Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inveth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inveth. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2019

Od Ktosicka

Obudziły ją ciepłe promienie słońca prześlizgujące się po jej futrze. Drobinki kurzu unosiły się lekko w powietrzu, spokojne i niczym nie poruszone, dlatego też wilczyca odniosła wrażenie, że wszystko stoi w miejscu. Jeszcze przez chwilę leżała na grzbiecie, wpatrzona w malutkie, rozświetlone kuleczki, aż w końcu zerwała się na równe łapy i wyszła z jaskini, mącąc przy tym stęchłe powietrze.
Nic, naprawdę nic nie zapowiadało tego, co już niebawem miało się stać. No, może i były jakieś wskazówki, ale ona nie przejmowała się nimi zbytnio, bo jej optymistyczna natura kazała patrzeć w przyszłość z szerokim uśmiechem. Zresztą... nawet jeśli, to przecież nic aż tak wielkiego. Dlaczego wszyscy wydawali się spięci tym, co miało nadejść? A może tak naprawdę nie zdawali sobie z tego sprawy? No bo przecież kto spodziewa się, że jego dotychczasowe życie legnie w gruzach?
Potrząsnęła łbem, jej futro zafalowało, a impet tego ruchu sprawił, że zatoczyła się  i usiadła na zadzie, ledwo odnajdując w sobie siły, żeby nie runąć pyskiem na ziemię. Klapnęła językiem i omiotła ognistym spojrzeniem rozciągający się przed nią teren, jakby w całości należał do niej. Wokół jej łap tańczyły płomienie.
– Cześć, In – mruknął jakiś chrapliwy głos, a ona nie musiała się odwracać, aby wiedzieć kto to. Już od pewnego czasu czuła jego zapach, a on nie robił nic, aby go ukryć.
– Siemka, tatku. 
Skrzywił się lekko, ale nic nie odpowiedział. Usiadł obok niej, zgarbiony, zamyślony. Nie mieli dużo do roboty; jedyne, co zaplanowali, to ten krótki spacer. Nigdzie im się nie spieszyło, humory też mieli nie najgorsze, więc przeciągali moment, w którym ten ostatni raz przyjdzie im się pożegnać.
Kwiaty przygotowała już wcześniej, różnokolorowe, bo dobrze pamiętała, że Hesher je lubił. Postanowiła, że dla mamy zapali jeden ognisty, taki, który będzie płonął jeszcze przez długi, długi czas, możliwe, że do jej własnej śmierci. 
Harbinger uniósł brwi w niemym pytaniu, a ona przez moment wpatrywała się w niego uparcie, jakby przed podaniem odpowiedzi przypomniała mu, że przy tej ostatniej okazji ma się uśmiechnąć, dla nich. Ona przywdziewała uśmiech już od rana – taki, jaki najbardziej do niej pasował: szeroki, nieco szalony, który widać było nawet w jej płomiennych ślepiach. Basior znów posłał jej to spojrzenie, które pytało: Idziemy?
Ostatni głęboki wdech. 
Idziemy.
Drzemiący w jej żyłach ogień buchnął na cały świat.

❉ ❉ ❉

Inverness od dawna wiedział, że jest na tym świecie sam. Nie chodziło tu jednak o to, że wokół nie ma ani jednej duszy – bo są, należy w końcu do watahy – lecz o to, że nikt go tak naprawdę nie kocha. Od szczeniaka darzył rodzinkę ciepłym uczuciem, jednak nic to nie dało, bowiem nadal czuł się odrzucony, jakby od zawsze był gdzieś z boku, jakby omijało go to wszystko, czego pragnął z ich strony. I właśnie teraz, siedząc wśród gałęzi i liści, wśród pięknie pachnących pąków kwiatów, rozmyślał o tym, jak bardzo chciałby mieć przy sobie pewnego basiora, którego futro było jednocześnie czarne i tęczowe, i którego nie widział już parę ładnych lat.
Przymknął oczy i wypełnił płuca słodkim zapachem kwiatów, które na pewno spodobałyby się Crendanowi. Z jego gardła wydobył się niski pomruk, ni to parsknięcie, ni mruknięcie. Wyglądał na znużonego całym zamieszaniem, które rozgrywało się wśród członków watahy już od jakiegoś czasu; wilki szeptały do siebie – z niedowierzaniem, a może i lekkim przestrachem – o rzekomym zamknięciu WSO i choć Inverness udawał niewzruszonego, tak naprawdę zabolało go to, że być może straci wszystko, co do tej pory miał.
Uchylił prawą powiekę w momencie, w którym parka truchtająca obok jego drzewa nagle ucichła, a w powietrzu rozniósł się zapach krwi i Airova. Inverness nie ruszał się, aby nie zwracać na siebie uwagi, choć dobrze wiedział, że i tak jego zapach już dawno go ujawnił. Przyjrzał się brnącemu przed siebie alfie, podziwiając jego wyćwiczone, pewne siebie ruchy. Nie wiedział, co lub kogo zabił basior, lecz metaliczna woń czyjejś posoki tworzyła namacalną wręcz chmurę wokół niego; Inverness czuł również niewyobrażalne napięcie, gniew, ze wszystkich sił tłumiony pod skórą, jakby alfa bał się, że gdy tylko pozwoli mu wyjść na powierzchnię, zabije jeszcze kogoś.
Przez myśl przeszło mu, że chociaż podziwiał aktualnego alfę i darzył go sporym szacunkiem, nigdy nie udało mu się nawiązać z nim bliższej relacji. Trochę tego żałował. Może dlatego nie mógł teraz oderwać wzroku od niego i wilków, które usuwały mu się z drogi.
Czarne niczym bezgwiezdna noc futro basiora znów przywiodło mu na myśl Crendana, za którym tęsknił przez każdą sekundę swojego życia i o którym nie wiedział już nic.
Ciekawe, jakby teraz wyglądał? Jakby się zachował? Rozpoznałby go?
Inverness westchnął głucho i z wątpliwą gracją zeskoczył z drzewa, a potem ruszył za alfą, tylko po to, aby powiedzieć mu, że niezależnie od jego decyzji wie, że nie ma innego wyjścia.
Może chciał ostatni raz z nim porozmawiać, może był też odrobinę ciekawy, dlaczego jego futro było umorusane we krwi. Może chciał sprawdzić, czy alfa w ogóle będzie wiedział, że istnieje.
Szedł krętą ścieżką przed siebie, jego futro mieniło się w blasku popołudniowego słońca, a obok niego tętniło życie.

❉ ❉ ❉

Ze snu wyrwały go koszmary, głębokie, ciemne, oplatające go całego i spychające w dół jego świadomość. Widział obrazy, których widzieć nie chciał; wspomnienia, o których tak bardzo pragnął zapomnieć, lecz których zapomnieć się nie odważył. Jeszcze przez długi czas po przebudzeniu cały się trząsł.
Naprawdę nie chciał kończyć tego, co przed latami zaczęła Taravia. Siedział teraz na jednym ze skalnych wzniesień i omiatał wzrokiem góry, które dziedziczyły imiona władców. Jedna z nich nosiła nawet jego imię, co teraz wzbudzało w nim smutek. Miał świadomość, że zawiódł – Kesame pokładała w nim swoje nadzieje, a on pozwolił, by WSO, jego rodzina, powoli się rozpadała. Od wielu dni zadawał sobie pytanie, czy mógł temu zapobiec, a odpowiedź za każdym razem bolała równie mocno.
Słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, on wdychał słodki zapach kwiatów rosnących gdzieś obok, a świat napierał na niego i jego zmysły, siejąc mu mętlik w głowie. Pomimo bólu pod czaszką cieszył się, że coś nie pozwala mu myśleć.
A mimo to wciąż widział obrazy swoich rodziców i braci, rozmazane, jakby ukryte we mgle. I Kesame, Roki, Harbingera, Fasolę; wszyscy wirowali wokół niego, półprzeźroczyści, niczym duchy przeszłości szepczące gdzieś nad jego uchem. Warknął i zacisnął powieki, potrząsnął łbem, trochę tak, jak gdyby mógł tym ruchem otrzepać się ze wszystkiego, co nagromadziło się w nim przez lata. Siedział tak jeszcze długo, naprawdę długo, zamknięty w swoim świecie, gdzie kolory mieszały się z zapachami, a kształty miały smak, bo bał się, że gdy tylko otworzy ślepia, będzie musiał wyjść i spojrzeć tym wszystkim wilkom w oczy. Od dawna nie czuł takiego strachu; paraliżował całe jego ciało, zaciskał na nim swoje obleśne łapska i nie pozwalał mu na nic.
Do Centrum dotarł dopiero na drugi dzień. Widział tłum – już nie tak wielki, jak kiedyś – i kiedy przemawiał, strach wepchnął głęboko w głąb siebie.
Airov nie był tym, który założył WSO. Nie był tym, który rządził w latach świetności tej watahy. Nie był nawet prawdziwym dziedzicem. I wiedział, choć wiedza ta parzyła jego duszę, że będzie tym, który to wszystko zakończy. 

24 czerwca 2019

Od Inveth CD Harbingera

Przechyliłam łeb lekko w bok, wlepiając spojrzenie w ojca, który patrzył w stronę zielonkawej wadery. Jedno ucho przyklapnęło mi jak u psa, a na pysk wpełzł uśmiech, którego basior nawet nie zauważył.
- To chodźmy.
Wstałam i przeciągnęłam się, aż gdzieś w kręgosłupie coś głucho strzeliło. Kłapnęłam z niesmakiem językiem i ruszyłam z miejsca dopiero, kiedy tata mruknął ponaglająco.
- A tak w ogóle - zaczęłam, przeciągając ostatnią sylabę niczym znudzony szczeniak - to wiesz, że wczoraj był dzień ojca?
Spojrzał na mnie z ukosa, nie zwalniając kroku. Teraz on prowadził, a ja posłusznie dreptałam u jego boku, ciekawa, co ma do alfy i jak chce to zakończyć. Na razie nie poruszałam tematu, wiedząc, że zdradzenie planu jakiemuś randomowemu wilkowi nie byłoby mile widziane.
- No, to wiesz?
- Nie, nie wiem - westchnął i przez moment odniosłam wrażenie, że przez myśl przemknęło mu całe stadko szczeniaków, które wychował. Ciekawe, czy o mnie pomyślał?
- To już wiesz.
Zapanowała cisza, które ciągnęła się przez dłuższą chwilę; słychać było tylko rytmiczny stukot łap o zmrożoną nadal ziemię. Z każdym naszym wydechem unosił się kłąb ciepłej pary, choć wcale nie było aż tak zimno - ba, było nawet cieplej niż wczoraj. Gdzieś nad naszymi głowami latał samotny ptak, podśpiewując cichą melodię, zagłuszaną co jakiś czas przez bicie jego skrzydeł.
- No - mruknęłam, nie patrząc w stronę basiora. - To wszystkiego najlepszego.
Przystanął, ale nie widziałam jego miny. Uśmiechnęłam się ciepło i nabrałam w płuca chłodnego powietrza, aby potem utworzyć duży obłok pary i skoczyć w niego, zanim się rozmyje. Udało mi się dopiero za trzecią próbą.
Odchrząknął i zbliżył się, ale nadal nic nie powiedział. Może uraziłam jego dumę? Aa, kij z jego dumą.
- Myślę, że tu możemy spokojnie porozmawiać. - Usiadł i rozglądnął się na boki. Co prawda nie to chciałam usłyszeć, lecz gdzieś w głębi siebie odczułam podekscytowanie na myśl o zbliżającym się planie.
Miałam dużo pytań, lecz żadnego nie zadałam.
- Mów - poleciła, machając lekceważąco łapą, choć doskonale wiedziałam, jak iskrzą moje oczy. Niedużo brakło, abym przywołała płomień; marzyłam o tym, by znów zatańczył wokół moich łap, przepełniając mnie poczuciem siły i wyższości.

HG?

