresowania szczeniaka uznali za rodzaj choroby psychicznej. Jednak właśnie ze względu na to, zainteresował się nim duchowy wódz watahy, który postanowił sprawdzić umiejętności wówczas bezimiennego szczeniaka.
Nowy mentor zabrał go do wadery, którą się zajmował. Nie należała do żadnej watahy, żyła w ukryciu z pomocą starego wilka. Nie chciał, żeby ktokolwiek o niej wiedział, bo była dość specyficzna, chociaż poprawniej byłoby stwierdzić, że była opętana. Duch, który ją nawiedził, był wyjątkowo... upierdliwy. Uczepił się jej jak rzep psiego ogona. Duchowy wódz nie potrafił się go pozbyć i chciał zobaczyć, czy młody sobie z tym poradzi. Oczywiście jako szczeniak nie miało jeszcze rozległej wiedzy na temat, co dokładniej go otacza i z czym będzie miał do czynienia, ale kiedy przyszło mu porozmawiać z wilczycą i jej nieodłącznym kumplem, spodobało mu się to. W porównaniu do starca, bez problemu mógł stwierdzić, kiedy przez waderę przemawia ona sama, a kiedy duch. Ich rozmowa nie dotyczyła samego opętania, nie była też próbą przegonienia demona. Bliżej jej było do zwykłej, przyjacielskiej pogawędki, która miała na celu zaznajomić ze sobą kilka istnień. Wystarczyła chwila, by poznali siebie nawzajem. Przyczyną opętania wilczycy nie były jej zbrodnie z przeszłości, zmorze po prostu było smutno tak po prostu zniknąć z tego świata: za życia był zupełnie sam, bez rodziny, bez znajomych. Nie chciał opuszczać ciała wadery, ponieważ liczył, że uda mu się z nią zaprzyjaźnić, ale nie zdawał sobie sprawy, że niektóre organizmy mogą nie dawać sobie rady z opętaniem... Jednak najbardziej pragnął rozmowy, z kimś, kto byłby w stanie go zrozumieć i tym kimś okazał się ten dziwny szczeniak, który podobnie jak on był samotny. W końcu zdecydował się opuścić ten świat i dać spokój waderze, której się naprzykrzał, jednak miał małą prośbę. Dowiedziawszy się, że młodzieniec nie miał imienia, chciał mu nadać swoje – Niffelheim. Przyjął je z ogromną wdzięcznością, a następnie z lekkim smutkiem odesłał ducha do zaświatów, oczywiście z pomocą duchowego wodza.
Po tej wizycie wszystko potoczyło się już naprawdę szybko. Zanim się obejrzał, poświęcił się egzorcyzmom całkowicie. Jego myśli krążyły tylko wokół nich i wokół duchów, które z czasem stały się jego ulubionymi towarzyszami drogi, posiłku czy zwykłej dyskusji. W pewnym momencie swojego życia postanowił spróbować czegoś nowego, spróbował się osiedlić gdzieś na stałe. Poniekąd to mu się udało, ponieważ zawitał w Watasze Smoczego Ostrza, gdzie urodziły mu się jego pierwsze dzieci: Zeth, Rammstein i Amulette Talismane. Sprawdzał się dobrze jako ojciec, wyjątkowo dobrze, aż sam był sobą zaskoczony, jednak to szczęście nie trwało zbyt długo, ponieważ przyszło mu się pożegnać z całą watahą. Zabrał ze sobą swoich synów i wyruszył w podróż, która miała się nigdy nie skończyć. Jak widzicie, to mu się nie udało, bo wrócił na stare śmieci. Co prawda swoich biologicznych synów nie udało mu się ze sobą sprowadzić, ale znalazł za nich cudowne zastępstwo – Efraina i Habiela.
Przedmioty: Fiolka nieśmiertelności (użyta)
Jaskinia: Nocuje gdzie popadnie, jedynie, o co dba, to o bezpieczeństwo w danym miejscu. W końcu nikt nie lubi, kiedy smacznie sobie drzemie, a tu nagle wbija mu mała armia dzikich kotów, niegrzecznie sugerując, by ledwo przytomnym szukać sobie nowego miejsca do spanka.
Ciekawostki:
– Niffelheim, a właściwie Niflheim, to inna nazwa zaświatów, Krainy Mgieł, Krainy Ciemności i Krainy Lodu w mitologii nordyckiej. Basior otrzymał to imię od pierwszego wyegzorcyzmowanego ducha, który prawdopodobnie za życia był wilkiem śmierci i również zajmował się udzielaniem zbłąkanym duszyczkom pomocy w dostaniu się do krainy zmarłych;
– przekwalifikowanie się z egzorcysty na pedagoga było dla niego trudną decyzją do podjęcia, ale jeśli ma się czymś zajmować, to niech to będą demony, nieważne czy pod postacią ducha, czy zwykłego szczeniaka;
– Efrain i Habiel – obydwaj zaskarbili sobie jego sympatię i stworzyli z nim na tyle silną więź, że Niffelheim mógłby ich bez wahania nazwać członkami własnej rodziny i stanąć za nimi murem. Traktuje ich jak własnych synów.
Właściciel: Kaory [Howrse/Doggi-Game] | kaoryychan@gmail.com | Przecinek#1312 [DISCORD]

1 września 2017

Odejście!

Z watahy odchodzą kolejne wilki: Niffelheim, Cynthia, Rammstein i Zeth.
Powód: Brak czasu i chęci na dalsze prowadzenie postaci.

dNiseb

Evvy

MBPanther

StupidRainbowFox
Do administracji: Z tym co zrobiłam, zróbcie, co chcecie. To już nie moja sprawa.

31 sierpnia 2017

Od Niffelheima do Taiyō

– Dziękuję – powiedziałem waderze na powitanie, na co kiwnęła niepewnie głową. – Za opiekę.
– Nie trzeba dziękować. – Uśmiechnęła się łagodnie. – To moja praca, którą lubię, więc chyba powinnam podziękować innym wilkom za to, że tworzą rodziny, przez co mam zajęcie. Które szczenięta są twoje? Pójdę po nie.
– Katastrofa, Generał Pączek i Chmurkowa Księżniczka – odpowiedziałem chłodno. Posłała mi pytające spojrzenie. – Rammstein, Zeth i kochana córeczka Amulette Talismane.
– Ale po tą trójkę ktoś już przyszedł, chyba pańska żona... Jakieś potajemne odbieranie szczeniąt?
Przystanąłem chwilę w bezruchu, zastanawiając się, kto miał aktualnie się nimi zajmować. Jak nic, dziś była moja kolej na zajmowanie się młodymi, więc dlaczego ich wzięła? O nie, pewnie chce mnie wrobić w opiekę, kiedy jej się odechce, a ja nie będę mógł... Szczwana wilczyca niczym lis.
– Halo, panie egzorcysto! – Pomachała mi łapą przed pyskiem, na który wdarł się wykrzyw znany jako "lekki uśmiech". – Coś się stało?
– Nie, przepraszam... Myślałem nad tym, dlaczego ich zabrała, nic mi o tym nie mówiąc.
– Może pomyślała o tym, że masz ciężki dzień i odrobinę cię odciąży, ale spokojna głowa. Jeśli kocha, nie ucieknie z twoimi szczeniętami! – Zaśmiała się dość nieśmiało, co mogło świadczyć, że jeszcze nie do końca wie, jak się do mnie odnosić. Pozwolić sobie na mniej oficjalny ton czy dalej brnąć w "pana".
– Chyba mam powody do obaw... Widzisz, nie mam żony, nawet nie miałem narzeczonej. Myślę, że nic głębszego do mnie nie czuje, a trzy małe kulki sprawiają, że utrzymujemy ze sobą stały kontakt.
– Wataha niby jedna wielka rodzina, a i tak nie wiemy, co i jak. Czasem nawet nie znamy swoich imion, prawda? – Odwróciła wzrok, wbijając go w podłogę. Czyżby wspominała rodzinę z traumatycznymi przeżyciami? – Właściwie, to basior powinien zabiegać o względy wadery!
Ta nasza opiekunka to całkiem miłe wilczysko. Przynajmniej nie odstrasza w rozmowie i nie próbuje jakoś dopiec czy dowalić. Wilki z miłym uosobieniem zawsze skarbiły sobie moje łaski, ponieważ moja natura stawała się dla nich cieniem i nie próbowały na siłę przebywać w moim towarzystwie. Samotnik, co? Własna rodzina jednak potrafi zmienić wilka...
– Nie, jeśli basior nie jest pewny swojego uczucia.
– Mówisz od rzeczy! Przepraszam, ale muszę o coś zapytać. Wiem, że jesteś egzorcystą, ale imię zupełnie wypadło mi z głowy, a raczej mylą mi się... Jesteś Neronem czy może Niffelheimem?
– Niffelheim.
– Ja jestem Taiyō, jeśli by cię to interesowało...
Opiekunka poprosiła mnie, bym opuścił jaskinię, a jeśli mam zamiar kontynuować z nią rozmowę, muszę na nią poczekać na zewnątrz. Nie potrafiłem tego określić, ale poczułem zainteresowanie waderą. Może nie w sensie, żebym zaraz miał latać za nią i prosić o łapę, ale raczej czysta ciekawość pochodzenia. Wygląda dość nietypowo, poza tym wilki o ciepłym serduszku potrafią nieźle zaskoczyć, a nie wypada od razu wypytywać...
– W twoich stronach dba się o własne tradycję i tworzy odrębną kulturę? – zagadnąłem, widząc jak rdzawa postać zbliża się do mnie.
– Można tak powiedzieć, a dlaczego pytasz?
– W moich stronach jest podobnie, jeśli dalej rozmawiamy o tym. Mogę coś usłyszeć o twoim pochodzeniu? Może nie konkretnie o tobie, a o okolicach i społeczności, w której się wychowywałaś... Wykluczam to, że urodziłaś się w watasze i wychowywałaś się w niej od początku.

