Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inverness. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inverness. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2019

Od Ktosicka

Obudziły ją ciepłe promienie słońca prześlizgujące się po jej futrze. Drobinki kurzu unosiły się lekko w powietrzu, spokojne i niczym nie poruszone, dlatego też wilczyca odniosła wrażenie, że wszystko stoi w miejscu. Jeszcze przez chwilę leżała na grzbiecie, wpatrzona w malutkie, rozświetlone kuleczki, aż w końcu zerwała się na równe łapy i wyszła z jaskini, mącąc przy tym stęchłe powietrze.
Nic, naprawdę nic nie zapowiadało tego, co już niebawem miało się stać. No, może i były jakieś wskazówki, ale ona nie przejmowała się nimi zbytnio, bo jej optymistyczna natura kazała patrzeć w przyszłość z szerokim uśmiechem. Zresztą... nawet jeśli, to przecież nic aż tak wielkiego. Dlaczego wszyscy wydawali się spięci tym, co miało nadejść? A może tak naprawdę nie zdawali sobie z tego sprawy? No bo przecież kto spodziewa się, że jego dotychczasowe życie legnie w gruzach?
Potrząsnęła łbem, jej futro zafalowało, a impet tego ruchu sprawił, że zatoczyła się  i usiadła na zadzie, ledwo odnajdując w sobie siły, żeby nie runąć pyskiem na ziemię. Klapnęła językiem i omiotła ognistym spojrzeniem rozciągający się przed nią teren, jakby w całości należał do niej. Wokół jej łap tańczyły płomienie.
– Cześć, In – mruknął jakiś chrapliwy głos, a ona nie musiała się odwracać, aby wiedzieć kto to. Już od pewnego czasu czuła jego zapach, a on nie robił nic, aby go ukryć.
– Siemka, tatku. 
Skrzywił się lekko, ale nic nie odpowiedział. Usiadł obok niej, zgarbiony, zamyślony. Nie mieli dużo do roboty; jedyne, co zaplanowali, to ten krótki spacer. Nigdzie im się nie spieszyło, humory też mieli nie najgorsze, więc przeciągali moment, w którym ten ostatni raz przyjdzie im się pożegnać.
Kwiaty przygotowała już wcześniej, różnokolorowe, bo dobrze pamiętała, że Hesher je lubił. Postanowiła, że dla mamy zapali jeden ognisty, taki, który będzie płonął jeszcze przez długi, długi czas, możliwe, że do jej własnej śmierci. 
Harbinger uniósł brwi w niemym pytaniu, a ona przez moment wpatrywała się w niego uparcie, jakby przed podaniem odpowiedzi przypomniała mu, że przy tej ostatniej okazji ma się uśmiechnąć, dla nich. Ona przywdziewała uśmiech już od rana – taki, jaki najbardziej do niej pasował: szeroki, nieco szalony, który widać było nawet w jej płomiennych ślepiach. Basior znów posłał jej to spojrzenie, które pytało: Idziemy?
Ostatni głęboki wdech. 
Idziemy.
Drzemiący w jej żyłach ogień buchnął na cały świat.

❉ ❉ ❉

Inverness od dawna wiedział, że jest na tym świecie sam. Nie chodziło tu jednak o to, że wokół nie ma ani jednej duszy – bo są, należy w końcu do watahy – lecz o to, że nikt go tak naprawdę nie kocha. Od szczeniaka darzył rodzinkę ciepłym uczuciem, jednak nic to nie dało, bowiem nadal czuł się odrzucony, jakby od zawsze był gdzieś z boku, jakby omijało go to wszystko, czego pragnął z ich strony. I właśnie teraz, siedząc wśród gałęzi i liści, wśród pięknie pachnących pąków kwiatów, rozmyślał o tym, jak bardzo chciałby mieć przy sobie pewnego basiora, którego futro było jednocześnie czarne i tęczowe, i którego nie widział już parę ładnych lat.
Przymknął oczy i wypełnił płuca słodkim zapachem kwiatów, które na pewno spodobałyby się Crendanowi. Z jego gardła wydobył się niski pomruk, ni to parsknięcie, ni mruknięcie. Wyglądał na znużonego całym zamieszaniem, które rozgrywało się wśród członków watahy już od jakiegoś czasu; wilki szeptały do siebie – z niedowierzaniem, a może i lekkim przestrachem – o rzekomym zamknięciu WSO i choć Inverness udawał niewzruszonego, tak naprawdę zabolało go to, że być może straci wszystko, co do tej pory miał.
Uchylił prawą powiekę w momencie, w którym parka truchtająca obok jego drzewa nagle ucichła, a w powietrzu rozniósł się zapach krwi i Airova. Inverness nie ruszał się, aby nie zwracać na siebie uwagi, choć dobrze wiedział, że i tak jego zapach już dawno go ujawnił. Przyjrzał się brnącemu przed siebie alfie, podziwiając jego wyćwiczone, pewne siebie ruchy. Nie wiedział, co lub kogo zabił basior, lecz metaliczna woń czyjejś posoki tworzyła namacalną wręcz chmurę wokół niego; Inverness czuł również niewyobrażalne napięcie, gniew, ze wszystkich sił tłumiony pod skórą, jakby alfa bał się, że gdy tylko pozwoli mu wyjść na powierzchnię, zabije jeszcze kogoś.
Przez myśl przeszło mu, że chociaż podziwiał aktualnego alfę i darzył go sporym szacunkiem, nigdy nie udało mu się nawiązać z nim bliższej relacji. Trochę tego żałował. Może dlatego nie mógł teraz oderwać wzroku od niego i wilków, które usuwały mu się z drogi.
Czarne niczym bezgwiezdna noc futro basiora znów przywiodło mu na myśl Crendana, za którym tęsknił przez każdą sekundę swojego życia i o którym nie wiedział już nic.
Ciekawe, jakby teraz wyglądał? Jakby się zachował? Rozpoznałby go?
Inverness westchnął głucho i z wątpliwą gracją zeskoczył z drzewa, a potem ruszył za alfą, tylko po to, aby powiedzieć mu, że niezależnie od jego decyzji wie, że nie ma innego wyjścia.
Może chciał ostatni raz z nim porozmawiać, może był też odrobinę ciekawy, dlaczego jego futro było umorusane we krwi. Może chciał sprawdzić, czy alfa w ogóle będzie wiedział, że istnieje.
Szedł krętą ścieżką przed siebie, jego futro mieniło się w blasku popołudniowego słońca, a obok niego tętniło życie.