26 stycznia 2019

Od Inveth CD Artemisa


Kiedy basior upada, z mojego pyska wydobywa się krótkie parsknięcie. Brzmi radośnie, ale też trochę niepewnie; podchodzę do basiora powoli, choć nie w ciszy. Każdemu mojemu krokowi towarzyszy ciche chlupnięcie, ślad po ostatnich deszczach, a także kolejne moje parsknięcia, coraz wyraźniejsze i coraz bardziej przypominające śmiech.
– Hej, hej – śmieję się i nachylam w jego kierunku, zbliżając pysk do ziemi. W końcu przykucam przy nim, a on wciąż się nie rusza, jakby nie za bardzo wiedząc, co może teraz zrobić, żeby uratować swój honor. – Hej, Misko, masz coś na pysku!
Ciche, krótkie warknięcie. Powoli podwija jedną łapę i podpiera się na niej, a potem, przerzucając ciężar ciała na drugą, odrywa pysk od ziemi i unosi się nieznacznie; tyłek wciąż przylega do podłoża. Podczas całego tego procesu wpatruję się w niego zawzięcie, wręcz wwiercam się w niego spojrzeniem. Jest cały w ziemi: jej grudki są w uszach, nosie i pysku basiora. Dostrzegam ją nawet na gałce ocznej – mruga zawzięcie, starając się pozbyć natrętnego problemu. Po kilku sekundach przestaje i odwraca łeb w moją stronę, a nasze spojrzenia krzyżują się. Przez moment zalega cisza, którą przerywam ja, znów prychając z rozbawieniem. Ze śmiechu przymykam oczy i odrzucam łeb do tyłu, odsuwając się od Miski.
– Bardzo śmieszne – mruczy i prostuje się, stając już na wszystkich czterech łapach. Nie mogę powstrzymać rozbawienia, przez co z moich oczu powoli wypływają łzy. Ścieram je łapą, rozmazując przy tym błoto na pysku.
– Gdybyś tylko widział swoją minę! Ha!
Artemis puszcza tę uwagę mimo uszu i z zawzięciem stara się usunąć brunatną maź z futra, lecz każda próba pozbycia się jej tylko pogarsza sprawę. Stoi teraz na trzech łapach, z czwartą uniesioną lekko ku górze, a z jego pyska wydobywa się gardłowe westchnięcie; wyczuwam, jak bardzo ma dość tej sytuacji. Wbrew sobie porównuję go do nieporadnego źrebaka, co wcale nie pomaga uspokoić targającego mną śmiechu. Rezultat jest wręcz przeciwny – mimo tego walczę ze sobą i po chwili udaje mi się uspokoić, wstrzymując oddech. Miska zdaje się mnie ignorować i gwałtownie trzepie głową, rozbryzgując grudki ziemi na wszystkie strony; obrywam i ja, dokładnie między oczy, przez co oboje wyglądamy teraz jakbyśmy przez pół dnia babrali się w błocie. Mruczę sarkastyczne "dzięki" i tym razem ja się otrzepuję. Robię to może zbyt mocno, bo – gdy już przestaję – nadal kręci mi się w głowie i z impetem uderzam zadem w ziemię, siadając i przy okazji miażdżąc kilka niewinnych roślinek. Mrugam jeszcze przez chwilę, starając się odzyskać pełny kontakt z rzeczywistością. Gdzieś obok Miska walczy z napadem kaszlu, który jednak szybko powstrzymuje i zbliża się do mnie.
– Gdybyś tylko widziała swoją minę! – przedrzeźnia mnie i uśmiecha się wrednie, na co odpowiadam wymownym pokazaniem języka. Wtedy też odkrywam, że i on jest ubłocony; spluwam na ziemię i wstaję, w duchu stwierdzając, że czas ruszać dalej. Burczenie w brzuchu jedynie potwierdza moje myśli, toteż trącam wpatrzonego w rozrytą glebę basiora i ruszam do przodu, myślami odpływając do przyszłości, a dokładniej do chwili, w której niedźwiedź będzie już całkowicie martwy i całkowicie smaczny. Artemis zrywa się z miejsca i dogania mnie, a po chwili odzywa z zamyśleniem. Możliwe, że też myśli o jedzeniu, chociaż tego pewna nie jestem. – Dobrze byłoby po drodze znaleźć też jakiś strumyk, żeby przemyć futro.
Wydaję z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, który ma sygnalizować całkowitą obojętność na tę uwagę. Naprawdę nie przeszkadza mi błoto, chociaż – co trzeba przyznać – utrudni nieco poruszanie, kiedy zaschnie. Na szczęście można je potem wykruszyć, znów się mocniej otrzepując.
Kiedy tak moje myśli krążą wokół błota, ziemi i całego tego syfu, który gnieździ się teraz w naszej sierści, basior zwalnia nieco i zniża się na łapach, przylegając brzuchem do rozbujanych wiatrem traw. Unoszę jedną brew i już mam pytać o co, do cholery, mu chodzi, kiedy dociera do mnie ostry zapach mokrego futra. Przez moment gubię się we własnych myślach, ale zaraz docieram do wniosku, że czuję właśnie niedźwiedzia – nieprzyjemna woń drapie w nos. Następnie udaje mi się domyślić, że skoro jego futro jest mokre (a właściwie przemoczone, sądząc po charakterystycznej woni leśnego strumyka, czyli roślin, ryb i innych takich bzdet), to będziemy mogli przed posiłkiem także się umyć, jak tego chciała Miska.
– Świetnie, dwa w jednym, teraz tylko zabić miśka i obiad gotowy! – mruczę cicho i zdaję sobie sprawę z tego, że nieświadomie oblizuję górną wargę.
Basior zaciąga się zapachem i krzywi. Mówi coś o tym, że bardzo dobrze, że stoimy pod wiatr, bo nasz zapach nie zaalarmuje niedźwiedzia. Kiwam głową, przyznając mu rację, a potem także zniżam się na łapach, praktycznie nurkując w wysokiej plątaninie roślin. Rozglądam się wokół i cichym susem w bok przybliżam się do basiora, który teraz spogląda na mnie spod przyjaźnie zmarszczonych brwi.
– No więc co robimy? – szepcze w moją stronę, ruszając powoli do przodu: cicho i delikatnie, przez co mam wrażenie, że nie idzie, a płynie.
– Nie wiem, generale. Czekam na rozkazy – uśmiecham się i zbieram w sobie całą energię, która buzuje we mnie, gotowa do przemiany w płomienie i zwęglenia każdej przeszkody.

Artemis? Czyń honory i goń miśka c:

19 stycznia 2019

Od Inveth CD Rodwena


Inveth skrzywiła się lekko i zaraz po wypowiedzeniu w myślach tych dwóch dość znaczących słów, wstała, a zaraz potem znów usiadła, mlaszcząc głośno językiem. Wizerunek basiora odbijał się w rozkołysanej tafli wody; stał teraz prosto, a jego wzrok skierowany był na łapę, a dokładniej na skaleczenie, po którym nie było już praktycznie śladu. Trzeba przyznać, że początkowo młoda wadera z zazdrością spoglądała na to, jak szybko i bezboleśnie pozbywa się rany, lecz zaraz potem z wyższością spoglądała na tańczący po jej sierści ogień i gdzieś głęboko w sobie, może w sercu, stwierdziła, że nic nie pokona jej wspaniałych płomieni i tego, co może z nimi zrobić. Uwielbiała wsłuchiwać się w krzyk palonych żywcem ofiar, w trzask kości, które pękały pod naporem tak wysokiej temperatury. Nawet ten charakterystyczny zapach, choć nieprzyjemny i drapiący w gardło, sprawiał, że czuła się niepokonana. Napawał ją uczuciem, jakie było ją w stanie ogarnąć tylko po spaleniu czegoś, co jeszcze chwilę wcześniej żyło.
Uśmiechnęła się pod nosem, na tyle delikatnie, że basior nie zwróci w jej stronę wzroku i nie dostrzegł obłąkanego wyrazu jej pyska, ani szaleństwa, które na ułamek sekundy błysnęło w jej oczach. Swoją uwagę skupił na niej dopiero po chwili, kiedy – już uspokojona – znów ostentacyjnie chłapnęła paszczą. Uniósł grubą brew i oczekiwał na jej słowa, które niewątpliwie miała zaraz z siebie wycharczeć.
– No, właśnie, wcześniej nie było okazji – mruknęła i lekko przekrzywiła łeb, zapewne wyglądając przez to jak niesforne szczenię. – Jestem Inveth.
Basior wydał z siebie niski pomruk, który na dobrą sprawę nie znaczył nic. Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć i nad czymkolwiek się zastanowić, ta już westchnęła z niecierpliwością, jakby siedzieli tu od dwóch dni. W ciszy.
– Jak ktoś ci się przedstawia, to wypada podać też swoje imię.
Tym razem to on zdawał się zirytowany. Otworzył pysk i zaczekał sekundę, tak na wypadek, gdyby In chciała wtrącić jeszcze jakąś kąśliwą uwagę. Milczała, więc wreszcie coś powiedział.
– Rodwen.
Uznał, że tyle wystarczy. Chciała jego imię, więc je dostała – niech teraz robi, co chce. Z poczuciem spełnienia obowiązku wyszedł z wody; krople spływały z jego łap na ziemię, przez co zostawiał za sobą mokre ślady. Kiedy szedł, słychać było ciche chlupotanie.
– Ej, ej! – zawołała wadera, doskakując do niego. Wiatr zmierzwił jej futro, przez co odruchowo zatrzęsła ciałem, aby przywrócić je do w miarę kontrolowanego nieładu. – Gdzie idziesz?
Miał ochotę nie odpowiadać w ogóle. Czy to jej sprawa, gdzie idzie? Był zmęczony jej obecnością i choć wydawała się interesująca, była zbyt głośna i nierozgarnięta, by być dobrą towarzyszką. Nie mógł jednak zignorować jej zupełnie, ponieważ znów przekrzywiła łeb pod dość nienaturalnym kątem (tak, aby spojrzeć na niego od boku i dołu jednocześnie) i zmarszczyła brwi. Mruknęła coś o odpowiedzi i braku kultury, a potem wyprostowała się i zagrodziła mu drogę.
– Gdzie idziesz?
– To zupełnie nieistotne – odparł. Tak naprawdę nie widział, gdzie idzie. Możliwe, że odpowiedź była bardzo prosta: przed siebie, na spacer, gdziekolwiek, byle nie tutaj. Inveth odchrząknęła i, brodząc z niesmakiem w wodzie, przeszła kawałek, aby go przegonić.
– Widzisz to? Zmoczyłam łapy. Muszę teraz się poruszać, żeby wyschły. Przejdziemy się.
Ostatnie zdanie zdecydowanie nie brzmiało jak uprzejme pytanie. Ba!, w ogóle nie brzmiało jak pytanie.
Ruszyła przed siebie, zaglądając co jakiś czas w tył, na wilka, który teraz szedł z błąkającym się po pysku wyrazem niepewności. Ta wadera zdecydowanie była inna niż wszystkie, które do tej pory poznał – niekoniecznie znaczyło to coś pozytywnego.
– Wiesz, że nie musiałaś przechodzić przez tę wodę, prawda? – zaczął, patrząc, jak jej ogon kołysze się w rytm jej energicznych kroków. Teraz i ona zostawiała za sobą mokre ślady, ale zdecydowanie mniejsze, niż te tworzone przez niego. – Wystarczyło przeskoczyć albo obejść ją dookoła.
Puściła tę uwagę mimo uszu, nie chcąc przyznać, nawet przed samą sobą, że była to próba pokazania, że zupełnie nie boi się wody. Nie to, żeby miała ku temu powody; zrobiła to tak na wszelki wypadek, gdyby kiedykolwiek przyszło mu na myśl, że może być inaczej. Odczuwała teraz tę mokrość całą sobą. Kropelki chłodnej cieczy wsiąknęły między futro i oblepiały jej łapy. Nie lubiła tego uczucia, zdecydowanie wolała swoje kochane płomienie, które notabene nie miały teraz szans połaskotać jej łap, bo te były przemoczone. Przeklęła pod nosem, a potem przeklęła drugi raz, kiedy potknęła się o jakiś kamień czy inne drewno.
– Mógłbyś być milszy... – warknęła w przestrzeń za sobą, czyli głównie do basiora, z ponurą miną idąc w przód. Chciała jak najszybciej dotrzeć do lasu Phoenix'a, by zapolować na to stworzenie. Nie była pewna, czy basior z entuzjazmem przystanie na tę propozycję, ale skoro już z jego powodu zmoczyła łapy, to powinien się zgodzić.
Tak przynajmniej myślała.