Taiyō? Trochę słabo, ale ja długo się rozkręcam xd
Więcej w tym dialogu, ale starałam się, żeby nie były to jednozdaniowe wypowiedzi c:

17 sierpnia 2017

Od Niffelheima cd. Jenny

Ostatnimi czasy nie miałem za bardzo co robić w watasze. Czułem się bezużyteczny jako jej członek. Żaden z wilków nie skarżył się na "siły nieczyste", więc nie mogłem ot tak posprawdzać, czy przypadkiem nie zostali opętani przez łagodnego ducha. Nawet moi najlepsi przyjaciele z zaświatów coś dziwnie milczą, aż nudno. Me serce wypełniło się radością, kiedy w centrum usłyszałem, że gdzieś na naszych terenach pojawiło się widmo, które straszy przechodniów i powoli wyniszcza tamto miejsce. Byłem jeszcze bardziej zadowolony, kiedy Alfa zdecydowała się z tym coś zrobić i wybrała mnie do tego zadania. Egzorcyzmy mam we krwi, więc powinno być to łatwe zadanie. Macierzyński dla ojców już się skończył, więc bez wyrzutów sumienia mogłem opuścić jaskinię, zostawiając szczenięta same. Zresztą Layra mogłaby się nimi troszku pozajmować, jeden dzień jej przecież nie zaszkodzi i niech dowie się, jak to jest być matką na pełen etat.
Po kilkudziesięciu minutach dotarłem do celu. Powietrze w okolicy zrobiło się cięższe, a i atmosfera zrobiła się dziwnie podejrzana. Z każdym kolejnym krokiem czułem się, jakbym znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości. Trawa pode mną miała szarawy odcień, a kiedy po niej stąpałem, zdawała się skrzypieć. Rozejrzałem się wokół. Większą uwagę zwróciłem na ptaka, który wydawał się śmiać pod nosem. Dziecięcy chichot... Czyżbym miał do czynienia z niespełnionym szczenięciem?
– GIŃ! – rozległ się piskliwy krzyk.
Przyjąłem pewniejszą pozycję, z której będę mógł się bronić, a teraz pozwala mi swobodnie śledzić ruch przeciwnika. Uczucie strachu? Nie, raczej niecierpliwość co do ataku. Byłem prawie pewny, że ktoś chce, bym tutaj zginął. Usłyszałem odgłos upadania, więc spojrzałem za siebie. Na ziemi leżał to ptaszysko, tyle że martwe... Z jego dziobu wydobywał się biały dym, który po chwili przyjął kształt wilka.
– Ktoś przyszedł, ktoś naprawdę przyszedł! – Skakał radośnie obok mnie. – Miałeś rację, ktoś przyszedł! Ne, panku... Pobawisz się ze mną? On już się ze mną bawił, ale wygląda na to, że mu się znudziło.
– Wybacz, nie wiem, kogo masz na myśli, ale nie możesz już dłużej się bawić w tym miejscu. Odeślę cię tam, gdzie jest twoje miejsce. Nie obawiaj się, twój nowy dom nie jest straszny i z pewnością będzie ci w nim lepiej, niż tutaj.
"Nieprawda!" – krzyczał i krzyczał, po czym zaczął tupać łapkami, powodując niemałe trzęsienie ziemi. Ktoś musiał mu pozwolić, żeby tutaj został. Musi ufać tej osobie bezgranicznie, skoro nie rusza się z miejsca i zaprasza każdego do zabawy. Był święcie przekonany, że nikt nie będzie mu w stanie zrobić krzywdy. Od kogoś to usłyszał, więc tego się trzyma i atakuje każdego, kto się napatoczy.
Zaraz cię uwolnię, musisz go czymś zająć, ale nie denerwuj go.
Rozbrzmiał w mojej głowie dziwnie znajomy głos. Którego już dawno nie słyszałem. Postanowiłem mu zaufać, nic złego nie może się stać, a w dodatku poczułem się pewniej, wiedząc, że jestem złapany w pułapkę umysłu. Szybkim ruchem uniosłem łapę w górę, czując, jakby coś mnie parzyło, coś od podłoża. Miałem wrażenie, że wdepnąłem nią w ogień.
Starałem się, ale nie dam rady.
Prychnąłem. Nie liczyłem na zbyt wiele, ale ta duszyczka zdecydowanie za szybko się poddała. Uśmiechnąłem się pod nosem, czując, jak spalona skóra schodzi mi z łapy i odsłania mleczne kości. Okropieństwo i w gratisie bolało jak diabli.
– Wiesz, moja rodzina... Zginęła w płomieniach. Ja zdążyłem się uratować i doczołgać do starszyzny, ale wiesz, co mi powiedzieli? Powiedzieli, że tak musi być. Obejrzałem się za siebie, ciała najbliższych płonęły, a za mną ciągnął się ślad spalenizny i krwi. Wiesz, co zrobiłem po śmierci? SPALIŁEM ICH WSZYSTKICH! Ciebie też spalę!
Widziałem, że mocno to nim wstrząsnęło. Jego uczucia były niestabilne, nic dziwnego, że nie potrafił się powstrzymać i skończył, gdzie skończył. Nie mogłem jednak pozwolić na to, by uśmiercał okolicę. Żyje tutaj naprawdę wiele gatunków roślin i zwierząt, które nie mogą ot tak się przesiedlić. Jeśli pozwolę mu kontrolować siebie, dam mu znać, że innych również może.
– Twoja rodzina... Myślę, że oni tego nie chcą. Oni pragną, byś do nich dołączył. To nie jest twoje miejsce, a twój czas już się skończył. Powinieneś odejść, nim zrobisz jeszcze więcej głupstw.
Zauważyłem to... Rodzina jest jego słabym punktem. Chce się bawić z innymi, ale nic nie wypełni pustki po stracie najbliższych. W końcu się uspokoił, jednak nie przestał robić mi krzywdy. Jeśli wyjdę z jego iluzji i ta rana przejdzie na świat realny, to cóż... Będę musiał zrezygnować z zabaw z własnymi młodymi. Duszek tłumaczył, że dla niego nie ma już ratunku i tam nie czeka go spokój, a kara za jego czyny. Rozgniewał bogów, ponieważ zza grobu uśmiercił żywych. Westchnąłem. Tak naprawdę nie wiem, czy dusze, które odsyłam, od razu trafiają do miejsca, o którym mówię. Przeżycie swojego życia to i tak wystarczająca kara dla każdego śmiertelnika. Gdzie się nie obejrzysz tam ból i cierpienie, rzadziej spotyka się zrozumienie, przyjaźń i miłość. Domyśliłem się, że szczeniak teraz miota się we własnych myślach. Poczułem, że to sytuacja idealna. Rozstawiłem szeroko łapy, przygotowując się na najgorsze.
– Chcę – rzucił krótko, po czym przestałem widzieć cokolwiek.
– Em... Hej.
Powoli otworzyłem oczy i przed sobą ujrzałem las w brązowych i żółtych odcieniach. Przeniosłem wzrok na łapę. Wszystko było w porządku, choć trochę bolała... Odetchnąłem z ulgą i odwróciłem łeb w kierunku łagodnego, nieco sztucznego głosu. Ukazała mi się czyjaś dusza ozdobiona srebrną zbroją w kształcie wilka. Jej tęczowa grzywa z ogonem falowały na wietrze, gdy ten tylko mocniej zawiał.
– "Chcę"... – powtórzyłem na głos, co zdziwiło waderę (chyba tak mogę ją określić).
– Chcesz? Nic dla ciebie nie mam – powiedziała. – Czym to było? Bawiłeś się z tym?
Czy ona jest nienormalna? Bawić się? Czy ja wyglądam na kogoś, kto po prostu się bawi? Dobra, zrozumiałbym to pytanie, gdybym był ze szczeniakami... Chwila. Widziała to? Widziała tę duszę, stąd to stwierdzenie. Jednak... Coś z nią jest nie tak. Nie wie, jak wygląda zabawa? Nie... To nie to.
– Przepraszam. Nie przejmuj się tym. Zanim odpowiem na twoje pytania... Odpowiedz na moje. Jak się nazywasz?
– Jenny.
Jenny? Gdzieś już to słyszałem... No tak, ona jest tym wynalazkiem od Issue. Z tego, co kojarzę, jest w stanie funkcjonować przez zamkniętą w jej ciele duszę. Tak, wyczuwam ją. Nie przybrała oryginalnego kształtu, ale tam jest. No, nasz rzemieślnik nieźle się postarał. Nie pomyślałbym, że końcowy efekt będzie, aż tak bardzo widowiskowy, tak bardzo niesamowity.
– To była dusza, którą powinienem odesłać do zaświatów.
– Nie powinieneś jej gonić? – Posłałem jej pytające spojrzenie. – Berek. Bawicie się w berka?
– Nie. Raczej coś w rodzaju chowanego. Chcesz pomóc mi jej szukać?

