Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaihe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaihe. Pokaż wszystkie posty
24 marca 2019
Od Karaihe
Był to dla wadery dzień wyjątkowy. Nie wesoły, bo to już za dużo powiedziane, ale wyjątkowy. Dla wielu był jak każdy inny, z jednym tylko, nic nie znaczącym szczegółem. Padał śnieg. Nikt by się pewnie nie spodziewał, ale daję słowo, Karaihe uwielbia śnieg. Tak, to dość zaskakujące, żeby ktoś tak zgorzkniały jak ona lubił tak dziecinną rzecz. Wilczyca jedynie odeszła w ustronne, bardzo ustronne miejsce, zupełnie jej nie znane i tam usiłowała cieszyć się każdą chwilą. Tak bardzo chciała być optymistką, lub choćby marnym realistą. Ale nie, ona zawsze automatycznie psuje sobie humor. Czasem usłyszy coś o tym, że przecież jest zdrowa, no to heja, powinna być wniebowzięta. I w takich chwilach chce przypieprzyć rozmówcy. Ciekawa jestem, czemu wciąż tego nie zrobiła. Chyba dlatego, że zawsze musi unosić się tą cholerną dumą, czy tam honorem, jeden ciort. W każdym razie - bicie przypadkowych wrzodów, choć wspaniałe, to nie w jej typie, niestety. Ale tego dnia nie o bicie waderze chodziło. Postanowiła zapomnieć o wszystkim. To głupie, ale spokojnie, ona doskonale o tym wie. Wie też, że jeśli zaraz się nie wyciszy, to ją krew jasna zaleje, dlatego wytrwale dążyła do tego błogiego stanu. Była już blisko, spokój na wyciągnięcie łapy, wreszcie zamknęła oczy, i wtedy usłyszała.
- Hej!
Donośny głos wyrwał ją z idealnego zacisza. Rozwarła oczy i tak bardzo chciała komuś przywalić. Z morderczym spojrzeniem odwróciła się, a tam - jak gdyby nigdy nic - stał uśmiechnięty, biały basior z śmieszno strzelistym włosiem na łbie.
- Czego? - oburzona nie odrywała wzroku od natręta. On widocznie był zadziwiony gwałtowną reakcją, bo przecież wydawała się być taka spokojna...
- Hola, hola, spokojnie. Cóż ja ci zrobiłem, że wyglądasz jakbyś chciała mi wydrapać oczy?
- Nie tylko wyglądam. - zapewniła - Przyszedłeś w konkretnym celu, czy tak tylko profilaktycznie zawracasz mi dupę?
Chyba go to rozśmieszyło. Karaihe nienawidzi ultra spokojnych osób, które uważają się za lepsze, drwiąc z tych podirytowanych.
- Powtarzam; nerwy są nie potrzebne. Raczysz wskazać mi drogę?
Basior pozwolił sobie na za dużo. Przekroczył pewne granice, których nikt nie powinien przekraczać.
- Zjeżdżaj, hipisie.
Wierzcie lub nie, ale te słowa jak nią były delikatne.
- Nie jestem hipisem. - zaprzeczył - A ty nie jesteś upoważniona do obrażania mnie.
Wadera tylko zakpiła, z zażenowaniem patrząc mu w oczy.
- Bo co?
- Nie jestem zwolennikiem siłowych rozwiązań, więc będę ucieszony, jeśli pozwolisz mi odejść. - uprzejmie się ukłonił i odszedł. Ale nie, Karaihe nie może mu puścić tego płazem. Śledzenie go byłoby iście idiotycznym wyjściem, a więc wykluczyła tą opcję. Wadera stwierdziła, że jeśli napatoczy się jej po raz drugi, to tego spotkania nigdy już nie zapomni. Nie wiedziała tylko, czy jest jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że drogi tych istot ponownie się skrzyżują. Zamaszyście mrugając, pusto patrzyła w oddalającą się sylwetkę basiora. W jej głowie rodził scenariusz kolejnej dyskusji z nim. Obiecała sobie, że za drugim razem tak go zagnie słowami, że nawet słówka nie piśnie ze zdziwienia, wstydu i zażenowania.
Parę godzin później, po czasie długiej refleksji nad życiem, Karaihe udała się znów do swojej jaskini. Mijała parę wilków po drodze, z żadnym jednak nie podjęła się rozmowy. Pilnie wyczekiwała białego basiora, bo naprawdę, nie wiedzieć czemu, w pewnym sensie chciała go spotkać. Zaintrygował ją. Swoją pospolitością, czy czymś tam. To głupie, ale przysięgam, chciała z kimś porozmawiać...
6 lutego 2019
Od Karaihe cd. Afry
Leżąca na tronie wadera wykrzywiła usta w psychopatyczny uśmiech, przy tym powabnie na nas patrząc. Jej nie proporcjonalnie gruby, długi, a do tego łysy ogon raz się zwijał, a później znów rozwijał. Spojrzałam jej w oczy. Były śnieżno-białe z malutką, czarną kropką, która prawdopodobnie była źrenicą.