Rodwenie?

2 stycznia 2019

Od Inveth CD Rodwena


Na początku jedynie patrzyła na odchodzącego basiora. Wysunęła język i, kiedy nie widział, zaprezentowała go w całej okazałości, nadal mając mu za złe, że zgasił jej płomienie. Podobało jej się to, jak tańczą pomiędzy krzewami i pustoszą krajobraz, nawet, jeśli nie trwało to długo. Lubiła swoje płomienie. Tak, zdecydowanie lubiła.
Miała nadzieję, że się odwróci, bo jego rozmiary i niedźwiedziowaty wygląd ją zainteresowały. Czekała chwilę, lecz szybko zniecierpliwiła się i zawołała krótkie „Hej, czekaj!”, a potem podbiegła do niego, w drodze zapominając o żywionej do basiora urazie.
– Gdzie idziesz? – zapytała, marszcząc brwi.
Odwrócił się i obrzucił ją zimnym spojrzeniem, takim, jakiego nie powstydziłby się zawodowy pokerzysta. Na początku milczeli oboje, wpatrzeni w sienie nawzajem: on lekko pochylony, ona z łbem zadartym dziarsko do góry, jakby wcale nie przeszkadzała jej znaczna różnica wzrostu.
– O co chodzi?
– Pytam, gdzie idziesz – powtórzyła, unosząc brew.
– Nie wiem.
Westchnęła i choć przez chwilę wydawało się, że odejdzie, ta została i jedynie uśmiechnęła się ciepło. Wyprzedziła basiora i, depcząc po miękkiej trawie, ruszyła do przodu, wcześniej dając łbem sygnał, żeby szedł za nią. Ku zdziwieniu całej dwójki, poszedł.
W drodze Inveth skakała po kamieniach. Wybierała te – jej zdaniem – najładniejsze, okrągłe i błyszczące, chyba, że akurat nie było innego w pobliżu. Wtedy odpuszczała i wskakiwała na byle jaki. Wszystko, by nie dotknąć ziemi, bo wtedy przegrałaby tę małą gierkę, którą toczyła sama ze sobą. Postawny basior obserwował ją kątem oka i po prostu szedł do przodu, zapewne nie przejmując się tym, czy jego łapa dotknie kamienia, suchej ziemi czy kępki zażółconej trawy. Wadera przejmowała się tym aż nadto, balansując czasami na dwóch łapach; kiedy przyzwyczaiła się do skoków, przyśpieszyła, chcąc szybciej dotrzeć tam, gdzie właśnie zmierzali.
Było duszno. Słońce przypiekało od rana i czarne futro Inveth sprawiało, że czuła dotkliwe gorąco rozpływające się po całym ciele; mimo tego była radosna. Gorące temperatury to prawie jak ogień, pomyślała, skacząc na kolejny kamień. Ten był ciemny, chropowaty i wyschnięty jak wszystkie inne.
Rodwen wciąż szedł obok, choć przecież wcale nie musiał. Po chwili syknął i przykurczył prawą łapę do ciała, wpatrując się w ziemię; ostry odłamek skalny leżał praktycznie na środku, błyszcząc teraz złowrogo. Wadera parsknęła śmiechem, prawie spadając przy tym z jednego z otoczaków, wyrzuconych na brzeg i przeniesionych tu przez jakieś zwierzę.
– Jakbyś skakał tak, jak ja, to nic by ci się nie stało – zaśmiała się i ruszyła dalej, wiedząc, że już niedaleko.
Szli już długo. Naprawdę długo. Trochę milczeli, trochę rozmawiali o pogodzie, trochę było też monologów wadery.
– ...i właśnie dlatego lubię upalne dni. Kawałek jakiegoś kryształu i można upiec kilka owadów – dokończyła, a on skrzywił się niewyraźnie.
– To bezsensowne krzywdzenie.
– Pewnie tak – mruknęła i rozglądnęła się, w poszukiwaniu kolejnego punktu do skoku.
Na prawo brak, na lewo brak, z przodu też nic na to nie wskazuje. Czyżby trzeba było już dotknąć ziemi? Zmrużyła oczy i dostrzegła niewielki kamyk w odległości dwóch skoków. Jęknęła i na moment straciła równowagę, lecz zaraz ją odzyskała.
Rodwen przystanął, patrząc na nią ze zdziwieniem. Kiwała się na boki i wgapiała w niego, jakby chciała ocenić jego wartość czy przydatność jedynie na podstawie postury i lokalizacji. Uniósł brew i postanowił się odsunąć, ale było już za późno. Inveth odbiła się mocno tylnymi łapami i wyprężyła ciało. Skok był wymierzony, a basior stał w idealnym miejscy; nie za blisko, ale też nie za daleko. Mniej więcej w połowie, może troszeczkę bliżej celu, ale nadal idealnie. Jęknął ciężko, kiedy przednie łapy wadery wbiły się w jego grzbiet, a potem drugi raz, kiedy odbiła się i wylądowała na następnym kamieniu. Zatoczył się do tyłu, a ona z uśmiechem na pysku krzyknęła „Przepraszam!” i wróciła do świętowania udanego skoku.

Rodwen? Mówiłam, że dziwne XD

|| następna część ||

28 grudnia 2018

Od Inveth

I w pewnym momencie została na tym świecie sama, tak po prostu. Nikt się nie spodziewał, że ostatni członek rodziny zostaje jej odebrany w upalny dzień lata dokładnie w południe, ale od początku...
Czarny basior kroczył dumnie przez las Phoenix'a kierując się do Ujścia Rzeki. Jego wędrówka nie miała konkretnego celu, po prostu szedł i myślał. Obranie drogi wojownika, a później zabójcy i starszyzny, nie było dobrym wyjściem. Jedyne, co tak naprawdę przychodziło mu z łatwością, to właśnie myślenie. Nad wszystkim i nad niczym. Nad sensem życia, umierania i nad cholerną mocą uczuć, która potrafiła wstrząsnąć wilkiem, zmienić go w jeden dzień. Bardzo dobrze wiedział, jakie konsekwencje niosą za sobą wybory dokonane pod wpływem chwili. Był dostatecznie rozbity emocjonalnie, aby poddać się bez tłumaczenia, wszyscy wiedzieli, że jego dusza umarła już dawno, lecz żył, ciągnął to dalej. Brodził w wodzie do połowy kończyn. Lubił pływać, zimno, jakie ogarniało jego ciało, przynosiło mu ukojenie. Wskoczył na głaz, aby pokonać niewielką przepaść pomiędzy brzegami i właśnie wtedy to się stało. Słońce górowało w zenicie. Dziwnym trafem basior został postrzelony. Strzała, z pewnością magiczna, leciała z niebywałą prędkością i bez problemu przebiła skórę wilka na wylot, tym samym przybijając go do najbliższego drzewa. Dostał w krtań, jego głowa dumnie przylegała do pnia wysokiej sosny, a reszta sylwetki zwisała bezwładnie. Pod jego łapami zaczęła się tworzyć kałuża czarnej, lepkiej mazi, która niegdyś była krwią. Ciecz wypływała z pyska, rannej szyi oraz oczu, które niezmiennie porażały swoim zielonym kolorem. Śmierć była jedyną rzeczą, której się naprawdę bał, teraz już nie musi.

Urocza, kruczoczarna wadera niespiesznie przemierzała równiny należące do terenów watahy. Wychowana bez matczynej miłości, ojcowskiej z resztą też wyrosła na dobrą, nieco nieprzewidywalną samicę, która nie grzeszyła wdziękiem i intelektem. Przez ojca nazywana In, a w późniejszym okresie Czarnoduszką, w innych przypadkach była po prostu Inveth. Przeżyła jako jedyna z trójki rodzeństwa. W ciągu sześciu lat życia popełniła dwa zabójstwa — brata oraz kuzyna. Pogodziła się ze swoim mrocznym ja, nauczyła się z nim funkcjonować, aż nagle, pewnego gorącego dnia, podczas przechadzki natrafiła na martwe ciało ojca i coś w niej pękło. Harbinger Ghost umarł i została sama, naprawdę sama. Przez lata miała w nim zero oparcia, ale był, nawet świadomość o tym, że był ktoś, kto ją kochał, albo chociaż szanował, dawało pewną podporę, a teraz ona zniknęła.