❉ ❉ ❉

Ze snu wyrwały go koszmary, głębokie, ciemne, oplatające go całego i spychające w dół jego świadomość. Widział obrazy, których widzieć nie chciał; wspomnienia, o których tak bardzo pragnął zapomnieć, lecz których zapomnieć się nie odważył. Jeszcze przez długi czas po przebudzeniu cały się trząsł.
Naprawdę nie chciał kończyć tego, co przed latami zaczęła Taravia. Siedział teraz na jednym ze skalnych wzniesień i omiatał wzrokiem góry, które dziedziczyły imiona władców. Jedna z nich nosiła nawet jego imię, co teraz wzbudzało w nim smutek. Miał świadomość, że zawiódł – Kesame pokładała w nim swoje nadzieje, a on pozwolił, by WSO, jego rodzina, powoli się rozpadała. Od wielu dni zadawał sobie pytanie, czy mógł temu zapobiec, a odpowiedź za każdym razem bolała równie mocno.
Słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, on wdychał słodki zapach kwiatów rosnących gdzieś obok, a świat napierał na niego i jego zmysły, siejąc mu mętlik w głowie. Pomimo bólu pod czaszką cieszył się, że coś nie pozwala mu myśleć.
A mimo to wciąż widział obrazy swoich rodziców i braci, rozmazane, jakby ukryte we mgle. I Kesame, Roki, Harbingera, Fasolę; wszyscy wirowali wokół niego, półprzeźroczyści, niczym duchy przeszłości szepczące gdzieś nad jego uchem. Warknął i zacisnął powieki, potrząsnął łbem, trochę tak, jak gdyby mógł tym ruchem otrzepać się ze wszystkiego, co nagromadziło się w nim przez lata. Siedział tak jeszcze długo, naprawdę długo, zamknięty w swoim świecie, gdzie kolory mieszały się z zapachami, a kształty miały smak, bo bał się, że gdy tylko otworzy ślepia, będzie musiał wyjść i spojrzeć tym wszystkim wilkom w oczy. Od dawna nie czuł takiego strachu; paraliżował całe jego ciało, zaciskał na nim swoje obleśne łapska i nie pozwalał mu na nic.
Do Centrum dotarł dopiero na drugi dzień. Widział tłum – już nie tak wielki, jak kiedyś – i kiedy przemawiał, strach wepchnął głęboko w głąb siebie.
Airov nie był tym, który założył WSO. Nie był tym, który rządził w latach świetności tej watahy. Nie był nawet prawdziwym dziedzicem. I wiedział, choć wiedza ta parzyła jego duszę, że będzie tym, który to wszystko zakończy. 

