Zmieniłem się w wilka. Moim oczom ukazał się kryształowy duch. Wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt, że było to dziecko. Płakało.
Podszedłem do duszka i zacząłem spokojną rozmowę. W łapie miałem przygotowane dwie fiolki na łzy. Złapałem kilka łez i postanowiłem pocieszyć duszka.
- Dlaczego płaczesz malutki?- Spytałem, a ten najwidoczniej dopiero teraz zdał sobie sprawę z mojego towarzystwa.
- Umarłem.- odpowiedział płacząc
- Dlaczego? byłeś chory?
- Nie. Szukałem z mamusią szukać jagód, ale spadliśmy z klifu. Ja umarłem, a moja mamusia przeżyła...
- Może jej poszukamy? Nie mogłeś umrzeć dawno, inaczej bym Cię nie zobaczył. Ona też powinna móc Cię zobaczyć.- duszek przestał płakać. Razem udaliśmy się do domu duszka, tylko ja pod postacią orła. Po wschodzie słońca byliśmy przed domem duszka. W oknie mogliśmy dostrzec smutną kobietę w ręce trzymała kartkę z jakimś rysunkiem. Nie zauważyła nas jeszcze.
Wylądowałem na parapecie i stuknąłem w szybę. Kobieta podskoczyła ale podeszła do okna. Otworzyła je. Widocznie podziwiała moje nietypowe, jak na ludzi umaszczenie. wydałem z siebie orli pisk i się przesunąłem. Kobieta widocznie zbladła.
- S...Synku...- Wyszeptała. Duszek i kobieta się przytulili. - Nie mogłem dłużej patrzeć na tę scenę. Odleciałem. Miałem to,czego szukałem. Z kryształowymi łzami duszka leciałem w kierunku Największego wulkanu o jakim słyszałem. Szukałem Ognistego renifera.
30 lipca 2019
Od Adeliny " Trucizna- trudna sprawa"
Od kilku dni czuję ból. Nie jest on jakiś wielki i nie trwa cały czas, ale nie mogę go lekceważyć. Udałam się więc do medyka. Sonata dokładnie mnie zbadała, pobrała moją krew i wiele więcej. Na koniec kazała mi poczekać na wyniki. Po półgodzinnym czekaniu skrzydlata wadera wróciła ze smutnym wzrokiem.
- Pani organizm wytwarza truciznę, która usiłuje Panią zabić od środka. Nie zostało zbyt wiele czasu. Może kilka dni, albo tydzień.
- Nie ma żadnej odtrutki? Nie ma nic spowalniającego skutki trucizny?- Spytałam ze spokojem, ale w środku czułam strach. Wadera ze smutkiem pokręciła głową.
- Przykro mi Adelino. Nie odkryliśmy jeszcze odtrutki na Twoją truciznę.- Pożegnałyśmy się i udałam się do lasu. Postanowiłam zapolować na jakąś sarenkę. Na moje szczęście wpadłam na jej trop. Gdy w końcu znalazłam zwierzę, zaczaiłam się w zaroślach. Wysunęłam moje pazury i czekałam na odpowiedni moment. Głupie stworzenie podeszło pod same zarośla aby zjeść rosnącą przy nich koniczynę. Moja ofiara wpatrywała się w moje oczy. ja tylko na nią skoczyłam i wbiłam pazury w jej ciało. Zwierzę zaczęło szaleć. Nigdy mnie to nie wzruszało, zawsze dawałam radę się utrzymać na grzbiecie silniejszych zwierząt, a co dopiero na takiej sarnie, ale... Dziś było inaczej. Poczułam ogromny ból i spadłam ze zwierzęcia. Ciężko dysząc leżałam na ziemi. kilka minut później sarna również padła, tylko martwa.
- Moja trucizna jest silniejsza. Wcześniej tylko osłabiała, ale teraz? Teraz zabija, ale nie tylko moje ofiary. Mnie też..
- Pani organizm wytwarza truciznę, która usiłuje Panią zabić od środka. Nie zostało zbyt wiele czasu. Może kilka dni, albo tydzień.
- Nie ma żadnej odtrutki? Nie ma nic spowalniającego skutki trucizny?- Spytałam ze spokojem, ale w środku czułam strach. Wadera ze smutkiem pokręciła głową.
- Przykro mi Adelino. Nie odkryliśmy jeszcze odtrutki na Twoją truciznę.- Pożegnałyśmy się i udałam się do lasu. Postanowiłam zapolować na jakąś sarenkę. Na moje szczęście wpadłam na jej trop. Gdy w końcu znalazłam zwierzę, zaczaiłam się w zaroślach. Wysunęłam moje pazury i czekałam na odpowiedni moment. Głupie stworzenie podeszło pod same zarośla aby zjeść rosnącą przy nich koniczynę. Moja ofiara wpatrywała się w moje oczy. ja tylko na nią skoczyłam i wbiłam pazury w jej ciało. Zwierzę zaczęło szaleć. Nigdy mnie to nie wzruszało, zawsze dawałam radę się utrzymać na grzbiecie silniejszych zwierząt, a co dopiero na takiej sarnie, ale... Dziś było inaczej. Poczułam ogromny ból i spadłam ze zwierzęcia. Ciężko dysząc leżałam na ziemi. kilka minut później sarna również padła, tylko martwa.
- Moja trucizna jest silniejsza. Wcześniej tylko osłabiała, ale teraz? Teraz zabija, ale nie tylko moje ofiary. Mnie też..
28 lipca 2019
Cud natury - Od Victorii
W nocy, gdy już wszystko miałam zrobione i posiadałam trochę energi, udałam się nad rzekę. Zza małych i rzadkich chmurek wyłaniał się nasz kochany księżyc, który pod postacią "rogalika" odbijał nie białe, nie czerwone, a niebieskie światło. Takie rzadkie zjawisko miało miejsce około 500 lat temu.
Wysoka już trawa i bujne krzewy zasłaniały widok. Słyszałam już dość spokojny nurt rzeki. Gdy poczółam, że ziemia robi się błitnista, zwolniłam. Zaóważyłam typową dla rzek odmianę świetlików.
Ostrożnie rozłożyłam skrzydła i skoczyłam w trawę przed sobą. Wkoło uniosły się miliony świetlików. Było tak pięknie. Oświetlone drzewa, "chmurka" świetlików unosiła się nad rzeką i powoli leciała w jej dół, lekki zapach lasu i mieszał się z zapachami okolicnych kwiatów.
Postanowiłam udać się do domu przez chwilę lecąc wzdłuż rzeki. Przepiękne świwtliki leciały razem ze mną. Grópą krążyły wkoło mnie, a że leciałam dość wolno nie mósiały się zbytnio męczyć. *Dla jakiegoś szczeniaka wyglądałabym jak duch.*- zaśmiałam się cicho na tą myśl.
Nie pamiętam co działo się później. Byłm zbyt zmęczona, ale musiałam złapać kilka świwtlików do słoika, ponieważ, gdy obudziłam się w jaskini widziałam takowy słoik obok mnie.
Taka noc to cud natury.
