Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harbinger Ghost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harbinger Ghost. Pokaż wszystkie posty

10 sierpnia 2019

Podróż

Granatowy basior wyglądał tak, jak dawniej. Jego zimowe futro lśniło w promieniach bladego słońca, srebrne kolczyki kołysały się lekko w rytmie kroków. Gdzieś w oddali pękła tafla lodu pokrywająca jezioro, Harbinger jednak zignorował ten dźwięk, wiedział, że nie będzie w stanie uratować swojego brata, po prostu szedł dalej. Z każdym krokiem czuł, że wiosna jest coraz bliżej. Śnieg topniał pod jego dużymi łapami i wydawał nieprzyjemny, obślizgły odgłos. Nagle na jego drodze pojawił się mały, biały wilczek. Nie potrafił przejść obok niego obojętnie, jak w przeszłości, tak i teraz spojrzał w jego fioletowe oczy i wiedział, że podjął słuszną decyzję o przygarnięciu go, też to wiedziałam. Przez chwilę bił się z myślami, pragnął zostać z nim w tamtym miejscu na zawsze, ale znał swój cel, był bardziej odległy i można by przysiąc, że nieosiągalny. Zaczął iść dalej, ale wtedy usłyszał cienki głos szczeniaka.
– Dobrze się czujesz tato?
Znacie ten moment, kiedy myślicie, że nie może się wam przytrafić nic gorszego, ale wtedy TO się dzieje? Właśnie tak się czuł Harbinger w tamtym momencie i ja też patrząc na tę sytuację z daleka. Mały Leloo to najpiękniejsze wspomnienia, najpiękniejsza postać i dusza. Kocham go równie mocno, co HG, chociaż pozwoliłam mu odejść już jakiś czas temu. To była jedna z gorszych decyzji, jakie podjęłam, przyczyniłam się tym do upadku Harbiego. Wróćmy jednak do naszego bohatera. Chyba nie muszę opisywać tego, jak bardzo HG się mazał, kiedy usłyszał głos Gavina. Sama mam ochotę płakać. Ojciec – jak to dumnie brzmi – zatopił swój czarny nos w złotawym futerku synka i po prostu wdychał jego zapach. Chciałabym, aby ta chwila trwałą dla nich wiecznie, ale muszę go zabrać dalej. Nadal trwa wiosna, ale mamy następny rok. Jeśli śledziliście historię H od początku, wiecie, kto przyszedł wtedy na świat albo się domyślacie. Jeśli nie to trudno, później nadrobicie.
Ostatnie spotkanie Harbingera oraz Miriyu było równie wzruszające. Mira nie należała do grzecznych córek i chociaż sprawiała wrażenie spokojnej, wręcz smutnej, wcale taka nie była. Nie muszę przypominać, w jaki sposób zginęła cała czwórka (wiem, że muszę, ale pozostawię to dla siebie). Mimo wszystkich przewinień Harbi ją kochał, ja też i była to równie mocna miłość, co do Leloo, żadnego ze szczeniąt w późniejszym czasie nie obdarzył takim uczuciem (dobrze, znajdziemy jeden wyjątek). I w końcu dotarliśmy do celu, szybko, co? Tyle razy już do niej wracał, w podświadomości, we śnie, na jawie, gdy umarł i wtedy, kiedy rodził się na nowo. Zabijałam go regularnie, aby mógł sobie w spokoju żyć z martwą Ingreed w bezkresie ludzkiej podświadomości, ale to wszystko było na nic, bo ja go potrzebowałam tutaj. Raniłam go dla swojej przyjemności, nie mogłam mu po prostu pozwolić odejść, tak jak Ktosicek pozwolił In. Teraz chciałabym go w końcu od siebie uwolnić. Pozostawić na drewnianej kładce pływającej po niewielkim stawie, który należał do macierzystych terenów Smoczego Ostrza.
Wilk leżał na tratwie i wpatrywał się w błękitne niebo, obok spoczywała jego najlepsza przyjaciółka i największa miłość.
– Ingreed? – zapytał lekko drżącym głosem.
– No? – odpowiedziała równie zdenerwowana, bo bardzo dobrze wiedziała, jakie słowa za chwilę usłyszy.
– Zdradzić ci mój największy sekret?
– A już go nie zdradziłeś? – szepnęła. W jej brzuchu szalało stado motyli.
– Nie – przerwał, zastanawiając się, jakie konsekwencje poniesie wypowiedzenie tych pięciu słów. –  Nie możesz nikomu o nim powiedzieć – mruknął w przestrzeń.
– Słucham – odpowiedziała zniecierpliwiona.
– Chyba się w tobie zakochałem.
Chciałabym również wspomnieć o Inveth. Miała okropne dzieciństwo, okropną matkę i ojca, chciałabym, żeby Harbinger dobrze wspominał jej narodziny, ale to niemożliwe. Innie pozostanie po prostu płonącym węgielkiem, który zawsze będzie wzbudzał sprzeczne emocje. No i to chyba tyle. Nie umiem się z nimi pożegnać na zawsze, nie umiem pożegnać się z Wami, więc napiszę jedynie do zobaczenia i pamiętajcie... Harbinger jest nieśmiertelny.

25 czerwca 2019

HG cd. Pain

– Tak – odpowiedziałem, chociaż bardzo żałowałem tych słów.
– A możemy się tam udać?
– Tak, ale weźmiemy jeszcze kogoś, liczę, że to nie będzie problemem? – zapytałem, ale nie oczekiwałem odpowiedzi, bo i tak bym wziął swojego małego ognika.
– Oczywiście, że nie, im nas więcej, tym weselej – powiedział z przejęciem.
– W takim razie jutro z samego rana, przed wschodem słońca. Będziemy czekać przy ujściu rzeki, tylko nie zaśpij.
Basior uśmiechnął się wdzięcznie i skinął głową, zrobiłem to samo, a następnie go wyminąłem i poszedłem w swoją stronę.

***

Wiosenne słońce radośnie tańczyło z zielonymi listkami tropikalnych drzew, które porastały większość zachodniej granicy centrum. Mimo że zbliżał się zmierzch, wataha tętniła życiem, jak nigdy. Po raz pierwszy od dawna widziałem, roześmiane pyski, co chwilę ktoś wybuchał śmiechem, brakowało mi widoku tylko jednej roześmianej twarzy, gdzie była Inveth? Szukałem jej od kilku godzin, nie sprawdzałem jedynie swojej jaskini, ale były marne szanse na to, że ją tam zastanę. Mimo wszystko musiałem sprawdzić. Zapadł zmrok, gdy dotarłem do swojej groty. Już przy wejściu zauważyłem znaki, które zwiastowały to, że podziemie tego dnia gościło minimum jednego wilka. Miałem cichą nadzieję, że to będzie mój wilk. Po cichu zszedłem w dół, nie miałem zamiaru nikogo straszyć, ale ostrożność była wskazana.
– Inveth – odezwałem się, gdy wkroczyłem do wielkiej sali. Niestety odpowiedziała mi tylko cisza. Zero oznak jakiegokolwiek życia. – Innie!
Z głębi jaskini wydobył się cichy warkot. Podszedłem do czarnej kulki, która leżała na środku pomieszczenia i mruczała coś przez sen. Mały wysłannik piekieł spał sobie smacznie w moim domu, a mimo to nie miałem serca jej budzić. Sam ledwo co stałem na łapach, więc położyłem się tu obok niej i wtuliłem głowę w jej puszyste, czarne futerko.

***

– Więc moja droga, zechcesz mi towarzyszyć w tej podróży życia? – zapytałem córkę, podczas gdy ta pałaszowała małego królika.
– A mam jakiś wybór?
– Masz, ale oferuję ci odwiedzenie grobu matki i rodzeństwa, a to propozycje nie do odrzucenia – prawie się zakrztusiła, gdy to usłyszała, ale potulnie skinęła głową. 
– Idziemy tylko we dwójkę? 
– Nie słońce, będzie jeszcze Pain, który chce zobaczyć wielkie smoki. Bądź grzeczna – poprosiłem z udawanym tonem przejęcia w głosie. In najpierw się skrzywiła, ale zaraz potem na swój pysk przywołała jeden ze swoich słynnych uśmiechów.
– Aj Aj kapitanie.
– Uwielbiam cię – mruknąłem.
Przez resztę drogi nawzajem sobie dokuczaliśmy, nawet nie zauważyłem, kiedy przekroczyliśmy granicę, a kawałek po niej spotkaliśmy Paina. Basior stał i notował coś w swoim magicznym dzienniku. Zdecydowanie pasował do krajobrazu, który się za nim malował. Poranna mgła, przypominająca jego oczy unosiła się nad wysokimi trawami łąki, na której jeszcze niedawno prawdopodobnie pasły się sarny. Sam wilk wyglądał jak stworzenie nie z tej planety i mimo wielu równie dziwnych zwierząt i wilków on sam wyróżniał się na ich tle.
– Cześć, wybacz nam, że się spóźniliśmy, ale In musiała coś zjeść przed tak długą podróżą.
– Nic nie szkodzi, ale mogliśmy równie dobrze upolować coś po drodze.
– Nie mogliśmy, bo na śniadanie jem tylko białe króliki, a w tej części świata takich nie ma – wtrąciła się czerwonooka.
– Jak uważasz – odpowiedział jej Pain. – Idziemy?
Oboje spojrzeli na mnie, najwyraźniej to ja miałem prowadzić. Z niedowierzaniem pokręciłem głową i ruszyłem w stronę lasu świerkowego.
– HG? Mogę zadać ci kolejne pytanie? – zapytał basior.
– Jasne, czemu nie.
– Ile miałeś wader?
Ał. To było zbyt bezpośrednie, a obok była Inveth, która albo udawała, albo na serio nie słyszała, o co wilk właśnie zapytał.
– Osiem oficjalnych – odpowiedziałem jak poparzony.
– Zaszalałeś tatku, dobrze, że dodałeś to o oficjalnych, bo bym nie uwierzyła.
– Ja też – przytaknął jej Pain, a następnie oboje wybuchnęli śmiechem.