Jenny?

27 lipca 2017

Od Niffelheima cd. Layry

Usłyszałem, że Layra już rodzi, więc czym prędzej ruszyłem w stronę jaskini medyka. Wypadałoby, żeby ojciec szczeniąt był przy tym jakże brutalnym dla przyszłej matki czasie. Nie liczyłem na romans rodem z baśni, ale nie spodziewałem się, że rodzicielką moich szczeniąt będzie właśnie taka wadera jak nasza wyrocznia. To nie tak, że żywię do niej nienawiść, ale na pierwszym spotkaniu nie wyobrażałem sobie, żeby była z kimkolwiek. Przekroczyłem próg jaskini i usłyszałem rozmowę dwóch wader. Niepewnym krokiem ruszyłem w stronę głosów, by następnie zobaczyć noworodki. Mimowolnie uśmiechnąłem się i podszedłem do wadery, która wylizywała futerka naszych dzieci. Podszedłem do nich i usiadłem naprzeciwko, łapą zgarniając swoją jedyną córeczkę.
– To Amulette Talismane, w skrócie Amutali.
– Ładne imię. – Odłożyłem szczeniaka do boku Layry. – Mam dwóch synów?
– Mamy! – warknęła. – Nie zapominaj o mnie.
Przeprosiłem ją za to, w sumie nie dowierzałem, że to się właśnie stało. Teraz będę musiał ich pilnować, bo nie sądzę, żeby ich mamusia miała rezygnować z "wolności", no nie do końca. Córeczkę miałem przeuroczą i już miałem nadzieję, że nie sprawi mi zawodu, kiedy stanie się pełną wdzięku waderą. Z kolei moi synowie... Ojej. Oni to mi się jednak nie udali do końca, chociaż byli odrobinę do siebie podobni. Mieli prawie identyczną gamę kolorów i kształt ich czaszki był podobny. Czaszka...
– Mały defekt – powiedziała wyrocznia, – ale wciąż uważam, że jest moim słodkim synkiem. Geny po tatusiu. – Zarumieniła się przy tym nieznacznie.
– Wybacz, nie spodziewałem się, że mam takie geny... Nadałaś im imiona? – Pokręciła głową. – W takim razie ten będzie Rammstein.
– Rammstein?
– Kojarzy mi się z katastrofą, no trochę trafnie, jeśli odniesiemy się do jego wyglądu.
– Jesteś okropny... A co z naszym najstarszym?
– Najstarszy? Nie wygląda... – Ach, chyba będzie dominować nad resztą rodzeństwa, że pierwszy. – Zeth... To z kolei imię dzielnego wojownika, który był zaraz po Devonte wielką legendą moich stron, poza tym też był najstarszy z miotu.
Wadera pokiwała głową, powtarzając cicho imiona wszystkich szczeniąt. Widziałem, że jest zmęczona, więc nie chcąc jej przeszkadzać, zapowiedziałem, że jutro pomogę się jej przenieść do jaskini. Ku mojemu zdziwieniu, zapragnęła udać się do mnie. W takim wypadku uzgodniliśmy, że szczenięta będą mieszkać u mnie. No cóż, ona nosiła i urodziła, to ja mam się nimi zająć...
~Tak trochę miesiąc później czy coś.~
Otworzyłem oczy, jednak ciemność mnie nie opuściła. Na moim pysku rozgościła się Amulette, na brzuszku bojował Zeth. Och, jak dobrze już rozpoznawać swoje maleństwa po wadze. Moje kochane grubaski.
– Pokonaliśmy potwora! Nasi obywatele będą nam wdzięczni! – zakrzyknęła wojowniczo waderka.
– Księżniczko, powinnaś uważać! Nigdy nie wiadomo, czy potwór nie przyszykował dla nas zasadzki.
– Pokonam go, dla dobra narodu! Dziękuję za troskę generale Pączek!
Ruszyłem się, co sprawiło, że postacie księżniczki i generała straciły równowagę, co przyczyniło się do tego, iż opuściły moje ciało w trybie natychmiastowym. Zacząłem się bawić z Amutali i Zethem, odpychając ich od siebie, kiedy już do mnie dobiegli. Było to piekielnie męczące, a czasami nawet bolało. Łapali za moją sierść i szarpali, jakby chcieli mi ją zerwać. Harcowanie skończyło się, kiedy przyszła Layra.
– No to możemy zasiadać do obiadu – rzuciłem, wołając jeszcze Ramma.

Layra?
Jakieś skargi co do wychowania Niffelheima, o którym nie masz zielonego pojęcia? 8]

15 lipca 2017

Od Niffelheima cd. Layry

Minął już tydzień od tego incydentu z Layrą. Właściwie... Co się stało? Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego wadera nabrała takiej "ochoty na Niffelheima". Od samego początku naszej znajomości zachowywała się jak arogancka pani na włościach, momentami czułem, że jej jedynym celem istnienia jest mnie poniżyć przed towarzystwem. Z pewnością czegoś się nabrała, gdyż jestem prawie pewny, że czułem od nią dziwną woń. Normalnie po wybudzeniu, kazałby mi się wynieść z jej królestwa... Nie mogę sobie tym zaprzątać głowy. Mam do wykonania misję. Doszły mnie słuchy o opętanym łososiu, o opętanym łososiu nadnaturalnych rozmiarów. No prawda duch niewiele może zrobić z takim ciałem, ale ponoć bardzo ubliża wszystkim przechodzącym, aż strach tamtędy iść. Jestem ciekaw jak to rodzaj ducha. Z pewnością zły, ale jak bardzo? Uśmiechnąłem się pod nosem i pognałem w kierunku wodospadów.
– To tutaj – poinstruował mnie słowik. – Przyleciałem do mojego przyjaciela, ale zachowywał się zupełnie inaczej, no to myślę, że coś jest nie tak. No i okazało się, że nijaki pan ciemności użyczy sobie tego ciała, dopóki nie znajdzie zamiennika.
Pokiwałem głową i poprosiłem go, by zachował spokój i się nie wtrącał. Coś czułem, że za bardzo przejął się stanem swojego przyjaciela. Nie wygląda to na ciężki przypadek, łatwo pójdzie. Nie muszę się nawet zwyczajnie starać.
– Nie dotykaj mnie pan!
– Ale panie, ja pana nie tykam.
Łosoś rzucał się na wszystkie strony, ale i tak nie mógł już się ode mnie uwolnić lub po prostu nie chciał. W końcu zainteresował się nim inny osobnik niż jakiś malutki ptak. Widziałem, że ciało ryby już długo nie utrzyma. Duch nie dawał ani chwili wytchnienia, irytujący osobnik. Zakląłem pod nosem, widząc, że dręczyciel świetnie się bawi zaistniałą sytuacją. Wypowiedziałem parę ładnych słów, które tak naprawdę były rozkazem. Duch prychnął, kiedy zorientował się, że został oddzielony od "żywiciela". Fuknął na mnie, że zepsułem mu świetną zabawę i będę mu musiał za to zapłacić. Westchnąłem, po czym usiadłem i dokładnie mu się przyjrzałem. Lekko zaczerwieniony kolor, faktycznie trochę się za to wściekał. Ułatwił mi tylko robotę. Po paru chwilach już go nie było, a ja poczułem na sobie wzrok różowiutkiego znajomka.
– Dziękuję – wymamrotał nieśmiało i rzucił się na głębszą wodę, kierując się do wodospadu.
Rozejrzałem się wokół, nie miałem chyba jeszcze okazji zwiedzić tych terenów albo najzwyczajniej zapomniałem, jak tutaj jest. Położyłem się pod jednym z drzew, och... "Zbliża się jesień" – powiedziałem sam do siebie, kładąc łeb na łapach. Odpoczynek po wykonanej robocie jak najbardziej mi się zależy. Niestety, dopływ promieni słonecznych do mojego futra został zagłuszony przez wilczą sylwetkę. Otwarłem oczy, a następnie uniosłem wzrok. Ujrzałem Layrę, choć widziałem jej bok, a jej spojrzenie błądziło po całym otoczeniu, wiedziałem, że przyszła do mnie, a nie podziwiać widoki.
– Coś nie tak? – zapytałem. Burknęła, że nic, a mimo to nie potrafiłem przyjąć tego do wiadomości. – Na pewno? – Podniosłem się do siadu, ona natomiast zajęła miejsce przede mną i pomasowała się łapą po brzuchu. Gładziła w kółko swoją sierść, tak jakby chciała mi o czymś powiedzieć, nie mówiąc przy tym nic.
– Nie, to nic takiego – rzuciła. – To tylko małe Niffelheimiątka w moim ciele.
Rozumiem, czyli to tak. Nie potrafiłem stwierdzić, czy się z tego cieszę, czy nie. A jak jest z Layrą? Jeśli chce, oczywiście zajmę się nią i maluchami jak się pojawią, ale to naprawdę, jeśli chce. Nie będę się narzucał. Spojrzałem na jej pysk, nie zdradzał niczego. Nie wiedziałem, co wadera teraz czuje, więc trudno mi było podjąć jakiekolwiek próby działania. Nie byłem pewny, co też mam powiedzieć...

