Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pain. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2019

Od Paina

Spacerowałem właśnie po terenach watahy. Robiłem to często, ba, nawet i bardzo często. Ale tym razem robiłem to po raz ostatni. Idę szukać swojego miejsca w świecie. Znaczy... chyba. W ciągu ostatnich kilka dni zaginęły trzy osoby i to bardzo mnie niepokoiło. Albo cieszyło...? Ogólnie rzecz biorąc, to czułem się dziwnie. Chciałem odlecieć. Usnąć i nie wstawać. Zabić się. W głowie kotłowały mi się czarne scenariusze mojego rzekomego samobójstwa. Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Przecież już było dobrze, wreszcie czułem się jak u siebie w domu. A teraz? Teraz mam wrażenie, że zmarnowałem 5 lat swojego życia. 5 lat spędzone w tej watasze. Jakieś cholerstwo uczepiło się mojej psychiki. Bardzo kruchej psychiki. Osobiście poznałem tu 3 osoby. Najpierw była Akatala. Ojeju, do dziś mrozi mi krew w żyłach. Dokładnie oglądałem wszystkie jej kości, próbując nie wyjść na zboczeńca. Była fascynująca, ale dziwna. Bardzo dziwna. Później poznałem HG. No tak, "poznałem". Znam jego historię, w końcu cierpliwie odpowiadał na większość moich pytań, ale prawda jest taka, że jego samego, jako osoby, nie znam w ogóle. Nie potrafię go pojąć. Też jest dziwny, inny. To już wiem, po kim Akatala była jaka była. Na koniec spotkałem Dakudię. Wiem o niej tak nie wiele... Chciałbym ją poznać, ale nawet nie dam sobie szansy. Jestem paskudny.
To, że odchodzę, zostaje przesądzone. Chciałbym pożegnać wszystkie te mniej i bardziej przyjazne twarze, które widywałem codziennie. Albo chciałbym w ogóle nie odchodzić. Ale już mówiłem, jestem paskudny i wszystko robię tak, żeby później było na co narzekać.
Nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie opuszczam swój "dom". Idę przed siebie zostawiając w tyle to ponure bagno. Aż trudno uwierzyć, że "to ponure bagno" było miejscem, które kochałem. Ajć, czułem się tu tak bezpiecznie. Cholera, Pain, przestań myśleć o tym, co było. Zastanów się, co będzie. Idę dalej. Mijam znajome mi wzgórza, lasy, doliny. Przystaję na chwilę, by po raz ostatni napić się ze strumyka. Mojego ulubionego strumyka. Dobra, nie wspominajmy o tym. To boli. Ruszajmy dalej. Intuicja podpowiada, że powoli wychodzę ze strefy komfortu. Przedzieram się przez gęste chaszcze, wyłażę z nich i zastygam w niepokoju. Tu kończy się las. Tu kończy się dom. Dalej jest tylko nieznane. Cholera, nie sądziłem, że to będzie takie trudne. Niepewnie stawiam pierwszy krok na obcej mi ziemi. Nie powinniśmy się przywiązywać do miejsc. I nie powinniśmy od nich odchodzić. Patrzę przed siebie, patrzę za siebie. Towarzyszy mi strach. Przerażenie. Jakby opętał mnie tabun demonów, które nieustannie mnie prześladują. Z przerażenia zamykam oczy i biegnie przed siebie. To głupie, nigdy tak nie róbcie. Przez chwile czuję się z tym dobrze, wspaniale. Aż w końcu wywracam się pyskiem na twardy kamień. Oto moje życie w krótkim kawałku.

♣ ♣ ♣

Ekhem, ekhem... Nie spędziłam tu wiele czasu, na pewno nie w porównaniu do innych (nawet nie dane mi było świętować rocznicy ;-;), ale i tak żałuję. I to bardzo. Kilka (wspaniałych!) osób, które poznałam dzięki temu oto i blogowi już odeszło. I to serio boli. Na szczęście kilka i zostało, mam nadzieję, że nieraz zobaczymy się na innych blogach. Jeśli chodzi o Paina, to przeżył "potworny" wypadek z kamieniem i ma się źle. Grunt, że jakoś wegetuje w odległych krainach, kiedyś może znów się nim pobawię.

4 lipca 2019

Od Paina cd. HG

Nie da się ukryć, że osiem robi wrażenie. Osiem oficjalnych również... Powstrzymując śmiech, zerknąłem na poważną minę Harbingera. Może mi się wydawało, albo i on trochę rozweselił swój pysk. Czyżby nie był aż tak tragiczną postacią? Co by nie było - idziemy na smoki. Wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Dawno nie zasmakowałem w takich przygodach, przez co zapomniałem jak cholernie bardzo lubię ryzyko. Jaram się tym jak dziecko, no bo kurczę, smoki!
- Em, tak właściwie to mam jeszcze jedno pytanie. Już nie o sprawach miłosnych. - Uśmiechnąłem się pod nosem wymawiając ostatnie zdanie - Czy te całe smoki są... agresywne?
Może i głupie pytanie, bo chyba nie bez powodu mieliśmy, a raczej oni mieli z nimi wojnę, no ale nie wszystko jest takie oczywiste. Nie dla mnie.
- Tak w zasadzie to zależy od gatunku. - wypowiedział się basior - Niektóre w ogóle nie zwrócą na nas uwagi... Niektóre? Tylko niektóre?
- A co z pozostałymi? - przerwałem mu, zaglądając w jego szmaragdowe oczy. Nie ukrywam, że nie było to łatwe, tym bardziej, że wciąż byliśmy w ruchu. Wyglądałem idiotycznie, trochę jak wijący się wąż. Ale to nic. - Nikt nie mówił, że będzie to bezpieczna wycieczka. - objaśnił dość posępnie, ale wciąż normalnie jak na niego. Chyba, że jednak zbyt surowo go oceniłem... Wróciłem do normalnej pozy i próbowałem wymyślić kolejne pytanie. Dziwnie jest pytać o cokolwiek w obecności tej wadery, ale jakoś to przełknę. Kto wie, może jeszcze okaże się przydatna. Poza tym - przynajmniej na razie - wydaje się być bezproblemowa. Nie jestem pewien czy to dobrze, ale traktowałem ją jak szczenię i choć bardzo chciałem zmienić swoje podejście - nie potrafiłem.
- Jak daleko od naszej siedziby znajdują się dawne terytoria? - uciążliwe pytanie, typu "ile jeszcze?", ale mam nadzieję, że nie zabrzmiało aż tak tragicznie.
- Nie da się ukryć, że wędrówka trwała dosyć długo. Tyle, że z licznymi postojami. Nam powinno zejść nieco krócej.
- Ale wciąż długo. - dorzuciła Inveth, jakby ze znudzeniem. Mruknąłem cicho na znak, że rozumiem, schyliłem łeb w dół i już w milczeniu szliśmy dalej. Zastanawiało mnie jeszcze czy to nam będą potrzebne postoje, ale już nie chciałem o to pytać. Zadawanie dużej ilości takich pytań wychodzi poza granice nawet mojej godności. Wciąż tylko miałem ochotę podpytać Harbingera o tą całą śmierć, uczucia jej towarzyszące i już nie po to, by zapisać to w tej głupiej książce, tylko po to, żeby wiedzieć. O tak, tak bardzo chciałbym wiedzieć... Ale nie. Nie w takich okolicznościach, nie przy niej, nie tutaj. Pomyślę o tym innym razem.