30 marca 2019

Od Invernessa cd. Niffelheima


Początkowo basior jedynie wpatrywał się w znaną mu już czarną istotkę, której kształt w miarę upływu czasu zmieniał się, wydłużał i skracał, lecz wciąż pozostawał nieokreślony – jakby istniał poza światem, a przynajmniej poza wymiarem, który byłby w stanie ogarnąć wilczy umysł. Wszystko zmieniło się po wypowiedzeniu przez jego towarzysza dosłownie kilku zdań; wtedy wzrok wlepił właśnie w niego, łapczywie pragnąć więcej informacji. Tamten jednak umilkł, co lekko go zirytowało – nie dał jednak tego po sobie poznać. Wręcz przeciwnie: podziękował krótko i znów skupił się na czarnym czymś, które teraz, dla odmiany, stało się żółtawe. Po raz kolejny zapadła pomiędzy nimi cisza, której żaden nie potrafił przerwać. Skończyła się dopiero, kiedy krzaki zaszeleściły, a przerażony demon (właściwie demonik, jak zauważył bezgłośnie i ponuro Inverness) czmychnął wgłąb lasu, nie pozostawiając po sobie ani śladu.
Z krzaków wyskoczyła zwykła jaszczurka, od której młodszy basior momentalnie odwrócił wzrok; był nieco zawiedziony, lecz pomimo tego starał się myśleć choć troszkę pozytywnie. Wciąż odczuwał ten irracjonalny głód wiedzy, którego chyba do tej pory nie zaznał. Ruszył do przodu, a lekko zdezorientowany Niffelheim za nim, zapewne nie wiedząc, co innego ma zrobić.
Inverness nie chciał, by ten pomyślał, że w jakiś sposób go zawiódł. Nawet, jeśli była to gorzka prawda. Zmusił się więc do jeszcze jednego uśmiechu, tym razem mniejszego i – co zrozumiał po zobaczeniu wyrazu pyska Niffa – znacznie mniej udanego, a także dodał kolejne słowa mające wyrazić jego wdzięczność, choć skromne i niezbyt długie, jak to zwykle jego wypowiedzi. Tamten pokiwał łbem i stwierdził, że to nic takiego, a potem znowu cisza, cisza, cisza.
Przechodzili właśnie przez jeden z naturalnych mostków, kiedy myśli Ina odpłynęły w wiadomą stronę. Zmarszczył brwi, krok jakby stał się nagle nierówny, a on sam zwiesił łeb niżej niż zwykle, co nie umknęło uwadze drugiego wilka. Uniósł nieznacznie brew i odchrząknął, wyłapując widocznie jakiś temat, który może poruszyć, aby tę ciągłą ciszę przerwać.
– Coś się stało?
Inverness uniósł wzrok i zatrzymał się. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, co powiedzieć, bo sam odpowiedzi nie znał. Stało się dużo, a zarazem mało; znalazł coś, co go naprawdę zainteresowało, ale w sumie jaką ma gwarancję, że nie znudzi mu się to po paru dniach? Zwykle tak właśnie było i choć teraz czuł pragnienie wiedzy naprawdę mocno, zazwyczaj jego zainteresowanie bywało przelotne. Ot, parę chwil czytania o czymś, a potem stwierdzał, że przecież nie ma to sensu, bo i tak albo to porzuci, albo zepsuje. Tym razem było to coś innego, lecz zarazem podobnego, więc wykrztusił tylko jedno zdanie.
– Znasz się na demonach.
Nie było to ani pytanie, ani stwierdzenie, więc Niff jedynie dla zasady pokiwał łbem.
– Wiem, że zawracam ci głowę – zaczął młody. I naprawdę wiedział. Stwierdził nawet w duchu, że sam byłby cholernie poirytowany, gdyby jakiś młodzieniaszek w kółko czegoś chciał i nie pozwolił mu w spokoju poleżeć. – Tyle, że mam jedno pytanie.
– Tak?
– Chciałbyś trochę mnie podszkolić z tej całej demonologii?
Doskonale widział zdziwienie, które powoli rozlewało się po pysku starszego basiora. Sam był równie zdziwiony, bo myślał, że prośba ta nie przejdzie mu przez gardło. Jeszcze bardziej zadziwił sam siebie po zdaniu, które z przekonaniem wypowiedział chwilę potem.
– Zrobię wszystko, żeby się przydać.
A w duchu dodał prośbę, aby tylko nie musiał zajmować się szczeniakami.

9 marca 2019

Od Invernessa cd. Niffelheima


Młody basior szedł ze zmarszczonym brwiami i wzrokiem utkwionym gdzieś poniżej niewyraźnej linii horyzontu. Fakt, że wilk zadał jakieś pytanie, dotarł do niego o ułamek sekundy później, niż powinien. Uniósł wzrok i jeszcze przez moment milczał, przedłużając wiszącą nad nimi ciszę. Odezwał się potem niskim głosem, troszkę zachrypniętym, ale normalniejącym przy każdym kolejnym słowie. 
– Spotkałem jednego z nich całkiem niedawno – wyjaśnił krótko, nie czując potrzeby rozwijania tematu. Zwykle kierował się prostym założeniem, które zakładało głównie to, że bez potrzeby nie mówi wiele, by nie nudzić rozmówcy. Zresztą i tak nie miał zbyt wielu okazji do dłuższej rozmowy.
Brwi Niffelheima powędrowały nieznacznie w górę, lecz Inverness skupiony był na zwrocie Młody Mistrzu i tym, jak niesamowicie zirytowało go jego użycie. Ziemia wydawała się skrzypieć pod ich krokami, kiedy w miarowym tempie sunęli naprzód. Młody wilk nie był do końca pewny, gdzie zmierzają., więc jedynie szedł w narzuconym przez starszego kierunku i cieszył płuca ostrym, ale świeżym powietrzem, dzięki któremu łatwiej było zachować trzeźwość umysłu. 
– Czym się zajmujesz? – zapytał w końcu, mając nadzieję, że ma do czynienia z egzorcystą z krwi i kości. Jakież było jego zdziwienie, kiedy usłyszał, że tamten jest zwyczajnym pedagogiem. Zamrugał kilkakrotnie i, całkowicie podświadomie, zwolnił, wpatrując się w basiora. Po chwili odzyskał sprężysty krok i odchrząknął, starając się ukryć zażenowanie zaistniałą sytuacją. Po pysku Niffa błądził uśmieszek. – Więc... Ekhem, od ilu lat zajmujesz się demonami? Znaczy... Jak długo się o nich... uczysz?
– Och – mruknął i spojrzał w szarawe niebo; przelatywał nad nimi właśnie klucz ciemnych ptaków i to na nim wilk skupił swój wzrok. Przez moment wydawało się, że liczy lata spędzone na poznawaniu tych istot, lecz w końcu poddał się i jedynie uśmiechnął uprzejmie. – Całkiem długo. 
– Dlaczego więc nie jesteś egzorcystą?
– Mam swoje powody, Młody Mistrzu. 
Przygryzł zęby i możliwe, że jego powieka drgnęła nieznacznie, lecz nie powiedział nic i najnormalniej w świecie skinął łbem, dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru drążyć tematu. Znów zaległa cisza, przerywana jedynie rytmicznymi oddechami. Invernessowi nie przeszkadzała ona ani trochę, bo przywykł do niej już dawno. Nie był pewny, czy jego towarzysz ma takie same odczucia, lecz stwierdził, że tamten odezwie się, kiedy tylko będzie chciał. I rzeczywiście nie musiał czekać zbyt długo; kiedy tylko przeleciał obok nich kolejny ptak, tym razem błękitny i samotny, basior odezwał się swoim niskim, chrapliwym głosem, który brzmiał niecodziennie, ale Invernessowi się nawet podobał. 
– To dziwne, że jeszcze nie odleciał – zauważył jakby mimochodem, na co młody stwierdził, że on się na ptactwie nie zna. Wysilił się jeszcze na uśmiech, który wyszedł trochę krzywo, lecz znośnie. Dopiero, gdy skrzydlate stworzonko odleciało, jego zbłąkane myśli przestały się kręcić wokół spotkanego demona i wróciły do teraźniejszej sytuacji, uświadamiając mu, że miała być to próba podtrzymania rozmowy. 
– Ach, wybacz – mruknął, patrząc na Niffa kątem oka. – Nie potrafię prowadzić rozmowy. 
Ku jego zdziwieniu na pysk wilka wstąpił ciepły uśmiech, tak, jakby nieco rozluźnił atmosferę. Nawet, jeśli zrobił to niechcący, to było to całkiem dobre posunięcie. 
Starszy wilk zatrzymał się, a jego sierść zafalowała pod naporem wiatru. Zlustrował towarzysza jasnym spojrzeniem i przerzucił na niego obowiązek wybrania docelowego miejsca spaceru, na co ten jedynie uniósł brwi. Rozejrzał się i przez chwilę wahał, przygryzając rozciętą wargę. 
– Dobrze – zaczął, wciąż obserwując otoczenie. Myśli w jego głowie kotłowały się, lecz w końcu ciekawość wygrała z ostrożnością i Inverness uśmiechnął się najpromienniej jak potrafił. – W takim razie coś ci pokażę.
I wszedł na polanę, stawiając łapy tak, aby nie nadepnąć na przemarznięte korzenie i nie zranić niepotrzebnie łapy. Heim ruszył za nim, prosto w kierunku miejsca, w którym niegdyś ulokował się mały, czarny i bezkształtny stworek.