Pain?
Wydaje się lekko nieskładne, ale tak jakoś nie umiałam zebrać tego w całość, chociaż miałam pomysł, jak to zrobić. xD Liczę, że do przeżycia. <3


24 czerwca 2019

Od Harbingera ७

Wszystko zaczęło się w dniu, w którym Kesame postanowiła przygarnąć obcego szczeniaka. Na początku nie sprawiał kłopotów, dopiero później zaczął działać mi na nerwy i mimo że był dobry, nie potrafiłem znieść jego towarzystwa. Patrząc na to z dystansu, muszę przyznać, że byłem o niego cholernie zazdrosny, bo zabrał mi Kes. Stał się jej oczkiem w głowie, a ona poświęcała mu każdą wolną chwilę, aż do momentu zniknięcia. To dopiero był cios poniżej pasa. Nagle na tron zasiada wilk, który dopiero co skończył nauki i wszyscy bezwzględnie muszą się mu podporządkować.
– Tato? Możesz w końcu przestać zabijać tę ścianę spojrzeniem i powiedzieć mi, po co to spotkanie?
Oh Inveth. Jedyne światełko w mroku, które było czarniejsze od najczarniejszego i przez to błyszczało. Oderwałem swój wzrok od skał i odwróciłem się w stronę In.
– Czy już nawet mi nie wolno spotkać się ze swoim jedynym, ulubionym dzieckiem? – zapytałem sarkastycznie, marszcząc przy tym nos.
– Jedynym ulubionym, czy jedynym żywym? – uśmiechnęła się tak bardzo sztucznie, że aż prawdziwie.
– Co, jeśli obie odpowiedzi są poprawne?
– Będę mile zaskoczona, ale nie wierzę w te słowa.
– Tak, ja też. – Pierwszy raz skłamałem z myślą, że nie powinienem tego robić, a słowa ledwo co przeszły przez moje gardło. Nasza relacja od zawsze była trudna albo jej nie było. Tylko przy Inveth nie wiedziałem co mówić i co robić. Bałem się, że kolejny raz ją skrzywdzę. Właściwie już to zrobiłem.
– Więc – trąciła mnie w ramię – po co tutaj jestem?
– Prawdopodobnie zabrzmię jak szaleniec...
– Już nim jesteś – przerwała mi.
– Kłóciłbym się, ale wracając do tematu... Chcę obalić króla. – Zacząłem ją bacznie obserwować, liczyłem na jakąś reakcję, chociażby mrugnięcie okiem, ale nie doczekałem się. Odpowiedziała mi tylko głucha cisza. – Nic nie powiesz?
Wstała, rozejrzała się na boki, powęszyła, a następnie podeszła do mnie niepewnym krokiem i usiadła obok.
– Jaki jest plan – szepnęła.
– Myślę, że... – usłyszałem kroki i śmiech, a zza zakrętu wyłoniła się zielona, jak wiosenna trawa wadera o nieziemsko ciemnych oczach. – Powinniśmy pójść w jakieś ustronne miejsce.

Innie?

23 czerwca 2019

HG cd. Adelina

– Cóż nie wyglądam najlepiej – parsknąłem. – Jeśli chcesz, to sobie tutaj posiedź, a ja jeszcze trochę popoluję.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyłem w stronę gęstwin, nie dosłyszałem, aby wadera szła za mną, więc z uśmiechem na pysku wskoczyłem w przydrożne krzaki w poszukiwaniu tłustej zdobyczy. Oczywiście przejadanie się nie jest dobre dla organizmu, ale nie jadłem sporo czasu, więc nie powinno mi zaszkodzić. Po przebiegnięciu stu metrów dostrzegłem młodą sarnę. Nie było to tłuste zwierzę, lecz nie mogłem narzekać. Słońce przyjemnie ogrzewało moją skórę, a szum drzew zagłuszał burczenie w żołądku, które mogło zwrócić uwagę potencjalnej zdobyczy. Tak dawno nie polowałem. Już teraz skradając się w trawie, czułem ból zastanych mięśni i dziwny niepokój w środku. Stres, strach przed porażką. Wzdrygnąłem się na samą myśl. Powolnym krokiem zacząłem się zbliżać do ofiary. Nagle poczułem ukłucie w sercu, a zaraz po tym przybycie adrenaliny. Wystarczył jeden skok, nawet nie zdążyła zareagować.

***

– Jak myślisz, dlaczego Airov zwołał zebranie całej watahy? – Zapytała lekko poddenerwowana Adelina, zerkając przy tym na mnie z ukosa. Jakbym coś ukrywał.
– Nie wiem, właściwie w ogóle nie chce mi się tam iść.
– To nie idź.
– Jasne, bo to takie proste – uśmiechnąłem się sztucznie. – Ostatnio mu podpadłem, więc nie mam zamiaru się narażać na gniew naszego władcy. Na razie.
– Hmm... Chyba coś mnie ominęło. Zawsze myślałam, że lubisz Airova, w końcu to syn Kesame, a ona była...
– Nie jest jej synem – przerwałem jej. – Nie prawdziwym, fakt, jako szczenię nie sprawiał kłopotów, wydawał się nieszkodliwy, ale teraz zdecydowanie działa mi na nerwy.
– Dlaczego? – Oparła się o niewielką brzozę i spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
– Tak jakoś, po prostu się nie lubimy.
– Myślę, że nie chodzi tylko o to – mruknęła, odrywając ode mnie wzrok, tym samym skupiając go na niewielki, niebieskim motylu. Również zacząłem go obserwować.
– Ten paskudny owad przypomina mi ciebie.
– Bo...
– Trzepoczesz rzęsami z taką samą częstotliwością jak on skrzydełkami.
Sam nie wiem czemu, ale w tamtej chwili mój głos zamienił się w szept. Decyzja o złapaniu tego małego stworzonka została podjęta nagle, a chwilę po tym, delikatny owad już siedział w szklanym pojemniczku z przepuszczającą powietrze pokrywą. Moc tworzenia rzeczy z niczego potrafi być przydatna. 
– I co teraz z nim zrobisz?
Dobre pytanie.
– Zastanawiam się. Mógłbym go trzymać w tym słoiku, dopóki nie zdechnie, ale ma przepuszczalną pokrywę, ewentualnie umrze z głodu. Na pewno go nie wypuszczę – uśmiechnąłem się, spoglądając na jego kolorowe skrzydła.
– Mam rozumieć, że to początek twojej kolekcji?
– Tak. Idziemy na to zebranie?
Adel pokiwała ochoczo głową.

Adelino? Dlaczego Alfa zwołał zebranie?