– Dobrze, kochani. – odezwała się, leniwie podnosząc zad. Przy każdym ruchu wyginała się w nienaturalny sposób, a gdy przekręciła kark, ten głośno strzyknął.
– Widzę, że już rozejrzeliście się po moim przybytku... ha! Pięknie tu, co? Reehan!
Na ostatnie słowo zareagowałam bardzo gwałtownie — uniosłam brwi, marszcząc ze złości pysk. Wiedziałam, wiedziałam, że coś jest z nim nie tak!
– Czy podałeś gościom danie popisowe?
Kot posłusznie podszedł i pokornie skinął głową.
– Tak, oczywiście.
– Szczurze! – krzyknęłam mu w pysk. Stał on jednak jak kamień, jedynie Sheeza podśmiewała się z mojego nieopisanego gniewu. Czułam jak trzęsą mi się łapy i myliłam się, myśląc, że to efekt moich emocji. Kilkoma susami zbliżyłam się do zdrajcy z zamiarem wydłubania mu oczu, jednak nim zdążyłam powalić go na ziemię, zakręciło mi się w głowie. Bez silnie upadłam na zimną posadzkę. Czułam paraliż, nie mogłam nawet drgnąć. Przed oczami pojawiły się czarne mroczki, a finalnie piana zaczęła cieknąć mi z pyska. Nie widziałam Afry i nie byłam nawet w stanie jej zobaczyć, ale jestem pewna, że wszystko to wina tej zielonej mazi, którą tak naiwnie żeśmy zjadły. Sprowadza się to tylko do tego, że winne jest to brązowe szczurzysko, któremu jakże chętnie wyprułabym flaki. Cóż jednak można zrobić nieruchomo leżąc na podłodze... Najgorszy jednak był cały ten bezwład, po prostu nie czułam kończyn, co dodatkowo ciągnęło za sobą dyskomfort psychiczny. Mało tego, czułam się jak naiwny bachor, poniżony i - będą szczerą - skazany na śmierć. Ale śmierć mi nie przeszkadza, nie gdy dochodzą inne odczucia. Może się to wydawać śmieszne, ale bodźców jest tyle, że o śmierci przypomnę sobie dopiero gdy spojrzę jej w oczy. Ach, wówczas kres życia nie był mi w głowie... Czułam się upokorzona, ale najgorsze dopiero się zaczynało. Sheeza długim na pół łba językiem oblizała swój nos, i powolnym, jakże uwodzicielskim krokiem zbliżyła się do mnie. Dane mi było oglądać jej łapy, z których wystawały okropne, rozwarstwiające się szpony. Kły mimowolnie wysunęły mi się spod wargi, gdy wadera pogardliwie położyła swoje łapsko na moim łbie. Nie mogłam nawet nic powiedzieć, ba, nawet nie wiele czułam, ale nie o ból tu chodzi.
– Cóż tu teraz z wami począć? – Sheeza jakby nagle się zmęczyła, jej mimika mówiła, że jesteśmy dla niej kłopotem.
– Może... Wiem! Zabić? – zadała kolejne retoryczne pytanie, tym razem rechocząc jak na szalonego mordercę przystało. Pokierowała łapę na czubek mojego nosa, po czym starannie i powoli, przejechała po nim pazurem. Z rozchodzącej skóry powoli wypłynęła bordowa krew.
– Eh, tortury ze znieczuleniem nie dają zabawy... – stwierdziła smutniejąc ze słowa na słowo. Znudzona już głupimi gadkami rozejrzała się po sali. Zdrajca wpadł jej w oko.
– Reehanie?
– Tak?
– Ile cały ten paraliż będzie jeszcze trwał? Nudzę się.
– Nie długo, Pani. Nie całe... piętnaście minut, bodajże. – odrzekł jakże profesjonalnie, czujnie wyczekując kolejnych rozkazów.
– Cudnie... – po raz kolejny się uśmiechnęła, lecz tym razem był to uśmiech okazujący jej zamiary. Był wredny.
– W związku z powyższym, Reehanie, na wszelki wypadek pilnuj naszych zacnych gości. Pójdę po łańcuchy... Czymś w końcu trzeba skuć te cholerne diablice.
I wyszła, pozostawiając nas samych sobie. Od razu burzliwie spojrzałam na dumnie siedzącą pumę, która sprytnie unikała mojego wzroku.
– Boisz się? – zapytałam pogardliwie. Tamten od niechcenia rzucił mi znudzone spojrzenie.
– Jesteście żałosne. Ty w szczególności. – odrzekł spokojnie, odbijając moje zaczepki.
– Rozerwę ci serce! – jak śmiesznie musiała wyglądać drętwa wadera rzucająca groźby ignorującemu ją samcowi.