Niffelheim? Równo po miesiącu c':

|| następna część ||

7 lutego 2019

Dorośli!

Praprawnuczki Taravii dorosły!

Kayxer
Inverness | 2 lata | Omega | Ktosicek | KP

dNiseb
Nicodem | 2 lata | Uzdrowiciel | Pan Frodo | KP

27 stycznia 2019

Od Invernessa

Z drzewa upadł w momencie, kiedy jego sen zbliżał się do kulminacyjnego momentu. Grzbiet wygiął mu się w łuk, a następnie po prostu bezwładnie ześlizgnął się z omszałej gałęzi. Potem był tylko ból głowy i błoto na całej powierzchni futra. Na początku był zbyt przymroczony i zdezorientowany, by jakkolwiek zareagować, ale po paru chwilach leżenia z nosem w trawie udało mu się zwlec z ziemi i stanąć pewniej na czterech łapach. Zamrugał, odczekał chwilę i uniósł spojrzenie w górę, na jedną z gałęzi wiązu, która wisiała w całkowitym spokoju. Tylko jedno zdradzało jego bytowanie na niej – ciemniejszy ślad na powierzchni mchu, zdradzający, że zsunął się z niej bez cienia gracji.
Przeklął cicho i, lekko utykając, ruszył w bliżej nieokreśloną stronę, zastanawiając się, co może teraz zrobić. Został dość brutalnie rozbudzony, nie był głodny, a obowiązków, jako omega, nie miał. I musiał przyznać, że bardzo mu to odpowiadało.
Jakoś tak się stało, że łapy poniosły go prosto w kierunku Bramy do Wszechświata. Wybrał jedną ze ścieżek, tę mniej widoczną i lekko zarośniętą, a potem był już praktycznie na miejscu. Brama była, a właściwie jest, jednym z popularniejszych miejsc spotkań, toteż Inverness nie zdziwił się na jej widok. Z obojętną miną przysiadł na skrawku gołej skały i lustrował zmęczonym wzrokiem okolicę. Było cicho, tak jak to zwykle bywa przed świtem, a szum drzew uspokajał go i wyciszał jeszcze bardziej, jakby był spokojną kołysanką, a nie zwykłym szumem. Basior przymknął oczy i siedział tak przez jakiś czas, wdychając zapach wilgoci i czując, jak błoto powoli wysycha i odpada przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Zapewne siedziałby tak cały dzień, skamieniały w jednej pozycji, gdyby nie pewien szmer, przez który wilk uchylił jedną powiekę, później drugą, aż w końcu zeskoczył z całkiem wygodnego miejsca i ruszył w kierunku, z którego – jak sądził – dobiegało ciche mruczenie. Nie za bardzo się tym przejął, więc bez skrupułów odchylił jedną z gałązek nisko rosnącego, ciemnego berberysa, aby odkryć to, co się tam skrywało. Uniósł brew.
Spomiędzy gałęzi spozierało na niego coś małego, o kształcie bliżej nieokreślonym, zmiennym. Coś w stylu czarnej plamy, która, w miarę wpatrywania się w nią, zmieniała kolory na jaśniejsze. Kiedy mrugał, znów stawała się czarna i bezkształtna. Chrapliwym głosem zapytał o to, czym owa plama jest, lecz odpowiedzi nie dostał. Odkrył za to, że im dłużej się przypatruje, tym ciężej oderwać mu wzrok; walczył ze sobą jeszcze chwilę, a potem odskoczył i, opierając się pokusie, odszedł.
Pomimo swojej ograniczonej wiedzy zrozumiał, że miał do czynienia z demonem, który przybrał taką, a nie inną formę. I wtedy stwierdził, że naprawdę chce się o nich czegoś dowiedzieć.