HG? Inveth?
Przepraszam, że In tak mało uczestniczyła w tym opowiadaniu, ale ni ciorta nie mogłam się w nią wczuć cx

22 czerwca 2019

Od Paina cd. Mikadzuki

Ileż to się stało w naszej kochanej watasze... Niemal nie sposób to opisać. Pech, że akurat cholernie pisać mi się nie chciało. Pogoda nie zachęcała, wręcz przeciwnie - ciężkie chmury od kilku dni nieprzerwanie kłębiły się na niebie, a członkowie stada słońce widzieli jaki świnia niebo. Ale praca to też swego rodzaju obowiązek, który - co by nie było - wykonywać trzeba. "Ja nic nie muszę, ja co najwyżej mogę" - przemknęło mi przez myśl i momentalnie się uśmiechnąłem. Stworzenia w przypływie nienazwanych emocji wymyślają różne głupoty, z bezsensownymi "złotymi" myślami włącznie. Oddaliłem myśli o głupocie na bok i skierowałem się do biblioteki. Tam pochowane są moje cenne, bo jakżeby inaczej, kroniki. Niejednokrotnie pochylałem się nad sprawą przeniesienia swoich skarbów do konkretnego, niedostępnego dla innych miejsca, jednak konieczność dbania o tą placówkę na własną rękę odpychała mnie od podjęcia decyzji. Dbanie o cokolwiek na dłuższą metę to prawdziwe męczarnie, których nie zamierzam przechodzić i bajki o poświęceniu nie zmienią mojego zdania.Ale, wracając, byłem w drodze do biblioteki gdy już w oddali spostrzegłem niecodzienny widok. Z daleka obraz był rozmazany i w pierwszej chwili pomyślałem, że mam do czynienia z zaczarowanym jeleniem. Widziałem tylko białe rogi z niebieskimi akcentami i czarną sylwetkę. Odrzuciłem jednak przypuszczenia o konfrontacji z potencjalnym posiłkiem, gdy ten nie ustraszenie szedł w moją stronę. Ujrzałem w nim wilka. Dziwnego bo dziwnego, ale wilka i mogę przysiąc, że wcześniej tu takiego nie widziałem. Dziwnie byłoby przejść obok siebie bez słowa, nie? Wypadałoby walnąć jakieś zdanie, za które pewnie będę się wstydził do końca życia. Do dzieła, Pain. Pokaż kto tu rządzi.
- Witam... Wyglądasz mi na nowicjusza. - zacząłem z grubej rury.
- Nie pomyliłeś się. - zapewniła bardziej z konieczności. Wyglądała na troszkę zdezorientowaną.
- Tu stacjonuje jakaś wataha, prawda? - zapytała ciekawsko rozglądając się po lesie. No to teraz zabawimy się w przewodnika, tak?
- Tak, tak, jest. Miłe z nas osoby, zapewniam. - oznajmiłem z nutką ironii w głosie, którą samica chyba wyczuła.
- Tak w ogóle - Pain jestem. Zaraz tu wrócę, jakbyś potrzebowała jakiejś wskazówki, ale jak na razie muszę skoczyć po coś do biblioteki. - rzuciłem na odchodne i usłyszałem, jak nienzajoma szybko przedstawia się jako
Dākudia. Później całą drogę byłem dumny z tego, jak miłym potrafię być osobnikiem. Wymiatam, i tyle w temacie. W bibliotece byłem już po chwili - od razu doszedł do mnie zapach wszystkich starych i nowych ksiąg. Ten właśnie zapach nieodłącznie kojarzy mi się z obowiązkiem. Potruchtałem w stronę grubej kroniki, której połowa kartek wciąż nie była zapisana. Nagłówek: Odejście Bety. Obowiązkowo data i długi wywód o tym, że odeszła niezwykle ważna cząstka naszej wspólnoty. Na koniec pożegnalna sentencja. I wtedy przypomniałem sobie o nowo poznanej waderze. Nie musiałbym znów jej spotykać, ale powiedziałem, że wrócę. Nie żebym był honorowy, ale tym razem dotrzymam słowa. I tak by mi się nudziło.
Zgodnie z tym, co przeczuwałem, Dākudia jakby zagubiona siedziała już w centrum.
- Ejże! - kreatywne powitanie, jak na mnie, czyż nie? - To ja... Pain. Miałem wrócić, więc oto jestem.
- Taak. - potwierdziła i spojrzała na mnie wyczekującym wzrokiem. Nienawidzę takich spojrzeń. W ogóle.
- Coś... pokazać ci, oprowadzić? Albo... sam nie wiem. - zaproponowałem i popatrzyłem jej w oczy, jednak gdy nasze spojrzenia zetknęły się, natychmiast odwróciłem wzrok. Takich chwil też nienawidzę.
- Właściwie to myślę, że sobie poradzę. Przynajmniej mam taką nadzieję... Ale czy nie muszę się jakoś zameldować, czy coś?
- Ee tam. - lekceważąco machnąłem łapą - to tylko formalność. I tak cię przyjmą, a poza tym nie mam ochoty widzieć się z tym czarnuchem.
- Kim?
- No, z Airovem. Nie mam nic do niego, bo to całkiem spoko koleś, ale wiesz, cała ta oficjalność i w ogóle... nie mam na to ochoty.
Popatrzyła się na mnie jak na idiotę. Wydaję mi się, że po prostu była nieco zaskoczona sposobem, w jaki się wyrażam.
- Ale wiesz, że mogę iść tam sama?
Ach.
- No tak, tak, oczywiście. A wiesz gdzie to jest?
- Nie zupełnie... daleko?
- No... niezbyt. Pytanie, czy alfa akurat będzie u siebie.
Mruknęła coś na znak, że rozumie.
- Możemy iść do lasu Feniksa. Tylko, że tam akurat prędko nie dojdziemy, ale obiecuję że lepszego jedzenia nie znajdziesz.
- A ten Airov też może tam być?
- Kto wie, on może być wszędzie. Do lasu idzie się po posiłek.

Mikadzuki?