21 kwietnia 2019

Harbinger cd. Kalista


O dziwo zima zamieszkała na terenach watahy na dobre. Codziennie spadało co najmniej kilkanaście centymetrów białego puchu, a temperatura nie przekraczała zera. Cisza, spokój. Czego chcieć więcej? Ah tak, od jakiegoś czasu mimo wielkiej miłości do zimna i mrozu, brakowało mi ciepła. Nie wspominając o tym, że wejście do mojej podwodnej jaskini zamarzło, więc zostałem dosłownie uziemiony. Kilkanaście tygodni wcześniej udało mi się jednak upatrzyć ciepłe i bezpieczne mieszkanko położone w samym centrum. Fakt, że nie mogłem go zamieszkiwać cały rok, a zwłaszcza, gdy ktoś potrzebował pomocy, ale zazwyczaj zimą nie działo się nic ciekawego, więc po prostu na jakiś czas zameldowałem się w zielarni. (dokładny opis ogrodu) Moim ulubionym miejscem w ogrodzie okazała się część poświęcona różom. Potrafiłem godzinami leżeć w wysokiej trawie i wpatrywać się w te piękne, lecz samolubne kwiaty.  
– Nie uważasz, że takie leżenie i wpatrywanie się w coś jest niegrzeczne? Naruszasz ich przestrzeń osobistą.
Rozpoznałem jej głos nim odwróciłem głowę.
– Jak widać, jakoś szczególnie się nie przejmują tym, że jestem ich obserwatorem. 
– Pożerasz je wzrokiem. – Tylko trochę. – Co tutaj robisz Harbingerze?
– Pomieszkuję Kal, a ty? – zapytałem, nie odrywając wzroku od jej loków pokrytych śniegiem. 
– Zatęskniłam za zapachem lata. Jak widać nie tylko ja. 
Pokiwałem głową twierdząco, a następnie zamknąłem oczy i odwróciłem się na plecy, aby ogrzać brzuch zimowym słońcem. Nie czułem się zobowiązany do zabawiania jej, aczkolwiek po chwili poczułem, że zachowałem się niewłaściwie, pozostawiając ją bez jakiegokolwiek zaproszenia do czegokolwiek.
– Kal? – mruknąłem pod nosem ledwo słyszalnie, sprawdzając, czy wciąż stała przy rabacie z kwiatami. 
– Mhm?
– Zechcesz dziś spędzić ze mną popołudnie? 
Musiałem poczekać na jej odpowiedź kilka minut, jednak nie naciskałem. Nie wyczuwałem napięcia ani nic z tych dziwnych rzeczy, które wiązały się z niecierpliwym oczekiwaniem na coś ważnego. 
– Myślę, że dziś mogę zostać twoją towarzyszką. 
Jak miło i co teraz? Jestem znudzony przebywaniem ze sobą, co mam robić z nią? 
– To może usiądź, czy coś, bo nie czuję się szczególnie grzecznie leżąc na trawie, gdy ty tak stoisz i przebierasz łapami z nerwów. 
– Nie przebieram łapami z nerwów – zaprzeczyła ostro, kładąc się obok mnie. Głowę ułożyła na łapach i zaczęła wpatrywać się w długie źdźbła trawy. 
– Ile masz lat?
– O takie rzeczy się wader nie pyta.
– I tak wiem, po prostu chciałem być grzeczny.
Między nami zapanowała cisza. Może była trochę niezręczna, a może nie.
– Nie czuję się na szesnaście lat Harbingerze – zaczęła. – To dziwne... Gdyby nie fiolka nieśmiertelności byłabym już prawie martwa. Zastanawiam się, co jest gorsze.
– Ja nie czuję się w ogóle.
– A jest na tym świecie cokolwiek poza Ingreed, co sprawi, że zaczniesz? – prychnęła złośliwie. Zerknąłem na nią kątem oka, usiłując powstrzymać śmiech. – Nie śmiej się Harbingerze. Nim się obejrzysz, coś, na czym ci zależy, zniknie sprzed twojego nosa i wtedy pozostaną jedynie wspomnienia.
– Zawsze dostaję to, czego chcę.
– W takim razie okażę się twoją pierwszą porażką.
To była groźba? Jaką miała czelność sugerować mi, że jestem nią zainteresowany? Nie traktowałem jej chłodno, ale nie wychwalałem jej również pod niebiosa. Fakt, że była ładna, mądra, zabawna i sprawdzała się w roli przyjaciela nawet po wielu latach. Głupi. Była niemal idealna ze swoimi dziwactwami.
– Przepraszam. Masz ochotę na spacer, może polowanie? Albo nie... – Westchnąłem zrezygnowany.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo niezręcznie się czuję, leżąc tutaj i udając, że wszystko jest w porządku.
– Chyba jednak wiem. Możemy iść na ten spacer. Cokolwiek.
Kolejny raz wyłączając myślenie, dałem się ponieść łapom.

Laguno?

16 marca 2019

HG cd. Faith

Zasnęła albo straciła przytomność. Była niemal przezroczysta, o ile może tak być. Jej sierść momentalnie straciła blask, dziąsła pobladły i jedynie rana w tym wszystkim, wydawała się wciąż żywa. Zrobiłem wszystko, co kazała, dobrze, że zdążyła mnie poinstruować, nim wyzionęła ducha. Roztarłem rośliny, które przemieniły się w śmierdzącą papkę, a następnie nałożyłem to coś na ranę. Kompletnie nie wiedziałem, co robię, krwotok nie ustawał, może jedynie lekko zelżał. Dopiero po jakimś czasie wpatrywania się w białą waderę poczułem pod łapami wodę. Spojrzałem w dół i niestety się myliłem. Pod wielkim kamieniem, który służył za stół, uformowała się duża kałuża brudnej krwi. Nie mogłem jej zostawić, aby iść po Antilię, ale nie mogłem też stać i nic nie robić. Zakląłem i kolejny raz zwróciłem swój wzrok ku waderze, aby znaleźć jakąkolwiek podpowiedź w jej zamkniętych oczach. Nic. Westchnąłem, tym razem popatrzyłem na ranę. Może faktycznie było lepiej. Odszedłem od rannej i zacząłem przeszukiwać ogród. Przez okna wpadało blade, ale radosne światło słoneczne. Zieleń była głównym bohaterem tego miejsca, wylewała się z okien, popękanych ścian, donic umocowanych pod sufitem. Długie pnącza ziół, kwiatów i zwykłych ozdobnych roślin oplatały niemal wszystko, co się dało. Idąc w dalej zauważyłem, że murowane ściany ustępują wolnej przestrzeni. Zamrugałem oczami kilkakrotnie, nie wierząc, że przeniosłem się do innego ukrytego świata. Uniosłem głowę do góry i zamiast betonowego, spadzistego sufitu ujrzałem niebo. Odwróciłem się za siebie, aby zobaczyć, czy na pewno byłem jeszcze w zielarni. Tak. Nadal nie wierząc, brnąłem wgłąb dzikiego ogrodu. Na samym początku, zaraz przy wyjściu z głównego budynku rosły drzewka owocowe. Nie byłem fanem słodkości ani ogólnie roślin, ale skusiłem się na słodką brzoskwinię. W końcu była zima, a gałęzie drzewa nadal uginały się od ciężaru plonów. Zastanawiałem się jak to możliwe. Pokręciłem głową z rozbawienia, połykając resztki słodyczy i ruszyłem dalej. Po drodze minąłem jeszcze jabłonie, śliwy oraz gruszki. Na samym końcu, w najbardziej osłonecznionym miejscu rosły cytrusy. Może z powodu ślepoty albo niedopatrzenia uderzyłem w szklaną ścianę. Dlatego w środku wciąż było ciepło i trwało życie. Odbiłem w prawo, a tam zastałem gaj herbaciany, wanilię, kilka cynamonowców oraz pigwę. Zachwycałem się każdym nowym zapachem, całkowicie zapominając o Faith. Kolejny raz skręciłem w prawo z myślą, że moja podróż już się kończy. Zwolniłem i rozkoszowałem się szmerem kamyczków, które szeleściły za każdym razem, gdy podnosiłem łapę. Wkroczyłem w sekcję typowo kwiatową. Tulipany, storczyki, peonie i inne, których nie potrafiłem nazwać. Pojawiły się również motyle i pszczoły, co oznaczało, że gdzieś w gąszczu musiał być ukryty ul. I w końcu moje oczy natrafiły na róże, moje ulubione. Czerwone, białe, herbaciane, żółte, pomarańczowe, różowe i fioletowe, niemal czarne. Zerwałem kilka, aby zrobić z nich napar i wróciłem do środka. Nagle poczułem się przygnębiony. Ostatni raz posłałem stęsknione spojrzenie oranżerii i zniknąłem w czterech ścianach ogrodu wewnętrznego. Wiedziałem, że w tamtym momencie coś we mnie umarło, a zarazem coś się urodziło. Wróciłem do rzeczywistości, pozostawiając raj i marzenia za sobą.
– Faith?
Wadera uniosła głowę i uśmiechnęła się lekko.
– Miło, że do nas wróciłaś. Jak się czujesz? – szczerze i z ulgą odwzajemniłem jej uśmiech. Nie czekając na odpowiedź, podsunąłem jej pod pysk napar z róży, dodałem do tego kilku listków mięty dla smaku. – Masz. Liczę, że da się to przełknąć.


Faith? Liczę, że jest jakoś. Zakochałam się w tym ogrodzie. 