~*~

Przechodził właśnie pomiędzy dwoma dębowymi regałami, kiedy zauważył jasną sylwetkę wilka. Zbliżył się do niej niby mimochodem, wyłapując wyryty na grzbiecie tytuł księgi, którą ów wilk unosił przed sobą, zapewne używając w tym celu telekinezy bądź innej podobnej mocy. Był zapisany symbolami, a jedynym, jaki udało mu się poznać po dokładnym przeczytaniu wstępu do innej księgi, był symbol oznaczający demona. Kanciasty, bardzo wyraźny i charakterystyczny, rozpoznał go więc bez problemu. Uniósł brew i przedarł się przez chmurę kurzu, wznieconą przez nieostrożną waderę, która zrzuciła dwa opasłe tomiszcza – szybko podniosła je i odstawiła na miejsce, mając nadzieję, że nikt nie zauważył. Istotnie, Inverness nie przejmował się tym zbytnio. Szybko podszedł do wilka, który z zawzięciem lustrował dalsze pożółkłe strony. Odchrząknął i stanął naprzeciwko niego, odczuwając lekki stres, którego nie czuł już dawno. Miał nadzieję, że basior sam go zauważy i nie będzie musiał zwracać jego uwagi, lecz nic takiego się nie działo. W stęchłym powietrzu nie rozchodził się żaden dźwięk, oprócz epizodycznego stukania i skrzypienia drewnianej podłogi. Inverness znów odchrząknął, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak właściwie sformułować pytanie; postawił więc na najprostszą formę. Najpierw jednak potrząsnął delikatnie łbem – ukradkiem, aby nikt nie zauważył – pozbywając się kilku liści spomiędzy kępek futra.
– Przepraszam – mruknął w końcu, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że jego uszy nieco bardziej przylegają do łba niż zwykle. Basior podniósł wzrok i In mógł wreszcie przejść do sedna. Spojrzał w jego turkusowe oczy, ale zaraz przeniósł wzrok na stojące obok półki i wtedy zdał sobie sprawę, że zachowuje się zupełnie jak nie on. Odchrząknął po raz trzeci. – Interesujesz się demonami? – zapytał w końcu, jakby miało to być najważniejsze pytanie pod słońcem.

18 grudnia 2018

Od Invernessa

Kolory świata mieszały się ze sobą, dlatego teraz wydawał się być pokryty szarą warstwą; rozmytą, niewyraźną. Gdzieś w górze śpiewały ptaki. Karłowate chmury ścigały się na półprzeźroczystym niebie.
Polana była duża, rozciągała się na dziesiątki, a może i setki, metrów. Z pozoru wszystko było martwe, jedynie źdźbła trawy kołysały się na wietrze, wyginając drobne ciałka na prawo i lewo. Jednak na polanie był placek wyschniętych roślin, na środku tego placka drzewo, a na drzewie suche liście. Pomiędzy nimi wilk. Rozciągnął się na gałęzi, grzbiet podrapał o suchą korę, a potem ziewnął przeciągle i jeszcze chwilę wiercił się, aż w końcu znalazł tę jedną, wygodną pozycję.
Było lato. Leniwe, cudowne, pachnące zbożem i słońcem, ale też szare. To jedno zaprzątało głowę wilka, a właściwie szczeniaka, który wbijał krótkie pazury w gałąź, aby nie spaść. To, że wszystko było szare. Czasami miał wrażenie, że on sam stapia się ze światem i znika na kilka godzin, wdychając zapach lasu. Było tak już od kilku tygodni, bycie mieszało się z nie-byciem, czas zapadał się w sobie i też brał urlop, rozciągając sekundy w minuty, godziny w dni.
On nie narzekał, nigdy mu to nie przeszkadzało. Nie był typem wilka, który śpieszyłby się ze wszystkim. Inni poczekają; świat poczeka. Zawsze czekał.
Jego spokój zmącony został przez człapiącego w dole basiora, również szczeniaka. Nie zdawał sobie sprawy z nie-bycia i bycia Invernessa, co jego samego bardzo cieszyło. Łypał na niego jednym okiem, mocniej przywierając do drzewa. Inverness pomyślał o wilku jako o Nim. On wydawał się oderwany od rzeczywistości; obwąchiwał spokojnie rosnące przy pniu kwiaty, a wszystko wokół niego ożywało. On sierść miał w kolorze czerni, ale w słońcu zdawała się mienić wszystkimi możliwymi kolorami, jakby ktoś oblał ją płynną tęczą. On spojrzał w górę, dostrzegł skrytego pomiędzy liśćmi szczeniaka; Jego oczy były duże, błękitne, skrywały w sobie cały świat. Niebo, wodę, kwiaty. In przypatrywał się jeszcze chwilę, aż tamten nie uciekł, zwieszając łeb ku ziemi. Odprowadzał Go wzrokiem dłuższą chwilę.
Wtedy zakochał się po raz pierwszy, choć jeszcze nie wiedział, co to tak naprawdę znaczy.
Później Inverness znów po prostu był; czasami jedynie znikał. Lato rozkwitło trochę bardziej, kiedy znów Go spotkał. On miał na imię Crendan - mówił, że dziwne, ale nie dziwniejsze niż Inverness - i też lubił drzewa, trochę bardziej kwiaty. Był starszy o pięć miesięcy. Spotykali się często, codziennie, potem praktycznie współistnieli i przez to jedno lato stali się jednym organizmem. Dużo wpatrywali się w gwiazdy, mało rozmawiali. Tak im było dobrze, bez słów, tylko dwa ciche oddechy i rozgwieżdżone niebo. Świat trochę przybrał kolorów, ale i tak był mniej kolorowy niż czarne futro Crendana. Inverness mówił, że go kocha, a tamten uśmiechał się i odpowiadał, że on go też - znaczyło to dla nich wszystko i nic. Szczenięca miłość trwała w byciu i nie-byciu, a skończyła się wraz z latem. Choć może tak naprawdę ich lato nie skończyło się nigdy.
Crendan mówił, że musi odejść. Coś o rodzicach, o watasze, która była niedaleko. Na ostatnie spotkanie Inverness przygotowywał się długo. Nie mógł spać, nie mógł zjeść śniadania, które podał mu ojciec. Obudził się wczesnym rankiem, całą drogę myślał nad tym, co mu powie.
Ostatecznie nie powiedział nic. Stali naprzeciwko siebie w milczeniu, wpatrywali w kolory futra. Obydwoje myśleli nad tym, czy nie powinni się przytulić, ale ostatecznie po prostu stali. Wciąż jedynie współistnieli, żałując, że jutro starszy nie obudzi młodszego, a potem nie pójdą nad rzekę i do lasu, i nie będą polować, i biegać, i robić tego wszystkiego. To Crendan przerwał ciszę, a wraz z nią pewnie wszystko.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś?
Odpowiedział, że tak.
- Obiecujesz?
- Przysięgam.
Rozeszli się, w tle szumiały liście dębów.
Obietnicy nie dotrzymał.