14 marca 2019

Od Paina cd. HG

Ja? Cóż ja!
- E tam. Sekrety są dla słabych. Kochać kochałem i tego żałuję, a zainteresowań brak.
- Totalne zero?
- Dokładnie tak. Widzisz? Nie ma o czym mówić. Wróćmy do tematu Twojej osoby. - zaproponowałem, przygotowując już kolejne, męczące pytanie. Ale basior był uparty.
- I naprawdę tylko tyle możesz o sobie powiedzieć? - zadrwił, ani na chwilę mi nie wierząc.
- Mój drogi, mógłbym Ci tu wyrecytować całą litanie, nie wiem no, po prostu wszystko; powiedzieć co zjadłem na śniadanie 2 lata temu, ale czy ty naprawdę chcesz tego słuchać?
- Tak.
No żesz kurde.
- Błagam, to głupie. Nie chce mi się. - zaciekle się broniłem, ale kurczę, to i tak na marne.
- Nalegam. - te jego krótkie, sztuczne odpowiedzi były irytujące. No ale ok, dawaj Pain. Jeszcze tylko teatralny, głęboki wdech i lecimy.
- A więc; moje życie towarzyskie obecnie leży i kwiczy, tak od kilku lat. Sprawy miłosne chyba pozostawię innym, bardziej, ekhem, doświadczonym. - specjalnie zaakcentowałem ostatnie słowa - Chyba skończyłem z miłością, w sensie jakoś mnie to nie kręci. Jak już wspomniałem żadnych zainteresowań nie mam, a moje życie byłoby puste... No właśnie, byłoby. Ale tutaj pojawia się kronika i czerpanie z życia innych. Na przykład z Twojego.
Spojrzał na mnie z politowaniem, zażenowaniem wręcz. Szczerze i wcale nie sarkastycznie zarechotałem, po czym zerknąłem na kartkę. Wygląda na to, że mam już wszystko. Tylko jak wyłudzić informacje o tej tajemniczej śmierci? To w sumie musi być bardzo ciekawe, przeżyć własną śmierć. Dla wielu to temat tabu i dla tego delikwenta najwyraźniej również. Moment...
- Kesame. Wspomniałeś coś o Kesame, prawda?
Nie odpowiedział, jedynie pytająco się na mnie spojrzał.
- Ona też zginęła... A może zaginęła. - objaśniłem.
- Wierzysz w to?
- W co?
- Że wciąż żyje.
Zagryzłem wargi. Czy wierzę?
- Nie rozmyślałem nad tym. Wiem, kiepski ze mnie dziennikarz. Ale, wracając, naprawdę nie wiesz co się z nią stało?
Nie był chętny do rozmowy. Może to wiedziałem, ale nie potrafiłem zrozumieć. Tak bardzo chciałem wtedy zmienić temat,  ale było tak niezręcznie. Nie wiem dlaczego - zacząłem czuć się nieswojo. Cały mój zapał gasł przy tym basiorze. Myślami zboczyłem z tematu i wbijałem wzrok w to stworzenie. Miał kamienną minę, taką... Czy on w ogóle potrafi się uśmiechać? Tak, pewnie tak. Jak długo stoję jak ostatni debil nie mogąc wydusić ani jednego słowa?
- A więc... ten. - odchrząknąłem, na szybko szukając neutralnego tematu - No, ładną mamy dziś pogodę, czyż nie?
Na dworze od kilku godzin panowała zimna, nieprzyjemna słota.
- Piękną. - odparł tak beznamiętnie, że nawet nie wiedziałem, czy mówił serio czy raczej sarkastycznie. Znów zanosiło się na grobową ciszę. Na szybko przewertowałem kartki notatnika, szukając niezapisanych stron. W oczy rzucił mi się opis pewnych mitycznych stworzeń: smoków.
- Widziałeś smoka, prawda? - zapytałem, nie unosząc głowy, a jedynie czytając ubogi zarys tych stworzeń.
- Nie jednokrotnie.
- Zazdroszczę Ci...
- To nic przyjemnego. Nie, jeśli ta bestia chce wypruć ci flaki.
- Przesadzasz. Ale dobra, wiesz co nie co o tych... "bestiach", tak?
- Wiem. - odparł, nie zważywszy na mój nie uprzejmy komentarz.
- Są gdzieś w pobliżu? - dopytywałem.
- Nie wiem, może i są. Takie wielkości dzikiego kota.
- Nie, nie... Takie mi nie są potrzebne. Chcę te duże! - oświadczyłem, entuzjastycznie nastawiając uszy.
- To już chyba nie jest odwaga. Bardziej... głupota.
- Przesadzasz. Dobra, wiesz gdzie znaleźć chociaż te małe? - przekręciłem łeb i przymilnie patrzyłem prosto w jego ślepia.

HG?

7 lutego 2019

Od Paina

Ostatnio, przyznam szczerze, nie miałem co ze sobą zrobić. Dosłownie. Łaziłem tu i tam, od drzewa do drzewa, czasem do kogoś zagadałem, ale jak jest, wszyscy wiemy; nie każdy do rozmowy jest chętny. Ale pomińmy to i uznajmy, że w pełni rozumiem takich osobników. Bardziej już drażnił mnie fakt, że nie było takiego pięknego miejsca, w którym mógłbym siąść na uboczu i patrzeć na chodzące wilki. To dziwne, ale lubię na nie patrzeć, chociaż większość urodą nie grzeszy. Po prostu fajnie jest hipnotyzować się chodem ich chudych łapsk, wganiając je wtedy w zakłopotanie, bo jak to tak: patrzeć?! Czasem tylko zastanawiam się, za jakiego idiotę mnie mają, kiedy jak kołek stoję w jednym miejscu czasem i po kilka godzin. Kiedyś tak nie było, dobrze? Po prostu mi się nudzi, a w tym chyba nic nadzwyczajnego nie ma. Tylko żeby nie było, że poza udawaniem posągu nie mam drugiego życia. Taką moją odskocznią jest mój zawód. A to dziwne, bo dotychczas niechętnie wykonywałem swoje obowiązki. Ale praca takiego wścibskiego reportera jest dla mnie idealna. Uprzykrzam innym życie, zalewając je pytaniami, wtykam nos w nie swoje sprawy, a co najlepsze — mam pewne usprawiedliwienie. Bo to wszystko robię przecież z myślą o watasze. Wszystko, co tworzę, tworzę przecież dla niej. Chwilami nawet lubię czytać swoje własne słowa. Irytuje mnie jedno: we wszystkich pięknie zapisanych kronikach wciąż była luka. Nagłówek "Harbinger Ghost — największy romantyk w historii." wciąż owiany był tajemnicą. Pod spodem widniała tylko jedna, istotna informacja — wżenił się w rodzinę Alf. Kojarzę, że ktoś wspominał coś o niejakiej Ingreed. Aby dowiedzieć się, kim dokładniej jest, zszedłem do podziemi do zasłyszanej Grocie Diabła.
Droga na dół przyjemna nie była, ale czego się nie robi dla wiedzy. Poza tym malowidła, jakie miały się tam znajdować, były częścią historii, i to nie byle jakiej historii. Wciąż przecież chodziło o watahę. Gdy jeszcze na dobre nie skończyłem schodzić w głąb, moim oczom ukazał się zapatrzony w obraz basior. Specjalnie głośno uderzałem łapami o bruk, co by nie wystraszyć zamyślonego osobnika. Nie chciałem przecież narazić się na jego gniew. Wpatrywałem się w niego długi czas, ale za nic w świecie go nie kojarzyłem. Czyżby był nowy? Starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Jako pierwsza rzucała się w oczy jego duża postura, później gęste futro i tajemnicza, zielona poświata. Jak gdyby nigdy nic usiadłem tuż obok niego, nie pozornie nań zerkając. Obraz, na który w takim skupieniu patrzył, przedstawiał żółtą waderę z małą, białą kulką u boku.
— Piękne malowidła, czyż nie?  przerwałem właściwie odpowiadającą mi ciszę. Basior przez krótki jeszcze czas nie odrywał wzroku od portretu, aż wkrótce spojrzał mi w oczy. Zbadałem jego twarz i lekko drgnąłem. Zmartwychwstał?