21 lipca 2019
Laufey i mentor z księżyca cz. 3
Topaz zniknął w błękitnej mgiełce, a ja udałem się do moich szklarni. Opowiedziałem o wszystkim moim sowim przyjaciołom. Obiecali, że zajmą się szklarniami do mojego powrotu. Fiona pomogła mi zbierać 100 lodowych jagód, a Lucky poleciał po 3 liście ostrokrzewu jaskiniowego. Gdy wrócili zamroziłem wszystko w kilku kostkach lodu i schowałem w krysztale. Zabrałem też średni kociołek i kilka potrzebnych narzędzi do zrobienia wywaru. Pożegnałem się ze wszystkimi i poszedłem do krowo –kwiatu. Podlałem go, zmierzyłem i nakarmiłem. Pogłaskałem go po nosie i się pożegnałem. Udałem się na południe. Gdy byłem już za granicami WSO wyszeptałem zaklęcie i zmieniłem się w geparda. Miałem te same barwy i kryształ w łapie. Zmieniła się tylko wydolność mojego organizmu. Na tym mi zależało. W szybkim tempie mogłem dostać się na Bagna Samobójców, a zaraz za nimi znajdowała się łąka Złamanych Serc. Na tej łące zdobędę kryształową łzę. Łzę ducha Kryształowej Lwicy.
Biegłem całą noc z krótkimi przerwami na napicie się i odsapnięcie. O świcie byłem w połowie bagien. Wskoczyłem na drzewo i znalazłem sobie solidną gałąź. Wypowiedziawszy zaklęcie zmieniłem się w nietoperza. Zawisłem głową w dół i zasnąłem. Obudziłem się w nocy i usłyszałem dziwne szmery. Wzbiłem się w powietrze wy powiedziałem zaklęcie po raz trzeci i zmieniłem się sowę. Leciałem na łąkę. Usłyszałem płacz i zobaczyłem delikatne światło. Poleciałem w tamtym kierunku.
Biegłem całą noc z krótkimi przerwami na napicie się i odsapnięcie. O świcie byłem w połowie bagien. Wskoczyłem na drzewo i znalazłem sobie solidną gałąź. Wypowiedziawszy zaklęcie zmieniłem się w nietoperza. Zawisłem głową w dół i zasnąłem. Obudziłem się w nocy i usłyszałem dziwne szmery. Wzbiłem się w powietrze wy powiedziałem zaklęcie po raz trzeci i zmieniłem się sowę. Leciałem na łąkę. Usłyszałem płacz i zobaczyłem delikatne światło. Poleciałem w tamtym kierunku.
7 lipca 2019
Od Kalisty Laguny Merlin cd. Harbringera
Równowaga, wciąż jej potrzebowała, bo nawet w jej ukochaną jesień, gdy natura szykuje się na sen, bywa głośniej. Ruszyła specjalnie wolnym krokiem, by mogła obserwować od tyłu dostojne kroki starszego. Co jej wcześniej strzeliło do głowy by udawać nieosiągalną samice? Uhh przecież on jest idealny. Wydawało jej się, albo dostrzegła parę siwych włosów na jego grzbiecie, odruchowo zrobiła wielkie oczy. Słońce zaświeciło mocniej, jak na zawołanie ukazując lepiej te kilka dłuższych kosmyków z futra Harbringera wystające w różnych kierunkach. Może to ze stresu? W końcu przetrwał tak wiele, a może to właśnie z wieku? Chociaż praktycznie, fizycznie nie powinniśmy się zmieniać. - zamrugała, by oczy wróciły do stanu poprzedniego. Wilk przystanął i zerknął na waderę, pewnie chcąc się upewnić czy Kalia w ogóle za nim podąża... albo i nie. Nie powinno go to dziwić, że się patrzę, w końcu to on tu zna teren jak własną kieszeń, nie ja. - przeszło jej przez myśl kiepskie, ale jednak wytłumaczenie, dlaczego się gapi. Ruszyła szybko głową by zakryć pod włosami rumieńce. Zrobiła jeszcze ze cztery kroki, wychyliła się i chwyciła w zęby soczyście czerwone jabłko z gałęzi wystającej od wschodu. Młode drzewo zatrząsł się gwałtownie tak, że pod łapy wilczycy spadły liście. Wygląda na to, żę zaprowadził nas do sadu... - przeanalizowała i usiadła aby chwycić zdobyty owoc w pazury. Ugryzła kilka większych kawałków, potem zjadła też ogryzek i uśmiechnęła się jak szczeniak, który właśnie dostał nagrodę. W sumie pierniczyć diety.
- Coś małomówna się zrobiłaś. - stwierdził Harbringer.
- Tak mówisz? - wysunęła wargi i uciekła wzrokiem na sekundę, gdy usłyszała westchnięcie ponownie uniosła łeb. - Dlaczego się zatrzymaliśmy? - spytała i machnęła swoim długim ogonem po ściętej trawie.
- Też lubię jabłka - stwierdził.
- Jaki rodzaj? - próbowała pociągnąć rozmowę.
- Sam nie wiem... - podrapał się po brodzie.
- Soczyście czerwone? - wskazała krzak, z którego urodzaju przed momentem ze smakiem
skorzystała - A może papierowo żółte? - uniosła pysk wskazując rosnące wysoko jasne papierówki Czy raczej te kwaśne zielone, jak wilcze miny gdy zima się dłuży? - zakończyła wskazując siebie. Harbringer chwilę milczał. Jakieś owady bzyczały w tle, wiatr lekko zawiał przez uchylone okienko. Po chwili wilk wstał, podszedł nieśpiesznie do cienia starego drzewa oznaczonego białą masą wapienną, podniósł jedno brązowawe jabłóżko, spojrzał Kaliście w oczy, odezwał się niskim głosem - Lubię te delikatne, które spadły
jakby z nieba. Są dojrzałe i rozpływają się w ustach przy każdym ugryzieniu. - to powiedziawszy
podał waderze jabłko. Nie mogła oderwać wzroku od jego łagodnych oczu, zatkało ją,
dopiero gdy machnął jej owocem przed nosem przyjęła go niepewnie.
- D-delikatne mówisz... - ugryzła kawałek - Ahh! Niebo w gębie! - oblizała się - Ty to masz dobry gust Harciu! - nagle nastrój jej się zmienił na napakowany radością.
- Harciu? - zaśmiał się krótko niebieskoszary i uniósł znacząco brew w górę.
- Eee - odwróciła głowę - Tak mi się wyrwało hehe.
- Więc twoje ulubione pod względem smaku są te czerwone... - wilk machnął łapą i pchnął jedno z samotnych czerwonych brył w stronę Laguny, ta zatrzymała ruchem ogona toczący się owoc. - Nie do końca. Unikam faworyta w tej dziedzinie. Prawda jest taka, że każde lubię jeść o innej porze roku. Wszystko ma swój odpowiedni czas, w którym najlepiej nam smakuje. - i nagle podskoczyła na cztery łapy, zakręciła się, zaczęła nucić wesoło własną piosenkę przedłużając niektóre sylaby:
- Zielone jabłuszko rośnie sobie~
Jednak czerwone widzę je w mej głowie
Szare jest w cieniu, żółte na drodze
Brązowe gdzieś w błocie, błękitne w wodzie
Lecz wciąż zielone jabłuszko rośnie sobie~
Roześmiana okrążyła Harbringera kilka razy, basior zerwał w międzyczasie jakieś
białe kwiatki rosnące między nimi, gdy Laguna się zatrzymała, wplótł je między jej gęste loki. Uśmiechnęła się szeroko, czuła się szczęśliwa. - Dokąd teraz mnie zabierzesz książę?
- Co powiesz na taniec między różami? - powolutku chodził w koło razem z nią.
- Nie ładnie odpowiadać pytaniem na pytanie...
- Wybacz... księżniczko - powoli przymknął powieki.