11 listopada 2018

Od Invernessa cd. Akatali

Zaśmiałem się szczenięcym, wysokim głosem, ale tak naprawdę nie było mi do śmiechu. Akatala wpatrywała się we mnie poważnym wzrokiem, takim, który nie ma w sobie za grosz poczucia humoru.
– Nie, proszę, nie – wymruczałem cicho, patrząc na nią z żalem.
– Przykro mi – odparła i choć spodziewałem się usłyszeć jedynie suchą formułkę, w jej głosie rozpoznałem rzeczywisty smutek i współczucie; współczucie do szczeniaka, który właśnie stracił matkę.
Spuściłem wzrok i przez moment wpatrywałem się jedynie w swoje pazury. Dudniłem nimi bezgłośnie o ziemię, tworząc na jej powierzchni malutkie, prawie niewidoczne wgłębienia. Wadera stała obok i cierpliwie czekała, nie odzywając się ani słowem. Przygryzłem wargę i naprawdę, naprawdę mocno starałem się nie rozkleić.
– Ej, mały – szepnęła bardzo łagodnie, a mnie w jakiś sposób to uspokoiło. Może nie na tyle, abym mógł już podnieść wzrok, ale zaczerpnąłem powietrza, uświadamiając sobie, że przez moment wstrzymywałem oddech. – Wszystko w porządku.
Chciałem powiedzieć, że nie, nie jest w porządku, bo właśnie dowiedziałem się, że najważniejsza wadera w moim całym życiu jest martwa. Owszem, nigdy nie okazywałem jakoś szczególnie przywiązania do całej rodziny, nawet do matki. Ba, nie okazywałem przywiązania do nikogo w ogóle, ale to nie znaczyło, że mama może sobie tak po prostu umrzeć, odejść i zostawić mnie samego.
– Co się stało? – zapytałem, wciąż powstrzymując łzy. W gardle czułem palącą gulę wstydu i smutku, która sprawiała, że słowa zabrzmiały nienaturalnie.
– Ja... – zawahała się na moment, ale nie byłem pewny, czy to dlatego, że po prostu się zastanawiała, czy nie wiedziała, jak ukryć przede mną prawdę. – Nie wiem.
Skinąłem głową. Bruzdy w ziemi, które wydrapywałem pazurami, pogłębiły się, ale wciąż nic nie znaczyły.
Po chwili postanowiłem. Podniosłem wzrok i z buzującą w kościach determinacją wyminąłem zdziwioną waderę, aby wejść do środka. Akatala coś powiedziała, lecz nie byłem pewny, co to było; potem powtórzyła te słowa głośniej, ostrzej. Później znów, jeszcze raz, aż rozbrzmiały w mojej głowie jak echo, którego nie zrozumiałem. Jednym susem pokonała dzielącą nas odległość i zagrodziła mi drogę, patrząc prosto w moje oczy. Czułem, jak przechodzi przeze mnie dreszcz.
– Nie możesz tam iść.
– Mogę! – krzyknąłem, drżąc. Czułem się, jakbym był w ochronnej bańce, jakby świadomość tego, co się stało, nie mogła do mnie dotrzeć. Jakbym był odizolowany od tego wszystkiego niewidzialną ścianą.
Jej przeźroczysta postać majaczyła przede mną jeszcze moment, a potem z całych sił odbiłem się od ziemi i pognałem do przodu, wciąż nie płacząc, wciąż się trzęsąc. Byłem już prawie przy wejściu, jeszcze jeden, dwa kroki i wszystko stałoby się jasne. Możliwie, że podświadomie pragnąłem, aby Akatala znów zagrodziła mi drogę i po prostu mnie objęła, a później powiedziała, że to wszystko był wyjątkowo głupi i nieudany żart.
– Hej – odezwała się, znów łagodniej, a ja stanąłem. I czekałem.

Akatalo? Troszkę dziwne, ale pisane w pośpiechu.
I nie wybaczę Ci tego, co zrobiłaś T.T