14 marca 2019

HG cd. Adelina

— Tak się składa, że umieranie odłożyłem na później — uśmiechnąłem się przekornie. — Więc od czego chciałabyś zacząć? Właściwie nie do końca chce mi się tobie pomagać, ale w zamian możemy udać się na polowanie.
— To po co tu właściwie przyszedłeś? — zapytała nieco rozdrażniona.
— Ot co, tak sobie. Nie mam co robić. To jak, idziesz? 
— No.
Uśmiechnąłem się, przepuszczając ją przed siebie i poprosiłem, aby kierowała się w stronę Gniazda Żmii. Nie bez powodu wparowałem do niej z samego rana, droga do lasu Phoenix'a prowadziła przez wcześniej wspomnianą pieczarę, a tylko tam mogłem znaleźć godną strawę. Ostatnio mój apetyt był coraz większy i zwykłe truchło pozostawione przez resztę watahy lub kości nie zaspokajały moich potrzeb. Chciałem czegoś więcej. Każdego wieczora, gdy zanurzałem się w wodzie, przyglądałem się swojemu zmarnowanemu odbiciu. Sucha i pozbawiona mięśni sylwetka dziwnie wyglądała przy łbie z zielonymi oczami, które niemiłosiernie raziły i podobnie do głowy, wydawały się za duże. Postrzępione uszy były niemal pozbawione sierści. Niegdyś puszysty i radosny ogon zwisał teraz bezwładnie, nie okazując żadnej emocji. Paznokcie były krótkie, zdarte, a w niektórych przypadkach całkiem wyrwane. Jedynie nienaturalnie lśniące białe zęby wciąż były na swoim miejscu i odstraszały natrętne szczenięta. Miałem zamiar to zmienić. Chciałem odzyskać dawną świetność, urok i pewność siebie. Zaczynałem od teraz.
— Hej, hej nie za bardzo się zapędzasz? — na początku nie rozumiałem, o co jej chodzi. Głowę miałem uniesioną wysoko i dopiero po dłuższej chwili zrozumiałem, że głos dochodził spod moich łap. Wadera widocznie potknęła się, a ja bezceremonialnie w nią wszedłem. 
— Oh wybacz! — odskoczyłem od niej i od razu podałem jej łapę, aby pomóc jej wstać. — Zamyśliłem się. 
— Mogę się dowiedzieć, o czym tak bardzo myślałeś? 
— Tak — mlasnąłem — o sobie. 
— Łał. Nie spodziewałam się. Znaczy wyglądasz na specyficznego wilka, ale nie posądziłabym cię o takie coś. Nie wyglądasz na kogoś, kto interesuje się sobą lub swoim wyglądem. — Nie potrafiła powstrzymać śmiechu, gdy wypowiadała ostatnie zdanie, ale nie miałem jej tego za złe. Wiedziałem, jak wyglądam w jej oczach, w oczach każdego. 
— Cóż, odkąd jestem całkiem sam, zacząłem mieć samolubne myśli. Z okazji zbliżających się dwudziestych siódmych urodzin postanowiłem coś w sobie zmienić. 
— A co? — nie dawała za wygraną. Może na siłę podtrzymywała konwersację, a może naprawdę była zainteresowana. Szła tyłem, nie zwracając uwagi na czekające zasadzki. Kolejny raz się potknęła, ale w porę udało mi się ją podnieść. Zrobiłem to z lekkością, o którą sam siebie nie podejrzewałem.
— Tajemnica — powiedziałem, odstawiając ją na ziemię. 
— Nie jest ci zimno? — zmieniła temat, spoglądając na moje szczątkowe owłosienie. 
— Tak, ale lubię chłód. Dość o mnie — przerwałem. — Właśnie dotarliśmy do Gniazda, czyli  jesteśmy w połowie drogi. Teraz twoja kolej na zwierzenie, czy co tam sobie chcesz.
— Dlaczego?
— Bo cię proszę.
Uśmiech nie znika z mojego pyska.

Adelino? <3

3 marca 2019

HG cd. Pain


— Nawet nie wiesz, jak trudno było sobie przypomnieć pysk Taravii i małą Ingreed. — Odwróciłem wzrok od Paina i ruszyłem dalej, przypominając sobie każde malowidło po kolei. Basior dreptał za mną, nie odrywając wzroku od ściany. Zatrzymaliśmy się w tym samym czasie przed portretem In. 
— Nie chcę być wścibski — zaczął — ale jako kronikarz, jestem odpowiedzialny za uzupełnianie wcześniej wspomnianej księgi, a skoro żyjesz, chciałbym zadać ci kilka pytań. 
Aha. Czyli to z pewnością był Pain. Dziwny wilk, który zajmował się spisywaniem informacji o wszystkich i wszystkim. Popatrzyłem na In i momentalnie zmiękły mi łapy.
— Więc pytaj — mruknąłem zapatrzony w burzowe ślepia. Kątem oka spojrzałem na Paina i zobaczyłem, że w jego oczach momentalnie pojawiły się iskry.
— W jaki sposób umarłeś?
— Za którym razem?
— Każdym — odpowiedział bez zastanowienia.
Nie lubiłem poruszać tego tematu, właściwie unikałem go jak ognia. Śmierć była czymś, co zaprzątało moją głowę przez połowę egzystencji. Odebrała mi wszystko łącznie z rozumem, a teraz miałem tak po prostu o niej rozmawiać?
— Proszę... Znaczy, masz może inne pytania? Nie chcę rozmawiać o śmierci, nie teraz.
Udawanie zagubionego szczeniaka przychodziło mi z łatwością, chociaż może właśnie nim byłem? W końcu oderwałem się od podobizny In i oboje przysiedliśmy po drugiej stronie groty.
— Ok, zostawimy to na koniec, właściwie nie wiem, dlaczego od tego zacząłem — uśmiechnął się krzywo. — To może... Kim była Ingreed?
Czy wspominałem coś o rozdrapywaniu starych tan i rozmowie o śmierci? Dobry był w te klocki, wywęszył nawet taki staroć. Czy ktokolwiek jeszcze poza rodziną o niej pamiętał?
— Ingreed była najmłodszą córką Alf z pierwszego miotu. Mówimy oczywiście o czasach, kiedy Taravia zasiadała na tronie. Biała wadera, jako szczeniak była rozbrykana, ale o ile dobrze pamiętam nieco płochliwa. Nie pasowała do rodzeństwa, chyba jako jedyna miała poukładane w głowie. Zauważyłem ją, dopiero gdy skończyła dwa lata, a może trzy. Wtedy również na mojej drodze pojawił się Leloo (Lelu). — Na wspomnienie o nim moje serce nagle zakuło. — Byłem młody i szukałem wadery, która zapewni mi wszystko, czego potrzebuje, a przy okazji będzie miała pozycję. Jedynym słusznym wyborem była In, nadal lekko "obłąkana", ale bardziej stonowana. Loedia była specyficzna i trudna, a Kesame jeszcze się nie narodziła. Z Nathing do tej pory się nie rozumiemy. No, więc spróbowałem i wyszło. Do tamtej pory nie wierzyłem w miłość, nawet teraz mi głupio o tym mówić.
— Bez przesady, nie ty jedyny — wtrącił.
— Pozycja i wszystko inne straciło znaczenie, jednak nie był to prosty związek. Sprzeczki były codziennością podobnie jak powściągliwość z mojej strony. Nie potrafiłem jej nie szanować, właściwie była jedyną — chyba — waderą, która znaczyła dla mnie tak wiele. Jest moim oczkiem w głowie.
— Jest?
— Pamięć o martwych to jedyne co trzyma mnie przy życiu.
— Aha, kontynuuj więc.
— Mieliśmy żyć razem wiecznie i wtedy pojawiły się szczenięta. Kilka tygodni później Ingreed już nie było, pozostawiła po sobie jedynie trzy małe... Inveth, Hesher i Seele. Sumując była moją żoną i jedynym powodem do życia. Myślę, że byłaby dobrą Alfą, ale wyszło, jak wyszło. Świat jest niesprawiedliwy.
Basior zapisał każde moje słowo, nawet te, które zostały przekręcone z powodu stresu lub nieuwagi. Był intrygującą postacią, która żyła życiem innych, ale czy miała również swoje?
— A ty Pain — oderwał wzrok od kartki, kiedy się do niego zwróciłem — jesteś w kimś zakochany, albo coś? Masz jakieś inne zainteresowania poza prowadzeniem kroniki? Skrywasz sekrety, czy nie masz na to czasu?

Pain? HG nie zostaje dłużny. 

17 lutego 2019

HG cd. Faith


— Zrozumiano? — Jej pytanie wyrwało mnie z zamyślenia. Uniosłem powieki i spojrzałem na nią sennie. To niemożliwe, żeby mnie nie poznała. Fakt, że przez te wszystkie lata nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa, ale nie licząc braku komunikacji werbalnej, widywaliśmy się dość często. — Jasne, że tak Antilio — odpowiedziałem, odwracając się na bok. Kolejny raz zamknąłem oczy, aby przeczekać ból głowy, nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. 
Zbudził mnie cichy jęk, który zapewne wydała moja wybawczyni. Otworzyłem zaspane ślepia i spojrzałem na małą doniczkę, która w kawałkach leżała na podłodze, zaraz obok stała Faith. Wadera usiłowała zebrać pozostałości niezniszczonych roślinek. Nie do końca świadomy swoich czynów zszedłem z posłania i zacząłem zbierać razem z nią.
— Powinieneś leżeć.
— Ile spałem?
— Trzy godziny. 
— To wystarczająco. Dziękuję ci za opiekę i poświęcenie, ale już sobie pójdę. Umieram z głodu — mruknąłem sam do siebie.
— O nie. Nie po to tak się starałam, żebyś sobie znikał po trzech godzinach — warknęła przerywając zbieranie. — Przyniosę ci jedzenie tutaj.
— Nigdy nie będzie wyręczała mnie wadera.
— Nigdy nie mów nigdy, nie zgodzę się na to. Na dodatek się ściemnia. 
Jej oczy pociemniały, pojawiła się w nich mała burza. Nie chciałem jej denerwować, ale nie miałem zamiaru się nią wysługiwać. Zabawa tak, bezsensowne wykorzystywanie nie. Westchnąłem na myśl  o tym, jak długa rozmowa mnie czeka. Omiotłem pomieszczenie wzrokiem i natrafiłem na mały malunek przedstawiający atakującego wilka. Ruszyłem w kierunku wyjścia, nie zwracając uwagi na białą samicę. Nie dawała za wygraną i zagrodziła mi przejście. Może groźba na coś się zda?
— O ile jednak chcesz mi pomóc i przy okazji przeżyć, radzę ci mnie puścić. 
— Nie — kłapnęła zębami. 
— To może kompromis? Pójdziemy razem, ale to ty będziesz polować, a ja tylko wybiorę ofiarę i popatrzę?