Layra?

23 czerwca 2017

Od Niffelheima cd. Layry

Nie widziałem w tym ładu i składu, postacie atakowały chaotycznie, jakby im nie zależało, jakby to była nudna rozgrywka o nic istotnego. Jęknąłem niezadowolony z tego faktu. Nie musiałem się zbytnio przykładać, podobnie jak Devonte, ale to i tak męczyło. Obserwowałem jeszcze towarzyszy, którzy pogrążyli się we śnie. Doglądałem tego, żeby nikt ani nic do nich nie podeszło. W tym stanie byli bezbronni i stanowili cel, którego łatwo będzie się można pozbyć. Spojrzałem na swojego towarzysza w boju, ale on... znikał? Tracił swoje żywe kolory futra i powoli stawał się półprzezroczysty. Warknął głośno, co odstraszyło napastników. W jego podstawie jednak nie zauważyłem niczego, co by dawało znać, że jest kimś niebezpiecznym, wręcz otwarcie zdradzał swoją niepewność i strach przed tym, co go czeka.
– Ja... Znikam? – Spojrzał na swój ogon. – Nie, wciąż czuję wiatr w futrze, dotyk twardej ziemi u łap. Co się dzieje?
Rozległ się śmiech, śmiech czarnego charakteru, a w jego tle cichsze i bardziej szalone chichoty. Rozejrzałem się, wrogowie gromadzili się w większą grupkę, by po chwili przeistoczyć się w jedną wielką czarną masę. W końcowym efekcie stali się wilkiem rozmiarów łosia o muskulaturze dzika. Gdyby nie to, że to mój przeciwnik, lęgnąłbym na ziemię, nie mogąc złapać oddechu przez śmiech. Wyglądało to naprawdę zabawnie, ale nie mogłem tego tak odebrać i w moim sercu zapaliło się uczucie strachu. Nagle poczułem pieczenie na pysku i łapach, nieco mniej wyczuwalne jeszcze na ogonie. Moi słudzy z zaświatów stali się niewyraźni i poczęli szaleć, wybijając siebie nawzajem. "Co jest?!", powiedziałem do siebie w myślach. Odwołałem ich, zanim zaczną czynić krzywdę i nam. Obejrzałem się dokładnie i zauważyłem, że oblepia mnie ciemna maź, która nie chce schodzić.
– Rozumiem, to blokuje moce – stwierdziłem.
– Pewnie dlatego straciłem swoją formę, a w tym stanie nie mogę nic im zrobić.
Pokiwałem mu głową, ale gdy olałem wrogie stworzenie, to rzuciło się na mnie i wgniotło do ziemi. Odskoczyło od miejsca, w którym leżałem i dało mi czas na pozbieranie. Była to dosłownie chwila, kiedy usłyszałem świst powietrza, jakby ktoś wystrzelił pocisk, a następnie odgłos pęknięcia. Rzuciłem kątem oka na swoją łapę, całe szczęście była to prawa. Od razu poczułem objęcie dusz.
– Voleta! – krzyknąłem, nie mogąc powstrzymać swojego zaskoczenia.
– Uciekaj stąd, nie dasz rady – mówiła. – Nie dasz rady, słyszysz? Nie dasz. Nie pokonasz go.
Pozostałe duchy wpatrywały się w nas, jakby byli pod wpływem nieznanego pochodzenia uroku. Uśmiechnąłem się do niej krzywo i wstałem na trzy sprawne łapy. Nie muszę go pokonywać, ponieważ on nie istnieje. Poczułem to podczas zderzenia, prawdziwa walka toczy się w umyśle małego basiorka. Kiedy podzieliłem się z nimi, swoimi przemyśleniami, potwór zmienił się w mgłę, która w pewnym momencie całkowicie znikła.
– Choć iluzja, rany i tak zostaną. Nie mamy się czym martwić, wszystko zostało w łapach Layry.
– Mam nadzieję, że się jej uda – odparł Devonte.
– Muszę tylko wyłapać odpowiedni moment i odesłać zmarłego maga, zatem czas przygotuje wszystko, co może mi ułatwić robotę.
Mlasnąłem, widząc, jak trudno ta dziwna substancja schodzi z mojego futra. Wystarczy, że usunę przynajmniej połowę, a moje moce wrócą całe i zdrowe w swej pełnej klasie. Nikt mi nie pomagał przy oczyszczaniu, stali i patrzyli.
Kulejąc, sprowadzałem z najbliższych okolic najpotrzebniejsze przedmioty. Zaznaczyłem na podłożu znaki, używając przy tym żywicy. Następnie rozśmieszyłem do łez towarzyszące mi duszyczki, zbierając to, co wyprodukowały. W połowie przygotowań dostrzegłem, że Layra podnosi się z ziemi, a zaraz za nią młody, który widząc duszę swego opiekuna, rozpromieniał i pędem ruszył przed siebie. Był zmęczony, a mimo to wydawał się pełny życia. Wadera snuła się powolnym krokiem, niszcząc moją pracę. Zdziwiłem się, ale kiedy uniosła łeb i spojrzała na mnie czerwonymi ślepiami, wszystko stało się jasne. Byłem jednak pewien, że wygrała. To moja szansa. Wilczyca nie zwalniała, ciągle posuwała się do przodu. Nagle z podłoża wyłoniły się kościste ręce i łańcuchami objęły ciało samicy. Zatrzymana położyła się na brzuchu. Spokojne zachowanie upewniało mnie, że wszystko ma pod kontrolą i nie da przejąć swojego ciała byle komu. Szeptałem formułkę pod nosem, a pod nią pojawiła się biała plama światła. Nie trwało to długo, żeby oddzielić od siebie dwie dusze, a jedną z nich posłać tam, gdzie jej miejsce.
– Już, koniec? – Layra ożyła i żwawym krokiem krążyła wokół towarzystwa. – Spodziewałam się lepszego pokazu egzorcyzmów. – Zaśmiała się.
– Ja... – Zaczął zmarły woj. – Nie wiem jak wam dziękować. Wyświadczyliście mi wielką przysługę! Do końca swoich dni w zaświatach będę wam wdzięczny! Chciałbym móc was spotkać raz jeszcze, ale to się chyba stanie dopiero po drugiej stronie...
Patrzyłem na niego i na szczeniaka. Nie czułem w tej sytuacji nic, jedynie męczyło mnie zmęczenie. Nawet nie potrafiłem dostrzec ckliwego pożegnania przez ducha nas wszystkich. Chyba powoli odpływałem, ostatnie rzeczy, jakie do mnie dotarły, dotyczyły powrotu i prezentu w ramach podziękowania. Basiorek stworzył dwa portale, z obu wyciągnął po dziwnym pakunku.
– To dla was, w ramach podziękowania. Uratowaliście mi życia! – powiedział radośnie i zniknął mi z oczu, zresztą jak cała reszta. Poczułem jeszcze ból, który towarzyszył mi przy upadku. Zasnąłem.