13 listopada 2018

Od Inveth cd. Artemisa

Macham łapami, podrywając do góry zalegający na dnie piach i tym samym mącę wodę; młode ryby, różnokolorowe, pierzchają na wszystkie strony, więc rzucam się w ich stronę, wpadając prosto w utworzony przez nie wir. Artemis uśmiecha się pod wodą i zapiera tylnymi łapami o dno, aby móc się wyprostować i wynurzyć. Nie mam zamiaru mu na to pozwolić, bo pomimo faktu, że zwykle otaczam się płomieniami, w wodzie też czuję się bardzo dobrze. Doskakuję do niego tak szybko, na ile pozwala mi opór chłodnej cieczy, żeby złapać go za ucho – delikatnie, tak, by go nie zranić. Potem szarpię głową na boki, a on krzywi się, lecz uśmiech wciąż nie schodzi z jego pyska. Po chwilowej szamotaninie obydwoje wynurzamy się z wody, aby móc wreszcie zaczerpnąć tchu; łapczywie wciągam powietrze, pachnie wilgocią i nocą. Artemis zaczyna kaszleć, drobinki śliny lądują w wodzie. 
– Żyjesz? – pytam, mrugając kilkakrotnie, aby woda nie ciekła do oczu i nie zamazywała obrazu. 
– Może – odpowiada dopiero po chwili, kiedy kaszel ustaje. 
Powoli wychodzę na brzeg, wdrapując się po rozmokłej ziemi. Tworzę w niej bruzdy, ślizgając się dość nieporadnie. Artemis wyskakuje z wody zgrabniej, lecz oklapnięte, przemoczone futro na nikim nie prezentuje się majestatycznie. Skapująca z nas woda tworzy kolejne kałuże i ślady ciągnące się za nami. Kiedy spoglądam w górę, na niebo, uświadamiam sobie, że skrawek słońca jest już widoczny. Prostuję się, naprężam i wyciągam szyję, tak, jakby miało to cokolwiek pomóc. Kątem oka dostrzegam, że basior przygląda mi się i z trudem powstrzymuje śmiech, dlatego posyłam mu karcące – choć nie pozbawione humoru – spojrzenie, a później znów skupiam się na otaczającym nas świecie; niebo powoli się rozjaśnia, płynnie przechodząc z ciemnej szarości do nieco jaśniejszej szarości, a potem zabarwiając się na ciepłe kolory wschodu słońca. Ciepły, wiosenny wiatr wieje ze wschodu i stopniowo osusza nam futra. Przeciągam się leniwie, już nieco bardziej rozbudzona, a kiedy wyginam grzbiet w łuk, ostry ból przeszywa mój sparzony podczas zimy bok. Basior zauważa to, ale nie komentuje; jedynie zaciśnięty w wąską linię pysk zdradza, że rzeczywiście pamięta o tamtym wypadku. Wzdycham i podchodzę do niego, aby szturchnąć go lekko. Unosi brwi, a kiedy ruszam do przodu, on robi to samo. 
Idąc kopię leżący na ziemi kamyk. Toczy się kawałek i znów ląduje przede mną, dlatego kopię go znowu i znowu, znajdując w tej powtarzanej czynności jakąś niewyjaśnioną satysfakcję. Odbija się od ścieżki z charakterystycznym chrobotem, a później stacza na bok, do trawy. 
– Cholera! – wyrywa mi się, na co Artemis się wzdryga, zapewne nie przewidując tak żywej reakcji; marszczę brwi i kopię kolejny kamyk, nieco mniejszy i bardziej kanciasty, przez co ląduje w trawie praktycznie od razu. – Głupi kamyk! 
Tym razem Artemisowi nie udaje się powstrzymać śmiechu, dlatego wyrywa mu się ciche, ale gwałtowne parsknięcie, po którym następuje kilka odkaszlnięć, chrząknięć i znów odkaszlnięć.  Spoglądam na niego podejrzliwie, poruszając temat wizyty u lekarza, lecz ten zbywa to standardowym tłumaczeniem o zwykłym przeziębieniu. Jeszcze przez chwilę podtrzymuję rozmowę, przerywając jedynie na moment, aby zębami złapać za ogonek liścia, który przyczepił się do mojego futra, a potem oderwać go i wyrzucić; obydwoje bezwiednie wędrujemy wzrokiem w tym kierunku i po prostu wpatrujemy się w upadający niespiesznie liść. 
– To teraz niedźwiedź? – rzuca od niechcenia; kiwam głową i przyśpieszam, wymijając go. Czuję, jak burczy mi już w brzuchu, a wizja zapolowania na niedźwiedzia, szczególnie część z podpalaniem go, pobudza mnie i fascynuje. Przyśpieszam jeszcze bardziej, mobilizując się do truchtu, a za sobą słyszę rytmiczne kroki towarzyszącego mi basiora. 
Idąc, rozglądam się na boki w poszukiwaniu czegoś jadalnego, tak, aby zaspokoić pierwszy głód; parę metrów od nas, na lewo od niskiego i, jak sądzę, starego drzewa zauważam jakiś ciekawy krzak. Pomimo usilnych prób rozpoznania nie jestem w stanie przypomnieć sobie jego nazwy, więc ignoruję to i podchodzę do rośliny, przyglądając się ciemnopomarańczowym owocom. 
– Misko, myślisz, że są jadalne? – pytam, ale są to bardziej wypowiedziane na głos myśli, niż rzeczywiste pytanie. Artemis staje obok mnie i również przygląda się owocom, chyba nie do końca przekonany do tego pomysłu. – No co masz taką minę, jakbyś jadł cytrynę? 
– Po co chcesz jeść te owoce? – mruczy, znów tłumi kaszel. Wzdycham, ale już nic nie mówię.
Wyciągam łapę w kierunku ciemnopomarańczowych kuleczek i popycham lekko jedną z nich, trzęsąc tym samym całą, cienką gałązką. Są wielkości gałek ocznych, a skórka wydaje się miejscami pomarszczona, tak, jak sparzona wilcza skóra. Chcę się cofnąć, tracąc zainteresowanie owocami, jednak wtedy potykam się o na wpół zakopany w ziemi kamień i zamiast oddalać się od obiektu, zaczynam gwałtownie się do niego przybliżać. Wydaję z siebie jęk i wpadam pomiędzy gałęzie krzaka; to jest ten moment, w którym uświadamiam sobie, że roślina ma kolce. Dodatkowo całkiem ostre. Odruchowo zamykam oczy i staram się wyciągnąć przed siebie łapy, co jedynie pogarsza sprawę: wpadam głębiej, a pojedyncze gałęzie plączą się za mną, przez co mam wrażenie, że zostałam zamknięta w zielono-pomarańczowej klatce. Czuję, jak niewielkie strużki krwi spływają po mojej sierści, brudząc ją i zlepiając. 
– Inveth... – zaczyna Miska, ale nie kończy, zapewne widząc mój wzrok. Przekrzywia nieco łeb i podchodzi bliżej; w jego ruchach widzę teraz ostrożność spowodowaną widokiem dziesiątek malutkich ran na moim ciele. 
Znajduję się gdzieś pośrodku krzaka, dlatego, kiedy próba cofnięcia się zawodzi, staram się ruszyć do przodu, jednak to sprawia, że tylko bardziej się plączę. Zarówno prawa, jak i lewa strona zawodzi. Mruczę pod nosem cichutkie przekleństwa, mając dość szamotaniny. Zapach jest przyjemny: mieszanka aromatu cytrusów z metaliczną wonią krwi. Proszę – nie, bardziej rozkazuję – Artemisa o odsunięcie się, a ten bez słowa to robi. Przywołuję płomienie, znajome formy przelewają się pomiędzy moimi łapami. Na początku zajmują się same liście, lecz już po chwili owoce kurczą się i wysychają, a potem płoną one i gałęzie; do momentu, w którym cały krzak staje w płomieniach, ja jestem już szczęśliwa. Idę parę kroków w przód, wychodząc, aby móc popatrzeć od boku. Przerzucam wzrok na basiora, którego pysk znów wykrzywia się w niezadowolonym grymasie. 
– Wiesz, że mogłem po prostu rozchylić ten krzak?
– Jak niby...? – przerywam, a potem warczę gardłowo i oglądam się za siebie, na to, co teraz pozostało jedynie przygaszającym ogniem i kupką popiołu. Jak zwykle zapomniałam o możliwościach innych wilków. Przez ułamek sekundy waham się, a potem rzucam w stronę basiora i jednym susem powalam go na ziemię; teraz mogę spoglądać na niego z góry, nie musząc stawać na tylnych łapach. – Wredota! Mogłeś przypomnieć! Jak zaraz nie zaprowadzisz mnie do tego niedźwiedzia, to cię zagryzę!

Misko? 

12 listopada 2018

Od Inveth

Biegłam już jakąś chwilę, skupiając całą swoją uwagę na tym, by nie wbiec w żadne drzewo. Była noc, ciemna i nieprzyjazna; księżyc ukrył się za gęstymi chmurami, przez co źródło jakiegokolwiek światła po prostu zanikło. Mruczałam pod nosem obelgi, ale przez przyśpieszony oddech były one niezrozumiałe nawet dla mnie samej.
Tak naprawdę byłam już cholernie zmęczona. Biegłam już naprawdę długi czas, przez co łapy powoli odmawiały mi posłuszeństwa, zginając się i nie poruszając dokładnie tak, jakbym chciała. Czułam za sobą aurę tego czegoś, dość potężną, mroczną, taką, z jaką nie chciałabym mieć do czynienia i piekielnie interesującą. Sunęło za mną już od dłuższego czasu i choć próbowałam to zgubić, nic to nie dawało.
– Ej! Ty! – wrzasnęłam, a moje słowa rozniosły się po okolicy, płosząc ptaki. Dyszałam głośno, lecz to coś raczej zrozumiało, bo na ułamek sekundy minimalnie zwolniło. – O co ci chodzi, hę?!
Tak jak przewidziałam, nie odpowiedziało. Jednak ta chwila zawahania sprawiła, że zyskałam o jeden skok przewagi więcej; tyle wystarczyło, abym teraz zatrzymała się gwałtownie i przywołała płomienie.
Kochane, kochane płomienie. Owinęły się wokół moich łap, a ja znów poczułam znajome ciepło. Grzały, lecz nie parzyły, były bronią dostosowaną do mnie, a ja byłam dla nich swego rodzaju matką, której nie skrzywdzą. Po chwili ogarnęły mnie całą: łapy, tułów, ogon i łeb, aż po same uszy, zamykając mnie w obronnym kokonie i tworząc ze mnie chodzącą pochodnię. W tle ciemnego lasu zobaczyłam cień, kształt wilka, który teraz zatrzymał się i przyglądał mi; widziałam jedynie jarzące się pośród czerni oczy. Powinnam się bać, owszem, jednak coś sprawiało, że poczułam się niezwykle podekscytowana zbliżającą się walką.
Tyle, że zmęczenie, które mi towarzyszyło, było coraz bardziej uciążliwe. Pulsujący ból głowy uświadamiał mi, że trochę przesadziłam. Tak szczerze to każda część ciała wręcz wołała, że przesadziłam – mimo tego energia, jaką dawały mi tańczące po moim futrze płomienie sprawiały, że wszystko wydawało się łatwiejsze. Podeszłam, chwiejąc się lekko, do przeciwnika. Coś niby słyszałam o Duszach, czy czymś takim, ale jakoś tak wyszło, że nie słuchałam, kiedy Airov o tym mówił. Zwykle jakoś tak wychodzi, że go nie słucham, a szkoda. Teraz jednak, widząc postać wilka z taką aurą stwierdziłam, że zdecydowanie muszę się tym tematem zainteresować.
Zebrałam w sobie całą energię, jaka mi pozostała, a potem stworzyłam z niej płomienie i ognistą falą posłałam je w przód, na drzewa, które zajęły się ogniem. Wszystko wokół rozjaśniło się na tyle, że teraz przynajmniej wiedziałam, gdzie stawiam łapy. W momencie, w którym dusza zanikała pośród czerwieni, w moich oczach lśnił ogień.
Odwróciłam się w miejscu i zapewne wróciłabym po prostu do domu, gdyby nie to, że stał tam jakiś sporych rozmiarów basior – ba!, sporych rozmiarów to pewne niedomówienie, bo wydawało mi się, że pyskiem po prostu wbiłam się w jego łapy. Cóż, nigdy nie byłam zbyt wysoka. Zatoczyłam się do tyłu, a potem z impetem usiadłam i uniosłam wzrok do góry, uśmiechając się.
– Co się tak gapisz? – zapytałam radośnie, przekrzywiając łeb.
Kamienny wyraz jego pyska wyglądał dość majestatycznie, zatopiony w pomarańczowej poświacie.