28 października 2018

Od Invernessa cd. Akatali

Wpatrywałem się uparcie w nowo poznaną waderę, nie za bardzo wiedząc, czy czuję do niej jakąś sympatię. Nie byłem chyba zbyt dyskretny, bo zaraz odwróciła pysk w moją stronę i uniosła brwi w momencie, w którym nasze spojrzenia się skrzyżowały. Z cichym westchnięciem spojrzałem na podłogę i odszedłem od stołu, aby móc wyjść na zewnątrz i posłuchać swojej ulubionej muzyki – szumu drzew.
Kiedy tylko wychyliłem łebek z ciepłej jaskini, owionął mnie chłodny wiatr, niosący ze sobą zapach deszczu i kwiatów. Przymknąłem oczy i rozkoszowałem się obecnością natury; rozmoknięta ziemia delikatnie uginała się pode mną, kiedy przechodziłem do jednego z drzew, na którym najczęściej siedziałem – rozłożystego klony, z nisko rozpiętymi gałęziami, które były stabilne i jeszcze całkiem młode. Dzięki temu miałem pewność, że nie załamią się przy nieostrożnym kroku. Oparłem czoło o chropowatą korę i wtedy całym ciałem odczułem życie, które pod nią pulsowało.
– Cześć – szepnąłem i potrząsnąłem łbem w momencie, w którym na mój nos spadła pierwsza kropla wiosennego deszczu. Była ciepła i przyjemna, nie taka, jak podczas jesieni.
– Mówisz do drzewa? – usłyszałem i odwróciłem się w stronę Akatali, która wpatrywała się teraz w koronę klonu z zadartym ku górze nosem.
– Och – mruknąłem i cofnąłem się o krok od drzewa, odrywając od niego czoło. – Czasami.
– Jesteś bardzo dziwnym szczeniakiem – zauważyła i podeszła bliżej, wciąż jednak na mnie nie spoglądając. Zmarszczyłem brwi i mruknąłem pod nosem kilka niezrozumiałych dla niej zlepków słów.
– Po co przyszłaś?
– Nie bądź niemiły. Słyszę wyrzut w twoim głosie.
– Nie powinnaś siedzieć z rodziną?
Westchnęła i usiadła obok mnie, nie robiąc sobie nic z moczącego jej futro deszczu. Krople spływały po przezroczystym ciele i nie mogłem oderwać wzroku od tego dziwnego zjawiska.
– Mam trochę inne plany. Przejdziemy się?
Ucieszyłem się na te słowa, choć w sumie nie wiem dlaczego. Skinąłem łbem i ruszyłem za nią, jeszcze tylko raz spoglądając na kołysane wiatrem liście klonu.
– To jak jest z tym... – przez moment szukałem słowa, ale w końcu poprzestałem na najprostszym wyborze. – ...ciałem?
– Taka uroda – uśmiechnęła się blado. Uniosłem brew, jednocześnie skacząc nad zwalonym pniem, który towarzysząca mi wadera przekroczyła bez problemów.
– Jesteś martwa, tak?

Akatalo?

15 października 2018

Od Invernessa cd. Akatali

Czasami jest tak, że wilk śpi spokojnie na gałęzi i nic mu nie przeszkadza, a czasami wszyscy plączą się naokoło i wciąż czegoś chcą, tak, jakby podanie tej jednej skrzynki było teraz najważniejszym zadaniem na świecie, a całej planecie grozi niebezpieczeństwo i wybuchnie, jeśli tylko się o tym zapomni.
Właśnie zamykałem oczy, uśpiony szumem liści, gdy ktoś krzyknął z dołu, żebym zszedł pomóc. Skrzywiłem się i podniosłem, machając ogonem na boki i tym samym starając się utrzymać równowagę. Popatrzyłem w górę, na pnące się gałęzie, które wyglądały zbyt zachęcająco i stabilnie, by nie skorzystać z ich jawnego zaproszenia do wejścia na górę i schowania się przed światem. Ziewnąłem i wdrapałem się nieco wyżej, a potem kontynuowałem swoją wędrówkę do momentu, w którym nie dosięgałem do wyższych partii. Z zadowoleniem usiadłem i chwilę się pokręciłem, aby znaleźć najwygodniejszą pozycję. Obserwowałem tętniące w dole życie, aż zamieszanie ustało i wszyscy się rozeszli: to był znak, że można zejść.
Powoli, najpierw jedna, potem druga łapa, tak, by nie ześlizgnąć się i nie spaść; tak, by się nie zabić, zanim zdążę być dorosły. Gdzieś w połowie drogi wcisnąłem się w zagłębienie w korze, aby zaczerpnąć pachnącego kwiatami powietrza. I to był błąd.
Gałąź złamała się i z hukiem zleciałem w dół. Nie powstrzymałem się również od krzyku, który rozdarł powietrze i spłoszył ptaki, które z towarzyszącym temu odgłosem skrzydeł wzbiły się w powietrze. Uderzyłem w ziemię kilka sekund po tym i bolało to nawet mniej, niż sobie wyobraziłem; upadek zamortyzowała gruba warstwa mchu.
Po raz drugi krzyknąłem, widząc nad sobą pół-przeźroczystego wilka, który spoglądał na mnie z nieskrywanym niepokojem.
– Jesteś ranny? –  zapytał nieznajomy; a właściwie nieznajoma, sądząc po głosie.
– Jesteś śmiercią? –  zapytałem, starając się wstać.

Akatalo?

15 września 2018

Powitajmy Invernessa!