- Byliśmy już przy różach, ale też je lubię, więc odstawmy te lokacje na wieczór. - uśmiechnęła się delikatnie w odpowiedzi. Będzie bardziej romantycznie.
- W takim razie zapraszam na południe - jak powiedział tak zrobił i ruszył w kierunku południowym. Kalista potupała drobnymi kroczkami za nim.
Nie minęło dużo czasu a znaleźli się dużym polu. Wokół rosły łany z różnych zbóż.
Długi pas szeleszczącej pszenicy i jeszcze zielonego dzwoneczkowego owsa z jednej strony, a po drugiej stronie złocisty jęczmień, który aż chciało się dotknąć, bo jego kłosy poruszające się na wietrze wyglądały jak delikatne futerko, od samego patrzenia czuło się miękkość.
Zatrzymali się na wąskiej dróżce wydeptanej między zbiorami.
- Jak tu ślicznie - zachwyciła się wadera. - Prawda. - przytaknął Harbrnger.
- Niezwykłe jak duży jest ten ogród... może to głupia propozycja, ale... pościgamy się? - położyła przednie łapy na ziemie zachęcając do zabawy, zachowała się zupełnie jakby byli dziećmi... ale Kalista czuła się teraz jak szczeniak. Była ciekawa jak Harbringer zareaguje i miała też cicha nadzieję, że basior się zgodzi, bo od dawna chciała przebiec się przez pole, poczuć jak nasiona łaskoczą po bokach, wiatr wieje jej w twarz z zapachem mąki a ktoś towarzyszy jej obok... ktoś kogo od dawna jej brakowało, towarzysz na całe życie, którego w sercu potrzebowała, jednak nie chciała się z tym pogodzić aż do teraz. Koniec z samotnością. Czasu na nadrobienie szczenięcych lat dostała mnóstwo~
To co Harciu? Berek? XD
4 lipca 2019
Od Paina cd. HG
Nie da się ukryć, że osiem robi wrażenie. Osiem oficjalnych również... Powstrzymując śmiech, zerknąłem na poważną minę Harbingera. Może mi się wydawało, albo i on trochę rozweselił swój pysk. Czyżby nie był aż tak tragiczną postacią? Co by nie było - idziemy na smoki. Wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Dawno nie zasmakowałem w takich przygodach, przez co zapomniałem jak cholernie bardzo lubię ryzyko. Jaram się tym jak dziecko, no bo kurczę, smoki!
- Em, tak właściwie to mam jeszcze jedno pytanie. Już nie o sprawach miłosnych. - Uśmiechnąłem się pod nosem wymawiając ostatnie zdanie - Czy te całe smoki są... agresywne?
Może i głupie pytanie, bo chyba nie bez powodu mieliśmy, a raczej oni mieli z nimi wojnę, no ale nie wszystko jest takie oczywiste. Nie dla mnie.
- Tak w zasadzie to zależy od gatunku. - wypowiedział się basior - Niektóre w ogóle nie zwrócą na nas uwagi... Niektóre? Tylko niektóre?
- A co z pozostałymi? - przerwałem mu, zaglądając w jego szmaragdowe oczy. Nie ukrywam, że nie było to łatwe, tym bardziej, że wciąż byliśmy w ruchu. Wyglądałem idiotycznie, trochę jak wijący się wąż. Ale to nic. - Nikt nie mówił, że będzie to bezpieczna wycieczka. - objaśnił dość posępnie, ale wciąż normalnie jak na niego. Chyba, że jednak zbyt surowo go oceniłem... Wróciłem do normalnej pozy i próbowałem wymyślić kolejne pytanie. Dziwnie jest pytać o cokolwiek w obecności tej wadery, ale jakoś to przełknę. Kto wie, może jeszcze okaże się przydatna. Poza tym - przynajmniej na razie - wydaje się być bezproblemowa. Nie jestem pewien czy to dobrze, ale traktowałem ją jak szczenię i choć bardzo chciałem zmienić swoje podejście - nie potrafiłem.
- Jak daleko od naszej siedziby znajdują się dawne terytoria? - uciążliwe pytanie, typu "ile jeszcze?", ale mam nadzieję, że nie zabrzmiało aż tak tragicznie.
- Nie da się ukryć, że wędrówka trwała dosyć długo. Tyle, że z licznymi postojami. Nam powinno zejść nieco krócej.
- Ale wciąż długo. - dorzuciła Inveth, jakby ze znudzeniem. Mruknąłem cicho na znak, że rozumiem, schyliłem łeb w dół i już w milczeniu szliśmy dalej. Zastanawiało mnie jeszcze czy to nam będą potrzebne postoje, ale już nie chciałem o to pytać. Zadawanie dużej ilości takich pytań wychodzi poza granice nawet mojej godności. Wciąż tylko miałem ochotę podpytać Harbingera o tą całą śmierć, uczucia jej towarzyszące i już nie po to, by zapisać to w tej głupiej książce, tylko po to, żeby wiedzieć. O tak, tak bardzo chciałbym wiedzieć... Ale nie. Nie w takich okolicznościach, nie przy niej, nie tutaj. Pomyślę o tym innym razem.
- Em, tak właściwie to mam jeszcze jedno pytanie. Już nie o sprawach miłosnych. - Uśmiechnąłem się pod nosem wymawiając ostatnie zdanie - Czy te całe smoki są... agresywne?
Może i głupie pytanie, bo chyba nie bez powodu mieliśmy, a raczej oni mieli z nimi wojnę, no ale nie wszystko jest takie oczywiste. Nie dla mnie.
- Tak w zasadzie to zależy od gatunku. - wypowiedział się basior - Niektóre w ogóle nie zwrócą na nas uwagi... Niektóre? Tylko niektóre?
- A co z pozostałymi? - przerwałem mu, zaglądając w jego szmaragdowe oczy. Nie ukrywam, że nie było to łatwe, tym bardziej, że wciąż byliśmy w ruchu. Wyglądałem idiotycznie, trochę jak wijący się wąż. Ale to nic. - Nikt nie mówił, że będzie to bezpieczna wycieczka. - objaśnił dość posępnie, ale wciąż normalnie jak na niego. Chyba, że jednak zbyt surowo go oceniłem... Wróciłem do normalnej pozy i próbowałem wymyślić kolejne pytanie. Dziwnie jest pytać o cokolwiek w obecności tej wadery, ale jakoś to przełknę. Kto wie, może jeszcze okaże się przydatna. Poza tym - przynajmniej na razie - wydaje się być bezproblemowa. Nie jestem pewien czy to dobrze, ale traktowałem ją jak szczenię i choć bardzo chciałem zmienić swoje podejście - nie potrafiłem.
- Jak daleko od naszej siedziby znajdują się dawne terytoria? - uciążliwe pytanie, typu "ile jeszcze?", ale mam nadzieję, że nie zabrzmiało aż tak tragicznie.
- Nie da się ukryć, że wędrówka trwała dosyć długo. Tyle, że z licznymi postojami. Nam powinno zejść nieco krócej.
- Ale wciąż długo. - dorzuciła Inveth, jakby ze znudzeniem. Mruknąłem cicho na znak, że rozumiem, schyliłem łeb w dół i już w milczeniu szliśmy dalej. Zastanawiało mnie jeszcze czy to nam będą potrzebne postoje, ale już nie chciałem o to pytać. Zadawanie dużej ilości takich pytań wychodzi poza granice nawet mojej godności. Wciąż tylko miałem ochotę podpytać Harbingera o tą całą śmierć, uczucia jej towarzyszące i już nie po to, by zapisać to w tej głupiej książce, tylko po to, żeby wiedzieć. O tak, tak bardzo chciałbym wiedzieć... Ale nie. Nie w takich okolicznościach, nie przy niej, nie tutaj. Pomyślę o tym innym razem.