Zgodziła się. Oczywiście, że tak. Na zewnątrz panował przyjemny półmrok pogrążający watahę w sennym krajobrazie. Postanowiliśmy zapolować na coś małego, łatwego i w miarę dostępnego. Proponowałem zasadzkę na Phoenix'a, lecz Faith zdecydowanie zaprzeczyła, tłumacząc, że i tak już ma wyrzuty sumienia wychodząc ze mną gdziekolwiek. Tak oto siedziałem znudzony nad małą rzeczką nieopodal Centrum i wraz ze swoją towarzyszką wypatrywałem czegoś do jedzenia. Właściwie to ona w skupieniu czaiła się w krzakach i czekała na zwierzynę, a ja leżałem i obserwowałem ją kątem oka. 
— Powiedz mi, jakie masz moce?
— Zabawa lodem, rozmowa z roślinami  — zaczęła wyliczankę, lecz szybko jej przerwałem.
— Skoro umiesz rozmawiać z roślinami, to może zapytaj się przyjaciół drzew, czy nie widziały w pobliżu czegoś do zjedzenia — zaproponowałem z nutą ironii. Faith, choć mocno poirytowana, nie odwróciła wzroku od drzewa, prawdopodobnie wykonując moją prośbę. — I?
— Nic. 
Pokiwałem głową z uznaniem, już miałem rozpocząć swój monolog, ale trzask gałęzi nie dał mi zacząć. Oboje spojrzeliśmy w tym samym kierunku. Po drugiej stronie rzeki siedziało stado kruków. Przez chwilę miałem ochotę się śmiać, ale wtedy zza krzaków wylazło jeszcze coś. Duży, szary i niewyraźny kształt spłoszył ptaki, które wzbiły się w niebo, zakrywając księżyc czarną chmurą. Jednorożec nocy. Koń z rogiem i ogonem lwa bez oporów wszedł do wody i zaczął się do nas zbliżać.  To był czas na ucieczkę, z tym się nie walczy. Popatrzyłem na Faith, stała jak wryta. Nie ruszała się, a jej oczy zaszły mgłą. Dźwignąłem się na łapy i pchnąłem ją w tył, aby uniknąć rozlewu krwi, który był już bliski, bo zwierzę natarło na nas rogiem. Kompletnie nie wiedziałem, jak z tym walczyć, ale patrzenie w oczy nie wchodziło w grę. Szybko upewniłem się, że samica jest w bezpiecznym i niewidocznym miejscu, a następnie sam skoczyłem w stronę potwora. Pewnie wyobrażacie sobie piękne i majestatyczne zwierzę, ale to coś nie było w żadnym stopniu nawet ładne. Wielki tłusty łeb ze zbyt dużymi ganaszami i krótkim pyskiem zdobił nadłamany, ostry róg. Szyja wraz z przednimi nogami była pozbawiona sierści, pokryta cienką, szarą skórą. Ogon i tylne nogi miały kolor biały. Instynktownie wbiłem zęby w szyję zwierzęcia. Potwór zaczął wierzgać i strzelać barany. Kilkakrotnie przewracał się i przygniatał mnie do ziemi. Z każdym razem czułem coraz mniej, ale nie puszczałem. Kości, podobnie jak naczynia krwionośne pękały, przy każdym zetknięciu z ziemią. Nagle przed oczami mignęło mi białe futro, a zaraz po tym, w jednorożca trafiło coś ciężkiego, zwalając go z nóg.

Faith? 
Wybacz za jakiekolwiek niespójności. PS. HG nic się nie stało, przynajmniej mam taką nadzieję. 

7 lutego 2019

Od HG do Faith

Pustka. Kolejny raz leżę na lekko zeschniętej trawie i wpatruję się w niebo. Słońce wschodzi i zachodzi, każdego dnia jest coraz niżej. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że żyję, dopóki ktoś nie nadepną mi na ogon. Czy to w ogóle możliwe? Nie wiedzieć. Otworzyłem oczy i spojrzałem w lewo, w prawo. Nad moją głową pochylała się biała wadera. Kiedy tylko nasze spojrzenia się zetknęły, odskoczyła, jak poparzona. Wstałem i otrzepałem się z liści. Pusty żołądek domagał się jedzenia. Już zapomniałem, jak to jest być oddychającą istotą z działającym organizmem. Ach tak, Faith. Poznałem ją po długich łapach oraz plamkach pod oczami. Okazuje się, że życie po śmierci istnieje, jest nieco inne, niż tutaj, ale równie trudne i monotonne. Postanowiłem je sobie umilić obserwacją swoich znajomych i nieznajomych z watahy. Nie było mnie zaledwie... Długo.
— Wybacz, że cię wystraszyłem. Jestem Harbinger. — Uśmiechnąłem się przyjaźnie, o ile jeszcze nie straciłem tej umiejętności i wysunąłem łapę w stronę samicy.
— Faith — powiedziała lekko, ale trochę za szybko. — Nie chciałam cię budzić, aczkolwiek dostrzegłam twój ogon dopiero wtedy, kiedy moja łapa się z nim zetknęła. Liczę, że nie sprawiłam ci bólu.
— Nie, wszytko jest w porządku. Jesteś zielarzem, prawda? — oczywiście, że było to pytanie retoryczne.
— Tak.
Nienawidzę udawać, że wszystko jest w porządku i że czas nie ma dla mnie znaczenia. Jeszcze to odpowiednie dobieranie słów, aby nikogo nie skrzywdzić. Teraz dopiero czułem skutki zbyt późnego ożywienia. Zaschnięte liście ostu niemiłosiernie podrażniały moje gardło, a każde słowo pogarszało sprawę. Żołądek, podobnie jak inne wnętrzności zostały ze mnie wydarte w ciągu pierwszego tygodnia, resztkami podzieliły się inne drapieżniki mieszkające w lesie. Tylko głowa w tym wszystkim została nietknięta. Nadal nie wiem jakim cudem stoję na własnych łapach. Przerwałem swoje przemyślenia na dźwięk chrząknięcia. Faith stałą lekko podparta o niewielki pień i wpatrywała się we mnie. Przełknąłem ślinę.
— Potrzebuję czegoś, co uleczy wewnętrzne rany. Szybko.
Nie musiałem powtarzać dwa razy. Biała ruszyła żwawym marszem w stronę swojego ogrodu. Nie ukrywam, że chciałem się tam znaleźć, jak najszybciej, ale krwawienie z pyska, które pojawiło się nagle, skutecznie mi to utrudniało. Na dodatek nie pokazywałem się jeszcze w centrum. Faith była pierwszym wilkiem, którego spotkałem na przełomie ostatnich dni. Nie mam zamiaru pokazywać się w takim stanie pozostałym.
— I coś na zatamowanie krwotoku wewnętrznego — rzuciłem za jej plecami. Prawie zawyłem z bólu, wypowiadając ostatnie słowo. Zdecydowanie byłem już za stary albo przynajmniej za słaby na takie wędrówki. Nigdy nie należałem do długodystansowców, ale to już przegięcie. Zatrzymywałem się średnio co sto metrów, a do celu był jeszcze kawałek drogi. — Daleko jeszcze?
— Nie, ale możemy się zatrzymać, jeśli chcesz — zaproponowała, nie odwracając się.
— Tak, proszę — wycharczałem.
Położyłem się i zwymiotowałem krwią pomieszaną z kwiatami ostu.
— Wyglądasz jak śmierć, a jeszcze przed chwilą... Co cię doprowadziło do takiego stanu? — w jej głosie mimo strachu dało się wyczuć zmartwienie i empatię.
— Płomień życia.
— To niemożliwe.
— Jeśli stosujesz go częściej, niż raz w życiu jest to bardzo możliwe. Możemy iść dalej. Jeśli nie masz nic przeciwko, teraz ja poprowadzę. Znak skróty.
— Oczywiście, że nie. Prowadź.
Wstałem, zacisnąłem zęby i zacząłem biec w stronę dobrze znanego mi ogrodu. Potykałem się co krok, a jedyne co widziałem, to zamazane plamy. Od teraz poruszałem się zdany jedynie na instynkt.

5 lutego 2019

Ożywiony



Największy koszmar, liczę, że tym razem będzie bez przedstawień.