HG?

6 stycznia 2019

Od Paina

Wyobraź sobie, że nareszcie skończyłeś pisać te idiotyczne kroniki, a tu taki wilczuś sobie umiera. I nici z odpoczynku, bo trzeba napisać. Kurde, czy te wilki naprawdę muszą umierać? I czy naprawdę muszą to robić w takie piękne dni, kiedy najchętniej wlazłbym do wody i nie wychodził? No cóż, najwidoczniej muszą. Tym razem padł delikwent o szlacheckiej nazwie "Harbinger Ghost". To imię chyba obiło mi się o uszy... Tak, Akatala coś o nim wspominała. Swoją drogą popularny chłopaczek. Kogo bym nie zapytał, każdy coś kojarzył, ale wciąż czułem, że mam za mało informacji. Jeśli naprawdę był taki charyzmatyczny, zasługuje na te osiem swoich zdań w kronice. Może więcej, może mniej. Ale raczej więcej, a skoro potrzebowałem więcej wiedzieć, musiałem również pytać tych, którzy są bardziej wtajemniczeni. Właśnie dlatego zwracałem się głównie do wader. Niektóre zdawały się kipić nienawiścią, a inne kompletnie nie chciały udzielać informacji. Właśnie dlatego wszystko to, czym dysponowałem, było jedynie nieobiektywnymi opiniami, a i tak nie było tego wiele. Szukałem potencjalnych źródeł informacji dosłownie wszędzie; w lesie, na bagnach, no gdzie się tylko dało. Brnąc przez zamuloną, brudną wodę, w ponurym jak zwykle nastroju, przez ciemno-zielone chaszcze ujrzałem nieznajomego wilka. Że było już po zmroku, na przejrzystym powietrzu zaczęła tlić się mgła, tak więc wiele nie widziałem.
- Ej! - krzyknąłem ani na chwilę się nie zatrzymując. Wilk zdawał się wbijać we mnie wzrok. Spuściłem łeb w myślach układając pytania do zbliżającej się rozmowy. Zapatrzony w chód swoich łap nie spostrzegłem, że od obcego dzieli mnie ledwo pół metra. Przełykając ślinę podniosłem wzrok i spojrzałem mu w oczy.
- Kojarzysz może niejakiego Harbingera? Chcę wiedzieć o nim dosłownie wszystko. Okoliczności śmierci i... takie tam.

Wilku? Udziel informacji poczciwemu Painowi.

26 listopada 2018

Od Paina cd. Akatala

- Tak się składa, że nie. - powiedziałem nieco nerwowo i groźniej niż zazwyczaj. No cóż, wyglądało przecież na to, że to koniec mojej, bo nie naszej, wędrówki. Musiałem na czymś wyładować emocje, a tylko ta wadera była w pobliżu.
- No, to miłego czekania. - stoickim spokojem próbowała podsycić mój gniew, lub tylko przez ogarniającą mnie złość odczytałem złe intencje.
- Cóż, czekanie może być naprawdę miłe, ale nie w twoim towarzystwie. - ze skrzywionym pyskiem gapiłem się w przestrzeń, tyłem odwrócony do wadery.
- Błagam, serio zamierzasz się teraz fochnąć? Bo nie udało ci się znaleźć jakiejś zmarłej wadery?
- Nie jakiejś! - warknąłem, gwałtownie odwracając głowę. Gniewnie spojrzałem na nią lewym okiem.
- Oho, wybacz. C u d o w n e j wadery. - zakpiła - Dobra, zakończ to. Musi być przecież jakieś wyjście... - bacznie obserwowana przeze mnie wadera zaczęła rozglądać się w dół. Ja tym czasem biorąc głęboki wdech ochłonąłem i uświadomiłem sobie, jakiego debila z siebie zrobiłem. I tylko dla jakiejś... ach, nawet jej nie kochałem. Chyba. Wypadałoby teraz towarzyszkę przeprosić, ale nie będę przecież robił scen rodem z szczenięcego romansidła. Tak nisko jeszcze nie upadłem.
Drzewo było wysokie. Bardzo wysokie. Ale ten fakt nie stanowiłby problemu, gdyby gałęzie były w trochę mniejszej odległości od siebie.
- Umiesz latać? - krzyknąłem do wadery zmartwionym głosem, ale tylko po to, aby nadać ciekawego klimatu.
- Nie. - odparła bez emocji. No tak, ktoś zawsze musi popsuć moje plany.
- No, wygląda na to, że utknęliśmy. - wydałem wyrafinowaną opinię - Teraz wystarczy przeprowadzić badania i będziemy wiedzieć na pewno, na czym stoimy. - uśmiechnąłem się, słabymi żartami samemu sobie dodając otuchy. Piękne jest życie idioty.
- Piękne... - wyszeptał lodowaty głos, pochodzący jak gdyby zewsząd.
- C-co to było? - zadrżałem.
- Nie mów tylko, że ten parszywy starzec... - wyszeptała wadera błądząc wzrokiem po liściach.
- Starzec, pf. Zabawne. - znów ten głos, tylko że tym razem jeszcze wredniejszy.
- Nie wiesz, moje dziecko, ile bym dał za śmierć w starczym wieku. Być może zmylił cię mój wygląd... - zaśmiał się - Cóż, gleba nie działa dobrze organizm.
Po tych słowach znikąd, na gałęzi, dwa metry niżej od nas zjawił się ten dziad. Wyposażony w mylący uśmiech i pełne cierpienia oczy.
- Ciężar codzienności przygniatał mnie od lat, aż się mu poddałem. Mówię, widziałem dno... - szeptał spokojnie - Było bardzo głęboko, było bardzo ciemne, i byłem, byłem tam jak żywy. Trwało to wieczność, a zarazem ułamek sekundy, aż coś wyciągnęło mnie na brzeg.
Wilkowi zakręciła się łza w oku, której bardzo się wstydził. To było widać.
- Teraz, moje dzieci... - dokończył załamanym głosem - wasza kolej... ujrzeć dno.
Piorunującym spojrzeniem znów wywołał u mnie strach, przez co zahwiałem się, omal nie spadając z gałęzi. Później jednak spojrzał się na Akatalę. Miałem wrażenie, że od początku bardziej się nią interesował.
- A ty, moja córko? Widziałaś dno? - znów złagodniał. Mimo wszystko wciąż emitował chęcią zabicia nas, lub zrobienia nam okrutnej krzywdy.