HG? Inveth?
Przepraszam, że In tak mało uczestniczyła w tym opowiadaniu, ale ni ciorta nie mogłam się w nią wczuć cx
2 lipca 2019
Od Faith CD. HG
Minęły miesiące od sytuacji, w której jednorożec nocy poważnie zranił Faith. Harbinger w tym czasie pomógł jej i ponownie postawił ją na nogi. Ich drogi rozeszły się na kolejne tygodnie, gdy w końcu Harbinger uznał, że ponownie odwiedzi piękny ogród swej bliskiej znajomej i sprawdzi jak się wadera miewa, gdyż dawno się nie widzieli.
Gdy był już na miejscu, przed nim ukazał się ogród, ale coś było z nim nie tak. Nie wyglądał tak jak go zapamiętał. Niegdyś piękny ogród okazał się zaniedbany. Był pełny zeschniętych i zaniedbanych roślin. Wyglądał jakby został opuszczony, co nie było możliwe. Pomyślał, że Faith mogło się coś stać, więc zaczął ją nawoływać i szukać, czy przypadkiem nie ma jej w środku, w końcu spędzała tu całe dnie. Wreszcie wadera powolnym krokiem, nie leniwym, raczej zmarnowanym wyłoniła się z zacienionego kąta pomieszczenia.
- Oh, witaj Harb.- przywitała się cichym głosem. – Dawno Cię nie widziałam. – uśmiechnęła się smutnie.
Faith nie wyglądała najlepiej. Miała zmęczone, zaczerwienione oczy. Wychudła jeszcze bardziej, a jej futro straciło dawny blask zapewne z niedożywienia. Wyglądała jakby ledwo trzymała się na łapach i mimo to próbowała stwarzać pozory. Basior zastanawiał się co mogło ją doprowadzić do takiego stanu, w końcu jeszcze kilka tygodni temu, kiedy ją widział było wszystko w porządku.
- Witaj, coś się stało? Nie wyglądasz dobrze. Ogród zresztą też… - ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu, a Faith westchnęła ciężko.
- Aż tak to widać? Faktycznie nie mam ostatnio najłatwiej… Od kiedy nie ma Rena świat mi się zawalił… – gdy tylko o nim wspomniała jej oczy od razu zaszkliły się. – Wiem, brzmi to niedorzecznie. Przecież ,,tego kwiatu to półświatu’’. Ale… on był czymś więcej. Pierwszy raz czułam, że mam bratnią duszę, a on mnie opuścił… W dodatku bez pożegnania. Po prostu odszedł.
- Ren? Nie znałem go, ale na pewno miał swoje powody, by odejść od stada. Zależy Ci, to normalne, że cierpisz z tęsknoty za nim, ale życie toczy się dalej i musisz o nim zapomnieć. Musisz żyć dalej i szukać szczęścia gdzie indziej, choć na razie go nie dostrzegasz. – powiedział łagodnym głosem, próbując dodać jej otuchy, choć nie był w tym najlepszy. – Spójrz, do jakiego stanu się doprowadziłaś tylko przez jednego basiora.
- I to, co kocham najbardziej… mój ogród umiera razem ze mną.
- Obawiam się, że jeśli ogród zielarzy pozostanie w takim stanie za długo możesz ponieść pewne konsekwencje… Ponieważ spowodujesz tym zastój sprzedaży roślin i produkcji z nimi związanych. Wszystko zależy od alfy.
- Oh, nie wiem, czy dam sobie z tym radę tak szybko… - stała się trochę bardziej przygnębiona. – Myślę, że to może być dla mnie za szybko…
- Ogród jest związany z Tobą, więc musimy Cię postawić na nogi…
Gdy był już na miejscu, przed nim ukazał się ogród, ale coś było z nim nie tak. Nie wyglądał tak jak go zapamiętał. Niegdyś piękny ogród okazał się zaniedbany. Był pełny zeschniętych i zaniedbanych roślin. Wyglądał jakby został opuszczony, co nie było możliwe. Pomyślał, że Faith mogło się coś stać, więc zaczął ją nawoływać i szukać, czy przypadkiem nie ma jej w środku, w końcu spędzała tu całe dnie. Wreszcie wadera powolnym krokiem, nie leniwym, raczej zmarnowanym wyłoniła się z zacienionego kąta pomieszczenia.
- Oh, witaj Harb.- przywitała się cichym głosem. – Dawno Cię nie widziałam. – uśmiechnęła się smutnie.
Faith nie wyglądała najlepiej. Miała zmęczone, zaczerwienione oczy. Wychudła jeszcze bardziej, a jej futro straciło dawny blask zapewne z niedożywienia. Wyglądała jakby ledwo trzymała się na łapach i mimo to próbowała stwarzać pozory. Basior zastanawiał się co mogło ją doprowadzić do takiego stanu, w końcu jeszcze kilka tygodni temu, kiedy ją widział było wszystko w porządku.
- Witaj, coś się stało? Nie wyglądasz dobrze. Ogród zresztą też… - ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu, a Faith westchnęła ciężko.
- Aż tak to widać? Faktycznie nie mam ostatnio najłatwiej… Od kiedy nie ma Rena świat mi się zawalił… – gdy tylko o nim wspomniała jej oczy od razu zaszkliły się. – Wiem, brzmi to niedorzecznie. Przecież ,,tego kwiatu to półświatu’’. Ale… on był czymś więcej. Pierwszy raz czułam, że mam bratnią duszę, a on mnie opuścił… W dodatku bez pożegnania. Po prostu odszedł.
- Ren? Nie znałem go, ale na pewno miał swoje powody, by odejść od stada. Zależy Ci, to normalne, że cierpisz z tęsknoty za nim, ale życie toczy się dalej i musisz o nim zapomnieć. Musisz żyć dalej i szukać szczęścia gdzie indziej, choć na razie go nie dostrzegasz. – powiedział łagodnym głosem, próbując dodać jej otuchy, choć nie był w tym najlepszy. – Spójrz, do jakiego stanu się doprowadziłaś tylko przez jednego basiora.
- I to, co kocham najbardziej… mój ogród umiera razem ze mną.
- Obawiam się, że jeśli ogród zielarzy pozostanie w takim stanie za długo możesz ponieść pewne konsekwencje… Ponieważ spowodujesz tym zastój sprzedaży roślin i produkcji z nimi związanych. Wszystko zależy od alfy.
- Oh, nie wiem, czy dam sobie z tym radę tak szybko… - stała się trochę bardziej przygnębiona. – Myślę, że to może być dla mnie za szybko…
- Ogród jest związany z Tobą, więc musimy Cię postawić na nogi…
HG?
28 czerwca 2019
Od Airova CD Fasoli
Wadera przez moment wpatrywała się we mnie z dziwnym przejęciem, które dotknęło mnie do żywego. Szmaragdowe oczy wywiercały we mnie malutkie dziurki przez niecałą sekundę – wystarczyło to jednak, bym poczuł się dziwnie niepewnie.
Odwróciła wzrok w momencie, w którym ja również spojrzałem gdzieś w bok, na gęste krzaki, które leniwie kołysały się na wietrze. Chłodny wiatr, nie mocny, lecz przenikający bezwzględnie przez futro. Dziś wiało z północy.