Layra?

22 maja 2017

Od Niffelheima CD Scraf'a

Rozmowa ze Scrafem wydała się o wiele rozsądniejsza niż z Madness, która z pewnością by nie chciała, żeby się o nią martwić. Początkowo chciałem porozmawiać z samym basiorem, ale zrozumiałem, że, tak czy siak, wilczyca musi się o tym dowiedzieć. Dałem im chwilę, by sobie co nieco wyjaśnili. Czerwony osobnik wyglądał na złego z powodu wadery. Nie chciał, żeby tu była i próbował przekonać ją, by wróciła do domu i się położyła spać. Tutaj już pozwoliłem sobie się wtrącić. Mruknąłem niezadowolony, chcąc zabrać głos. Ich błyszczące od światła księżyca oczy zwróciły się w moją stronę i wpatrywały się we mnie, czekając, aż się odezwę. Zastrzygłem uszami, słysząc szelest liści kołysanych przez wiatr. Działało to uspokajająco, przynajmniej na mnie. Rozejrzałem się jeszcze wokół, po czym usadowiłem się wygodnie. Pozwoliłem jeszcze sobie uporządkować myśli i wyrzucić to, co niepotrzebne. Co teraz? Niby od początku, ale to zajęłoby za dużo czasu. Mlasnąłem i spojrzałem na swoje towarzystwo, które wciąż na coś czekało. Opowiedziałem im o dziwnym zdarzeniu, kiedy wróciłem do ciała potwora. Truchło wówczas wydobywało z siebie dziwną substancję, a po kontakcie z nią, zacząłem słyszeć głos osobnika, który za kimś wyglądał. Był stęskniony, pragnął miłości wadery, którą wcześniej zaatakował. Dopiero później wzrokiem napotkałem na wilczą postać, czającą się za drzewami. Chciała się ze mną spotkać, dlatego też wyruszyłem w podróż...
— Zaznajomiłem się z historią smutnego czarnoksiężnika, który nigdy nie zaznał prawdziwej miłości. Na początku zdobywał wiedzę, później pragnął osiągnąć sławę, na życie towarzyskie nie miał czasu. Żałował tego bardzo, ale czas, który poświęcał na czytaniu tajemnych ksiąg, odznaczał się na jego wyglądzie jak na żadnym innym. Był paskudny, a kiedy sobie to uświadomił, zobaczył Madness. Była to pierwsza wadera, którą zobaczył od wielu lat. Nie sprecyzowałem, kiedy dokładniej to się stało, ale zakładam, kiedy byłaś jeszcze małym ciapkiem.
— W takim razie, dlaczego czekał do tej pory? — zapytała zaciekawiona.
Wyjaśniłem jej, że czekał, aż dojrzeje, by móc w pełni czerpać z niej radości. Szczeniak był jej niepotrzebny, choć łatwiej byłoby mu ją sobie podporządkować. Nie chciał również wychodzić na brutala, ponieważ wiedział, jak silna jest więź Madness z jej bratem. Później cieszył się samym wyglądem wadery, kiedy patrzył do swojej kuli. Do działań pchnął go ich ślub. Pozwalał jej żyć bez niego, ale kiedy znalazła sobie partnera, nie mógł się z tym zgodzić. Nie zdążyłem go zlokalizować, miałem małe przeszkody...
— Madness, on nie skończy. Będzie wysyłać swoich sługów tylko po to, by cię zdobyć. Nie zaatakuje watahy, więc tu jesteś bezpieczna, ale trzymaj się z dala od granic i nie pałętaj się sama. Nie wiadomo, kiedy podejmie następne działania.
Opowiedziałem im pokrótce, czego się dowiedziałem. Następnie stwierdziłem, że ja już nie będę drążył tej sprawy. Nie czuję się z nimi specjalnie związany, a to nie jest mój obowiązek. Zresztą poinformowałem, że póki jest w stadzie, nic jej nie grozi, więc jeśli coś się jej stanie, to nie moja sprawa. Teraz chciałbym odpocząć. Podniosłem się z ziemi, rozciągając się. Powoli zacząłem od nich odchodzić, może chcą o tym porozmawiać między sobą.
— Basior kryje się pod ziemią, gdzie światło słońca go nie tknie. Wejście do niego jest pilnowane przez zgraje pająków, a ścieżka do niego prowadzi przez góry, gdzie śnieg pada nawet w najgorętsze dni — nie zapominając o najważniejszym, dodałem i truchtem ruszyłem do domu.


Madness? Scraf? Coś jest :D

20 maja 2017

Od Niffelheima CD Layry

Zmierzyłem waderę niepewnym wzrokiem, co mam sobie o tym myśleć? Nie prosiłem o pomoc, nie potrzebowałem jej. Co, jeśli dotknęła mnie infekcja, która objawi się dopiero później, a wadera zlizała moją krew? Również będzie chora, dlatego wolałbym wskoczyć do wody, niestety do zimnej wody, by się obmyć. Layra zauważyła, że się jej przyglądam, więc odwróciła łeb w moją stronę. Jej spojrzenie wydało się puste niby patrzy na mnie, ale jednak to nie to. Prychnąłem, odwróciwszy się od niej. Przyjrzałem się mojemu ciału, miałem nadzieję, że gorzej nie skończę. Devonte siedział przy wyjściu i obserwował nocne niebo, doglądając, czy w naszym kierunku nie idzie coś, co mogłoby nam zagrozić. Dźwignąłem się ze swojego miejsca, potrącając chrząstki zająca, które mi zostały. Z trudem udało mi się przejść do ducha. Zobaczywszy mnie, posłał ciepły uśmiech zachęcający do spędzenia wspólnie wolnego czasu. Basior zdradził mi swoje przeczucia co do końca naszej podróży. Zmartwił się, a jego dotychczasowy blask zniknął całkowicie. Powiedział, że nie chciał nas narażać na niebezpieczeństwo i mógł poszukać wsparcia u innych, a teraz będzie się obwiniać, ba, teraz już się za to obwinia. Smutno spojrzał na moje ślady po ostrych pazurach, które ciągnęły się od tylnej łapy przez prawie cały prawy bok. Poczwórna rana była długa, ale niegroźna, bo płytka. Położył mi na głowie swą niematerialną łapę i przejechał od niej, aż po nos. Poczułem łaskotanie, a kichając, całe moje ciało przeszył ból. Kazał położyć mi się na boku i pomyśleć o czymś innym, czymś przyjemnym.

- Już niedługo koniec waszej męki ze mną - powiedział, próbując ukryć swój zawód, wesołym tonem. Rzuciłem na niego karcącym spojrzeniem.

- Jaka męka? Raczej to ty cierpisz. Niepewność o kogoś ważnego i...

- ...rozpadająca się dusza, która już dawno powinna trafić do zaświatów - dokończyła za mnie Enevia. - Devonte, wyruszmy już dziś.

- Chciałbym, ale widzisz moja droga towarzyszko, Niffelheim nie zdzierży podróży nocą. W tych rejonach wiele silnych potworów kryje się w ciemnościach.

- Noc spokojna, wiatr nie wieje, śnieg znika. Będę w stanie walczyć, jeśli ktoś nas zaatakuje. Odciążę Niffelheima z jego niektórych obowiązków.

Basior spojrzał na mnie, nie chciał mnie wykończyć, nie chciał iść dalej, biorąc pod uwagę mój aktualny stan. Martwił się również o szczenię, którego ocalenie było naszym głównym celem. Wielki dowódca doznał kryzysu. Musi podjąć trudną decyzję, a każdy wybór wiąże się z poważnymi konsekwencjami. Prawdziwy wódz nie naraża swoich żołnierzy dla własnych zachcianek, kochający opiekun nie pozwoli, by jego podopiecznemu stała się krzywda. Spuścił wzrok, patrząc na przezroczyste łapy, w których płynęła energia nie z tego świata.

- Nie mogę ci pozwolić. Dostrzegłem, że nie jesteś dobra w ofensywie. Nawet gdyby udało ci się w walkach, straciłabyś zbyt wiele sił i cała podróż nie miałaby sensu. Nie jesteś wojowniczką, pracujesz umysłem - spojrzał na jakiś punkt, który znajduje się daleko za horyzontem. Jego głos nabrał poważnego tonu. - Już i tak was naraziłem na wiele niebezpieczeństw, nie mogę wam zagwarantować, że wrócicie cali do domu. Odwołuję misję, zadanie jest już nieważne. Jak będziecie na siłach, wrócicie do watahy. To moja ostatnia prośba. Wybaczcie za zmarnowanie czasu....