– Karaihe, spokojnie... – odezwała się Afra, a ja wyczułam w jej głosie strach. Trochę mnie to zmartwiło. Przypomniało mi i naszej sytuacji. Gniew powoli zaczął ustępować miejsca przerażeniu. Być może z Reehanem drążyłabym temat jeszcze przez kilka minut, lecz wraz z dźwiękiem obijających się łańcuchów, do pomieszczenia wkroczyła Sheeza. Tym razem bez słów — zimno i niepokojąco, za skórę na karku przywlekła nas do jednej ze ścian. Na tej ścianie właśnie wisiały żelazne uchwyty do łańcuchów. Wciąż z zimną krwią, początkowo skuła nas, a następnie przykuła do ściany. Czułam jak powoli wraca mi czucie, co wcale nie było dobrą wiadomością. Z przerażeniem w oczach spojrzałam na Afrę. Sheeza wbiła jej pazur w brzuch, na co ta pisnęła.
– Gotowe. – uśmiechnęła się. Cofnęła lekko łapy, patrząc na bezwładne ciała, jak sama określiła, "gotowe" do tortur.
– Będziecie błagać o śmierć... – szepnęła.
29 stycznia 2019
Od Karaihe cd. Afra
- Tak egoistycznie mdleć! - warknęłam rozzłoszczonym wzrokiem obdarzając bezwładnie leżącą waderę. Ta cała sytuacja mnie przerasta, nawet jeśli uda nam się wyjść to prędzej zabiję wszystkich dookoła. W tym ją.
Energicznym ruchem uderzyłam Afrę w nos. Mogłam ją tu zostawić, ale prawdę mówiąc może się jeszcze na coś przydać. Zapewne nie jest to empatyczne myślenie, bo w takich sytuacjach empatycznie myśleć nie potrafię. Ogólnie na co dzień trudno jest mi być miłą. W sensie jest to pewnie banalnie proste, ale jakoś mnie do tego nie ciągnie. Po prostu. A jak ktoś nie słyszy, to po prostu idealnie, pomyje można wylewać. Jestem tchórzem. Takim typowym.
- Afra, nie wymiękaj... - skrzywiłam się - Nie teraz, dobrze?
Wyjścia nie było. Wzięłam waderę na grzbiet i nie powiem - przyszło mi to z wielkim trudem. Gdy szłam, Afra nieustannie ocierała o sufit. W niższych miejscach musiałam się wręcz czołgać, co też do prostych czynności nie należało. Ale wiecie co było najgorsze? Wszechobecna ciemność. Nie widziałam nic, nie jednokrotnie przywaliłam łbem o jakieś stalaktyty i nie raz potknęłam się choćby o własny ogon. Prócz tego było coraz ciężej, a i wydawało mi się, że te wąskie ścieżki nie mają końca. Nieznacznie rozpogodził mi się pysk, gdy, daleko bo daleko, coś emitowało zielonkawe światło. Ślepo i naiwnie jak dziecko brnęłam byle do celu. Miałam nawet ochotę zrzucić waderę z grzbietu, ale umówmy się, że wszystko ma swoje granice. Oprócz głupoty. Ta zawsze mnie zadziwia.
Światło wyglądało coraz to na mocniejsze. Potwierdzało to jedynie moje przeczucie, że jestem coraz bliżej. Po chwili do moich uszu dotarły tajemnicze szepty. Wyglądało to tak, jakby światło mówiło. Wykonałam jeszcze jeden skręt w prawo i oto moim oczom ukazała się mała fontanna o zielonej poświacie. Woda wylewała się z szczelin, radośnie przy tym pluskając. Dookoła idealnie okrągłego zbiornika stały identyczne wobec siebie pomniki medytujących ludzi. Wciąż roznosił się niezrozumiały dla mnie szept. Zbliżyłam się do kamiennej krawędzi nad wodą, gdy nagle straciłam równowagę. Przez ogon, rzecz jasna. Wpadłam do wody, a wraz ze mną oczywiście Afra. Studzienka okazała się być jeszcze głębsza w rzeczywistości. Najgorsze było to, że tonęłyśmy w niej wyjątkowo szybko. Plusem było to, że podczas tej nieoczekiwanej kąpieli wadera ocknęła się. Otworzyła oczy. Wymownie na nią spojrzałam i z całych sił płynęłam w jej stronę, jednak woda stawiała opór. To była dziwna woda. Najdziwniejsze było to, że po mimo moich umiejętności, zemdlałam.
Gdy otworzyłam oczy, obok mnie leżała trzeźwa już wadera.
- Gdzie... gdzie jesteśmy? - zapytałam niemrawo, przymkniętymi oczami rozglądając się dookoła. Mój wzrok zatrzymał się na okaleczonym kocie - zapamiętałam tylko, że był brązowy i biło od niego zielenią.
Obudziłam się po raz drugi. Kot stał nad Afrą, smarując jej nos maścią o nieznanym mi składzie. Gdy skończył z ukosa spojrzał na mnie. Miał szmaragdowe oczy, a przez błyszczący nos przechodziła krwawa rana. Oprócz tego posiadał kilka zadrapań i uszczerbane ucho. Nie wyglądał przyjaźnie, ale gdyby miał złe intencje to raczej by nas nie ratował, prawda?
- Uprzedzając twoje pytanie - jesteś w mojej świątyni.
Czy to sen? Koszmar?!
- Wybacz kotku, chyba mam omamy. - zamruczałam. Nieznajomy podszedł do mnie usiłując posmarować nos tą samą maścią.
- Łapy precz! - warknęłam stanowczo, cofając łeb.