25 grudnia 2018

Moja Łabędzia Pieśń

Powód: Śmierć

Safiru

Ten wilk złamał wiele serc, ale przede wszystkim złamał moje, jednak nadszedł czas, w którym oboje musimy się z Wami pożegnać. W tej chwili łamię dwie albo nawet więcej obietnic. Pierwszą było skończenie historii Harbingera, godne skończenie i śmierć, drugą była obecność na WSO do końca, jednak nie jestem w stanie ich dotrzymać. Dziękuję Wam za obecność, rozmowy, wspólne tworzenie historii. Przepraszam Was za zniknięcie, brak wyjaśnień i za złe zakończenie. Moje plany były inne, ale teraz wiem, że nigdy nie byłabym w stanie ich zrealizować. Harb na zawsze będzie żył w moim sercu, z resztą razem z Ingreed, znaleźli sobie w nim miejsce na dożywocie. Pewnie jeszcze kiedyś coś napiszę, zakończę tę historię po swojemu i na spokojnie. Dziękuję za 3 lata razem.


Powód: Decyzja właściciela

JadeMerien
Lhuin

Kesame, Ariene, Nathing oraz Tox nie poddawajcie się, głowa do góry. Musicie podjąć ostateczną decyzję i pamiętajcie, że jestem z Wami sercem i pomogę, jeśli będzie taka konieczność. 
Kocham i Wesołych świąt.

Harbinger Ghost

3 grudnia 2018

Najaktywniejszy wilk!

Najaktywniejszym wilkiem miesiąca zostaje Nicodem oraz Harbinger Ghost z liczbą 7 opowiadań. Na konta wilków wpływa 700 L.

2 grudnia 2018

Harbinger cd. Shenemi

Słońce było piekielnie wysoko. Trawy od jakiegoś czasu były wysuszone z powodu braku deszczu, lasy często pożerał ogień. Tereny zdecydowanie nie należały do bezpiecznych. Przechadzałem się bez konkretnego celu po włościach watahy, a kierowany naturalnym instynktem wybrałem dróżkę prowadzącą do jeziora. Kto by pomyślał, że będę jedynym świadkiem nieudanej próby samobójczej? Czarna wadera ciągnęła ze sobą linę i kamień. Po pewnym czasie, gdy uporała się z niesfornym sznurem, przywiązała go sobie wraz z głazem, a następnie bez zająknięcia wpadła do wody. Cóż czynić, gdy na horyzoncie pojawi się samica w opałach? Wbiegłem za nią do wody, nie zważając na topielce, które mogły się w niej czaić. Kiedy skóra zetknęła się z cieczą, poczułem się jak dawniej. Woda przyjemnie bawiła się moim ciałem, na chwilę zapomniałem, że moim celem było uratowanie tonącego wilka. Odtrąciłem od siebie nieistniejące wspomnienia i popłynąłem wgłąb jeziora. Znalazłem ją leżącą na dnie, była oplątana liną oraz wodorostami. Ble. Chwyciłem ją za kark i mocno pociągnąłem, ale roślina nie ustępowała. Zacząłem się szarpać, nie zwracając uwagi na stan Shenemi. Poznałem ją po nienaturalnie długi ogonie oraz fikuśnych uszach. W końcu materiał pękł, a ja wraz z Shen odbiłem się od dna, ciągnąc ją w górę. Z pewnością na jej szyi pozostaną ślady zębów, ale przynajmniej będzie żyła. Wyciągnąłem ją na brzeg i zacząłem słuchać. Miała wodę w płucach, musiałem się jej pozbyć. Po kilku zamaszystych uderzeniach, którymi ją uraczyłem, zaczęła kaszleć, plując cieczą. Świadomość odzyskała tylko na chwilę. Jej akwamarynowe oczy szybko prześlizgnęły się po mojej sylwetce, a następnie kolejny raz straciła przytomność.

***

Byłem u siebie. Wadera od momentu nad jeziorem nie obudziła się ponownie, ale żyła. Leżałem obok niej na rozgrzanej skale i wpatrywałem się w malowidło na ścianie. Z dnia na dzień patrzenie na nie stawało się nudne. Z wdziękiem zeskoczyłem z legowiska i stanąłem przed jedną z pustych ścian. Okrągła budowa jaskini dawała trójwymiarowy efekt każdemu naściennemu malunkowi. Wyobraziłem sobie Seele Inveth i Heshera. Każde z nich stało dumnie pod niewielkim głazem. Przeszedłem dalej i stworzyłem demoniczną Indy. Jej złote oczy wypalały dziurę w moim sercu. Leżała skulona z otwartym pyskiem, pochylała się nad małą waderą w kolorze grafitu. Na jej sierści widniało pełno złotych plamek. Była to Interstellar. Martwa. Westchnąłem ostatni raz spoglądając na lekko oświetlone ściany i kolejny raz padłem przy czarnej waderze. Jej oddech stał się szybszy, co zwiastowało, że niebawem miała się obudzić.
— Proszę, tylko nie pozwól mi się w tobie zakochać — powiedziałem sam do siebie, spoglądając na śpiącą Shenemi.

Shen?

26 listopada 2018

Harbinger cd. Tera

Ciepło przyjemnie łaskotało moją skórę. Trzask palonego drewna, zapach dymu; czułem się jak w domu, ale coś mi nie pasowało. Ciepło zamieniło się w ogień palący skórę, trzaski były zbyt głośne, a towarzyszył im odgłos łamiącego się drzewa.
Otworzyłem oczy. Las płonął. Ogień był wszędzie. Spojrzałem w górę. Tera słodko spała, ale nie na długo. Wybiłem się od ziemi i jednym susem wskoczyłem na drzewo, pojawiając się obok niej.
— Wstawaj, Tero! Las płonie!
Wadera otworzyła zaspane oczy. Potrząsnąłem nią jeszcze raz, aż w końcu odzyskała świadomość. Siedzenie na drzewie nie było bezpieczne, ale w tamtym momencie żadne z wyjść nie było dobre.
— Co się stało, dlaczego?
— Nie wiem. Bardziej od życia roślin interesuje mnie teraz nasze własne.
— Nasze... — powtórzyła.
— Tak, Tero. Nie jestem aż tak bezduszny, myślę również o innych.
Westchnąłem, szukając jak najlepszego rozwiązania. Z drugiej strony najlepszym rozwiązaniem w moim wypadku było zatopienie się w ogniu. To jedyne, czego chciałem, ale nie mogłem być samolubny.
— Co powiesz na dziewiczą podróż w powietrznej bańce? To pierwsza i jedyna oferta tego dnia.
Wadera wybuchnęła śmiechem i z rozbawieniem pokiwała głową. Zdecydowanie nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji. Jedna myśl i środek naszego transportu był gotowy. Jako dżentelmen puściłem ją pierwszą. Mydlana bańka zachwiała się, gdy złotooka wkroczyła na jej pokład.
— Jesteś pewien, że się w niej zmieścimy?
— Nie, ale to nieistotne. Ważne, aby dowiozła nas w bezpieczne miejsce.
— Czyli gdzie? — zapytała.
— Nie wiem, ty mi powiedz — uśmiechnąłem się pod nosem, wprawiając kulę w ruch.
Nie sądziłem, że będzie to tak gwałtowne, toteż nie mogłem przewidzieć, że wpadnę na Terę, przygniatając ją całym ciałem. Gdyby nie silna wola, cała konstrukcja poszłaby z dymem, lekko mówiąc. Stanąłem na chwiejnych nogach.
— Złap się czegoś, Ter.
— Ter?
— Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie, proszę. Po prostu się posłuchaj — mruknąłem, całkowicie skupiając się na prowadzeniu.
— Tyle że nie mam czego się złapać, chyba że ciebie.
— Jak chcesz.
Złote słońce powoli wschodziło, przedstawiając nam najpiękniejszy spektakl na świecie. Spojrzałem na Terę kontem oka. Już nie była smutna. Zapewne w głębi duszy nadal cierpiała, ale teraz żyła chwilą. Radość ogarnęła jej ciało.
— Kto by się spodziewał.
— Co?
— Tak małe stworzenie może posiadać jeden z najpiękniejszych uśmiechów na planecie. — Z pewnością ją lekko zawstydziłem. Nie lubiłem tego robić, ale pochwała to nic złego. — Masz jakiś pseudonim? Twoje imię powtarzane w kółko staje się nudne.
— Nie mam, a co, wymyśliłeś już coś?
— Nie, ale wciąż myślę.

Tero? Żyję, i.. i coś robię powoli. Liczę, że nie zrazi Cię ich pogoda ducha. Wybacz długość.