20 września 2018

Od Inveth cd. Artemisa

Ciepło rozlewa się po moim ciele falami; ogarnia mnie przyjemna senność, jakby lekkie przytępienie spowodowane nagłym komfortem. Nad głowami świeci nam jasne, lecz przyćmione nieco słońce, i choć w nozdrza kłuje ostry zapach zimy, kiedy przymykam oczy, czuję wokół aurę lata. Staram się w tym zatracić i chłonąć to uczucie całą sobą, żeby starczyło na dłużej. Uśmiecham się w półśnie, jaki mnie ogarnął, i wyrywa mnie z niego dopiero wrogi warkot, który uświadamia nam, że świat wcale nie zatrzymał się specjalnie po to, abyśmy mogli się ogrzać.
– Misko, co ty to... – szepczę i odwracam się, od razu analizując przeciwnika i otoczenie, jakby wcześniejsze rozeznanie miało dać nam przewagę.
Artemis także się odwraca, jego łapy pewniej przywierają do podłoża, ale ciało sprawia wrażenie niestałego – trochę tak, jak gdyby w każdym momencie mógł odskoczyć i zniknąć, albo unieść się w powietrze. 
Wilk, który od razu wydał mi się wrogiem i dlatego też założyłam, że trzeba będzie uciekać, przybliża się o jeden krok, a my nie mamy się jak cofnąć, stojąc zaraz obok gorących gejzerów. Szybkie spojrzenie w bok i ocenianie możliwości pierzchnięcia wąskim, suchym pasem. 
– O co chodzi? – pyta Artemis, nader dyplomatycznie nie dając po sobie poznać strachu czy przytłoczenia. 
Tamten warczy, obnażą kły i znów zbliża się o krok, trochę tak, jakby stracił umiejętność mowy. Towarzyszący mi basior analizuje przeciwnika, choć ja zdążyłam się już przekonać, że zbyt wiele się o nim nie dowiem na podstawie wyglądu. Zwykły, czarny, wszystko średnie i nijakie, jakby był tu tylko po to, żeby wypełnić fabularne braki w jakiejś książce. No, może oprócz nijakości trochę narwania w tych ciemnych ślepiach. 
Ja w tym czasie z zawziętością staram się przywołać płomienie, aby móc po prostu zmieść go z powierzchni, tak, żeby nie pozostała po nim nawet kupka popiołu. Nie chcę się wdawać w rozmowy, mam dość tych spojrzeń i bezczynności, przyparcia do muru bez realnej możliwości walki. Co z tego, że mamy przewagę, jeśli on zapewne zna to miejsce lepiej? Może gdzieś czai się jego wataha, a w niej dziesiątki takich samych, nijakich wilków, które będą chciały nas ugotować żywcem poprzez wepchnięcie do gejzerów?
Przez moment nawet wydaje mi się, że czuję znajome gorąco pod skórą, ale zapewne jest to spowodowane spadającymi na mnie kroplami. Chcę walczyć, coś pcha mnie do tego, ale duszę to w sobie, bo bez mocy czuję się wybrakowana. Krzywię się, co w zamyśle ma zastąpić gorzki uśmiech, potem spoglądam pytająco na Artemisa — nie jestem w stanie odgadnąć jego wzroku, ale jestem raczej pewna, że to wilcze uosobienie łagodności nie ma ochoty na walkę i rozlew krwi. 
– Trzeba było zjeść całą tę rybę... – mruczę i szturcham go w bok, chcąc ponaglić go do czmychnięcia, zanim Pan Nijaki zechce przysunąć się jeszcze bardziej i zacieśniać więzy. Miska rozumie ten gest doskonale; szybkie spojrzenie w bok i w momencie, w którym Nijaki przybliża się znów (ciągle warcząc, przez co zastanawiam się, jak bardzo wytrzymałe muszą być jego struny głosowe i jak ograniczony musi być jego umysł) odskakuje i puszcza się pędem przez ścieżkę wyznaczoną suchymi, a właściwie mniej mokrymi niż pozostałe, śladami. Nie musi ciągnąć mnie za sobą, abym przemknęła za nim niczym przyklejony cień. 
Choć gdzieś z tyłu łba majaczyła mi myśl, że może Nijaki odpuści, widząc, że uciekamy, to zostaje ona brutalnie rozgoniona w momencie jego nagłego zrywu w moja stronę. Artemis przyśpiesza, a ja zaraz zanim — niemal widzę mu na ogonie; gdyby się zatrzymał, zapewne z łoskotem wpadłabym na niego i pokiereszowała nas obojga — i nawet, jeśli jestem od niego szybsza, to nie mogę w pełni tego wykorzystać, ograniczona z obu stron wrzącą wodą. Gorące krople opadają na nas ze wszystkich stron, przyklejają się do pyska, a para wodna ogranicza pole widzenia i utrudnia oddychanie. Nagle to wszystko zaczyna mi przeszkadzać i chcę wyjść na mróz, aby nieco otrzeźwić senny umysł. 
Biegniemy, łapy uginają się pod moim własnym ciężarem, chcę rozpędzić się bardziej, ale nie mogę. Walka tutaj także nie ma sensu, ale tylko ja i Miska zdajemy się to zauważać. Dobija się do mnie niepokojąca myśl, że Nijaki może być uodporniony na tę temperaturę, przez co serce przyśpiesza mi jeszcze bardziej. Ogień jest mi obojętny, lecz wrząca woda to zupełnie co innego. A szkoda. 
Nie zauważam momentu, w którym Nijaki przybliża się wystarczająco blisko, aby jednym susem pokonać dzielący nas dystans i uderzyć mnie łapą na tyle mocno, abym zatoczyła się i straciła równowagę. Ześlizguję się z niewielkiego zbocza, którego wcześniej nawet nie zauważyłam, macham łapami i staram się zatrzymać, jednak wszystko jest zbyt mokre, gorące i niewyraźne, żebym miała jakiekolwiek szanse. 
Wpadam prosto w gęstą, białą parę wodną, tracę oddech i czuję, jak gorąca woda parzy całą moją lewą stronę; a potem osuwam się w ciemność, zbyt przytłumiona, by rozumieć, że wpadłam we wrzący strumień. 

Artemisie?
Wybacz czas i jakość, ale jakoś nie mogłam się za to zabrać .-.

29 sierpnia 2018

Od Inveth cd. Artemisa

Przez moment wpatruję się w lekko — prawie niewidocznie — wykrzywiony w grymasie pysk basiora. Zaraz jednak odwracam wzrok i zapominam o jego niezadowoleniu, automatycznie przekonując samą siebie, że to wszystko jedynie mi się przewidziało. 
Mój oddech nadal jest przyśpieszony po gonitwie; pierś faluje szybko i płytko. Wciąż czuję się pobudzona, adrenalina krąży w żyłach i daje słodkie uczucie bycia niezwyciężonym. Prześlizguję wzrokiem po otaczających mnie przedmiotach, a chwilę potem wskakuję na jeden ze stojących po lewej kamieni. Jest twardy, jak to kamień, i chropowaty, lecz wciąż śliski; wiele pojedynczych, zalegających na nim śnieżynek zlepiło się w całość, tworząc cieniutką warstwę lodu, która teraz topi się pode mną i jednocześnie zamraża moje łapy. 
Idący obok basior zatrzymuje się i badawczo przygląda się kamieniowi. Zaraz jednak — najwyraźniej uznając, że niczym szczególnym się nie wyróżnia — odwraca się i znów rusza do przodu. Staram się dojrzeć i rozszyfrować iskierki błądzące w jego oczach, jednak nie mogę zrozumieć, co kryje się za zasłoną swobody i lekkiego rozbawienia. Zeskakuję i od razu z mojego pyska wydobywa się niemrawy jęk, cichy protest przemarzniętych łap na zderzenie się z jeszcze zimniejszym śniegiem. Nie chcę jednak zostawać z tyłu, dlatego ruszam do przodu i podbiegam kawałek, aby zrównać się z basiorem. Uśmiecham się, ukazując rząd lekko zżółkłych zębów, a on przez chwilę waha się, jakby nie do końca wiedział, czy powinien odwzajemnić gest, lub czy w ogóle jest on skierowany do niego. Kiedy kąciki jego ust wędrują w górę, ja unoszę podbródek w triumfalnym geście. 
Wydaje mi się, że słyszę, jak mięśnie basiora się poruszają. Wokół jest tysiąc innych dźwięków: skrzypienie śniegu pod łapami, cichy stukot pazurów o wystające korzenie, uspokajający rytm oddechów i nawet, prawie niezauważalny, chrzęst łamiących się pod ciężarem sopli gałęzi. Mimo tego ja odnoszę wrażenie, a nawet jestem pewna, że osobliwy dźwięk to właśnie ruch jego mięśni, który widzę na zewnątrz — napinanie się skóry, powstawanie subtelnych zagłębień gdzieś pod futrem — a może i chrupot kości ścierających się ze sobą. Przymykam powieki i wsłuchuję się w tę kakofonię, odnajdując w niej jakiś dziwny spokój. 
Obydwoje zatapiamy się w śniegu, lecz przemy naprzód, zdeterminowani do odnalezienia rzeki. Widzę, jak Artemis porusza uszami, starając się wyłapać jakiś szum, który zwiastowałby przybliżanie się do celu. Ja z kolei wciągam powietrze nosem, aby poczuć zapach wodnej roślinności i mokrych kamieni, a kiedy to robię, chłód wnika we mnie i czuję, jak dobija do mózgu. Muszę dość komicznie się krzywić, bo basior zwalnia i uśmiecha się z nieskrywanym rozbawieniem. Przystaję i potrząsam łbem, w nadziei, że uda mi się pozbyć nieprzyjemnego uczucia. 
– Jest zdecydowanie zbyt zimno – mruczę gardłowo, trochę jak lekko wkurzony kot, a on kiwa głową, przyznając mi rację. – Z każdą chwilą coraz bardziej odmarzają mi łapy i jeśli zaraz czegoś nie zjemy, umrę. 
Znów uśmiech, uprzejmy i lekko nieobecny, ale szczery. Unosi łeb ku górze i delikatnie zaciąga się zapachem, tak, aby zimowe powietrze nie wstrząsnęło nim tak, jak mnie. 
– Rzeka jest niedaleko.
– I bardzo dobrze – Mrugam kilkakrotnie i jednym susem wyskakuję z zaspy, w którą zdążyłam się już zapaść. 
Przyśpieszam kroku, a Artemis zmuszony jest zrobić to samo, aby nie zwiększać dystansu pomiędzy nami. Coraz wyraźniej słyszę szum, przez co coraz głośniej burczy mi w brzuchu.
Kiedy zza delikatnego wzniesienia terenu wyłania się płynąca wartko rzeka, wydaję z siebie ciche westchnienie ulgi. Artemis przyśpiesza, a ja odczuwam irytację — jest wyższy i posiada dłuższe (i smuklejsze, gwoli ścisłości) łapy, przez co jego krok jest dłuższy, a ja nie mogę za nim nadążyć. Bieg jest zbyt szybki, a chód zbyt wolny. Rzucam pod nosem ciche przekleństwo, jakby od niechcenia, lecz wyraz mojego pyska wciąż pozostaje jasny i rozpogodzony; kątem oka dostrzegam, że sunący obok mnie basior nie patrzy w moją stronę, jakby umyślnie ignorując to, co robię — bynajmniej nie złośliwie, a z czystej uprzejmości.
Zbliżamy się, a kiedy jesteśmy już przy samej wodzie, ja wskakuję do niej, pozwalając, aby spokojny strumień obmywał moje łapy; zaciskam zęby, czując, jak chłód przenika mnie i przez chwilę wydaje mi się nawet, że zamrozi mi serce. Rzeczka, strumyk, jak zwał, tak zwał, jest płytka i niezbyt szeroka: można by przeskoczyć ją, nie biorąc nawet uprzednio rozbiegu.
– Uważaj, jest strasznie zimna – ostrzega mnie, stojący bezpiecznie na brzegu, wilk. Wydaje się miły, a w jego słowach nie wyczuwam żadnego sarkazmu, a jedynie lekką, jakby naturalną troskę. Posyłam mu spojrzenie mówiące „co ty nie powiesz” i parę razy tupię nogą w kamieniste dno, aby przywrócić (utracone w moim mniemaniu) krążenie. – Spokojnie, inaczej przepłoszysz ryby.
Uśmiecha się i znów nie znajduję w tych słowach żadnej złośliwości, co powoduje, że sama zaczynam się szczerzyć.
– O to się nie martw, zaraz coś znajdziemy – rzucam i ruszam w górę strumienia, wiedząc, że tak najłatwiej będzie coś złowić. Przemarznięte łapy wydają się cięższe z każdym krokiem, ale całkowicie to ignoruję.
Mamy wyjątkowe szczęście, bo już po chwili w moją stronę mkną dwie średniej wielkości ryby, które zapewne odłączyły się od swojej grupki; zapewne mają jakąś swoją nazwę, ale kompletnie nie znam się na rybach, więc nawet nie zadaję sobie trudu, aby przegrzebać pod tym kątem swoją pamięć.
„Idealnie”, mruczę w myślach i po chwili uświadamiam sobie, że wypowiedziałam te słowa na głos. Artemis przyznaje mi rację i przygląda się, jak spinam mięśnie i odbijam się przednimi łapami, skacząc na ryby jak polarny lis, który próbuje przełamać lód i upolować jakaś smakowitą, polarną zwierzynę. Przyszpilam pazurami jedną z ryb i przytykam ją do dna, aby mieć pewność, że nie wyślizgnie mi się i nie odpłynie w dół strumienia; druga jednak umyka mi, więc z ulgą przyjmuję pomoc basiora, który w mgnieniu oka doskakuje do niej i zanurza łapy w lodowatej wodzie, krzywiąc się lekko. Krew wypływa z przeciętego stworzonka i miesza się z wodą, po chwili zanikając całkowicie.
– Nie mamy szans ich przypiec, prawda? – pytam i choć pytanie to jest naznaczone nadzieją, ja doskonale zdaję sobie sprawę, jaka jest odpowiedź.
– Musimy je zjeść na surowo.
Krzywię się, może zbyt teatralnie, a potem przyglądam towarzyszowi, który teraz otrzepuje swoje futro, wzbijając krople wody w powietrze i tworząc naokoło siebie istną fontannę. Ja także wyskakuję, niosąc w pysku rybę, i podchodzę do niego sztywnym krokiem. Szturcham go, może zbyt mocno, ale koleżeńsko; gest ten zawiera w sobie ciche pytanie o samopoczucie, które Artemis zaraz wyłapuje.
– Po prostu dawno nic nie jadłem – uśmiecha się, a w jego oczach odbija się ciemny kształt ryby. Odczuwam bijący od niego niepokój, mimo tego już więcej nie pytam; postanawiam obserwować.
Ryba, którą niosę, jest nieco większa i bardziej sprężysta niż ta, która leży przy basiorze, toteż podchodzę i zamieniam je miejscami, kierując się jakąś tam zasadą dobrego wychowania, której treści nie pamiętam, ale wiem, że istnieje. Artemis przełyka ślinę i dziękuje niepewnie; widząc mój wzrok, nie podejmuje żadnych prób sprzeciwienia się temu zabiegowi.
– No jedz, jedz, Misko – rzucam i przykucam przy obiedzie. Przezwisko wydaje się dziecinne i zwyczajnie głupie, choć przed wypowiedzeniem go na głos było nieco lepsze. Brwi basiora wędrują w górę i przygląda mi się w niemym zdziwieniu, na co tylko wzruszam ramionami: najwyraźniej ta ksywka się nie przyjmie.
Przez nasiąknięte wodą futro tracę całe ciepło i teraz, leżąc na śniegu, muszę zatopić kły w mięsie (które także jest zimne i smakuje po prostu mdłą rybą), aby ukryć szczękanie zębów. Posyłam basiorowi zachęcające spojrzenie i choć widzę, że nie jest co do tego przekonany, postanawiam zająć się posiłkiem i dać mu chwilę na przełamanie się.
Kiedy jednak ta nie następuje do momentu, w którym pochłaniam połowę ryby, odzywam się:
– Chyba nie czekasz, aż cię nakarmię, prawda?