- Zgoda. - stwierdził krótko i usiadł na przeciwko nas - Wiem kim jesteście. Afra i Karaihe. I powiem wam, że mamy ten sam cel. To wszystko wydaję się wam pewnie dziwne. Najpierw trafiacie do tunelu, później prześladuje was jakaś wadera, a teraz jeszcze ja... I od razu po spotkaniu przedstawiam wam pokrótce swoją historię. Żadne to omamy, żaden to sen. Po prostu chcę stąd wyjść uprzednio zabijając Sheezę.
- Kim do ch...
- Sheeza to wadera, która nam wszystkim chyba wyrządziła krzywdę - przerwał mi - Moja świątynia w tych tunelach trwała przez wieki. Aż przyszła ona. Mnie? Wygnała. A cóż mogła zrobić. Ale tego, że wszytskie stautetki, pomniki i mury wyburzyła - tego nie jestem w stanie wybaczyć. - w tym momencie kot zmarszył pysk i złowrogo spojrzał w przestrzeń - Tak poza tym, to Reehan jestem. Zbierajcie się do kupy, bo wszystkie tunele walą się jak domki z kart...
24 stycznia 2019
Od Karaihe cd. Afra
- Dziwne. - mruczę pod nosem, nie dowierzając już niczemu, co ma jeszcze mnie spotkać. Z dezaprobatą podchodzimy ramię w ramię do posagu, ale przestrzeżeni ostrożnością zatrzymujemy się metr obok niego, wyciągając nosy. Nie było mi dane wąchać złota, to fakt, ale lew jak na mój gust nie pachniał podejrzanie. Przyjrzałam się raz jeszcze jego pyskowi. Po szeroko otwartych ślepiach przeszedł czerwony błysk.
- Uważaj. - szepnęłam nerwowo, nauczona intuicją. Nim zdążyłam podjąć jakiekolwiek kroki w tej sprawie, grunt zaczął się trząść. Na pozór twardą podłogę jaskini przeszyło cienkie pęknięcie, a po nim kolejne. Mosiężny posąg chwiał się na wszystkie strony, aż w końcu upadł. Oprócz odrąbanej głowy nie doznał innych obrażeń, jednak w momencie, gdy złoty łeb przydzwonił w pękające podłoże, wszystko jakby runęło.
~***~
Podczas swobodnego spadania, niefortunnie oberwałam odłamkiem w łeb. Z Afrą też najlepiej nie było - gdy wygrzebałam się spod gruzu, ujrzałam ją jakby martwą. Pospiesznie podbiegłam i nachyliłam się nad jej klatką piersiową. Oddychała. Wiedząc, że nie zejdzie z tego świata, zaczęłam się rozglądać. Spojrzałam w górę. Poprzednie pomieszczenie było może z cztery metry nad nami. Za żadne skarby się tam nie wdrapiemy. Super, jesteśmy tylko głębiej i coraz bardziej tracę orientację. Po krótkiej ocenie sytuacji wróciłam do Afry i zaczęłam ją cucić. Po kilku nieprzynoszących rezultatów plaskaczy wylałam na jej pysk lodowatą wodę. Zmarszczyła brwi i z ponurym grymasem otworzyła oczy.
- Jest jeszcze gorzej - oznajmiłam, czekając, aż wadera na dobre się ocknie. Mozolnie wstała i zaczęła się rozglądać.
- A więc, jak widzisz, wyjście jest jedno - z niesmakiem spojrzałam na ciasny, ciemny tunel, w którym ledwo zmieści się dorosły wilk. Nienawidzę przechodzić przez coś takiego - nie można się obrócić, w każdej chwili może się zawalić, a gdy spotkasz wroga na swojej drodze - jesteś na przegranej pozycji.
22 stycznia 2019
Od Karaihe
Idąc przez ciemny tunel z całych sił - tak na wszelki wypadek - starałam się zapamiętać drogę. Nie była skomplikowana, ale w ciemności, mimo światełka Afry, łatwo się zgubić. W ciemności też ciężko coś dostrzec, dlatego analizowanie drogi wymagało wielkiego skupienia. Spokojnie oglądałam każdy szczegół i gdy tak sobie trwałam w zamyśleniu, usłyszałam przeraźliwy pisk, który wybił mnie z transu. Mimowolnie podskoczyłam i odwróciłam łeb w stronę dobiegającego dźwięku. Początkowo nie było widać nic. Z dezaprobatą, nad wymiar ostrożnie i powoli zbliżałyśmy się do celu. Gdy Afra oświetliła drogę, na chwilę zamarłam i odruchowo odwróciłam wzrok. Zdążyłam zauważyć jedynie zakrwawione ciało wilka. Głowa nabita była na pal obok. Krew ciekła strumieniami i to, co najbardziej mnie przeraziło - była świeża. Z odrazą ponownie spojrzałam się na truchło. Nie było na nim ran, ale jednak krew była wszędzie. I był to kolejny powód do niepokoju. Gdy pierwsze wrażenie opadło, spojrzałam na Afrę, dla której zastały nam widok również nie był przyjemny.