24 listopada 2018

Od Harbingera cd. Ingreed [Hargreed #10]



– Nie. Nie zostawiaj mnie... Proszę – powiedział basior drżącym głosem. Wiedział, że ta chwila nadejdzie, od początku był na to przygotowany, a mimo to, nie potrafił sobie z tym poradzić. Słona łza skapnęła na pustą posadzkę. Wadera zniknęła, a on siedział pochylony. Brzemię, jakie nosił na swoim sercu, dawało o sobie znać, to nie było to. Kolejna łza i kolejna. Jedyna istota, na jakiej mu zależało odeszła i nie mógł nic na to poradzić. Zadawał sobie pytanie, co właściwie jeszcze tutaj robi? Powinien być z nią albo wcale. Już podczas pierwszego spotkania oddał jej swoją duszę, serce oraz umysł, sam nie miał nic. Każdego dnia poświęcał się jej całkowicie, a teraz, gdy jej potrzebuje, zniknęła. Była jego powietrzem, była sercem, które pobudzało organizm do działania. Teraz już nie miał serca. Basior uniósł zamglony wzrok i rozejrzał się dookoła. Koszmary powróciły, czarne, zamazane kształty czaiły się wokół niego. Nie mógł od nich uciec, więc po prostu wstał i rzucił się w czarną otchłań, która od jakiegoś czasu była jego domem. W drodze do watahy zaczął liczyć kroki, miało to zająć jego umysł, ale bardzo dobrze wiedział, że tak się nie stanie. Obraz Ingreed był zbyt wyraźny, jej śmiech zbyt głośny, oddech zbyt żywy, a futro zbyt miękkie. Harbinger nawet nie zauważył, kiedy padł na ziemię i zatopił swe łapy w miękkiej trawie. Promienie słońca delikatnie tańczyły po jego ciele, spojrzał na nie i uśmiechnął się w duchu. Przypomniał sobie rodzinę – Leloo, Miriyu, Seele, Gwen, Hesher... Oni wszyscy odeszli, kradnąc ze sobą wszystko, na czym mu zależało, kawałek po kawałku. Zasłonił oczy łapą i ujrzał ciemność, której tak bardzo się bał. Zobaczył w niej Inveth, jej futro czarne niczym smoła, figlarne spojrzenie oraz uśmiech, który był tak bardzo podobny do tego, o którym myślał całymi dniami.

Nadal oszołomiony stał w kolejce, w sklepie po dwa przedmioty, które miały odmienić jego życie. O dziwo nie był to Popiół Serir ani nic, co przyczyniłoby się do samobójstwa. W końcu dopchał się do lady i najspokojniej, jak potrafił, poprosił o Owoc Theris oraz Dokument Dorosłości. Nie zwracał uwagi na ciche westchnienia ani pomruki. Wyszedł, zamiatając ogonem po brudnej ziemi.

Nie zastanawiał się, jak to jest być młodym. Nie przyjmował do wiadomości, że będzie czuł się inaczej, niż w obecnym momencie. Kiedyś ktoś mu powiedział, że każdy jest przekonany, że jego śmierć będzie końcem świata. Nie wierzy, że będzie to koniec tylko i wyłącznie jego świata. Jaka szkoda, że te brednie w żadnym stopniu nie są prawdziwe. Harbinger przez chwilę miał ochotę rzucić wszystko, co do tej pory miał zaplanowane i po prostu odejść, ale nie mógł. Jakaś tajemnicza siła wciąż trzymała go w Watasze Smoczego Ostrza i nie potrafił się jej postawić. Jednym haustem wypił zielonkawy płyn z małej fiolki, a następnie rozciął sobie łapę czarnym ostrzem i przypieczętował swoją krwią akt dorosłości. Od teraz wszystko powinno stać się inne. Rozpoczął nowe życie i naiwnie myśli, że będzie lepsze. Jaka szkoda, że droga usłana jest różami, lecz każda z nich ma kolce. Powodzenia Harbingerze, niech ci się wiedzie.

18 listopada 2018

Harbinger cd. Ingreed [#8]


Kiedyś zniknę. Te słowa odbijały się pustym echem w mojej głowie. Bardzo dobrze o tym wiedziałem, ale odkąd In ponownie się pojawiła, zatraciłem się. Zapomniałem, że może zniknąć w każdej chwili i ani ona, ani ja nie wiemy, kiedy to będzie. 
– Chcę odejść razem z tobą Ingreed – mruknąłem wprost do jej ucha. 
– Nie, nie chcesz. Nie wiesz, jak tam jest. 
– Nawet jeśli nie będę tam szczęśliwy, będę egzystował z myślą, że jesteś w podobnym miejscu. Nie mam już siły In, ciągle tylko walczę ze sobą. Nic mnie tutaj nie trzyma.
Nie odpowiedziała. Jej łzy kolejny raz pozostawiały na moim ciele niewidzialne plamy. Nie pamiętam, jak długo wsłuchiwałem się w jej oddech, ale w końcu zasnąłem.

***

Kolejny raz się kłóciliśmy, tym razem o Inveth. 
– Musisz z nią porozmawiać In.
– To nie takie proste.
– Proste.
– Nie.
– Tak.
I tak w kółko. Kłócimy się, a następnie na chwilę zmieniamy temat i znów wracamy do punktu wyjścia. Zawsze kończy się na tym, że jedno z nas odchodzi obrażone na drugie. Znikamy na cały dzień, a następnie nocą ponownie się spotykamy i w milczeniu idziemy spać wtuleni w swoje ciała.

Kolejny raz obudziło mnie słońce. Byłem pewien, że Ingreed już nie śpi, więc od razu wstałem i podszedłem do niej, wypowiadając przy tym krótkie witaj. Od zawsze uważałem, że nasz związek był zbyt formalny. Witaj. Jak się masz? Co dziś robisz? Mogę ci w czymś pomóc? Wyjdziesz za mnie? To wszystko brzmiało i nadal brzmi zbyt sztywnie. 
– Czy możemy, choć na chwilę przestać żyć przeszłością i zaczniemy czerpać radość z chwili?
– Co masz na myśli Harbingerze? – zapytała z udawanym zainteresowaniem.
– Wszystko Ingreed. Zróbmy coś innego, pozbawionego planu i sensu.
– Kłócimy się, prawie codziennie o coś innego, tyle ci nie wystarczy? – prychnęła pod nosem, nie było to jednak złośliwe. 
– Zróbmy coś niekonwencjonalnego i niekoniecznie zgodnego z prawem.
– Co to znaczy? Mam przespać się z synem Kesame, a ty z Nathing? 
– Jeśli tak bardzo chcesz... Ale nie chodziło mi o to. Nie uważasz, że nasz związek jest nudny? 
– Zdecydowanie Harbingerze.
– Jesteś okrutna. Patrzysz prosto w moje oczy i śmiejesz się, nawet nie ukrywasz rozbawienia.
– Nic na to nie poradzę Harbingerze.
– Uwielbiam, kiedy wypowiadasz moje imię In – mruknąłem wpatrując się w jej radosne, niebieskie teczówki.
– Wiem Harbi.
– Więc? – Spojrzałem na nią z nadzieją. Czułem się, jak szczeniak, który prosi o zabawkę, albo chociaż o chwilę uwagi.

In? 
Więc? Najdroższe słońce? Doprowadź ten cukier do końca, prooszę. <3 Sorki za długość, ale test z dziadów III.

13 listopada 2018

Harbinger cd. Ingrred [#6]

– Wydrapię ci kiedyś oczy – warknąłem. – Nie poznaję cię In. Jesteś mocna w pysku, ale nie potrafisz się otworzyć na rodzinę. Pamiętam, jak chciałem ich wszystkich podusić, a ty wtedy broniłaś te szkarady własnym ciałem. Teraz? Nawet nie możesz patrzeć na własną córkę. Obwiniasz mnie za decyzję, którą podjęliśmy wspólnie.
– Gdyby nie one, żyłabym do tej pory, szczęśliwie i na wieczność razem z tobą! - krzyknęła, a łzy kolejny raz zaczęły płynąć po jej pysku. – Nienawidzę ich całym sercem, mam ochotę... – Nie pozwoliłem jej dokończyć. W mgnieniu oka pojawiłem się przy niej. Pchnąłem ją na najbliższe drzewo i przydusiłem krtań. Stykaliśmy się nosami. Czułem się żywy jak nigdy. Kolejny raz w obliczu wyzwania. Rozsądek walczył z miłością. Nigdy nie sądziłem, że stanę po stronie szczeniąt. Opiekowałem się nimi od zawsze ze względu na więzy krwi i poczucie winy. To Ingreed je kochała, robiłem to dla niej. Od niechcenia spojrzałem w jej oczy, które były zakryte mgłą.
– Ja już nie chcę walczyć Ingreed. Skoro nie chcesz mnie, a nawet ich, to czego tu szukasz?
– N-Nie wiem – wydukała.
– Jesteś okropna.
Poluzowałem jej uchwyt, a ta lekko osunęła się na ziemię.
– Ciebie również nie znałam z tej strony, od kiedy tak traktujesz wadery?
– Jak? - zapytałem retorycznie.
– Jak rzeczy.
– Odkąd stały się nie do zniesienia.
Miałem jeszcze coś dopowiedzieć, ale wtedy zauważyłem kątem oka dwie postacie. Były to Revenge oraz Akatala. Miały niewyraźne wyrazy pyska, z pewnością stały tam dłużej, niż powinny. Rev doskonale czytała w myślach, po chwili obie pojawiły się przy nas. Robiły wszystko razem, odkąd ponownie się spotkały. Mimo specyfiki Akatali były do siebie podobne, niemal dwie krople wody. In była zdezorientowana, nie dała po sobie tego poznać, utrzymując obojętny wyraz pyska, ale w jej środku zrodziło się ziarnko niepewności.
Kim one są?
Moimi córkami Ingreed.
Popatrzyłem na nią, minęło sporo czasu, ale te słowa sprawiły mi ból. Zdradziłem ją.
– Airov mówi, że tego wieczoru odbędzie się uroczysta kolacja z okazji tego, co się stało...
– Dziękuję za informację. G, Rev – lekko się skłoniłem, żegnając się z nimi. Widziałem, jak bardzo chciały zostać i dowiedzieć się czegoś więcej o Ingreed, ale jeszcze kiedyś przyjdzie na to czas. Odprowadziliśmy je spojrzeniem.
– Zaprosisz mnie Harbi?
– Nigdzie nie idę, na pewno nie z tobą.