Akatala? Nie wiem co zrobić z tym drzewem >.<

12 listopada 2018

Od Paina cd. Akatala

Harbinger, Harbinger... Jestem tu nowy, ale skądś kojarzę to imię. Jeśli chodzi o tego wychudzonego romantyka, to tak, wiem, o kogo chodzi. Ze swoim wyglądem wpada w oko.
- Twoja kolej. - wadera brutalnie wyrwała mnie z przemyśleń.
- Kolej? Na co?
- Pytanie...
No tak. Pytanie. Chwila, jakie pytanie?
- Chodzi o historię mojego imienia?
- Właśnie.
No to się zdziwi.
- A więc... - zacząłem, jak gdybym miał zaraz opowiadać całą epopeję - Moi rodzice dali mi na imię Pain, bo tak im się podobało. Kropka.
- I... to tyle?
Odpowiedziałem tylko potwierdzającym uśmiechem.
- Rzeczywiście zaskakujące.
- Powiedz, że takiej odpowiedzi się spodziewałaś.
Nastało milczenie, bo ani ja, ani ona nie mieliśmy nic chyba do powiedzenia.
- Dobra, idziemy dalej. - bez odwracania, bez zbędnego czekania ruszyłem naprzód.
- Jak to: idziemy? I gdzie? Po co? - Akatala była chyba zdziwiona moją reakcją. Z resztą - nie ona jedyna.
- Idziemy, bo idę ja i ty. Gdzie? Daleko. Po co? Podróże źródłami informacji, moja droga.
- Jeszcze jakichś informacji ci brakuje?
Dobre pytanie. Szkoda, że nie znam na nie odpowiedzi. Opresyjnie wzruszam łapami i gestem oznajmiam, że musimy iść. Cel nie musi być jej znany, bo i tak się zgodzi. Prawda...?
- No chodź... - szepnąłem tonem zapewniającym, że będzie ciekawie.
- Masz zamiar oddalić się od watahy, gdy dookoła chodzą wrogo nastawione zjawy?
- Dokładnie. Nie marnuj czasu, potrzebuję kogoś do towarzystwa. Bez tego bym zwariował.
- O ile już nie zwariowałeś. - podsumowała i choć pewnie w głębi duszy nie chciała iść, to poszła za mną. Przygoda wzywa, nie? Mnie wzywa coś innego. To chyba sumienie. Byleby ją spotkać, przytulić... a potem znów odejść.
Wkroczyliśmy na nieznane, zamglone bagna. Tafle brudnej od mułu wody marszczyły się, ilekroć jakiś liść delikatnie spadł na ich powierzchnie. Oprócz tego nie wiele widać - jedynie słychać. Albo to wiatr tak śwista i szumi, albo otaczają nas setki duchów. Wśród nich może ktoś, kogo poszukuję. Prawie ślepymi oczami błądzę po mgle. Dostrzegam zarys wilka.
- Akatala, patrz tam. - szepcę, wytężając źrenice - Wilk.
Nie widzę jego koloru, czy innych szczegółów - tylko zarys postaci. Jest przygarbiony i choć nie widać oczu, czuję, że wlepia w nas swoje spojrzenie.
- Podejdźcie bliżej. - odzywa się nagle przeszywającym, mrożącym krew w żyłach głosem. Odwracam spojrzenie na Akatalę, która niepewnie stawia kolejne kroki. Naśladuje ją. Im bliżej wilka jesteśmy, tym więcej nowych szczegółów nam się ukazuje. Wilk jest czarny. Ma szare ślepia. Nie ma... łapy? Ciężko dyszy, jest wychudzony. Idealnie widać jego żebra. Średniej długości sierść jest brudna, zlepia się w grube kosmyki. Ma uszczerbane ucho i odgryziony ogon. Wywiera na mnie tak wielkie wrażenia, że cały drżę - może ze strachu, a może z innych emocji.
- Czego szukacie? - początkowo nie mam w sobie tyle odwagi, by odpowiedzieć, a wadera pytająco na mnie patrzy.
- Raczej kogo. - mówię kamiennym tonem, żeby zdradzić jak najmniej uczuć.
- A więc kogo?
Przełykam ślinę, unikając kontaktu wzrokowego z wilkiem.
- Cony. Zmarłej wadery. - wyrzucam - Przynajmniej... ja jej szukam.
- Oferuję pomoc - wilk pokazuje szczerbaty uśmiech. Wtedy dopiero dostrzegam jego poderznięte gardło.

Akatalo? Zaufamy mu?

6 listopada 2018

Od Paina

Praca kronikarza to praca, kolokwialnie mówiąc - fajna, głównie dlatego, że wiem wszystko, a robię nic. Od czasu do czasu tylko naskrobię jakieś historyjki. I teraz właśnie ten czas nastał.
"Po miesiącach tułaczki i głodu udało się nam znaleźć miejsce w świecie, ale co ważniejsze - odzyskaliśmy moce i cenne Smocze Ostrze. Każdy pewnie radowałby się teraz w gronie najbliższych, niestety jedna rzecz nie daje nam spokoju. Alfa zniknęła. Niektórzy są zmartwieni czy zagubieni, inni - przechodzą obojętnie, a są i tacy, którzy podziwiają nowego przywódcę. Został nim przyszywany syn Kesame, młody Airov. "
No, myślę, że nie jest źle... pf, a nawet jeśli, to i tak nikt tego nie czyta. Została mi jedna sprawa do załatwienia, coś o tych duszach. Nie jestem jednak głupi i nie napiszę czegoś, nie wiedząc nic. Pora na zabawę w dziennikarską hienę. O tak, kocham to.
Teraz, będąc na zewnątrz, mogę zbadać to sam, albo - zapytać innych. Nie no, co ja w ogóle mówię, przecież nie lubię "innych". Dlatego... poszedłem sam! Wiem, jestem genialny. Najpierw duchy specjalnie nie rzucały mi się w oczy, toteż zmuszony byłem ich szukać, a wręcz polować na nie. No dobra, nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale jest gorzej niż... źle? Tak. W sumie błąkam się od kilku godzin po lesie, żeby znaleźć zmarłych. Mało tego, mogłem mieć wszystko z głowy i poprosić kogoś o informacje, ale nie - musiałem unieść się dumą i iść na własną rękę. I masz swoją dumę, Pain? Zaraz zacznie lać, zmoknie ci dupa i będzie skamlenie. Głupi jestem. Nie, czekaj, coś się tam świeci. I jest niebieskie! Yeah, mam ducha, ludzie! Powolutku, pomalutku... nie chcę przecież nikogo wypłoszyć... Cholera, zobaczył mnie. O jejku, weźcie ze mnie to mordercze spojrzenie. Wycofuję się wystraszony, błagając, by tylko nie podszedł. Nie, Pain! Powietrze do płuc, wyprostowana sylwetka i jedziesz, jesteś królem życia! Pokaż temu szczylowi gdzie jego miejsce!
- Duchu! - krzyczę jak szaleniec i pewnie idę w jego stronę. Jedyne co mi odpowiada, to spojrzenie, już nie mordercze, a takie jak na debila. Jestem bliżej, coraz bliżej... No, i ten. Stoję naprzeciw niego a ten nic. Zrobiło się niezręcznie. Kurczę, jak się rozmawia ze zmarłymi? Mam się przedstawić? Zapytać jak się ma? Przecież jest martwy.
- Jestem Pain. - mówię nagle jakby poważniejąc - A ty, że tak spytam, kim byłeś? Stąpałeś już po tych ziemiach?
- Jestem waderą.
No tak, do cholery, zawsze muszę coś spieprzyć.
- Wybacz... Kim więc byłaś?
- Akatala.
Czekaj, jakoś kojarzę... ale chwila, ona chyba nie jest duchem.
- Tylko spróbuj powiedzieć, że nie masz nic wspólnego z tą całą kometą i portalem z zaświatów...
- Muszę cię rozczarować.
Cudnie. No po prostu cudnie.
- A widziałaś jakiegoś ducha?
- Mogę widywać je codziennie.
Dobra, czas się poniżyć.
- Pomożesz mi je opisać?...
- Opisać? Po co?
- Bo, widzisz, jestem kronikarzem. Duchy chodzące po naszych terenach są godne miejsca w kronikach.