- Uciekamy. - szepnęłam łamiącym się głosem. Poderwałyśmy się do biegu, a ze strachu biegłyśmy tak szybko, że nikt nie spamiętałby drogi.
W panice uciekałyśmy długo, aż zdałam sobie sprawę, że to bez sensu.
- Stój! - szarpnęłam, sama się zatrzymując. Afra odwróciła się.
- To bez sensu. Znając moje szczęście, wyjście jest tak daleko, że prędzej padniemy z wycieńczenia. - skrzywiłam się.
- Też masz wrażenie, że ktoś tu jest i nas obserwuje? - zapytała wadera, niepewnie rozglądając się po ścianach tunelu.
- Oj mam. I to wrażenie zapędzi mnie do grobu. Ale ten wilk... został zabity przed chwilą i jego morderca musi tu być...
- Co chcesz zrobić? Nie chcesz chyba go spotkać? - wadera przekręciła łeb i z przerażeniem na mnie spojrzała.
- Nie. Nie chcę, ale tylko dlatego, że nie wiem, kim jest. Może być amatorem, który nie opanował swoich emocji, a może być potworem żyjącym śmiercią. - wyjaśniłam.
- Amatorem? - zewsząd odezwał się przenikliwy głos. Cofnęłam się, próbując znaleźć jego właściciela.
- Nie doceniacie mnie. Czuję się urażona... - sarkastycznie zakpił głos, po czym ucichł. Nie słyszałam nawet żadnego szelestu. Przerażona spojrzałam na Afrę.
- Zabawa w kotka i myszkę. Nie zabije nas w przeciągu kilku następnych dni, aż jej się znudzi. - szepnęłam, jak zwykle dzieląc się pesymistycznymi myślami z innymi.
- Musimy znaleźć wyjście. - stwierdziła wadera, akcentując słowo „musimy”. Twierdząco pokiwałam głową. Na łapach jak z waty, tym razem powoli, wręcz się skradając, szłyśmy obok siebie. Przez długi czas nie było żadnego odzewu. Zero.
- Ciekawe, czyżby już odpuściła. - zamyśliłam się na głos.
- Miejmy taką nadzieję. A może ktoś po prostu robił sobie żarty?
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego uważnie patrzyłam się w przód, bo wydawało mi się, że widzę światło. Nie zamierzałam jednak pisnąć choćby słówka, bo o ile ta bestia tu jest, na pewno mnie usłyszy. Będąc coraz bliżej, wiedziałam już na pewno - wyjście! Uradowana spojrzałam na waderę, której gestem pokazałam, aby mimo wszystko zachowała ciszę. Wyjście nie było strome, było idealne, wręcz bajkowe. Gdy już słońce oświetliło nasze pyszczki, ozwał się podirytowany tym razem głos:
- Dokąd to?!
Wyjście zasypało się skałami. Jako ostatni poturlał się kulisty kamień, na którym wyryty był przekaz „Uciekajcie, wilczki...”. Po chwili tak krótkiej, że nie zdążyłam się nawet rozejrzeć, ze wszystkich zakamarków jaskini zaczęły wyłazić parszywe szczury, ze zmutowanymi pyskami czy ogonami.
- Oto pierwsza szansa na śmierć. Nie spartolcie tego! - zaśmiała się, można by rzec torturująca nas bestia. Przybliżyłam się do Afry i nabrałam gotowości do walki.
- Uciekamy. - szepnęłam łamiącym się głosem. Poderwałyśmy się do biegu, a ze strachu biegłyśmy tak szybko, że nikt nie spamiętałby drogi.
W panice uciekałyśmy długo, aż zdałam sobie sprawę, że to bez sensu.
- Stój! - szarpnęłam, sama się zatrzymując. Afra odwróciła się.
- To bez sensu. Znając moje szczęście, wyjście jest tak daleko, że prędzej padniemy z wycieńczenia. - skrzywiłam się.
- Też masz wrażenie, że ktoś tu jest i nas obserwuje? - zapytała wadera, niepewnie rozglądając się po ścianach tunelu.
- Oj mam. I to wrażenie zapędzi mnie do grobu. Ale ten wilk... został zabity przed chwilą i jego morderca musi tu być...
- Co chcesz zrobić? Nie chcesz chyba go spotkać? - wadera przekręciła łeb i z przerażeniem na mnie spojrzała.
- Nie. Nie chcę, ale tylko dlatego, że nie wiem, kim jest. Może być amatorem, który nie opanował swoich emocji, a może być potworem żyjącym śmiercią. - wyjaśniłam.
- Amatorem? - zewsząd odezwał się przenikliwy głos. Cofnęłam się, próbując znaleźć jego właściciela.
- Nie doceniacie mnie. Czuję się urażona... - sarkastycznie zakpił głos, po czym ucichł. Nie słyszałam nawet żadnego szelestu. Przerażona spojrzałam na Afrę.
- Zabawa w kotka i myszkę. Nie zabije nas w przeciągu kilku następnych dni, aż jej się znudzi. - szepnęłam, jak zwykle dzieląc się pesymistycznymi myślami z innymi.