***

Nigdy nie sądziłem, że mając dwadzieścia pięć lat będę zachowywać się, jak szczeniak. Nigdzie nie idę, na pewno nie z tobą. Mam ochotę sam sobie przyłożyć. Zakląłem pod nosem. Po tym, co jej powiedziałem, zwyczajnie sobie poszła. Oboje byliśmy zbyt dumni, po tylu latach nie potrafiliśmy ze sobą normalnie rozmawiać. Co ja miałem w głowie? Nim się obejrzałem, nastał wieczór. Starałem się trzymać nerwy na wodzy, gdy powolnym krokiem szedłem w stronę jaskini Alf. Była tam, oczywiście. Lekko zagubiona, stała wraz z innymi, zmarłymi członkami watahy. Miała na sobie diadem, bo dlaczego nie. Wyglądała, niewinnie, niczym owca, która zgubiła się w stadzie paskudnych, mięsożernych wilków, mimo że była jednym z nich. O dziwo rozpoznałem przy niej wilczycę o złotym futrze. Taravia nic się nie zmieniła, jako martwa wyglądała nawet lepiej, niż za życia. Przez chwilę biłem się z myślami, ale w końcu zmusiłem swoje nogi do marszu w ich stronę.  Ciekawskie spojrzenia innych miażdżyły mnie od środka. Kto śmie podejść do martwej Alfy? Oczywiście, że ja.
– Witaj Taravio - pokłoniłem się przed waderą, a ta po prostu mnie przytuliła. Miło.
– Harbingerze, nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłam, za kimś żywym, bliskim.
– Z pewnością bardziej, niż twoja córka – uśmiechnąłem się pod nosem. Tav spojrzała ukradkiem na Ingreed, która stała tuż za nią z uniesioną głową. Musiała na kogoś czekać. Starsza wadera, jakby czytała mi w myślach. Zapytała swoją córkę dokładnie o to samo. Odpowiedź była typowa. Na kogoś.
– A ty Harbingerze? Zechcesz mi dziś towarzyszyć, czy jesteś już z kimś umówiony?
Czekam na Nathing.
– Możemy iść. Do zobaczenia później Ingreed – zwróciłem się do s w o j e j żony.
Taravia wkroczyła do jaskini pewnie, na jej pysku gościł uśmiech, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. W samym środku jamy leżał wielki kotowaty, nie byłem w stanie określić, czym dokładniej był. Tavi ze względu na swoją pozycję usiadła obok Airov'a. Dalej była rodzina Alf, Ingreed, która o dziwo była sama i na moje nieszczęście musiałem siedzieć naprzeciw niej, Nathing i w końcu pozostałe wilki. Zacząłem posyłać jej zabójcze spojrzenia od razu, jak tylko się pojawiła. Niemiłe komentarze w swoim kierunku zostały zignorowane przez resztę społeczeństwa. Nikt również nie zwracał uwagi na niegrzeczne zachowanie. Dopiero walka o kawałek mięsa dała się innym we znaki.
– Ingreed przestań – warknąłem. Kolejny raz musiałem na nią warczeć.
– To ty przestań – odbiła pałeczkę.
– Robisz sceny.
– Jakby cię to obchodziło. Odkąd się tu pojawiłam, patrzysz tylko na mnie. Wiem to. Nie myślisz już o niczym innym, a ja... – przerwała.
– A ty robisz dokładnie to samo.


Ingreed?
 Liczę na dużą kłótnię z pikantnymi szczegółami. :D

10 listopada 2018

Od Harbingera cd. Ingreed [#4]

– Jesteś pewna, że chcesz słuchać o każdej waderze, która miała zastąpić ciebie, a i tak nie mogła, więc została porzucona z wielkimi nadziejami? – Mówiąc to, patrzyłem jej prosto w oczy. Nie czułem się winny, może nawet z małym zadowoleniem patrzyłem, jak na jej pysku pojawia się zdziwienie, któremu towarzyszył rumieniec. – Nigdy nie byłem święty, a po twojej śmierci przestałem się hamować. Mam ci wymienić ich imiona, czy mogę sobie darować? – Nie uzyskałem odpowiedzi. – Byłem świadkiem śmierci naszych obu synów, pomijając fakt, że jednego z nich zabiła Inveth. I...
– Nie kończ.
– Nie możesz mi przerywać w najważniejszym. Oszalałem, oficjalnie jestem wariatem Ingreed i wydaje mi się, że wszystko, co teraz się dzieje, nie jest prawdziwe.

***

Pamiętałem wszystko bardzo dokładnie. Trzeci raz siedziałem na małej, drewnianej tratwie z białą waderą, która wraz z każdym kolejnym spotkaniem była całkiem inna. Tym razem była moja, prawdziwa i na dziewięćdziesiąt procent żyła. Odepchnąłem prowizoryczną łódkę od brzegu i usiadłem przed In. Nie rozmawialiśmy, odkąd zapytała mnie o wszystko. Kiedy zaproponowałem rejs, po prostu kiwnęła głową. Westchnąłem i ciężko upadłem na drewnianą podłogę, tym samym zwracając na siebie uwagę mętnookiej.
– Boli cię coś? – zapytała z udawaną obojętnością.
– Nie, po prostu myślę.
– O czym?
– O tym, że w takich okolicznościach wyznałem ci miłość – zawiesiłem swój wzrok nad jej głową, na linii kołyszących się brzóz. Drzewa były młode i giętkie, wyglądały, jakby miały się za chwilę złamać. Tańczyły tak, jak rozkazał im wiatr.
– Pamiętam.
– To dobrze, bo mam zamiar zrobić to jeszcze raz.
Po tych słowach wskoczyłem do wody. Popłynąłem na dno, zabierając z niego, coś, co leżało na nim już zbyt długo, a właścicielka tej rzeczy właśnie wróciła. Chwyciłem w zęby kryształową tiarę, przypominając sobie w tym samym czasie o Kesame. Serce przeszył nagły ból, ale zniknął szybko. Zdecydowanie zbyt szybko. Wynurzyłem się z wody i z powrotem wskoczyłem na tratwę. Kładka z powodu nagłego przypływu masy przechyliła się, a Ingreed, która siedziała na drugim brzegu, straciła równowagę i wpadła prosto na mnie.
– Uważaj – szepnąłem wprost do jej ucha. Pozwoliłem sobie na chwilę słabości i po prostu wsłuchiwałem się w jej oddech, który był lekko przyśpieszony. Trwaliśmy tak przez kilka dobrych minut. Czułem jej spojrzenie na sobie. Kolejny raz poznawała moje ciało kawałek po kawałku. Mógłbym robić to samo, ale pamiętam wszystko zbyt dobrze. Zamknąłem oczy, gdy jej zęby zetknęły się ze srebrnymi kolczykami.
– Mam coś dla ciebie – przerwałem ciszę. – Od zawsze tylko ty byłaś moją królową. Po twojej śmierci należała do Inveth, ale tylko ty na nią zasługujesz.
In wiedziała, o czym mówiłem, zniżyła głowę, abym mógł założyć jej tiarę.
– Wyglądasz ślicznie, nic się nie zmieniłaś.
– Pokażesz mi okolicę i zaprowadzisz do Inveth? Proszę.
Byłbym głupcem, gdybym odmówił. Aktualne tereny watahy nie były tak rozległe, jak kiedyś, więc zaprowadziłem ją do centrum. Zaczęło się. Baczne spojrzenia obcych wilków, pomruki w tłumie, westchnienia. Przyszedł wyrzutek i co najgorsze był w dobrej kondycji, a towarzyszyła mu legendarna córka pierwszej Alfy. Czego chcieć więcej? Przeżyłem Taravię, Kesame, prawdopodobnie przeżyję Airova i innych przyszłych władców. Przeżyję ich sam. Nie patrzyłem, gdzie idę, podążałem śladami In, aż nagle się zatrzymała. Uniosłem łeb i zauważyłem Inveth. Smoła szła obok Artemisa, ale podobnie, jak my, zatrzymała się. Stanąłem obok Ingreed, lekko się jeżąc i wtedy to się stało. Inveth zaczęła płakać. Skomliła, jak małe szczenię. Wbiegła w tłum wilków, usiłując się do nas przedostać. W końcu jej się udało, padła prosto przed naszymi łapami.

Ingreed? Specyficznie mi wyszło.

6 listopada 2018

Najaktywniejszy wilk

Najaktywniejszym wilkiem miesiąca zostaje Harbinger Ghost z liczbą 4 opowiadań. Na jego konto wpływa 400 L.

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template