Akatala? Trochę dziwnym stylem napisałam, bo próbuję swoich sił ^^

20 października 2018

Od Paina – QUEST: #5 (ogólne)

Od pewnego czasu odczuwam coraz mniej zadowolenia z wszystkiego co robię, ogólnie — z życia. Omijam zabawy, towarzyskie rozmowy, nawet polować mi się nie chce. Patrzenie w gwiazdy od dawna uważałem za głupie. To przecież robota dla chorych fanatyków kosmosu, do których się nie zaliczam. Jednak tej nocy specjalnie po to zerwałem się ze snu. Było całkiem ładnie, bo pięknie to za mocne słowo. Setki płomyków na prawie czarnym niebie, księżyc w nowie. Ładnie. Spacer wśród gwiazd — może tego mi trzeba? Niepewnym krokiem idę przed siebie, z łbem w górze. Czuję zachwyt, choć gwiazdy to codzienna błahostka, na którą nie zwracam uwagi. Nie zasługują na nią. Chłodny wiatr delikatnie smuga moje ciemne futro. Stąpam po suchej i twardej ziemi. Odlatuję myślami do dzieciństwa, słodkiego i spokojnego. Dochodzę do wniosku, że od tamtego czasu wiele się nie zmieniło. Ale jednak wtedy było jakby lepiej, wtedy czułem chyba woń bezpieczeństwa. Znów ją czuje, choć wiem, że to tylko wspomnienia. Bardzo ciepłe i piękne wspomnienia. Dotyk lodowatej wody po opuszkach łapy gwałtownie mnie z nich wyrywa. Bez trudu dostrzegam dziwną, ale interesującą rzecz — woda jest różowa. Nie cierpię różu. Chwila, ta woda się świeci... również na różowo. Na wpół z obrzydzenia i na wpół z niepokoju, powoli cofam łapę i przystawiam nos. Ten zapach... Jeśli miłość ma zapach, to właśnie go poznałem. Czuję się tak błogo, słodka woń dociera do moich nozdrzy, od wody bije kojące ciepło, chcę więcej. Wchodzę do jeziora i czuję, jak mnie obejmuje, ciągnie na dno. Jest tak pięknie, tak, jak kiedyś. I wtedy brakuje mi powietrza. Z całych sił próbuję wyrwać się z uścisku żywiołu, jednak jestem wobec niego niczym. To koniec.
Budzę się z oczywistą myślą, że znów śniły mi się dziwne rzeczy. Ale moment, gdzie ja jestem? Pościel? Drzwi? Kolorowe ściany?! Lustro?! Lustro! Na Fenrira, jestem człowiekiem!
– Luke! Śniadanie gotowe!
Co do...? Ze strachem w oczach powoli wstaję i kieruje się do źródła dźwięku. Kolejny człowiek...?
– Co się tak patrzysz, Luke? Wszystko w porządku?
– T-taak... – odpowiadam nieprzytomnie i siadam przy stole. Na talerzu jest mięso, tylko że ciemne. Jest jeszcze jajko.
– Dobrze, ja muszę iść do pracy – dodaje, jak mi wiadomo, kobieta. – Tu masz pieniądze na jedzenie. Nie zapomnij, pa!
I wychodzi przez drewniane drzwi. Zostaję sam, widelcem dotykając danego mi pożywienia. To chyba nadaje się do spożycia. Z dezaprobatą biorę pierwszy, jakże smaczny kęs. Potem zleciało tak szybko, że nie spostrzegłem kiedy tyle zjadłem. Wciąż jestem głodny, ale na chwilę obecną mam nieco większe problemy. Biorę papierki, o jakich mówiła kobieta i wychodzę, z nadzieją, że uda mi się znaleźć dom. Idę chodnikiem, mija mnie wiele ludzi i wiele samochodów. Wszyscy patrzą na mnie krzywo. Znad przeciwka nadchodzi wysoki chłopak, brunet.
– Luke? – dziwi się. – Gdzie twój plecak? I.. dlaczego jesteś w piżamie?
Chłopak zanosi się soczystym śmiechem. Spostrzegam, że rzeczywiście na tle pozostałych wyglądam, delikatnie mówiąc, dziwnie.
– Idź się ubierz, bo wyglądasz jak pajac! W ogóle pomyliłeś sobie kierunki. Szkoła jest tam. – Pokazuje palcem na monstrualną budowlę w oddali. Ciężko wzdycham i wracam do domu, czując na sobie wzrok wielu ludzi.
Czym prędzej wchodzę do środka i przeszukuję "swój" pokój. Zakładam pierwsze lepsze łachmany, tj. granatowe dżinsy i czarno-białą koszulkę. Staję przed lustrem.
– No – wzdycham. – Teraz wyglądam jak pajac. – Ruszam po plecak i wychodzę. Chłopak czeka przed bramką.
– Pośpiesz się! – krzyczy z daleka, z wolna rozpoczynając chód. Doganiam go.
– Tak w ogóle.. idziesz z nami na wagary? – pyta, a ja stoję jak ostatni debil.
– Wagary?
– No, wagary. Co z tobą, Luke?
– A nic, nie wyspałem się. Nie zwracaj na to uwagi – wymiguję się, czerwony jak burak. Dociera do mnie, jak bardzo mam przesrane.
Resztę drogi spędzamy w milczeniu. Szkoła z daleka wydaje się ogromna, tłumy zgromadzone przed głównym wejściem straszą ilością. Mój towarzysz po chwili zostaje pochłonięty przez zgromadzoną ludność, a ja zaczynam czuć się coraz dziwniej. Dezorientacja i strach towarzyszą mi przez następne kilkanaście minut. Potem podchodzi do mnie dziewczyna, niczym nie wyróżniająca się od pozostałych.
– Hej, Luke.
– Cze..ść.
– Coś ty taki wystraszony? Też masz obawy przed sprawdzianem z biologii?