- Musimy znaleźć wyjście. - stwierdziła wadera, akcentując słowo „musimy”. Twierdząco pokiwałam głową. Na łapach jak z waty, tym razem powoli, wręcz się skradając, szłyśmy obok siebie. Przez długi czas nie było żadnego odzewu. Zero.
- Ciekawe, czyżby już odpuściła. - zamyśliłam się na głos.
- Miejmy taką nadzieję. A może ktoś po prostu robił sobie żarty?
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego uważnie patrzyłam się w przód, bo wydawało mi się, że widzę światło. Nie zamierzałam jednak pisnąć choćby słówka, bo o ile ta bestia tu jest, na pewno mnie usłyszy. Będąc coraz bliżej, wiedziałam już na pewno - wyjście! Uradowana spojrzałam na waderę, której gestem pokazałam, aby mimo wszystko zachowała ciszę. Wyjście nie było strome, było idealne, wręcz bajkowe. Gdy już słońce oświetliło nasze pyszczki, ozwał się podirytowany tym razem głos:
- Dokąd to?!
Wyjście zasypało się skałami. Jako ostatni poturlał się kulisty kamień, na którym wyryty był przekaz „Uciekajcie, wilczki...”. Po chwili tak krótkiej, że nie zdążyłam się nawet rozejrzeć, ze wszystkich zakamarków jaskini zaczęły wyłazić parszywe szczury, ze zmutowanymi pyskami czy ogonami.
- Oto pierwsza szansa na śmierć. Nie spartolcie tego! - zaśmiała się, można by rzec torturująca nas bestia. Przybliżyłam się do Afry i nabrałam gotowości do walki.
16 stycznia 2019
Nowa wadera — powitajmy Karaihe!
Rozum jest po to, by mieć czym pojąć, że należy się go jak najszybciej pozbyć, bo to on jest sprawcą wszystkich historycznych klęsk.
Imię: Karaihe
Pseudonim: Ze wszystkich pseudonimów przetrwały liczne skróty imienia (np. Kai), a także jeden oryginalny: Ais. Dla niekomplikowania sprawy zdarza jej się przedstawiać jako Karaihe Ais.
Wiek: 6 lat
Płeć: Wadera
Charakter: Karaihe to stworzenie pełne przeciwności, bo nosi w sobie dwie, walczące ze sobą cechy, czy raczej poglądy. Dwie — to pewnie według wielu mało. Dlatego tak wielu jest w błędzie.
Pierwsza przeciwność, mocno powiązana z jej mottem, wspaniałym, nieco abstrakcyjnym według niektórych, nie pozwala jej żyć naturalnie. To dlatego, że – naturalnie – Karaihe jest racjonalistką. Tak, wszystko musi analizować, wszystko filtrować swoim nieszczęsnym rozumem, ale wie, bardzo dobrze wie, że to złe. Działa niezgodnie ze swoimi poglądami, ot taka hipokrytka. Tyle że w tym przypadku hamuje swoje myśli, które gdy mają okazję do popisu, wylewają się z jej głowy. I to też nie jest fajne. Bo gdy te wstrzymywane myśli się wylewają, to wszystkie naraz, i wtedy Karaihe widzi, jakim jest niebezpieczeństwem. Bo wtedy z najczarniejszych zakątków jej umysłu wychodzą ciemne, przerażające pomysły. Pomysły, o których wolałaby nie wiedzieć.
Druga przeciwność - jej Siła kontra zasady moralne. Zasady mówią, że choćby już zabijać, czy ranić, to z umiarem. Jej Siła mówi, że trzeba niszczyć, wszystko, wszystkie życia i nie-życia. A siłę ciężko okiełznać. Bo nie mam tu na myśli mocy jej mięśni. Mam na myśli to coś, co wypełnia k a ż d y zakątek jej ciała, coś co buzuje w środku i co bardzo chce wyjść na zewnątrz. Ale jak się to coś wypuści, to tylko patrzeć jak pustoszeje okolice, jak bez litości zabija wszystko, aż - nareszcie - gdy znajdzie się ktoś silniejszy, kto tak tą Siłę zleje, z podkulonym ogonem ucieknie ona do swojego właściciela.
Teraz można już wywnioskować, że Karaihe jest niestabilna, zupełnie jak woda. Nieobliczalna, niebezpieczna, ale, szukając zalet - walcząca ze swoimi przywarami. Czasem jednak bardzo pragnie się wyzwolić i być sobą, co jednak, delikatnie mówiąc, nie wpływa pozytywnie na otoczenie.