Imię: Inverness. Jest gdzieś takie miasto, ale rodzice bynajmniej nie tym kierowali się przy wyborze imienia.
Pseudonim: Wołają na niego In, tak, jak na matkę i jeszcze kilka wader z rodziny.
Wiek: 3 lata
Płeć: Basior
Charakter: Tak naprawdę niewiele zmienił się od szczeniaka, jedynie trochę urósł i może – troszeczkę – zmądrzał. To typ leniwej kluski, która woli wszystko obserwować z boku i nie lubi mieszać się w nieswoje sprawy. Ogólnie nie przepada za zamieszaniem – w życiu kieruje się zasadą, że najważniejszy jest spokój i cisza. Bardzo często zachowuje się jak zmęczony życiem, zgorzkniały staruszek, który to wszystkim naokoło mówi, żeby byli ciszej, bo boli go głowa. No, może jest przy tym bardziej uroczy. Jego hobby to spanie, a ulubiona mina to zirytowane, lekko wkurzone skrzywienie pyska. Co do spania, to bierze je na poważnie; często łazi po nocach, ale za to przesypia dni. Dodatkowo nie lubi, kiedy się go budzi – jeśli zrobisz to, w dodatku przed południem, to będziesz narażony na wredne docinki i krzywe spojrzenia. Czasami też warknie. Jest zbyt zmęczony, żeby rwać się do walki, ale kiedy już zostanie do niej zmuszony, to nigdy nie jest dłużny; stąd też blizny na ciele. Chociaż robi się na groźnego, to od serduszka jest potulnym wilczkiem i choć przesiąknięty jest lenistwem, to zawsze staje w obronie słabszych. Nie przepada za zabawami i przygodami; lubi siedzieć na zewnątrz, w koronach drzew lub pomiędzy wystającymi korzeniami, napawać się słońcem i ziewać, nie mieć żadnych zmartwień i obowiązków. Ogólnie przepada za drzewami, co zapewne związane jest z jego żywiołem, dlatego czasami zdarza mu się do nich mówić lub po prostu w zamyśleniu słuchać szumu liści. Podsumowując: jest samotnikiem, którego denerwuje zbyt duże zamieszanie.
Wygląd: Nie jest ani szczególnie wysoki, ani niski. Wydaje się troszkę szerszy od smukłych rówieśników, choć jego waga jest raczej w normie; silne, nieco szerzej rozstawione łapy i również nieco szersza klatka piersiowa. Jego futro jest gęste, lecz niezbyt przyjemne w dotyku – raczej szorstkie, często przybrudzone, jakby w ogóle nie zwracał uwagi na plamy i kołtuny – i utrzymane w beżowo-brązowej kolorystyce. Całość dopełniają ciemne pazury, pożółkłe zęby, brunatny nos i pomarańczowobursztynowe oczy, które spoglądają na świat z lekko poirytowanym wyrazem. Gdzieś na łapach i boku widnieją dość nieprzyjemne szramy, zdobyte przy okazji jakiejś pomniejszej bójki.
Głos: Troszkę burkliwy, ale raczej dość przyjemny. Brzmi jak normalny basior; taki leniwy, zaspany basior, którego irytuje wieczna krzątanina i pośpiech. Nie lubi śpiewać czy nucić, więc usłyszenie czegoś takiego w jego wykonaniu graniczy z cudem.
Stanowisko: Omega
Umiejętności: Intelekt: 8 | Siła: 7 | Zwinność: 5 | Szybkość: 6 | Magia: 6 | Wzrok: 6 | Węch: 6 | Słuch: 6
Rasa: Wilk Drewna – nie do końca wiadomo, jakim cudem jest to jego rasa, jednak nikt nie ma ochoty się w to zgłębiać.
Żywioł: Drewno, poza tym nie odkrył żadnego innego żywiołu, ale kogo to obchodzi.
Moce: Jego umiejętności nie są zbyt widowiskowe, choć naprawdę pomocne. Inverness kontroluje drzewa: może przyśpieszać i hamować ich wzrost, wyginać je, łamać, leczyć... ogólnie kierować nimi tak, jak chce. Może też tworzyć drewniane tarcze czy klatki. Rozumie też mowę drzew, choć ciężko nazwać to magiczną zdolnością.
Rodzina: Cóż można rzec: to skomplikowane. Kazirodczy związek rodziców, nie do końca akceptowany społecznie, lecz przyjęty z pozorną obojętnością. Jest powiązany z rodziną alf: ojciec Nicolay, syn Taravii; matka Indy, córka syna córki Taravii. Jakoś tak. Do tego ma brata Nicodema i siostrę, niestety już martwą, Interstellar. Rodzinkę darzy całkiem ciepłym uczuciem, ale nie przyznaje się do tego.
Partner: Kochał kiedyś jednego basiora, którego futro było zarazem czarne i tęczowe. Pierwsza, letnia miłość.
Potomstwo: Nie ma się co spieszyć. Inverness jest chyba zbyt leniwy na wychowywanie dzieci.
Historia: Urodził się w watasze, jeszcze wtedy, kiedy ta wędrowała. Nie posiada zbyt bogatej historii – ma zamiar dopiero zacząć ją tworzyć.
Przedmioty: Nie ma nic, co byłoby tylko jego. Stara się nie przywiązywać do przedmiotów i nie nadawać niczemu sentymentalnej wartości.
Jaskinia: Nie posiada swojej jaskini, bo nigdy nie chciało mu się takowej znaleźć. Lubi spać na drzewach, zakryty liśćmi i pozornie niewidoczny, wśród zapachu mchu i mokrej kory. Często, kiedy jest zbyt zaspany, by się skupić, zsuwa się w dół i ląduje głową na ziemi, ale nad tym jeszcze pracuje.
Ciekawostki: Lubi drzewa, ale to żadna tajemnica, wiedzą to wszyscy. Raz został przez to nazwany dendrofilem i wtedy po raz drugi bił się na poważnie. W pierwszą bójkę wdał się, kiedy dwójka basiorów zaczepiała jakąś losową waderę – przegrał i dochodził do siebie dobry tydzień, ale tamta przynajmniej zdążyła uciec.
Właściciel: Ktosicek | Ktosicek | damaszek2001@gmail.com
Inne zdjęcia: szczenię | x

Poród!

Do watahy dołączają dwa szczeniaki, które urodziły się w watasze - ich rodzice są dodani do NPC, jednak teoretycznie nadal należą do WSO.
Najmłodszy, Nicodem, urodził się daltonistą.
Najstarsza córka, Interstellar, niestety narodziła się martwa.

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template