Devonte wstał na równe nogi, już miał wyskakiwać z jaskini, kiedy jego tylną łapę owinął łańcuch. Szarpnął się, a z ziemi tuż za mistycznym żelastwem pojawiła się dusza. Patrzyli zdziwieni na to zjawisko, a bezimienna istota jedynie się do nich uśmiechnęła, przemieniając się w smoka.

- Polecę przodem. - Duch wzniósł się w górę, chwilę jeszcze szurając długimi łańcuchami o kamienne podłoże groty.

- Dam radę - powiedziałem krótko.

Wadera przytaknęła głową, wiedziała, co chciałem im przekazać za pomocą tego przywołania. Basior potrzebował wytłumaczenia. Zrozumiał dopiero po dłuższym wytłumaczeniu z Layrą. Wilczyca wyglądała na pewną siebie i jako pierwsza ruszyła za niematerialną bestią, z którą kontaktowała się za pomocą myśli. Bohater z legend wzruszył się na tyle mocno, że po jego pysku spłynęły urokliwe łzy. Błyszczał w nich odbity kosmos, choć przeplatany był ze szlachetnym szkarłatem. Krwawy płacz ducha dał znać, że jest nam naprawdę wdzięczny. Czułem jednak, że ściska go żal. Poświęcaliśmy się dla niego tak bardzo, a on nie będzie mieć okazji nam odpłacić.

- Chodźcie - pogoniła nas wyrocznia.

~~~


- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła wilczyca.

Rozejrzałem się wokół, szukając niebieskiego morza. Nie byliśmy tuż obok niego, co mnie zbiło z tropu, jednak dostrzegłem go dopiero za drzewami. Tam miało swą miejscówkę, choć powoli zajmowało coraz to więcej lądu. Wadera truchtem podbiegła do jakiejś norki, z której wyciągnęła szczenię. Mimo głębokiego snu wyglądało na bardzo zmęczone. Przyczyną tego paradoksu była bariera nałożona na wilczka. Biedactwo, mógł stracić pamięć i zmagać musiał się z demonami swoich koszmarnych snów. Wyczułem od niego coś dziwnego, coś, co czuję zazwyczaj przy egzorcyzmach, kiedy mam do czynienia z duchami, które nie chcą opuścić naszego świat. Zrozumiałem wówczas, że bariera jest tak naprawdę rodzajem opętania. Zły duch chce przejąć jego ciało, kiedy już jego umysł nie będzie w stanie się bronić. Mruknąłem niezadowolony. Sprawa wyglądałaby prościej, gdyby nie fakt, że demon (bo tak to mogę nazwać) nałożył blokadę przeciw egzorcyzmom.

- Złapałam z nim kontakt. Nie możemy go pokonać, dopóki używa magii. Młody musi zająć się nim sam. Mogę jednak coś zrobić.

- Jaki masz plan?

- Wkroczę do jego umysłu i pomogę mu w jego walce. Duch przygotował coś specjalnego, jeśli tak zrobię. Kiedy wygramy, Niffelheim będziesz musiał go odesłać, zanim ucieknie. -Przytaknąłem głową. - Osłaniajcie mnie.

- Macie towarzystwo - odezwała się smocza dusza.

Zanim jednak zdążyliśmy to sobie zakodować, Layra również pogrążyła się w śnie, próbując odzyskać szczeniaka. Wokół otoczyły nas istoty, przypominające wyglądem wilki. Devonte przyjął fizyczną formę i rozkazał mi przyzwać kilka pomocników. Ich siła polega na liczebności, jeśli podzielą się na mniejsze grupki, wygraną mamy w garści. Muszę pilnować, aby do wadery nikt się nie dostał, a kiedy jej się uda wygrać walkę młodego, będę musiał wykonać swoje zadanie, nim znów wydarzy się coś złego...


Layra?

13 maja 2017

Od Niffelheima CD Layry

Przekrzywiła głowę, kiedy zaczęła się nam przyglądać. Basior coś szeptał mi do ucha, zdradzając mi moją misję. Dostałem zadanie z pozorów nietrudne, w końcu bezpieczeństwo każdy sam może sobie zapewnić, jednak duch zdradził mi, że Enevia nie może się zbytnio wysilać podczas podróży. Obawiał się, że bariera może być za silna lub na tyle specyficzna, by dostatecznie zniechęcić waderę do dalszych prób i pożegna się bez miłego zakończenia znajomości. Na pysku wdarł się grymas lekkiego niezadowolenia, ale nie chciałem jedynie iść i się przyglądać. Przytaknąłem głową, w duchu czując, że nowe rany uniemożliwią spokojne zagojenie się poprzednich. Basior uśmiechnął się chytrze, zapowiadając, że ma mi coś jeszcze do powiedzenia. Miałem zatroszczyć się o żywność, ale również niszczyć napotkane przeszkody. Na zilustrowanie mojej roli, zjawa przytoczyła parę przykładów. Niedźwiedź wyskakuje nam na drogę, muszę zapobiec jego ataku na nas, a następnie się go pozbyć, nakłonić, by nas zostawił lub zabić. Podobna sytuacja miałaby miejsce, gdyby wyskoczył nam nie jeden miś, ale cała gromadka. Różnica jest taka, że moi towarzysze idą dalej, a ja rozprawiam się nie z jednym, ale z całą grupą. Jeśli ich nie dogonię po jakimś czasie, szukają nowego bodyguarda. Wszelakie postoje mam wykorzystywać na polowania, gdybym miał ochotę odpocząć, poprzedniego muszę przynieść znacznie więcej jedzenia. Całe szczęście, że zima już niedługo się kończy. Lepsze to niż samo przyglądanie się. Wstałem z miejsca, osiągając jak największą odległość między łapami przednimi a tylnymi, kości musiałem nieco rozruszać przed tak fascynującą podróżą. Machnąłem ogonem, mlasnąłem głośno i przystanąłem tuż obok wadery, która to obdarowała mnie torbami na zapasy. Zarzuciłem je na swoje plecy, przymocowując do swojego ciała. Dwie duże kieszenie ułożyły się tuż przy moich bokach. Zanim całkowicie oddaliśmy się "wycieczce", omówiliśmy zasady. Nie tylko co do naszych zadań, ale ogólnych. Czujemy, że dzieje się z nami coś złego, zgłaszamy od razu. Maksymalnie dwa postoje dziennie, ale lepiej, żeby był tylko jeden i wieczorem, kiedy nic nie widać. Przerwy obejmować będą czas nocy, podczas której mamy odpoczywać. Basior przygotował również dodatkowy czas, o którym nam nie powiedział. Nie chciał, żebyśmy o nim wiedzieli, pewnie myślał, że wtedy podejdziemy do sprawy nieco lżej.
— Layra? — zapytał basior. — Jesteś gotowa?
— Już od dawna. Możemy wyruszać, Duchu.
— Nazywam się Devonte, proszę, tak się do mnie zwracaj...

~~~

Połowa podróży, kiedy już ominiemy te przeklęte góry, z łatwością przedostaniemy się do naszego celu. Morale towarzyszy pogorszyły się, w sumie nie tylko ich. Byłem zmęczony, ciągłym załatwianiem jedzenia i odganianiem ptactwa, które miało wyraźne chęci na skonsumowanie dwóch wilczków. Całe szczęście wyrabiam się z normami w zapasach, dziś zapewnię syty posiłek. Ubiegłego dnia zagnieździliśmy się w norce, dlatego dzisiaj jest nam gorzej niż zwykle. Mała przestrzeń, do tego przesiąknięta uciążliwą wilgocią. Niewygodne ułożenie przyczyniło się do wolniejszego marszu, a fakt, że właśnie szliśmy wąską ścieżką pod górę, wydłużał całą wędrówkę. Poczułem chrzęst, skały się obsunęły. Enevia odwróciła się, zanim jednak wykonała jakikolwiek ruch, skoczyłem w jej stronę, popychając do przodu, dając zatopić ostre kły we własnej łapie. Wadera wstała na równe łapy i wykonując polecenia Devonty, ruszyła przed siebie. Istota, która wyskoczyła, ukryła swoją obecność, wyłączając całkowicie swój umysł, zdała się na instynkt. Szarpałem się, czując ogromny ból, jaki mi zadaje. Mój fart mnie zawiódł, ze starej rany popłynęła jeszcze ciemna krew, z nowych dziur tryskał cukierkowy szkarłat. Siłą woli dało radę podnieść się z tym czymś i odczepić to od siebie. Zrzuciłem materiałową torbę, próbując ustać na nogach, czekałem na ruch przeciwnika. Rzucił się w moją stronę, głową uderzając w moją klatkę piersiową. Stanąłem na tylnych łapach, które przemieniły się w kamień. Opierając się sile napastnika, starałem się nie dać zrzucić. Zobaczył, że to nic nie daje, zaczął mnie gryźć. Kłami poranił mój brzuch i przednie kończyny, szponami zaznaczył ślad na nosie i prawej stronie pyska. Cofnął się, by wziąć rozbieg. Skoczył na jego nieszczęście za wysoko, zahaczył jedynie zębami o moje ucho, po czym rozbił się na ostrych skałach w dole. Kichnąłem, kiedy poczułem napływającą krew do nosa. Dziki ślad pozostał na ścianie, z której wyjawił się potwór. Chcąc nie chcąc, musiałem chwilę poświęcić na zajęcie się gorszymi obrażeniami. Podleczyłem się odrobinę, mocą zatrzymałem paskudne krwawienie. Kulejąc jak najszybciej starałem się dogonić Layrę i ducha, akurat znaleźli jaskinię, gdzie możemy spędzić noc.
— Dobrze się spisałeś — poklepał mnie po ramieniu. — Masz szczęście, że mamy zapasy. Dam Enevi tego dużego królika, dobrze?
Mruknąłem, przytakując głową. Sam zadowoliłem się drobniejszym okazem, który o dziwo był bardzo smaczny. Ułożyłem się wygodnie w kącie, gdzie dogryzałem jeszcze kosteczki. Podniosłem głowę, nade mną stała wadera. Posłałem jej pytające spojrzenie, tym samym zlizując powierzchownie krew z pyska, która chyba należała do mnie.