Artemisie?

21 sierpnia 2018

Od Inveth

Choć lubię długo spać, dzisiaj zrywam się z samego świtu. Kiedy świat powoli się przebudza, ja siedzę na wzgórzu, otoczona zaspami śniegu i ostrym zapachem zimy. Słońce wychyla się zza horyzontu, topiąc świat w pierwszych promieniach i zabarwiając go na różowo.
Wpatruję się w tę kulę ognia z taką pasją, jakbym miała spotkać ją po raz ostatni.
Momentalnie widzę przed oczami ścianę ognia, a moje myśli biegną jednotorowo właśnie w tę stronę. Przymykam powieki i biorę głęboki wdech, a moje serce ściska się z żalu. Skupiam w sobie całą energię, gromadzę ją pod skórą i niemal czuję, jak przepływa po mnie deszcz iskier. Drżę. Choć nie spodziewam się zobaczyć płomieni, kiedy otwieram oczy, czuję ogarniające mnie rozczarowanie. Wciąż nie mogę nic zrobić; pozostaję tylko zwykłą istotą, jakich na tym świecie wiele. Bez swoich płomieni jestem niczym, nie różnię się od chrabąszczy, które tak bardzo lubiłam – i lubię nadal, jednak teraz nie mam takiej możliwości – spalać.
Myśl o przeciętności, nawet tymczasowej, ściska mój żołądek.
Frustracja narasta, gniew wzbiera się we mnie, a ja nie umiem go zdławić. Wataha zawiodła, a teraz odczuwamy tego konsekwencje. Z zaciśniętymi szczękami ruszam w dół wzgórza, a potem puszczam się biegiem. Po chwili zmęczone małą dawką snu mięśnie zaczynają palić, ból ogarnia moje ciało, lecz ja biegnę dalej. Złość nie mija, wciąż tli się we mnie, niezmącona wszelkimi próbami stłamszenia jej.
Dlatego kiedy widzę modlącą się przy ognisku waderę, coś we mnie pęka. Podbiegam do niej i z niemym krzykiem, który rozdziera w ciszy powietrze, walę łapą w trawione przez ogień badyle. Wilczyca odskakuje i wpatruje się we mnie wielkimi oczami; przez chwilę kuli się w sobie, ale później, w pośpiechu, znów unosi wysoko łeb. Zgrzytam zębami i wpatruję się we wciąż rozżarzone patyki. Zanim zdąży powiedzieć cokolwiek, odchodzę.

Maszeruję przed siebie, z każdym oddechem wypuszczając z siebie złość. Po paru – a może parunastu – kilometrach czuję się już normalnie, tak, jak zwykle. Otaczające mnie połacie śniegu powoli się zmieniają; teraz gdzieniegdzie pojawiają się drzewa – niewysokie, lecz z konarami rozłożonymi szeroko i nisko nad ziemią, wręcz idealne do wspinaczki i zabaw ze szczeniakami. Przez chwilę staram się ignorować płonącą we mnie pokusę, lecz zaraz ulegam jej i kilkoma susami pokonuję odległość dzielącą mnie od najbliższego z drzew. Ostrożnie kładę łapę na najniższej gałęzi, tak, aby sprawdzić, czy nie załamie się pod moim ciężarem. Potem dołączam drugą, naciskam, aż ostatecznie wskakuję cała i przez chwilę kiwam się w przód i w tył, aby utrzymać równowagę. Spoglądam w górę. Nie wiem, ile czasu mija, zanim odrywam wzrok od nieba rozciągającego się nade mną. Chłodny, zimowy odcień błękitu, który przechodzi już prawie w szarość, hipnotyzuje mnie doszczętnie.
Kiedy na powrót skupiam się na wspinaczce, nie bawię się już w sprawdzanie stanu drzewa. Z rozmachem wskakuję wyżej, wyginam się pomiędzy brunatną korą. Kiedy docieram na szczyt, żałuję, że drzewo nie jest wyższe.
Ogarniam wzrokiem okolicę: śnieg, dużo śniegu, kilka ptaków lecących w oddali i rozciągających skrzydła na tle chmur. Wdycham powietrze (które wydaję się jakby bardziej rześkie na tej wysokości) i dostrzegam przyprószoną śniegiem postać wilka wlokącego się w moją stronę.
Dociera do mnie, że jestem doskonale widoczna. Czarny, futrzasty punkt pomiędzy bezlistnymi gałęziami, który wręcz razi swoją obecnością. Nieznajomy zaraz dostrzega mnie i choć nie widzę dokładnie jego pyska, czuję na sobie spojrzenie ciekawskich oczu. Chcę się cofnąć, ale gdy moja tylna łapa dotyka gałęzi, ta z głuchym chrzęstem łamie się i całe moje ciało osuwa się w dół.
Ostatnie, czego teraz mi potrzeba, to połamane łapy. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że już bez mocy jestem osłabiona – co będzie więc, kiedy zostanie mi zabrana możliwość ruchu? I to teraz, kiedy cała wataha wędruje przez śnieżne pustkowia?
Macham łapami, starając się znaleźć dla nich jakieś oparcie, ale obracam się grzbietem w dół. Zamykam oczy i czekam na uderzenie, które jednak nie następuje; zapadam się w miękki puch, tak, jakbym upadła na gruby materac. Wstrzymuję oddech, kiedy zimno rozchodzi się po całym ciele, aż czuję je w żyłach.
Słyszę kroki. Przez chwilę wyjątkowo rytmiczne, potem jakby szybsze, chaotyczne, należące do kogoś, kto nie jest do końca pewny, czy chce podejść i pomóc, czy może uciec. Leżę w bezruchu na grzbiecie i czekam, bardziej podekscytowana niż przestraszona. W końcu nieznajomy jest już tuż obok i odchrząkuje nerwowo. Choć mam przymknięte powieki i nie widzę jego postaci, jestem pewna, że teraz rozgląda się na boki w całkowitej niepewności.
– Wszystko w porządku? – słyszę i uśmiecham się wewnętrznie; pozornie pozostaję jednak nieruchoma, z przymkniętymi oczami. Postać podchodzi w końcu i przystaje nade mną, od strony łba. Słyszę przełykanie śliny, a kiedy pochyla się, czuję oddech na futrze. – Czy mogę...?
Nie kończy, ponieważ dmucham jej chłodnym powietrzem w nos, podrywając w powietrze niektóre z otaczających mnie płatków śniegu. Potem otwieram oczy, napotykając zdumiony wzrok obcego wilka.
Przez chwilę zastanawiam się, czy jest to wróg czy przyjaciel, ale zaraz na powrót skupiam się na zastygłym, zadziwionym wyrazie pyska.

Ktoś chętny? 

10 lipca 2018

Od Inveth cd. HG

Wystawiłam koniuszek języka i przerzuciłam ciężar ciała na prawą stronę.
- Wiem.
Po pysku Harbingera przeszedł cień uśmiechu, a mnie już któryś raz ogarnęło dziwne uczucie, że ani trochę go nie znam. Nigdy nie był czarno-biały, wciąż zmieniał swoje barwy i poprawne odgadnięcie jego intencji zwykle graniczyło z cudem.
Wpatrywałam się w matowe kości, które upstrzone grudkami ziemi wiły się w dole niczym węże. Tak przynajmniej mi się wydawało.
- Jestem ciekaw co to było, skoro zostały z niego same kości - mruknął ojciec, obchodząc naokoło ciało mojego starszego brata. Przez chwilę przyglądałam się pochylonemu basiorowi i starałam sobie przypomnieć wszystkie szczegóły gęstawej cieczy. Bursztynowy kolor i słodki zapach. Kto by pomyślał, że w tak krótkim czasie dosłownie go rozpuści?
Druga ofiara leżała dalej, w krzakach. Wilk o jasnym futrze, Rache Feuer, znieruchomiał wśród wysokich traw, pyskiem brodząc w błocie i krwi. Mętne oczy zastygły w wyrazie przerażenia wymieszanego z wyrafinowanym zadowoleniem. Uśmiechnęłam się do siebie, kiedy owad z bliżej nieokreślonego gatunku wspiął się po jego szyi i uparcie pełzł naprzód.
- Zamierzasz powiedzieć cioci? - zapytałam, lecz zaraz poprawiłam się, czując w ustach dziwny posmak wypowiedzianych słów. - Znaczy, ekhem, Kesame.
Harbinger najpierw uniósł ucho, słysząc pierwszy tytuł. Potem przekręcił w moją stronę pysk i odszukał wzrokiem moje spojrzenie. Nie był zmieszany, ale lekko niepewny. Choć nie byłam szczeniakiem, jako jedyna wiedziałam teraz o wszystkim, nawet, jeśli on nie zdawał sobie z tego sprawy. Mogłam być niebezpieczna.
Tak, Kesame nie jest już tylko ciocią. Ani alfą. W jego życiu stała się czymś więcej już dawno, ale teraz widać to wyraźniej.
Krzywy uśmiech przyozdabia mój pysk.
- Powiedzieć - zaczyna, trochę się waha, co niezmiernie mnie cieszy. Postawny basior zaplątany w sieć własnych koszmarów i nadziei. - Powiedzieć o czym?
Znów uśmiech. Nić porozumienia pomiędzy ojcem i córką.
- Kompletnie mnie nie znasz - oznajmiam lekko, jakbym mówiła o pogodzie. Nie jest to jednak oskarżenie; w moim głosie nie pobrzmiewa obrażony ton naburmuszonej nastolatki. - Ja ciebie także.
W milczeniu przytakuje, zgadza się stuprocentowo, ale nie jest zły czy urażony. To fakt, pomimo którego i tak czuję silną więź z tym wilkiem o zranionej duszy.
- W takim razie może się poznamy? - proponuje, a w jego oku na ułamek sekundy pojawia się iskierka podekscytowania, zmieniająca go w szczeniaka. Potem wszystko wraca do normy i zastanawiam się, czy to nie była jedynie moja chora wyobraźnia.
- Z chęcią, tatusiu - kłapię językiem i odwracam się, aby dokończyć zbieranie kości. Kiedy napotykam czaszkę, czuję w żołądku znajome ukłucie. Większość wilków odwróciłaby wzrok od jeszcze ciepłej kości, lecz ja uparcie wbijam w nią spojrzenie. Świat nagle nabiera barw, kiedy kładę na niej łapę.
Spojrzenie basiora przeszywa mój bok. Choć zdaje się, że nie zwracam na niego uwagi, tak naprawdę moje myśli krążą pomiędzy całą naszą rodzinką.
- Pochowamy go obok Ingreed? - pytam, nie mogąc zdobyć się na nic więcej. Ingreed. Matka, mama. Mamusia.