– Tak. – Zalewam się potem i w myślach błagam nie wiem kogo, żeby już sobie poszła. Chrząka tylko, po czym zmieszana odchodzi. Super. Chwilkę później słyszę okropny, głośny i zgrzytliwy dźwięk, na który wszyscy wchodzą do budynku. Cóż, nie będę inny i też wejdę. Nie widzę jednak wiele, bo wszyscy ci ludzie zasłaniają mi obraz. Przepychają się, rozmawiają, krzyczą. Ktoś pcha mnie na drzwi, na co odruchowo warczę i pokazuję kły. Czuję na sobie wzrok dziewczyny, z którą rozmawiałem. Znów robię się czerwony.
Tłum rozchodzi się, każdy w inną stronę. Ja podążam za dziewczyną, przy okazji rozglądając się po wnętrzu. Korytarze, drzwi, schody — nic więcej. Jest tu brzydko, głośno, a na dodatek śmierdzi. Dziewczyna wchodzi do jednego z pomieszczeń, a ja za nią. Kilkanaście osób siedzi w ławkach, a jedna, starsza osoba siada przy skierowanym w przeciwną stronę biurku. Potulnie zajmuję miejsce w drugim rzędzie i rozglądam się po innych. Kobieta przy biurku odczytuje listę osób o dziwnych imionach.
– Amy Smith... – Znajoma mi już dziewczyna podnosi rękę. A więc Amy...
– Luke Turner... – Wszyscy spoglądają na mnie, nawet ta kobieta. Podnoszę rękę.
– Luke, wyjmij książkę, proszę – mówi. Zaglądam do plecaka i wyjmuję pierwszą lepszą.
– Książkę od matematyki... – dodaje. Znów zaglądam do plecaka, ale takiej książki nie posiadam.
– Nie mam takiej. – wyjaśniam.
– Jak to?
– Tak to – odpowiadam nie zdając sobie sprawy, kim właściwie ona jest.
– Jak ty się do mnie odzywasz?!
– Tak, jak chcę. – Uśmiecham się cwaniacko i zakładam rękę na rękę. Pani milczy, wlepiając we mnie mordercze spojrzenie.
– Co to w ogóle ma znaczyć?!
– A co... – Wstaję. – Coś się nie podoba? – i zaczynam warczeć. Niektórzy się śmieją, inni są zdziwieni. A kobieta...
– Idziemy do pani dyrektor, marsz!
– Ja nigdzie nie idę. – Wzruszam ramionami i ponownie siadam na krześle.
– Proszę panią... – Amy odzywa się, podnosząc rękę. – Mogę porozmawiać z Luke’iem na korytarzu?
– Tak, proszę bardzo. A potem zaprowadź go do dyrektora.
Amy nie odpowiada i wyrywa mnie za rękę. Nie wiem czemu, idę za nią.
– Co jest, Luke?! – pyta, gdy już znajdujemy się na korytarzu. Przełykam ślinę.
– Żaden Luke... – wyjaśniam. Dziewczyna patrzy się, jakby zobaczyła kosmitę. Oczekuje odpowiedzi. – Pain. Jestem Pain.
– Co?
– P a i n.
– Nie, Luke, jesteś Luke! Ogarnij się, przesadzasz.
– Jestem Pain i wychodzę z tej budy. – Zakańczam rozmowę i próbuję odnaleźć wyjście. Brązowe drzwi z szybą... Droga do wolności. Szybko podchodzę do nich i gwałtownie szarpię za klamkę. Zamknięte.
– Luke, otrząśnij się wreszcie!
– PAIN! – krzyczę. – Jestem Pain, do cholery!
Amy wygląda, jakby czegoś nie rozumiała. Ale ona niczego nie rozumie. Patrzę znów na drzwi i na szybę. Ręką uderzam w nią, kalecząc całą dłoń.
– Luke!
Poruszona hałasem kobieta wychodzi z pomieszczenia.
– Luke! – krzyczy również. Wtedy dochodzę do skraju.
– PAIN, KURWA, PAIN! – Czuję, jak rosną mi kły, jak przeobrażam się w wilka. Wykorzystuję chwilowo mniejsze ciało i przeskakuję przez wybitą szybę uciekając ile sił w łapach. Po krótkiej chwili emocje cichną i znów zamieniam się w człowieka. Widzę las. Tam uciekam.
Po kilku godzinach partyzantki nareszcie mogę odpocząć, pewien, że nikt mnie szuka. Oddycham z ulgą, jednocześnie chcąc się zabić.
„To jakaś paranoja” — myślę.
– Pain! – Słyszę znany mi już głos. Uderzam się w czoło.
– Tu jestem... – mówię zrezygnowany.
– Luke... Znaczy się Pain, kim ty jesteś?
– Nie twoja sprawa, księżniczko.
Amy przewraca oczyma.
– Nauczycielka wezwała policję.
Domyślam się, o kogo chodzi, jednak postanawiam w dalszym ciągu milczeć.
– Nie wjadą samochodem do lasu, ale i tak mogą cię znaleźć.
Milczę. Wstaję. Odchodzę. A ona? Bezczelnie za mną idzie.
– Odczep się. Wiem, chcesz wiedzieć kim jestem. A więc proszę - wilkiem. Wilkiem z krwi i kości, który wszedł tam, gdzie nie powinien i teraz bardzo, ale to bardzo tego żałuje. Czaisz? – wyjaśniam nie czekając na jej reakcję i idę dalej. Słyszę psy.
– Uciekaj! – krzyczy dziewczyna, dając tej całej policji moją lokalizację. Cóż za idiotka. Opieram się o drzewo i dostrzegam trzy owczarki niemieckie. One również mnie widzą. Zbliżają się. Gdy są blisko, tylko szczekają. Ale ja... podchodzę. Zaczynam się z nimi drażnić. Amy boi się albo ich, albo mnie — bez różnicy, ważne, że się nie wtrąca.
Po chwili rzucam się na psa, wywołując u niego strach. Strach, na który reaguje atakiem, a jego koledzy przyłączają się. Chcę zginąć, ale i tak odruchowo zasłaniam szyję i klatkę piersiową. Już czuję przeszywając ból, krzyk Amy i nadchodzących właścicieli psów. Jednego potraktowali paralizatorem, drugiego odciągnięto, a trzeci... Nie wiem.
Rozszarpany przez psy.
Brakuje mi powietrza, duszę się. Bezradnie macham łapami, próbuję wynurzyć chociaż łeb z wody. Udaje mi się. Wychodzę z tego różowego bajora, które straciło już barwę. Zmęczony padam na ziemię. Ale jestem wilkiem, do cholery, nareszcie wilkiem!