Layra?

8 maja 2017

Od Niffelheima CD Madness

Miałem również własną sprawę, o której Madness nie wiedziała, więc kiedy postanowiła wyjść, ja powiedziałem, że chwilę jeszcze zostanę. Nie pytała dlaczego, jedynie wzruszyła łapami i opuściła jaskinię. Chwilę później dołączył do mnie basior, z którym wcześniej rozmawialiśmy. W rzeczywistości nie żył już od dawien dawna, a jedynie błąkał się i udzielał schronienia słabszym duszyczkom. Uśmiechnąłem się do niego, aby podszedł. Może nasza wyrocznia nie wygląda na przyjazną i koniec końców Madness nie wyniosła niczego z tej wizyty u niej, wiedziałem, że można na nią liczyć, jeśli chodzi o coś, co związane może być z jej stanowiskiem. Wadera rozejrzała się wokół i odwróciła się w naszą stronę.
— Wiem, co was do mnie sprowadza, jednak nie wiem, czy to dobry moment, aby w to brnąć. Zima ma swoje uroki, ale nie zapominajcie, że nie bez powodu życie zamiera podczas tej pory roku. Każda wędrówka może okazać się bardzo niebezpieczna, a w twoim przypadku — tu zwróciła pysk na mnie, — nawet i ostatnią, Nnnn... Nekromanto.
Zdziwiła mnie, fakt, że nie zna mojego imienia, było odrobinę dziwne. Spojrzałem na nią, a później na towarzysza, który uśmiechnął się chytrze.
— Wiele wyroczni wcale się od siebie nie różni, a jednak spodziewałem się czegoś innego! — warknął. — Słyszałem również o tobie, iż lubisz sobie poczytać cudze myśli. Choć muszę uznać twoje umiejętności, ponieważ zdołałaś przebić się przez barierę, przez co musiałem na szybko wytworzyć nową, mocniejszą. Całkiem dużo zdołałaś się dowiedzieć, nie tyle co może o tym żywym, ale o mnie, prawda?
— Ty jesteś tym, który prawdziwie potrzebuje pomocy, nie on, dlatego to tobie wolałam się najpierw przyjrzeć. Jednak dziwne, nie widziałam niczego, co by było związane z twoim życiem. Jedynie twoje posążki, jedną świątynię wzniesioną na twą cześć i coś w rodzaju święta. Byłeś bohaterem dla tych wilków, prawie jak jakiś bożek.
— Nic dziwnego — zaśmiał się wesoło i rzucił na mnie okiem, czy aby na pewno przy nim jestem. — Ten panicz ma wiedzę na temat moich dokonań, tak właściwie to dzięki mnie dziś tutaj jest. W jego, a raczej w naszych, stronach wychwalają moje imię już od setek lat, a tutaj jestem zwykłą istotą niematerialną, która od czasu do czasu przybierze formę namacalną. Zmarłem za swoją rodzinę, jaką była wataha. Poświęcając życie, pozwoliłem przeżyć następnemu pokoleniu, tym samym chroniąc całe stado. Wówczas świat ogarnięty był wojną, więc każdy chciał, aby młode żyły. Pragnęli wojny, jednak nikt nie chciał zakończyć życia, wiedząc, że nikt po nim nie zostanie. Wydaje mi się, że jednak dobrze to znasz z opowieści i przeżyć innych, może i z własnego doświadczenia, więc co będę o tym mówił. Mam inną sprawę. Owszem, początkowo chcieliśmy iść w góry, ale zdaję mi się, że ten, kogo szukamy, jest zupełnie w innym miejscu. — Wadera przytaknęła głową. — Przebywa obok morza, od którego jeszcze ciągnie ciepło wody nagrzanej w upalne lato. Mam jednak wątpliwości, o których już pewnie wiesz.
Wilczyca rozejrzała się po swojej jaskini, przypominała szczeniaka, jakby widział coś pierwszy raz na oczy. Ona jednak myślała nad odpowiedzią na pytanie, które nie zostało wypowiedziane, ale zostało zadane.
— Młode wilczysko nie pozna swojego druha, który troszczył się o niego bardziej niż jego rodzice. Umysł został całkowicie oczyszczony i nie łatwo będzie zdjąć rzucone zaklęcie. Im bardziej zwlekasz, tym trudniej przyjdzie ci to zrobić... — przerwała na chwilę, z pewnością dotarły do niej nowe fakty. — Szczenię straci oddech, jeśli będziesz zwlekać. Wrogowie odnaleźli jego trop.
Basior spojrzał mi prosto w oczy zmartwiony, bardzo cenił sobie młodego i w jego naturze było już zapewniać każdemu bezpieczeństwo własnym kosztem. Przyjrzałem mu się, nie posiadał fizycznej postaci, a i tak zdawało mi się, że jego lata już powoli mijają. On również był tego świadom.
— Niffelheim, wyrusz ze mną — powiedział. — Pomożemy biedakowi, a później mnie odeślesz, proszę.
Mój stan nie prezentował się najlepiej. Ostatnia podróż prawie mnie wykończyła, jednak jak mogłem odmówić, komuś tak ważnemu? Przytaknąłem głową, ale nie byłem co do tego pewny.
— Może panienka Enevia wyruszy z nami? Dam ci zadanie, które wymaga odrobinę więcej niż pozostałe zlecenia. Kiedy dotrzemy do szczeniaka, usuniesz tę barierę. Nie każ się prosić — uśmiechnął się do niej duch.

Layra?