Ojczulku? 
Trochę bawię się formą i dlatego wtryniłam tam czas teraźniejszy, ale tym się nie przejmuj c':

26 czerwca 2018

Od Inveth cd. RF

Jego ciało jeszcze chwilę wiło się w konwulsjach tuż obok moich stóp. Podobał mi się ten taniec śmierci, drganie łap w kałuży gęstej krwi i desperackie próby zaczerpnięcia powietrza. Napawałam się widokiem wpatrzonych w dal, zamglonych oczu. Kiedy wszystko się skończyło, nastała głucha cisza, jak gdyby świat opłakiwał dwóch basiorów; ja wiedziałam jednak, że to nie ma znaczenia. Każda śmierć boli tylko przez chwilę, a pamięć o wilkach przemija wraz z pokoleniami. Życie jest jak malutki kryształ, który bardzo łatwo rozkruszyć, a ja zniszczyłam właśnie dwa, których odłamki unosiły się wokół i wirowały, zatracając mnie w zapachu krwi i śmierci.
– Słodkich snów – mruknęłam i zatopiłam łapę w kałuży jelit. Wszystko było takie lepkie.
Podeszłam do strumyka, naznaczając ziemię krwawymi odciskami. Wcześniej ktoś tu był, z pewnością. Czułam obcy zapach pozostawiony nieuważnie na kamieniach i trawie, ale zignorowałam go. Seele leżał pod wodą, zahaczony o kamienie, tak, że nie odpłynął z nurtem. Wpatrywał się w górę z przerażeniem i pewną ulgą, przez którą po moim pysku przemknął cień uśmiechu.
Myślałam — a wręcz byłam przekonana — że po jego śmierci poczuję smutek i żal, że będą łzy i tulenie się do jego futra, ale teraz jedynie byłam wdzięczna, że nie odpłynął i nie muszę go szukać. Przeskoczyłam na drugą stronę, tak, aby nasze spojrzenia skrzyżowały się. W nieruchomym spojrzeniu było więcej mojego brata niż kiedykolwiek wcześniej. Wyciągnęłam go, uważając, aby nie napić się wody.
Jego serce już nie biło, nie spełniało swojej funkcji. Chciałam się do niego przytulić, aby choć częściowo zachować się tak, jak powinnam, jednak w ostatnim momencie, kiedy już stałam nad nim nachylona, wbiłam pazury w jego łapę i przejechałam wzdłuż niej, rozcinając skórę i mięśnie. Z żył wypłynęła krew, zabarwiona na miodowy odcień. Pachniała siarką. Osunęłam się na ziemię i jeszcze przez chwilę tkwiłam tak wśród dwóch poszarpanych ciał, wdychając metaliczny zapach i brodząc w morzu lepkiej cieczy. Wszystko zdawało się stać w miejscu i tylko w mojej głowie chaotyczne myśli zderzały się o siebie, kreując jeden obraz — zabiłam ich i to mnie cieszyło.
– Zabili się wzajemnie – oznajmiłam bez większych emocji, stojąc naprzeciwko ojca. Wpatrywał się we mnie w osłupieniu, lecz nie wydawał się zbytnio zasmucony. Jeździł wzrokiem po plamach krwi na moim ciemnym futrze i wypalał niewidoczne ślady.
Kłamstwo przyszło mi wyjątkowo łatwo i sprawnie. Haringer zawsze wiedział, że jego syn nie jest do końca normalny i kiedyś tak to się skończy; czekał na ten moment z wrodzoną obojętnością. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy mi wierzy, tak, jak nigdy nie byłam w stanie stwierdzić, czy kocha naszą trójkę.
Parsknęłam w duchu śmiechem. Kiedyś trójkę, teraz tylko mnie. Bracia skończyli poszarpani i niedługo obydwoje spotkają się pod ziemią, aby pozostać tam już na zawsze.
Wieczność. Wpatrywałam się w surowe oblicze basiora, którego natura nakazała mi nazywać ojcem. Marszczył brwi i myślał nad moimi słowami.
– Czy mogę zabrać ich czaszki? – zapytałam cicho, jednak pewnie. Mogłam ukraść je wcześniej, ale nawet ja znałam podstawowe zasady moralne i wiedziałam, że o coś takiego trzeba się zapytać.
Dobrze, że nie musiałam pytać o zgodę w momencie rozszarpywania ich ciał.

Tatusiu?

23 czerwca 2018

Od Inveth cd. RF

Prychnęłam pod nosem i kopnęłam leżący obok moich łap kamyk, który potoczył się teraz z górki i wpadł do płytkiej kałuży jakieś pięć metrów od nas. Basior przypatrywał mi się z boku, śledził moje ruchy, jakby chciał rozgryźć moje rozumowanie. Nie podobało mi się, więc, unosząc wyzywająco podbródek, zaczęłam:
– Nie gap się tak, nie jestem muzealnym eksponatem.
– Możliwe – Klapnął językiem i przestał się tak wpatrywać.
Potem uśmiechnęłam się szeroko, a on uniósł brew, pewnie nie do końca wiedząc, dlaczego tak nagle zareagowałam.
– Masz ogień?
– A powinienem mieć?
Mój pysk rozciągnął się w uśmiechu jeszcze bardziej.
– Podpalmy coś!
– Chwila... – Zmarszczył brwi i uniósł łapę, wyrażając bezgłośne „uspokój się”. – Skąd niby wytrzaśniemy ogień? Nie mamy...
– Nie mamy mocy – zgodziłam się, przekrzywiając lekko łeb. – I co z tego? Chodź za mną.
Czułam bijącą od niego ciekawość; ja sama byłam podekscytowana tym, co chciałam zrobić, choć nie było to nic niecodziennego.
– Po prostu rozpal ogień – mruknęłam, stojąc nad basiorem i dwoma kawałkami ostro zakończonego krzemienia. Obydwa mieniły się w słońcu rudym blaskiem i pachniały, nie wiedząc czemu, ziemią i dymem.
Bez słowa uderzył o siebie kamieniami i powtarzał cały proces aż do uzyskania iskier, które skierował na trzymany przeze mnie, suchy patyk. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Znowu.
Kiedy pierwszy, nieśmiały płomyk pochłonął końcówkę patyka, oczy moje jak i basiora zalśniły w jego blasku.
– Podpalmy coś.
Odpowiedział praktycznie od razu.
– Dobrze.
Bez zawahania zbliżyłam płonący patyk do suchej trawy — czułam bijące od płomieni ciepło na pysku i napawałam się tą chwilą. Krwista czerwień i soczysty pomarańcz były wszystkim, co widziałam i tylko to się liczyło.
Niemalże namacalne było niewypowiedziane pytanie basiora, które zawisło nad nami. „Tak można?” — „Nie”.
– Nie mogę nad nim zapanować – odezwał się chrypliwym głosem. Zaraz jednak znów odzyskał ciepłą i delikatną barwę, zapewne lżejszą niż moja. – Kiedy to się skończy?
Nie odpowiedziałam, pozwalając pytaniu rozpłynąć się w powietrzu. Zebrałam całą energię pod skórą, ale nie mogłam jej uwolnić; jakby parowała, uchodziła ze mnie, nie chcąc wytworzyć płomieni — moich kochanych, własnych, trawiących drzewa i przynoszących śmierć.
– Rache Feuer – wypowiedziałam cicho. Zabrzmiałam nieco złowieszczo, ale postanowiłam to zignorować. – Nie będę o sobie opowiadać.
Spojrzałam na niego. Trawa wokół nas płonęła. Wbijał we mnie spojrzenie, a jego białe futro lśniło w blasku płomieni. Musiałam wypowiedzieć słowa, które same cisnęły mi się na usta. Potrzebowałam rozrywki, czegoś, co uwolni ze mnie całe to napięcie, a basior stojący obok wydawał się idealny do towarzystwa. Czułam od niego zapach śmierci.
– Zabijmy coś.

Rache Feuer? 

3 kwietnia 2018

Od Inveth cd. Nico

Odkleiłam się od wujka i zeskoczyłam w dół, lądując na twardej ziemi. Uniosłam spojrzenie i uśmiechnęłam się szeroko, kiedy zauważyłam stojącą przed nami ciocię Kesame.
- Cześć ciociu! - zawołałam i rzuciłam się do przodu, aby objąć waderę. Ta przez chwilę stała w milczeniu i wpatrywała się zdziwionym wzrokiem w towarzyszącego mi basiora, jednak po chwili odwzajemniła uścisk.
- Co wy tu robicie? - zapytała, znów spoglądając na wujka. Wpatrywała się w jego ranę, z której kapała ciemnoczerwona ciecz. Ja również właśnie tam skierowałam swój wzrok, bo bardzo chciałam móc dotknąć jego krwi. - Wszystko w porządku?
Uśmiechnął się uspokajająco i skinął łbem w moim kierunku, marszcząc brwi.
- Spacerowaliśmy. A potem zaistniała pewna sytuacja i musieliśmy szybko... zmienić miejsce pobytu.
- Przyleciał smok - doprecyzowałam, szczerząc się. Obydwoje byli ode mnie wyżsi, przez co musiałam zadzierać łebek i spoglądać w górę.
- Smok? - ciocia uniosła brew i znów skupiła uwagę na basiorze. Na mój pomruk niezadowolenia, spowodowany brakiem uwagi, położyła łapę na mojej głowie i poczochrała moją grzywkę.
- Cóż - odchrząknął, po czym rozglądnął się na boki. - To nieistotne. A raną się nie przejmuj, zaraz się nią zajmę.
- Niech będzie. Później porozmawiamy, dobrze?
Wymienili ze sobą znaczące spojrzenia i rozeszli się; ja ochoczo pobiegłam za wujkiem. Wyprzedziłam go i zagrodziłam drogę, na co zareagował zmarszczeniem brwi.
- O co chodziło? - kłapnęłam językiem i przekrzywiłam lekko łeb.
- Nieistotne - mrugnął z zadziornym uśmieszkiem. Westchnęłam, a kiedy on chciał przejść, skoczyłam przed niego i znów uniemożliwiłam przejście.
- A mogę dotknąć twojej rany?
Spojrzał na mnie dziwnie, tak, jak spoglądają na mnie wszystkie inne wilki, kiedy proszę je o oddanie kości z obiadu albo zakrwawionych bandaży. Po chwili jego spojrzenie złagodniało i stało się niezwykle wyrozumiałe, takie, jakim zwykle mnie obdarzał, jakbym zadała najzwyklejsze na świecie pytanie. Lubiłam go, bo był miły szczerze, nie to, co tata. On tylko udawał, a czasami i na to się nie silił.
- Lepiej nie. Może wdać się zakażenie - wytłumaczył i zaśmiał się pod nosem, kiedy zamachałam ogonem. Zakażenie, obumieranie tkanek... to musi być niesamowicie świetna sprawa.
Ruszył w stronę punktu medycznego, więc podreptałam za nim. Rozglądałam się w poszukiwaniu smoków, na których mogłabym wypróbować swoje płomienie, jednak byliśmy w miarę bezpiecznej strefie. Westchnęłam w duchu, ale nie załamałam się. Będą następne okazje.
Skupiłam się na basiorze, który ze spojrzeniem wbitym przed siebie zatrzymał się przy jakimś wilku. Rana była teraz w zasięgu moich łap i wręcz korciło mnie, żeby jej dotknąć, ale nie chciałam sprawiać wujkowi bólu. Wszystkim innym tak, ale nie jemu.
Przeszliśmy przez kolorową kotarę i znaleźliśmy się w zadaszonym pomieszczeniu. Wujek rozmawiał z innymi - zapewne o swoich obrażeniach - a ja ruszyłam wgłąb budynku, żeby poszukać czegoś ciekawego.