– Wybacz mi dzisiejsze roztargnienie – odchrząknąłem i uśmiechnąłem się ciepło, skutecznie rozwiewając skrępowanie, które zaległo pomiędzy nami niczym gęsta mgła. Z doświadczenia wiedziałem, że nie mogę dopuścić do sytuacji, w którym wypełniłoby ono nasze umysły.
Odwróciła wzrok w momencie, w którym ja również spojrzałem gdzieś w bok, na gęste krzaki, które leniwie kołysały się na wietrze. Chłodny wiatr, nie mocny, lecz przenikający bezwzględnie przez futro. Dziś wiało z północy.
– Wybacz mi dzisiejsze roztargnienie – odchrząknąłem i uśmiechnąłem się ciepło, skutecznie rozwiewając skrępowanie, które zaległo pomiędzy nami niczym gęsta mgła. Z doświadczenia wiedziałem, że nie mogę dopuścić do sytuacji, w którym wypełniłoby ono nasze umysły.
– Nic się nie stało, Panie Alfo.
Mój uśmiech się pogłębił, przez co zielonkawa skóra na policzkach wadery przybrała nieco cieplejszy odcień.
– Do twarzy ci z takim rumieńcem – dodałem półgłosem, choć od razu tego pożałowałem. Nie powinienem, to nieprofesjonalne.
Szkoda, że pokusa była tak silna.
Tak naprawdę w tamtym momencie ją zatkało. Wstałem i bez słowa odszedłem na parę kroków, pozostawiając jej przestrzeń do swobodnego poukładania myśli w głowie. Nie naciskałem, nie narzucałem się. Tak naprawdę Fenrir jeden wie, co sam wtedy czułem.
Nie powinienem.
– Wybacz, to było głupie – zaśmiałem się, ukrywając zażenowanie swoim zachowaniem. Również się uśmiechnęła, jednak zebranie jakichkolwiek słów zabrało jej kilka sekund więcej, niż powinno.
– To drugi raz, kiedy prosisz mnie o wybaczenie.
Podświadomie czekałem, aż doda to swoje sarkastycznie brzmiące "Panie Alfo", jednak to nie nastąpiło. Uniosłem brew, lecz zaraz potem przybrałem zwyczajną, rozluźnioną postawę, do której tak przywykłem.
– Wiesz, to przez roztargnienie - zacząłem i kontynuowałem widząc, że zainteresował ją podjęty właśnie temat. – Ostatnio dużo się działo.
– Ostatnio? – Prychnęła. Miała rację, nie tylko ostatnio. – Ciągle dużo się dzieje.
– Masz rację. – Chwila przerwy. Wziąłem głębszy wdech, a zimne powietrze wypełniło w całości moje płuca; czułem to dziwne ukłucie mrozu, ale też zapach kwiatów i zbliżającej się wiosny.
Widziałem, że Fasola chce podjąć temat na nowo. Widziałem również, że jest ciekawa, o czym mówię dokładnie; tyle, że chyba wolałem na razie uniknąć odpowiedzi. Może przez to, że nie była to odpowiednia chwila, może przez to, że ktoś mógłby nas podsłuchać, a może najzwyczajniej w świecie przez to, że nie chciałem sam przed sobą przyznać, że poniosłem porażkę jako alfa. Zapomnienie o niej nie będzie taką prostą sprawą.
Znów odchrząknąłem, zbierając na język słowa, które wcześniej obecność Fasoli rozsypała. Znów wciągnąłem jej zapach, zielony jak ona cała.
– Lubisz wiosnę? - Zapytałem, widząc wyraźnie, jak ona sama skrupulatnie zbiera wyrazy, układając je obok siebie na kupce, którą zaraz miała sypnąć mi w oko. Otworzyła pysk, ale znów ją ubiegłem, znów obracając poukładane zdania w popiół. – Oczywiście, że lubisz – uniosłem zawadiacko brew, pozwalając sobie na moment rozluźnienia, na chwilę jakby pijackiego bełkotu, który nie miał sensu, ale który był dziwnie odprężający. – Jesteś Fasolą, na wiosnę się rozwijasz.
Jej wzrok był zaintrygowany, lecz nie zdradzał mi tyle, ile chciałbym, aby zdradzał. Na moment odwróciła wzrok i choć doskonale wiedziałem, że po prostu chce przerwać kontakt wzrokowy, dałem jej na to czas. Czekałem na odpowiednią chwilę, kiedy wypuściła powoli powietrze z płuc, tworząc niewielki obłoczek ciepłej pary.
– Mam rację?
Fasolo? Troszkę się pobawiłam ich relacją ♥
Od Mikadzuki Cd. Pain
Dziękowała światu za coś, czego inni zapewne szczerze mieli dosyć- za jakże cudowną pogodę pod psem. Jeszcze trochę gorąca i gotowania się pod grubym futrem i jak nic wybrałaby się na małe wakacje do jakiejś przyjemnej krainy mroku. W końcu i tak nic nie trzymało jej na tym o wiele bardziej nieprzyjaznym łez padole. Niestety, należała do tego świata i chociaż co prawda nigdy tego nie sprawdzała, wątpiła, że tak drastycznie zmienienie otoczenia nie odciśnie na niej jakiegoś niewielkiego piętna... Na przykład zamienienia się w kupkę popiołu i kilku piórek.
Spokojnie, odstawmy na chwilę te nadzwyczaj optymistyczne jak na Mikadzuki rozmyślania. Wadera przeciągnęła się niczym kocur, ziewnęła przeciągle i ruszyła w dalszą podróż donikąd, a przynajmniej tak się jej wydawało. Tak, wydawało. Cel podróży Dākudii pojawił się sam, wraz z dostrzeżeniem w oddali czworonożnej istoty pokrytej ciemnym, prawie czarnym futrem. A przynajmniej miała wrażenie, że nim jest. Zaciekawiona ruszyła w tamtym kierunku, rozważając w głowie czym albo kim może być nieznajomy. Może jednym z cieni, który przedostał się przez szczelinę między wymiarami? Oh, mogłaby się w końcu trochę rozerwać, wysyłając marudera do siebie. Kto wie, może zdecydowałaby się na towarzyszenie mu przez pewien czas, a dopiero potem się go pozbyła. Nim doszła do konkluzji, że jest to po prostu basior, jej mózg przeszedł przez zmutowane zwierzęta, istoty z innych wymiarów aż po dziwnie powyginane, zeschnięte drzewa. Zwolniła lekko kroku, zastanawiając się nad odwróceniem się na łapie i poświęceniem resztek energii na zawrócenie. Jednak wtedy wilk także ruszył w jej stronę, więc zrezygnowała z jakichkolwiek kombinacji.
Krótka wymiana zdań, chwila czekania na powrót nowo poznanego i kolejny dialog. Proszę, jak mało potrzeba, by należeć do watahy... No dobrze, by dowiedzieć się, co trzeba zrobić. Nie spodziewała się, by jej „członkostwo” trwało dłużej niż kilka miesięcy, góra rok, ale wizja osiedlenia się w tamtym momencie wyglądała na całkiem przyjemną odskocznię od niekończącej się tułaczki i wiecznej ucieczki.
- Więc prowadź, Painie.- Powiedziała, skinąwszy nieznacznie głową. - Nawet jeśli go tam nie będzie, to z chęcią coś przekąszę. - Podarowała sobie zadawania pytań w stylu „Czy na pewno masz czas?” W końcu sam stwierdził, że podejmie się tego wyzwania, a nie chciała zasiewać w jego sercu żadnego ziarna niepewności. Co do jedzenia... Zaczęła zastanawiać się, czy owa propozycja nie padła przez jej szczupłą, wychudzoną sylwetkę. Może i futro dodawało jej parę centymetrów w obwodzie, jednak z nim nadal była sucha jak szkapa.