1 maja 2017

Od Niffa CD Madness

Zaskoczyła mnie, kiedy wręcz nakazała mi przeczytać w jej myślach. Zauważyłem, że była tym roztrzęsiona. Musiał uderzyć w jej słaby punkt, źle to wygląda. Po chwili zastanowienia, posłałem jej ciepły uśmiech i przeniosłem łapę na jej głowę, powolnymi ruchami mierzwiąc białą grzywkę.
— Nie będę dopytywał, nie będę grzebać. Niczego nie odczytam, ale z pewnością to, co ci powiedział nie mogło być prawdą. Jeśli w to wierzysz, oczywiście stanie się to rzeczywistością. Poza tym to tylko obrzydliwy, już mało szkodliwy, pajączek.
Na obliczu wadery pojawiła się wesoła iskierka, która próbowała pokonać całe to zamroczenie i smutek. Kątem oka zobaczyłem, jak łapą ociera jedną czy dwie łezki, które pociekły po jej pyszczku. Zaśmiała się pod nosem i uniosła łeb wysoko w górę, zamknęła oczy i zapewne próbowała już zapomnieć o dzisiejszym incydencie. W ciszy przypatrywałem się, jak moknie jej futro. Na początku chciałem ją stąd zabrać, ale później zrozumiałem, że to ją uspokoi. Chwilę później pociągnąłem ją za sobą prowadząc do jaskiń watahy. Miło jest siedzieć na dworze, ale przy takiej pogodzie nie jest to zalecane, a później nie chce mieć na sumieniu tego, że wadera zachorowała. W drodze do domów, nie zamieniliśmy ani jednego słowa, nie było takiej potrzeby. Będąc już bardzo blisko grot, poczułem na sobie spojrzenie. Madness przeniosła swój wzrok z drogi na mnie, dała mi znak, bym nikomu o tym nie mówił, znaczy nie o niej. Nie wnikałem dlaczego właśnie tak chciała, ale to w sumie nie moja sprawa. Zresztą wątpię, by ktokolwiek inny się tym zainteresował lub dociekał o tym u mnie. W tym samym momencie, kiedy pokiwałem do niej głową, ruszyła jak z kopyta, wówczas ujrzałem, że nieopodal od nas stoi czerwony wilk. Zatrzymałem się i chwilę przyglądałem się, uśmiechnąłem się ciepło w ich stronę i skoczyłem w zakręt. Nie jestem tu potrzebny, niech zajmą się sobą. Myślami niechętnie wróciłem do dzisiejszego potwora. Co prawda wygląda, że jest już po sprawie, ale co jeśli nie załatwiłem tego do końca? Obawiam się, że tych stworów może być znacznie więcej... Jednak jaki miałyby dokładniej cel w atakowaniu zwykłego cynika?
Słońce zaszło już dawniej, postanowiłem się udać na nocny spacer i wróciłem do miejsca, w którym leżało truchło pokonanego pająka. Dziwne, myślałem, że ktoś zainteresuje się ciałem i sobie je zwinie, a tu nic. Coś mi tu nie grało, ale co? Przyjrzałem się głowie, dokładnie badając kilka par oczu stworzenia, później odwłokowi. Moją uwagę przykuły symbole, wyglądały jak jakieś inicjały. Przejechałem po nich łapą i wówczas poczułem dziwne ukłucie po prawej stronie ciała, to nią osłoniłem się przed płynami pająka. Sierść zaczęła emanować żółtozieloną poświatą, podobnie jak te dziwne znaki. Syknąłem, kiedy ból stawał się coraz to bardziej odczuwalny. Usłyszałem ochrypły głos: "Przyjdzie do mnie, przyjdzie. Ona przyjdzie, wciąż czekam...". Nic z tego nie rozumiałem, Rozejrzałem się wokół, między drzewami zauważyłem jakąś postać. Nie wyglądała na członka watahy, ale raczej nie miała złych zamiarów.
— *Spotkajmy się na granicy w górach wschodnich, proszę.*
Nagle z jej strony rozległy się rozkazy, rozkazy naszych strażników. Pilnowali terenów i musieli dostrzec, jak ktoś wkroczył na nasze terytorium. Pieczenie i wrażenie kłucia minęły, swobodnie już mogłem się poruszyć. Na wschód? Stamtąd chyba tutaj przywędrował. Wydawało mi się, że jak tam pójdę, nie wrócę prędko. Westchnąłem ciężko, muszę zostawić jakąś wiadomość czy coś, żeby nikt się nie martwił. Przywołałem duszę, przekazałem jej to, co miałem przekazać i poinstruowałem tak, by mogła się ze mną kontaktować w razie czego. Czułem, że ta postać rozwieje moje wątpliwości co do sytuacji z Madness. Nie zwlekając ani chwili dłużej, ruszyłem przed siebie, by spotkać się z tajemniczym ktosiem.
~~~
Egzorcyzmy bywają męczące, jednak uczucie satysfakcji po ich wykonaniu jest niesamowite, Dobrze się czuję, wiedząc, że mogę komuś pomóc, sprawiając radość tym samym sobie samemu. Nieźle mnie ostatnio urządzili. Miałem szczęście, że trafiłem w szybkim tempie do uzdrowicieli, inaczej byłoby ze mną krucho. Obolały dźwignąłem się z legowiska i wyszedłem na zewnątrz, gdzie właśnie zaczął prószyć śnieżek. Jeden płatek upadł mi na nos, po czym się roztopił. Miał kilku swoich następców, każdy z nich kończył tak samo. Obserwowałem to aż do momentu, w którym kichnąłem. Zima ma swoje uroki, każdy to potwierdzi. Biały puch plątał mi się w dolną partię sierści, od czasu do czasu jedna część odpadła lub stopiła się od ciepła mojego ciała. Właśnie, muszę porozmawiać z Madness. Powinna dowiedzieć się o tym, o czym wiem teraz ja. Gdzie ją znajdę? Może w jej jaskini? Spróbuję. Spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku mieszkań reszty wilków. Nie trwało to długo, ale nie powiem, musiałem trochę się pomęczyć, by trafić tam gdzie chciałem. Stanąłem przed wejściem i zawołałem głośno: "Madness!". Usłyszałem tupot, ktoś się zbliżał, a może i nawet kilka ktosi. Nie chciałem wychodzić na natręta, więc i nie wpadałem ani nie zaglądałem do środka. Dopiero, kiedy z ciemności wyłoniła się biała wadera. Uśmiechnęła się do mnie wesoło i powitała. Zauważyłem, że trochę się jej przytyło od naszego ostatniego spotkania, lecz nie chciałem o to pytać, bo jeszcze wyjdzie, że jestem niemiły. Zaprosiła mnie do środka, twierdząc, że za niedługo jej partner przyniesie zwierzynę. Przytaknąłem, po czym podążyłem za waderą. W środku przywitało mnie ciepełko, nie tylko dlatego, że na dworze mróz, ale dało się wyczuć taką rodzinną aurę. Usiadłem w miejscu, które mi wskazała, a ona ustawiła się naprzeciw mnie.
— Dawno cię nie widziałam, gdzieś zniknąłeś, a teraz jesteś poobijany. Kiedy o ciebie pytałam, pojawił się duszek i powiedział, że chwilowo ciebie nie ma i to nic takiego...
— To prawda. Miałem coś do załatwienia.
— Rozumiem, a co cię do mnie sprowadza?
— Madness... — Miałem już zacząć mówić, ale rozległo się wołanie "MAMO!", co wybiło mnie z toku myślenia i układania zdania. Niedługo po krzyku przybiegły dwa małe potworki, szczenięta.
— Czyli jednak zostaliście w domu? — zapytała, na co maluchy przytakiwały. — Proszę, poznajcie to jest Niffelheim.
— Dzień dobry — odpowiedziałem nieco zakłopotany. Raczej nie mogę powiedzieć przy szczeniętach, że ich matka może być potencjalnie zagrożona. To by mogło złamać ich malutkie serduszka lub pchnąć do nieprzemyślanych działań, w skutek czego zrobią sobie krzywdę. Puchate kulki są jednak wyjaśnieniem na fakt, że waderze się przytyło. To dobrze, wataha się rozrasta. — Może przyjdę później, skoro zaraz będziecie jeść. Przepraszam. — Wstałem, ukłoniłem się, a następnie cofnąłem o parę kroków, by wyminąć młode.
— Nie przeszkadzasz. Nie poznałeś imion małych, basiorek Disaster, waderka Shada, poza tym miałeś mi o czymś powiedzieć.
Posłałem jej nieco groźne spojrzenie, choć miałem nadzieję, że zrozumie, iż nie mam zamiaru mówić o tym przy jej szczeniętach. Dla upewnienia, przesłałem jej wiadomość, którą odczytać może tylko raz i tylko ona.
— *Proponuję inny termin. Chodzi o pająka. Możemy sobie pozwolić na tę rozmowę nawet kolejnego dnia i kolejnego, i kolejnego. Jednak nie zapuszczaj się zbyt daleko sama, nawet w granicach terytorium watahy.*
Zaniemówiła i patrzyła na mnie z otwartym pyszczkiem, nie dowierzając w to, co jej powiedziałem. Pokręciłem głową, a ona otrząsnęła się i zaśmiała się do szczeniaków, które dokładnie przypatrywały się naszej rozmowie. Nie odzywając się słowem, postanowiłem opuścić jaskinię wadery, jednak na drodze stanął mi masywny basior, prawie równy ze mną wzrostem. Przyjrzałem mu się, już go gdzieś widziałem.
— Scraf? Ach, nie miałeś jeszcze okazji go poznać, prawda? — Uśmiechnęła się znów. — To nasz egzorcysta, pamiętasz? Mówiłam ci, że go spotkałam. Ostrzegł mnie przed tymi syrenami.
— Ach, to on? Rozumiem. Przyniosłem trochę mięsiwa, możemy zjeść. Może zje z nami?
Pokręciłem przecząco głową, nie chciałem im zabierać prowiantu, tym bardziej, że mam u siebie. Zima jest urokliwa, ale również i bywa sroga, więc powinni zadbać o jedzenie dla siebie, a nie częstować jeszcze mnie. Co prawda wataha watahą, ale każdy ma przydzielone porcje. Miałem zamiar wyminąć czerwonego samca, ale miałem wrażenie, że nie da rady.
— Nie, ja będę wracać do siebie. Muszę iść, przepraszam — dodałem na koniec.

Madness? Przepraszam, że czekałaś tak długo i jeszcze wyszło mi tak kiepsko. :c

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template