Wujku Nicosiu?
Wybacz, jeśli niespójne, ale pisałam to o pierwszej w nocy i mogłam nie do końca kontaktować :v

21 lutego 2018

Od Inveth

Czaszka zająca poturlała się po podłodze z łoskotem. Seele skierował na mnie swoje jedno oko i wwiercał we mnie spojrzenie.
- Co się gapisz? - mruknęłam, podchodząc do czaszki. Położyłam na niej łapę i lekko nacisnęłam, lecz nic się nie stało.
Braciszek nie odpowiedział. Odwrócił wzrok w kierunku rodziców, którzy właśnie wchodzili do jaskini. Mama opierała się o tatę, a przy kąciku jej ust widniał ślad częściowo startej już krwi. Jej spojrzenie było lekko nieobecne, jakby nie patrzyła konkretnie na nas, ale na cały pokój.
Nikt nam tego otwarcie nie powiedział, ale ja wiedziałam. Mama umiera.
Podbiegłam do nich z uśmiechem, a wokół moich łap zatańczyły malutkie iskierki. Spojrzała na mnie surowo, lecz nie groźnie.
- Nie baw się ogniem w środku. To niebezpieczne.
Nie zwróciłam na te słowa uwagi. Wepchnęłam głowę pomiędzy nich i wtuliłam się w futra.
- Gdzie byliście? - podskoczyłam, przez co mama zachwiała się. Szybko przeprosiłam i ponowiłam pytanie.
- W bibliotece - odpowiedziała. Kłamała. Zapewne byli w szpitalu. - Och, Innie, nie mów, że znowu znalazłaś jakiś szkielet...
- Nie był duży, więc wzięłam czaszkę - wydęłam policzki.
- Wszystko w porządku? Działo się coś ciekawego? - zielone oczy omiotły pokój. Zatrzymały się na chwilę na moim bracie, potem znów skierowały się na mnie. - Gdzie Hesher?
- Śpi w pokoju - wzdrygnęłam się, kiedy Seele wreszcie się odezwał. Już prawie zapomniałam, że umie mówić. - Poza tym ciocia Kesame cię szukała, mamo.
Podziękowała i stwierdziła, że pójdzie zapytać się o co chodzi. Chciałam iść z nią, ale mama zabroniła mi, mówiąc, że to "sprawy dorosłych". Też mi wymówka.
- Jak zwykle... - mruknęłam pod nosem, na co tata uniósł brew. Uśmiechnęłam się niewinnie i doskoczyłam do czaszki, żeby trochę się nią pobawić.
Kiedy mama wyszła, ja uczepiłam się łapy taty i nie puściłam nawet, jak zwrócił mi o to uwagę.
- Inveth - westchnął, odpychając mnie lekko - muszę iść.
- Tato... - przekrzywiłam lekko łeb - kiedy mama umrze?
Przez chwilę stał w kompletnej ciszy, przez co dokładnie słyszałam jego bicie serca i oddech. Widziałam jak w jego oczach na moment zagościł smutek, potem przerodził się w gniew, by na końcu znów zniknąć i pozostawić jedynie pustą zieleń. Puściłam i wtedy bez słowa wyszedł, pozostawiając mnie bez odpowiedzi.
Seele westchnął wymownie, a ja rzuciłam w niego zajęczą czaszką. Uchylił się, czaszka roztrzaskała się o ścianę.

Od zawsze lubiłam bawić się ogniem. Od zawsze, czyli od momentu, kiedy pierwszy raz miałam z nim do czynienia. Teraz płomienie szalały wokół mnie, tworząc przeróżne kształty. Śmiałam się, kiedy ogień pożerał kolejne gałęzie spróchniałego drzewa.
- Nie powinnaś podpalać drzew - usłyszałam. Odwróciłam się i ujrzałam szaro-fioletowego basiora o uśmiechniętych, lawendowych oczach.
W podskokach podbiegłam do niego i skoczyłam na jego grzbiet, aby mieć później jak najłatwiejszy dostęp do jego grzywki.
- Cześć, wujku!
- Wiesz, że powinnaś być teraz z oddziałem VIII? Wszyscy cię szukają.
Mówił to spokojnie, a w jego głosie nie było żadnych pretensji. Zatopiłam nos w jego futrze i jęknęłam, przypominając sobie o poleceniach alfy, cioci Kesame.
- Mogłabym dzisiaj pobyć z tobą?

Nicolay? ♥
Miało być już daaawno, ale jakoś tak wyszło :D

31 grudnia 2017

Ingreed urodziła!

Powitajmy szczeniaki Ingreed i Harbingera!

CaptainRey

Jedyna waderka – Inveth!

Imię: Inveth
Pseudonim: Niektórzy nazywają ją Innie, a jeszcze inni skracają to do In, nawiązując przy tym do jej matki. Dziwnie się wtedy czuje, ale udaje obojętną.
Wiek: 8 lat
Płeć: wadera
Charakter: Zacznijmy od tego, że od szczeniaka zmieniła się jedynie skala zniszczeń, jaką ze sobą niesie. Wciąż jest wszystkiego ciekawa i jej ulubionym zajęciem (oprócz oczywiście podpalania, o czym później) jest szwendanie się po okolicy i odkrywanie nowych terenów. Wszędzie jej pełno — lubi uczestniczyć w ważnych wydarzeniach, szczególnie takich, w których jest mnóstwo krwi. Nie jest jednak sadystką, nie sprawia bólu dla zabawy. Po prostu znajduje w śmierci jakieś dziwne ukojenie, zaspokojenie swojej ciekawości. Oprócz tego, że spotkać ją można dosłownie wszędzie, łatwo natknąć się na nią przy grobie Ingreed, jej matki i Heshera, jej brata. Siedzi tam bez celu i stara się przynosić świeże kwiaty, chociaż zdarza jej się zapomnieć. Ogólnie jest zapominalska i roztrzepana, na pewno nie można od niej wymagać, żeby trzymała się jakichś ścisłych reguł, bo przecież to nie tak, że ona to lekceważy... Jej po prostu nie udaje się być punktualną i pilną osobą.
Czasami, kiedy jest pewna, że nikt nie widzi, odreagowuje zebrane napięcie, siedząc gdzieś w kącie, w ciszy, i przysłuchując się biciu własnego serca. Zdarza się to jednak rzadko, bo doskonale potrafi okłamywać samą siebie. Kiedy sytuacja naprawdę jest poważna, In potrafi zachować powagę. W końcu nie chodzi o to, że śmieszy ją wszystko; jej celem jest przejście przez życie z uśmiechem na pysku, tak, by być taką zapamiętaną. Dosłownie zaraża uśmiechem, bo pomimo zainteresowania śmiercią i wielokrotnego zderzenia z nią, ona wie, że życie jest piękne. No, przynajmniej chce tak uważać.
Ma dużo czaszek i innych kości, często przypatruje się trupom, przez co narażona jest na wiele chorób. Na tle wszelkich uchyleń wybija się piromania. Otóż lubi przypalać i wpatrywać się w ogień, a także starać się ten ogień ujarzmić. W ogóle lubi korzystać ze swoich mocy.
Często brana jest za lekką psychopatkę — może i słusznie — ale ogólnie to pomocna wadera. Potrafi zabijać i ma swoje za uszami, ale kiedy ma nad sobą pełną kontrolę, stara się postępować zgodnie ze znanymi wszystkim zasadami moralnymi. Niektórzy uwielbiają ją za pozytywne myślenie, inni nienawidzą za to, jak lekko podchodzi do śmierci i poważnych tematów. Jest otwarta na znajomości i lubi poznawać inne osoby.
Wygląd: Może i była wysokim szczeniakiem, ale od tamtej pory nie urosła ani o minimetr i dlatego jest jednym z niższych wilków w watasze, dzięki czemu wręcz komicznie prezentuje się stojąc obok swojego ojca. Nie należy do wychudzonych wilków, choć nie znaczy to, że ma nadwagę. Jej waga jest w normie, a sylwetkę ma dość zbitą. Posiada czarne, gęste futro, z szarym pasmem na brzuchu, pysku i końcówkach łap. Jej pysk wygląda na wiecznie uśmiechnięty, a zadziorne oczy płoną ognistymi barwami. Spiczaste uszy, czarny nos. Średniej długości ogon, który przez komplikacje w jednej z walk jest bezwładny i teraz jedynie kołysze się lekko, kiedy In chodzi.
Głos: Głos Inveth ma dość niską barwę. Wciąż brzmi jak wadera, ale zdecydowanie nie jest piskliwa. Czasami zdarza jej się budzić z chrypką, która nie mija przez pół dnia, lecz nie przeszkadza jej to ani trochę, bo akurat głosem nie przejmuje się w ogóle. Trzeba uważać, bo jej śmiech jest zaraźliwy.
Stanowisko: Eskorta
Umiejętności: Intelekt: 14 | Siła: 7 | Zwinność: 12 | Szybkość: 20 | Magia: 8 | Wzrok: 10 | Węch: 9 | Słuch: 10
Rasa: Wilk Ognia
Żywioły: Analogicznie do rasy – ogień. Oprócz tego, opanowała żywioł magmy, a teraz usilnie trenuje nad ujarzmieniem elektryczności.
Moce: W swoim arsenale nie posiada jakichś szczególnych technik z odjazdowymi nazwami i tym podobnymi. Jej moce skupiają się raczej na tworzeniu przeróżnych form z poszczególnych żywiołów i ich kombinacji. Najlepiej opanowała ogień, bo posługuje się nim już od dzieciaka; z magmą ma jeszcze lekkie problemy (chociażby w precyzyjnych i szybkich atakach), a elektryczność jest jedną, wielką zagadką i jak na razie potrafi jedynie razić wszystko i wszystkich, łącznie ze sobą.
Rodzina:
♠ rodzice Ingreed i Harbinger;
♠ bracia Hesher i Seele;
♠ dziadkowie Taravia i Zero;
♠ ciotki Loedia, Kesame i Will;
♠ wujkowie Raiden, Asacrifice, Nicolay;
♠ przybrany brat Leloo, dwie martwe, przybrane siostry Miriyu i Gwendoline;
♠ kuzyni Zefir, Rize, Hide, Mikke, Kio, Autumn, April, Mizuki, Akamaru.
Partner: Inveth bywa nieznośna, dlatego mało jest wilków, które wytrzymałyby z nią kilka dni bez przerwy. Jeśli ktoś chce, niech próbuje — ona sama nie ma jakichś wybitnych preferencji, interesują ją zarówno basiory, jak i wadery. Warto też dodać, że nie lubi zobowiązań i raczej nie da się złapać na małżeństwo. Ceni sobie wolność i niezależność, trudno może być jej w jednym związku.
Potomstwo: Lubi szczeniaki, głównie dlatego, że są prostolinijne i łatwo można je rozczytać. Potrafi się nimi na chwilę zająć i świetnie zorganizować im czas, ale kompletnie nie nadaje się na rodzica.
Historia: Urodziła się w watasze, tak, jak jej matka.
Przedmioty: Kiedy była szczeniakiem, zbierała malutkie czaszki zwierząt. Teraz wydoroślała, przemyślała to, no i zbiera duże czaszki. Fiolka Nieśmiertelności 2x, Eliksir Mocy, Ognik, Dar Bogów.
Jaskinia: Gdy tylko skończyła dwa lata, postanowiła wynieść się z domu. Miała swoje powody, ale najważniejszym była chęć usamodzielnienia się. Znalazła niską, ale pojemną, opustoszałą norę i tam mieszka, co umożliwia jej niewielki wzrost. Nie ma tam prawie nic oprócz wszelkich zdobyczy i niewielkiego wgłębienia w ściance, w którym umieściła trochę mchu i w którym śpi. Należy także wspomnieć, że Inveth nie lubi być w jednym miejscu, więc z nory mało korzysta. Zwykle nocuje na drzewach, w jakichś jaskiniach czy u innych wilków.
Właściciel: Ktosicek | Ktosicek | damaszek2001@gmail.com
Inne zdjęcia: szczeniak

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template