W relacjach wilko-wilczych jest już bardziej sobą, w sensie jej charakter jest jej, nie kieruje się utartym przekonaniem, żeby robić dobre wrażenie, czy przynajmniej starać się być miłą osóbką. W prawdzie czasami nawet wysili się na cieplejszy głos, ale czasami burzliwie na kogoś spojrzy i wielce obrażona odejdzie, że aż strach za nią podążyć. I oto ona, nie przepadająca za towarzystwem, zimna suka. Nawet gdyby los zmusił ją do współpracy, to co najwyżej wywiąże się z tego szacunek, o przyjaźni nie wspominając. Ale ten szacunek magicznie nie sprawi, że cie pokocha i zacznie uwielbiać. Będzie milsza tylko wtedy, gdy będzie miała dobry humor. Ale i tak będzie wysyłać uszczypliwe komentarze, gesty, czy inne takie. Możesz mieć jednak pewność, że zdobywszy jej szacunek zdobyłeś też jej wierność - jej moce, jej kły i jej pazury. Wtedy wspomoże cię w boju. Ale nadal nie będzie ciepła. Dopiero jeśli odważysz się na szczerą rozmowę, i jeśli wadera tą rozmowę będzie ciągnęła i poczuje, że okazałeś jej wsparcie, wtedy może się uśmiechnie. Mimo wszystko do końca pozostanie sobą - będzie cię unikać, obrażać i sprawiać wrażenie, że cię nienawidzi.
A teraz pytanie - co jeśli ktoś zajdzie jej za skórę? Jeśli to będzie coś poważnego, jak zabicie kogoś, kogo chociażby lubiła, lub jakaś zdrada, wtedy winny poniesie karę. Wadera całe życie będzie się trudniła, by odebrać mu życie. Jeśli jednak zbrodnia nie będzie już tak poważna, lub Karaihe nie będzie w stanie kogoś zabić (ze względów psychicznych, rzecz jasna), to wtedy po prostu zniknie z czyjegoś życia. Słowem się nie odezwie, nie da drugiej szansy. Zapadnie się pod ziemie, ale tylko dla tej jednej osoby...
Ale z Karaihe można rozmawiać też i normalnie. Jeśli rozpozna, że ma do czynienia z osobą kompetentną i zdrową psychicznie, wtedy rzadziej będzie rzucać zimne wyrażenia. Wciąż nie będzie sprawiać wrażenia ciepłej i miłej, ale przynajmniej będzie się zachowywać stosunkowo normalnie. Tylko o czym z nią rozmawiać? To dobre pytanie, bo Karaihe nienawidzi jakichś gadek o pogodzie, lub typowych pytań: "co tam?". Jak z nią rozmawiać, to najlepiej na tematy filozoficzne. Nikomu o tym nie mówi, ale ona uwielbia filozofię. Czyta wiele tego typu książek, wręcz tonie w tej nauce. Każdą wolną chwilę spędza na rozważaniach. Są to rozważania na temat wielu rzeczy, ale jej ulubionym tematem są abstrakcje, z którymi niekiedy się utożsamia. I to też jest abstrakcja.
Druga przeciwność - jej Siła kontra zasady moralne. Zasady mówią, że choćby już zabijać, czy ranić, to z umiarem. Jej Siła mówi, że trzeba niszczyć, wszystko, wszystkie życia i nie-życia. A siłę ciężko okiełznać. Bo nie mam tu na myśli mocy jej mięśni. Mam na myśli to coś, co wypełnia k a ż d y zakątek jej ciała, coś co buzuje w środku i co bardzo chce wyjść na zewnątrz. Ale jak się to coś wypuści, to tylko patrzeć jak pustoszeje okolice, jak bez litości zabija wszystko, aż - nareszcie - gdy znajdzie się ktoś silniejszy, kto tak tą Siłę zleje, z podkulonym ogonem ucieknie ona do swojego właściciela.
Teraz można już wywnioskować, że Karaihe jest niestabilna, zupełnie jak woda. Nieobliczalna, niebezpieczna, ale, szukając zalet - walcząca ze swoimi przywarami. Czasem jednak bardzo pragnie się wyzwolić i być sobą, co jednak, delikatnie mówiąc, nie wpływa pozytywnie na otoczenie.
W relacjach wilko-wilczych jest już bardziej sobą, w sensie jej charakter jest jej, nie kieruje się utartym przekonaniem, żeby robić dobre wrażenie, czy przynajmniej starać się być miłą osóbką. W prawdzie czasami nawet wysili się na cieplejszy głos, ale czasami burzliwie na kogoś spojrzy i wielce obrażona odejdzie, że aż strach za nią podążyć. I oto ona, nie przepadająca za towarzystwem, zimna suka. Nawet gdyby los zmusił ją do współpracy, to co najwyżej wywiąże się z tego szacunek, o przyjaźni nie wspominając. Ale ten szacunek magicznie nie sprawi, że cie pokocha i zacznie uwielbiać. Będzie milsza tylko wtedy, gdy będzie miała dobry humor. Ale i tak będzie wysyłać uszczypliwe komentarze, gesty, czy inne takie. Możesz mieć jednak pewność, że zdobywszy jej szacunek zdobyłeś też jej wierność - jej moce, jej kły i jej pazury. Wtedy wspomoże cię w boju. Ale nadal nie będzie ciepła. Dopiero jeśli odważysz się na szczerą rozmowę, i jeśli wadera tą rozmowę będzie ciągnęła i poczuje, że okazałeś jej wsparcie, wtedy może się uśmiechnie. Mimo wszystko do końca pozostanie sobą - będzie cię unikać, obrażać i sprawiać wrażenie, że cię nienawidzi.