- Zwierzyny ci tam nie zabraknie. Zresztą, sama zobaczysz, gdy dotrzemy. - Kiwnęła jedynie łbem, ruszając za wilkiem i wpatrując się przed siebie. Zdążyła zauważyć, iż jej tymczasowy towarzysz w podróży nie przepada za kontaktem wzrokowym. Nie dziwiła mu się: zwykłe skrzyżowanie spojrzeń i już stawało się niezręcznie. A jeśli w grę wchodził ktoś obcy, to wychodziła z tego mieszanka wybuchowa. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Mało kto raczej chciałby, by ledwo poznany wilk cały czas kierował swoje ślepia w jego, próbując spenetrować wnętrze rozmówcy.
Niestety, stworek na plecach Mikadzuki nie wykazał się takim taktem, uparcie wlepiając spojrzenie w Paina, widząc w nim potencjalne zagrożenie dla swojej „Pan”.
- Więc... Co to właściwie za wataha? - Zagadnęła spokojnie, beznamiętnym głosem.
- Smoczego Ostrza, oczywiście. - Odparł z nutą zdziwienia w głosie. Mikadzuki nie była zaskoczona jego reakcją. Skoro starasz się gdzieś dołączyć, to chyba powinieneś mieć jakiekolwiek podstawowe informacje o miejscu i grupie.
- Ciekawa nazwa... Chociaż nie zauważyłam żadnych skrzydlatych, gadopodobnych bestii. Ale skoro jesteście tutaj mili... - Powiedziała, nadając głosowi jak najbardziej poważny ton. Spojrzenie skierowała na niebo, jak gdyby rzeczywiście spodziewała się ujrzeć jedną z owych bestii. Nie wiedziała dlaczego, jednak miała wrażenie, że większość watah przyjmowała nazwy od początków jej historii lub terenów, na których się osiedliły. -Wiesz może skąd akurat taki wybór? I czy dobrze słyszałam, że macie tutaj bibliotekę
Spokojnie, odstawmy na chwilę te nadzwyczaj optymistyczne jak na Mikadzuki rozmyślania. Wadera przeciągnęła się niczym kocur, ziewnęła przeciągle i ruszyła w dalszą podróż donikąd, a przynajmniej tak się jej wydawało. Tak, wydawało. Cel podróży Dākudii pojawił się sam, wraz z dostrzeżeniem w oddali czworonożnej istoty pokrytej ciemnym, prawie czarnym futrem. A przynajmniej miała wrażenie, że nim jest. Zaciekawiona ruszyła w tamtym kierunku, rozważając w głowie czym albo kim może być nieznajomy. Może jednym z cieni, który przedostał się przez szczelinę między wymiarami? Oh, mogłaby się w końcu trochę rozerwać, wysyłając marudera do siebie. Kto wie, może zdecydowałaby się na towarzyszenie mu przez pewien czas, a dopiero potem się go pozbyła. Nim doszła do konkluzji, że jest to po prostu basior, jej mózg przeszedł przez zmutowane zwierzęta, istoty z innych wymiarów aż po dziwnie powyginane, zeschnięte drzewa. Zwolniła lekko kroku, zastanawiając się nad odwróceniem się na łapie i poświęceniem resztek energii na zawrócenie. Jednak wtedy wilk także ruszył w jej stronę, więc zrezygnowała z jakichkolwiek kombinacji.
Krótka wymiana zdań, chwila czekania na powrót nowo poznanego i kolejny dialog. Proszę, jak mało potrzeba, by należeć do watahy... No dobrze, by dowiedzieć się, co trzeba zrobić. Nie spodziewała się, by jej „członkostwo” trwało dłużej niż kilka miesięcy, góra rok, ale wizja osiedlenia się w tamtym momencie wyglądała na całkiem przyjemną odskocznię od niekończącej się tułaczki i wiecznej ucieczki.
- Więc prowadź, Painie.- Powiedziała, skinąwszy nieznacznie głową. - Nawet jeśli go tam nie będzie, to z chęcią coś przekąszę. - Podarowała sobie zadawania pytań w stylu „Czy na pewno masz czas?” W końcu sam stwierdził, że podejmie się tego wyzwania, a nie chciała zasiewać w jego sercu żadnego ziarna niepewności. Co do jedzenia... Zaczęła zastanawiać się, czy owa propozycja nie padła przez jej szczupłą, wychudzoną sylwetkę. Może i futro dodawało jej parę centymetrów w obwodzie, jednak z nim nadal była sucha jak szkapa.
- Zwierzyny ci tam nie zabraknie. Zresztą, sama zobaczysz, gdy dotrzemy. - Kiwnęła jedynie łbem, ruszając za wilkiem i wpatrując się przed siebie. Zdążyła zauważyć, iż jej tymczasowy towarzysz w podróży nie przepada za kontaktem wzrokowym. Nie dziwiła mu się: zwykłe skrzyżowanie spojrzeń i już stawało się niezręcznie. A jeśli w grę wchodził ktoś obcy, to wychodziła z tego mieszanka wybuchowa. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Mało kto raczej chciałby, by ledwo poznany wilk cały czas kierował swoje ślepia w jego, próbując spenetrować wnętrze rozmówcy.
Niestety, stworek na plecach Mikadzuki nie wykazał się takim taktem, uparcie wlepiając spojrzenie w Paina, widząc w nim potencjalne zagrożenie dla swojej „Pan”.
- Więc... Co to właściwie za wataha? - Zagadnęła spokojnie, beznamiętnym głosem.
- Smoczego Ostrza, oczywiście. - Odparł z nutą zdziwienia w głosie. Mikadzuki nie była zaskoczona jego reakcją. Skoro starasz się gdzieś dołączyć, to chyba powinieneś mieć jakiekolwiek podstawowe informacje o miejscu i grupie.
- Ciekawa nazwa... Chociaż nie zauważyłam żadnych skrzydlatych, gadopodobnych bestii. Ale skoro jesteście tutaj mili... - Powiedziała, nadając głosowi jak najbardziej poważny ton. Spojrzenie skierowała na niebo, jak gdyby rzeczywiście spodziewała się ujrzeć jedną z owych bestii. Nie wiedziała dlaczego, jednak miała wrażenie, że większość watah przyjmowała nazwy od początków jej historii lub terenów, na których się osiedliły. -Wiesz może skąd akurat taki wybór? I czy dobrze słyszałam, że macie tutaj bibliotekę
Pain? Wybacz, zajęło mi to troszkę dłużej niż planowałam.
Adelina cd. HG
Razem z HG doszliśmy do biblioteki, gdyż właśnie tam miało odbyć się zebranie. Weszliśmy do środka. Oboje byliśmy niewyobrażalnie poważni. Dumnym krokiem szliśmy do wielkiego, okrągłego stołu. Peleryna dodawała mi dostojności, natomiast błyszczące oczy Harbingera nadały mu groźny i poważny wygląd. Usiedliśmy na ostatnich wolnych miejscach. Nie wiem, czy to dobrze, ale siedzieliśmy obok siebie. Alfy jeszcze nie było…
Gdy Alfa raczył się w końcu pojawić, zaczął poważnym, groźny i zarazem opanowanym głosem mówić.
- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego zwołałem obowiązkowe zebranie dla wszystkich wilków. Doszły mnie słuchy, że mamy w stadzie spiskowców. Ogłaszam, że od dzisiaj panować będzie godzina policyjna. Strażnicy odpowiedzialni za nią mają prawo aresztować każdego, kogo spotkają poza jego jaskinią. –Nie bardzo znałam Alfę, ale wiem, że coś mi w nim nie pasowało. Nie było mnie tu za czasów Kesame, ale jestem pewna, że wtedy było inaczej, lepiej. Postanowiłam zrobić ryzykowny ruch i zadać pytanie. Nie wiem, kto spiskuje, ale kto wie. Może bym im pomogła? Wstałam, Alfa udzielił mi głosu, a ja zadałam pytanie:
- Alfo, zadam teraz pytanie retoryczne. Co by było, gdyby któryś z wilków pomagał spiskowcom? Groziłyby za to jakaś konkretna kara?- Moje słowa były wypowiadane z pewnością siebie i z jednoczesną obojętnością. Mój wyraz pyska również był obojętny i pewny siebie.
- Taki wilk byłby uważany za zdrajcę. Zostałby wygnany z watahy bądź zabity.- W jego oczach można było wyczytać podejrzliwość i gniew, które starał się ukryć za maską powagi. – jeszcze jakieś pytanie?
- Tak mam jeszcze jedno- odpowiedziałam- Czy gdyby, ktoś znał tożsamość spiskowców i ich nie wydał, to również będzie uznany za zdrajcę?
- Tak. Widzę, że tylko Pani jest taka zainteresowana sprawą, czy wie może Pani coś więcej na ten temat? – Spytał. Wtedy wszystkie oczy były zwrócone na mnie, nawet te znudzone, które wcześniej udawały, że słuchają. Przyznam, że nieco się zestresowałam, ale nie miałam nic do ukrycia i sama zrobiłam ten krok, więc dlaczego? Sama nie wiedziałam.
- Nie. – Powiedziałam stanowczo i pewnie, po czym usiadłam na swoje miejsce.
- Koś jeszcze ma jakieś pytania? Nie? To wróćmy do tematu godzin policyjnych. Będą one zaczynały się godzinę przed zachodem słońca i trwać będą do jego zakończenia. Czy wszystko jasne? - wszyscy pokiwali głowami na tak.- W takim razie można się rozejść.
Poczekaliśmy aż Alfa wyjdzie, po czym każdy udał się w swoją stronę. Oczywiście ja szłam z HG, przecież razem przyszliśmy. Szliśmy w niezręcznej ciszy. Na moje szczęście została przerwana po pięciu minutach.
- Dlaczego zadałaś tamte pytania? Podejrzewasz kogoś? – Spytał szeptem, zatrzymując się w za krzakami. Również poszłam w tamtym kierunku i mu odszeptałam.
- Może. Dlaczego Ci tak na tym zależy? Pomógłbyś im? - spytałam, wpatrując się w jego olśniewające oczy.
***Po pięciu minutach ogromnej nudy***
- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego zwołałem obowiązkowe zebranie dla wszystkich wilków. Doszły mnie słuchy, że mamy w stadzie spiskowców. Ogłaszam, że od dzisiaj panować będzie godzina policyjna. Strażnicy odpowiedzialni za nią mają prawo aresztować każdego, kogo spotkają poza jego jaskinią. –Nie bardzo znałam Alfę, ale wiem, że coś mi w nim nie pasowało. Nie było mnie tu za czasów Kesame, ale jestem pewna, że wtedy było inaczej, lepiej. Postanowiłam zrobić ryzykowny ruch i zadać pytanie. Nie wiem, kto spiskuje, ale kto wie. Może bym im pomogła? Wstałam, Alfa udzielił mi głosu, a ja zadałam pytanie:
- Alfo, zadam teraz pytanie retoryczne. Co by było, gdyby któryś z wilków pomagał spiskowcom? Groziłyby za to jakaś konkretna kara?- Moje słowa były wypowiadane z pewnością siebie i z jednoczesną obojętnością. Mój wyraz pyska również był obojętny i pewny siebie.
- Taki wilk byłby uważany za zdrajcę. Zostałby wygnany z watahy bądź zabity.- W jego oczach można było wyczytać podejrzliwość i gniew, które starał się ukryć za maską powagi. – jeszcze jakieś pytanie?
- Tak mam jeszcze jedno- odpowiedziałam- Czy gdyby, ktoś znał tożsamość spiskowców i ich nie wydał, to również będzie uznany za zdrajcę?
- Tak. Widzę, że tylko Pani jest taka zainteresowana sprawą, czy wie może Pani coś więcej na ten temat? – Spytał. Wtedy wszystkie oczy były zwrócone na mnie, nawet te znudzone, które wcześniej udawały, że słuchają. Przyznam, że nieco się zestresowałam, ale nie miałam nic do ukrycia i sama zrobiłam ten krok, więc dlaczego? Sama nie wiedziałam.
- Nie. – Powiedziałam stanowczo i pewnie, po czym usiadłam na swoje miejsce.
- Koś jeszcze ma jakieś pytania? Nie? To wróćmy do tematu godzin policyjnych. Będą one zaczynały się godzinę przed zachodem słońca i trwać będą do jego zakończenia. Czy wszystko jasne? - wszyscy pokiwali głowami na tak.- W takim razie można się rozejść.
Poczekaliśmy aż Alfa wyjdzie, po czym każdy udał się w swoją stronę. Oczywiście ja szłam z HG, przecież razem przyszliśmy. Szliśmy w niezręcznej ciszy. Na moje szczęście została przerwana po pięciu minutach.
- Dlaczego zadałaś tamte pytania? Podejrzewasz kogoś? – Spytał szeptem, zatrzymując się w za krzakami. Również poszłam w tamtym kierunku i mu odszeptałam.
- Może. Dlaczego Ci tak na tym zależy? Pomógłbyś im? - spytałam, wpatrując się w jego olśniewające oczy.
HG?
Jak zareagujesz? Co mi powiesz?
26 czerwca 2019
Od Faith CD Vesperum Caelo
Minęło kilka miesięcy od momentu, w którym w naszej watasze rozpoczęły się zmiany. Jak zwykle parę osób odeszło, ale i również dołączyło do grupy. Niby nic takiego, wilki przychodzą i odchodzą, ale jednym z tych, którzy odeszli był Ren, którego Faith uznała za swoją bratnią duszę. Mówią, że życie nie kończy się na jednym wilku, ale dla niej to był duży cios. Całkiem zamknęła się w sobie i nie wychodziła już ze swojego ogrodu oraz nikogo do niego nie przyjmowała. Przestała jeść i pić, tylko leżała w jednym zacienionym miejscu. Niegdyś przepiękny ogród, którym się opiekowała, związany z nią silną specjalną więzią obumarł cały razem z nią.
Jak co dzień leżała tak bez życia w swoim ogrodzie na posłaniu w zacienionym kącie, oddana swemu cierpieniu w samotności. W pewnym momencie chwilo jej melancholie przerwał hałas, jakby ktoś wchodził do pomieszczenia. Zdziwiła się, ponieważ nie spodziewała się żadnych klientów ani gości. Szybko przyszła jej do głowy mała myśl, lampeczka nadziei, że to może jej przyjaciel wrócił. Zerwała się z miejsca, ale nim zdążyła wykonać więcej niż dwa kroki, jej oczom ukazał się basior o pięknym umaszczeniu koloru wieczornego nieba, które lśniło. Wadera spojrzała przez chwilę na swoje futro, które w przeciwieństwie do nieznajomego już tak nie lśniła i nie była tak piękna, jak dawniej przez niedożywienie właścicielki. Gdy zorientowała się, że to na pewno nie może być Ren jej entuzjazm znacznie osłabł. Pomimo tego, że tak przystojny basior stanął przed nią, ona wolałaby ujrzeć tam owczarka niemieckiego o złotych oczach.