16 października 2018

Od Paina

Bycie mną to dopiero szczęście. Zero zmartwień, zero obowiązków. Sielanka. Niestety w życiu każdego wilka kiedyś przyjdzie ten moment, kiedy trzeba zapolować... samemu.
- Oj no błagam, po prostu daj się zjeść. - krzyczałem sam do siebie, kiedy od dłuższego czasu tropiłem sarnę. Sarnę, która ni ciorta nie chciała współpracować.
- Tak się bawimy? - zaciągnąłem sporą ilość powietrza, ponownie czując jej zapach. Czułem, że była blisko. Bardzo blisko. Szybki zwrot na zad i oto ona! Czekaj... jak to: nie ucieka? Ogarnął mnie niepokój. Im dłużej na sarnę patrzyłem, tym mniej ją przypominała. Próbowałem zadać jej ból, ale, do cholery, nic się nie działo. Z przerażenia zrobiłem krok w tył. Oczy sarny były nienaturalnie puste, wlepione w przestrzeń przed nią. Nie wiem, dlaczego i nie wiem po co, ale zacząłem uciekać. Goniła mnie. Czułem to. Nigdy w życiu nie bałem się tak bardzo, jak wtedy, choć to trochę głupie - uciekać przed jedzeniem. W całej panice nie spostrzegłem pewnego wilka. Wilka, przez którego zaryłem łbem o ziemię.
- Dzięki. - tyle tylko powiedziałem, jak najszybciej przenosząc wzrok na sarnę. Ona jednak już nie patrzyła na mnie, a na wilka obok. Ten jednak ruszył na nią z kłami. Ja wolałem się wycofać.
- Wracaj. - oznajmiło stworzenie tajemniczym, przenikliwym i mrożącym krew w żyłach głosem. Obcy wilk nabrał chyba trochę niepewności. Ja natomiast totalnie zastygłem w miejscu. Stworzenie nagle eksplodowało, emitując niewyobrażalną ilość światła. Zamknąłem oczy dosłownie na chwilę, po czym niepewnie je otworzyłem. Szybko porozglądałem się po okolicy, chociaż nie było na co patrzeć. Cztery blade ściany i ten wilk. No, jeszcze ciasne, ciemne przejście nie wiadomo dokąd.
- Także ten... - chrząknąłem, nie ukazując ani odrobiny niepokoju zżerającego mnie od środka - Jakieś pomysły?

Ktoś? Trochę chaotycznie, krótko i w ogóle, ale jeszcze się uczę ^-^

15 października 2018

Kolejny basior – powitajmy Paina!

Crowtesque
Go fuck up on purpose and liberate yourself.

Imię: Pain
Pseudonim: Pain to imię tak idealne, że nie ma potrzeby zastępować go pseudonimem.
Wiek: 8 lat
Płeć: Basior
Charakter: Pain wychodzi ze słusznego założenia, że nikogo lubić nie musi. Nie wygląda to jednak w taki sposób, że wszystkich wokół bez przyczyny nienawidzi, jest jedynie zbyt zobojętniały. Jeśli nie zna, to nie pomoże umierającemu, w końcu nie jego sprawa, prawda? Za współpracą nie przepada, ale jeśli nadchodzi potrzeba, bez problemu potrafi się dogadać. Ogólnie nie ma problemów z komunikacją. Zazwyczaj pierwszy wyciąga łapę, niestety tylko do "fajnych" gości, bo ma nawyk oceniania po wyglądzie. Jak już kogoś pozna, to nie tak, że od razu go ubóstwia. Najpierw nowo poznany towarzysz musi przejść fazę denerwowania, która zwykle trwa wieki, bo Pain irytuje samym sobą. Jego wypowiedzi, jego ton, chód, a nawet wzrok są chwilami skrajnie denerwujące, mimo wszystko idzie się przyzwyczaić. Owszem, lubi ironię, jednak gorszy jest jego specyficznh uśmieszek który może znaczyć dwie rzeczy: albo, że zaraz dojdziesz do skraju załamania, albo że Pain jest zboczony (ale na codzień taki nie jest, ma tylko przerzuty). W sumie to trochę dowcipniś z niego, śmieszek taki. Rzadko wpada w konflikty, a nawet jeśli mu się zdarzy, to wszystko przechodzi łagodnie. Chyba, że ktoś poważnie zaszedł mu za skórę - wtedy ujawnia swoje drugie oblicze, które jest raczej mało przyjemne. Jeszcze, co ciekawe, Pain jest masochistą i często celowo zadaje sobie ból.
Wygląd: Pain nie do końca przypomina wilka, bardziej jakieś stworzenie zza światów. Jest czymś na wzór mieszanki kota z wilkiem. Z jednej strony gruby pysk, a z drugiej spiczaste uszy. Oczy niby kocie, ale zamglone. Spojrzenie inteligente, ale puste. Posturę zaczerpał raczej od kotów. Jest szczupły, a na łapach umięśniony. Ogon z kolei wilkowaty, puszysty i kompletnie nie pasujący do reszty ciała. Sierść krótka, w ciemnym kolorze zbliżonym do czerni.
Głos: Stanowczy, a przy tym pewny. Czysty i raczej przyjemny, zazwyczaj ściszony.
Stanowisko: Kronikarz
Umiejętności: Intelekt: 10 | Siła: 11 | Zwinność: 5 | Szybkość: 7 | Magia: 4 | Wzrok: 2 | Węch: 10 | Słuch: 5
Rasa: Wilk Ciała
Żywioły: Ból, ciało, krew
Moce:
– zadawanie innym lub sobie bólu w różnym nasileniu, bez tworzenia ran;
– niwelowanie bólu;
– pomniejszanie swojego ciała;
– tworzenie wewnętrznych i zewnętrznych krwotoków.
Rodzina:
  • Matka – Rashaa
  • Ojciec – Tao
  • Rodzeństwo – Rasveltn (nie mylić z Rooseveltem!), Tadhar
Partnerka: Przejściowo: Shesa, Fuaryta i Cona. Aktualnie nie posiada, nie liczyć na długie związki.
Potomstwo: Nie wie, czy posiada, ale posiadać raczej nie chce.
Relacje:
  • Harbinger Ghost - basior - romantyk i żywa zagadka, jak dla mnie
    • Mikadzuki - mało znana nieznajoma
    Historia: Historia Paina zaczęła się wysokich, lodowatych górach zamieszkałych przez wilkopodobne stworzenia o nadnaturalnych mocach. Pech chciał, że przy porodzie matka wilka zmarła, ale na szczęście inna wadera zechciała wykarmić miot. Szczeniaki się odchowały, w spokojnym otoczeniu dożyły dorosłości i opuściły domowe gniazdo, każde poszło w inną stronę. Pain przetoczył się przez kilka watah, po drodze miał przygodę z nadpobudliwymi ogrami, podczas której znalazł pierwszą miłość swojego życia: Shesę, jasną waderę o perłowych oczach. Coś poważniejszego między nimi było, ale szczeniakami się nie skończyło. Miłość wygasła i Pain ot tak ruszył dalej. Zaszedł za skórę jakiemuś wilczemu dresowowi, toteż później miał nie małe problemy. Skończyło się jednak "tylko" na poważnym poturbowaniu. Od śmierci uratowała go Fuaryta, przepiękna medyczka. Pain ją pokochał, ale związek był krótki, bo romantyk poszedł dalej. Do dziś ma obawy, czy z ową panienką czasem nie ma szczeniaków. Później natknął się na Conę – wredną małolatę, która podobnie jak on wolała przelotne związki. To była miłość bardzo namiętna, chociąż nieszczęśliwa. Conę zabił niedźwiedź. O dziwo Pain jakoś nie odczuł tej straty. Zawędrował dalej i dalej, natrafił w końcu na watahę podobną do swojej ojczystej i postanowił na jakiś czas zaprzestać tułaczce.
    Jaskinia: Pain nie ma w zwyczaju przywiązywać się do jakichś rzeczy, więc jaskinią może być dla niego jakakolwiek grota.
    Właściciel: nofingelzmater@gmail.com

    Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

    Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

    Szablon wykonała Fragonia dla bloga
    Sisters of The Template