A teraz pytanie - co jeśli ktoś zajdzie jej za skórę? Jeśli to będzie coś poważnego, jak zabicie kogoś, kogo chociażby lubiła, lub jakaś zdrada, wtedy winny poniesie karę. Wadera całe życie będzie się trudniła, by odebrać mu życie. Jeśli jednak zbrodnia nie będzie już tak poważna, lub Karaihe nie będzie w stanie kogoś zabić (ze względów psychicznych, rzecz jasna), to wtedy po prostu zniknie z czyjegoś życia. Słowem się nie odezwie, nie da drugiej szansy. Zapadnie się pod ziemie, ale tylko dla tej jednej osoby...
Ale z Karaihe można rozmawiać też i normalnie. Jeśli rozpozna, że ma do czynienia z osobą kompetentną i zdrową psychicznie, wtedy rzadziej będzie rzucać zimne wyrażenia. Wciąż nie będzie sprawiać wrażenia ciepłej i miłej, ale przynajmniej będzie się zachowywać stosunkowo normalnie. Tylko o czym z nią rozmawiać? To dobre pytanie, bo Karaihe nienawidzi jakichś gadek o pogodzie, lub typowych pytań: "co tam?". Jak z nią rozmawiać, to najlepiej na tematy filozoficzne. Nikomu o tym nie mówi, ale ona uwielbia filozofię. Czyta wiele tego typu książek, wręcz tonie w tej nauce. Każdą wolną chwilę spędza na rozważaniach. Są to rozważania na temat wielu rzeczy, ale jej ulubionym tematem są abstrakcje, z którymi niekiedy się utożsamia. I to też jest abstrakcja.
Wygląd: Karaihe nie grzeszy urodą. Wszystko przez męskie rysy całego ciała — mosiężne kończyny i brak tego czegoś. Nie jest zgrabnym wilkiem. Ładny w niej może być co najwyżej jasno-błękitny kolor. Tym, czego w sobie nienawidzi są te niedorozwinięte kikuty, wyglądem przypominające skrzydła. Cieszącym widokiem może być jeszcze jej długi, puszysty ogon, który tajemniczo lewituje, zachowuje się jak w wodzie – swobodnie się unosi.
Głos: Brzydki. Wysoki i zimny, a żeby innym nie pękały bębenki, Karaihe mówi szeptem.
Stanowisko: Omega
Umiejętności: Intelekt: 15 | Siła: 3 | Zwinność: 4 | Szybkość: 5 | Magia: 8 | Wzrok: 5 | Węch: 5 | Słuch: 5
Rasa: Wilk Wody
Żywioły: Woda, lód
Moce:
▪ panowanie wodą w każdym staniu skupienia; panuje, czyli robi co jej się podoba – zmienia temperaturę, manipuluje nią, niekiedy tworzy z niej różnorakie stwory.
▪ pobudzanie wielkich zbiorników wodnych, również tych stałych (stawy, jeziora) i przyciąganie ich zawartości (tworzenie fal, także potężnych tsunami).
▪ oddychanie pod wodą.
▪ sprawne poruszanie się w wodzie.
▪ filtrowanie wody, czyli oczyszczanie jej ze wszelkich zanieczyszczeń, co nadaje jej źródlany smak.
Rodzina:
▪ matka – Iffee
▪ ojciec – Todonari
▪ rodzeństwo, którego imion nie ma sensu podawać.
Partner: Śmieszne.
Potomstwo: Jeszcze śmieszniejsze.
Historia: Karaihe urodziła się w wysokich, ale to bardzo wysokich górach, zamieszkałych przez skrzydlate wilki. Wszystkie bez wyjątku miały skrzydła. I Karaihe, gdy się urodziła, je posiadała. Gorzej jednak radziła sobie z nauką latania, przez co została odrzucona przez rówieśników. Matka też za nią nie przepadała, a ojciec się jej wyrzekał. Karaihe naiwnie wierzyła w miłość rodzicielki. Gdy dorastała, a jej skrzydła nie rosły, zawsze szła wypłakać się do mamy. Tak samo gdy ktoś ją obrażał, szła do matki. Kochała ją i wiedziała, że z wzajemnością. Gdy i te starsze wilki chciały ją wygnać z powodu „inności”, jej matka je poparła. To był cios w serce. Wataha wygnała ją z gór, podśmiewając się z tego, że nie może latać. I wtedy Karaihe zrozumiała, że wszyscy są breją gówna z błotem. I ot tak znienawidziła cały świat. Dopiero gdy okazało się, że samemu nie łatwo przetrwać, szukała odpowiedniej dla siebie watahy. Ta wataha odpowiadała jej ze względu na podmokłe tereny. I tu już została.
Jaskinia: Jaskinia Karaihe jest wilgotna i chłodna, płynie przez nią lodowata rzeka, w której zwykła sypiać.
Ciekawostki:
▪ ciało Karaihe aż w 85% składa się z wody.
▪ Karaihe uwielbia filozofię.
▪ Karaihe często sypia pod wodą.
Właściciel: nofingelzmater@gmail.com | Rectus (H)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Etykiety
Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.
Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.
Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template
Sisters of The Template