- Halo? Przepraszam, jeśli przeszkadzam... - Zaczął spokojnym, przyjaznym głosem, odwracając łeb w jej kierunku. - Witaj, jestem Vesperum Caelo. - Powiedział ciepło, z lekką nutą troski. - Czy mogę jakoś pomóc?
- Co tu robisz? Jest nieczynne. – Odparła sucho, będąc rozczarowana.
- Em… przechodziłem obok. Nie jestem stąd.
- To dużo wyjaśnia. - Gdy samiec się obrócił, jej spostrzegawczym oczom ukazały się świeżo otwarte rany na jego plecach. – Ty krwawisz! – krzyknęła i zanim nieznajomy zdążył się odezwać zbiegła na dół po schodkach do pracowni alchemicznej. W pozostałych flakonikach został jeszcze purpurowy eliksir, który służył do oczyszczania i leczenia ran. Nie miała już przy sobie żadnych roślin leczących, więc to musiało wystarczyć. Chwyciła zębami rzemyk trzymający flakonik i przybiegła z powrotem.
- To Ci pomoże. A teraz połóż się. – wskazała mu swoje własne posłanie. – I nawet nie próbuj protestować.
Vesperum posłusznie położył się na posłaniu, a Faith odkorkowała flakon z purpurowym eliksirem i polała nim rany wilka. Substancja po wylaniu jej na powstałe obrażenia zaczęła dymić i piec, więc cicho syknął.
- To wszystko, co mogę na razie zrobić. Jak widzisz wszystkie znajdujące się tutaj rośliny są zwiędłe, więc nie mogłam zrobić na przykład jakiegoś naparu, bądź okładu ułatwiającego gojenie i powstrzymujące ból.
- Dziękuje, choć naprawdę nie trzeba było. – odpowiedział ciepło. – Właściwie, jeśli mogę spytać, to czemu tu tak jest? Czemu te wszystkie kwiaty są zwiędłe? Czy to dlatego, że jesteś taka smutna? – spytał troskliwie, ale i zaintrygowany historią danego ogrodu. Ona jeszcze bardziej spochmurniała i usiadła obok.
- Aż tak to widać? – spytała jak zwykle unikając wzroku nieznajomego.
- Wyczuwam takie rzeczy. Mnie możesz powiedzieć wszystko. Czasem lepiej zwierzyć się komuś obcemu, który Cię wysłucha. – delikatnie uśmiechnął się do niej.
- Zwykle to ja słucham… - stwierdziła cicho.
- Teraz już nie.
Wadera opowiedziała mu o wszystkim, co ją trapiło, co trochę popłakując. O tym, że opuścił ją przyjaciel, który nawet się z nią nie pożegnał. O tym, jaka jest samotna i jak nie radzi z tym sobie. O tym, jak codziennie wspomina ich wspólne chwile i za każdym razem ma nadzieję, że do niej wróci.
- Dziękuje, że mnie wysłuchałeś. Jestem Faith. Zostaniesz tutaj ze mną?
Jak co dzień leżała tak bez życia w swoim ogrodzie na posłaniu w zacienionym kącie, oddana swemu cierpieniu w samotności. W pewnym momencie chwilo jej melancholie przerwał hałas, jakby ktoś wchodził do pomieszczenia. Zdziwiła się, ponieważ nie spodziewała się żadnych klientów ani gości. Szybko przyszła jej do głowy mała myśl, lampeczka nadziei, że to może jej przyjaciel wrócił. Zerwała się z miejsca, ale nim zdążyła wykonać więcej niż dwa kroki, jej oczom ukazał się basior o pięknym umaszczeniu koloru wieczornego nieba, które lśniło. Wadera spojrzała przez chwilę na swoje futro, które w przeciwieństwie do nieznajomego już tak nie lśniła i nie była tak piękna, jak dawniej przez niedożywienie właścicielki. Gdy zorientowała się, że to na pewno nie może być Ren jej entuzjazm znacznie osłabł. Pomimo tego, że tak przystojny basior stanął przed nią, ona wolałaby ujrzeć tam owczarka niemieckiego o złotych oczach.
- Halo? Przepraszam, jeśli przeszkadzam... - Zaczął spokojnym, przyjaznym głosem, odwracając łeb w jej kierunku. - Witaj, jestem Vesperum Caelo. - Powiedział ciepło, z lekką nutą troski. - Czy mogę jakoś pomóc?
- Co tu robisz? Jest nieczynne. – Odparła sucho, będąc rozczarowana.
- Em… przechodziłem obok. Nie jestem stąd.
- To dużo wyjaśnia. - Gdy samiec się obrócił, jej spostrzegawczym oczom ukazały się świeżo otwarte rany na jego plecach. – Ty krwawisz! – krzyknęła i zanim nieznajomy zdążył się odezwać zbiegła na dół po schodkach do pracowni alchemicznej. W pozostałych flakonikach został jeszcze purpurowy eliksir, który służył do oczyszczania i leczenia ran. Nie miała już przy sobie żadnych roślin leczących, więc to musiało wystarczyć. Chwyciła zębami rzemyk trzymający flakonik i przybiegła z powrotem.
- To Ci pomoże. A teraz połóż się. – wskazała mu swoje własne posłanie. – I nawet nie próbuj protestować.
Vesperum posłusznie położył się na posłaniu, a Faith odkorkowała flakon z purpurowym eliksirem i polała nim rany wilka. Substancja po wylaniu jej na powstałe obrażenia zaczęła dymić i piec, więc cicho syknął.
- To wszystko, co mogę na razie zrobić. Jak widzisz wszystkie znajdujące się tutaj rośliny są zwiędłe, więc nie mogłam zrobić na przykład jakiegoś naparu, bądź okładu ułatwiającego gojenie i powstrzymujące ból.
- Dziękuje, choć naprawdę nie trzeba było. – odpowiedział ciepło. – Właściwie, jeśli mogę spytać, to czemu tu tak jest? Czemu te wszystkie kwiaty są zwiędłe? Czy to dlatego, że jesteś taka smutna? – spytał troskliwie, ale i zaintrygowany historią danego ogrodu. Ona jeszcze bardziej spochmurniała i usiadła obok.
- Aż tak to widać? – spytała jak zwykle unikając wzroku nieznajomego.
- Wyczuwam takie rzeczy. Mnie możesz powiedzieć wszystko. Czasem lepiej zwierzyć się komuś obcemu, który Cię wysłucha. – delikatnie uśmiechnął się do niej.
- Zwykle to ja słucham… - stwierdziła cicho.
- Teraz już nie.
***
***
Ves?
25 czerwca 2019
HG cd. Pain
– Tak – odpowiedziałem, chociaż bardzo żałowałem tych słów.
– A możemy się tam udać?
– Tak, ale weźmiemy jeszcze kogoś, liczę, że to nie będzie problemem? – zapytałem, ale nie oczekiwałem odpowiedzi, bo i tak bym wziął swojego małego ognika.
– Oczywiście, że nie, im nas więcej, tym weselej – powiedział z przejęciem.
– W takim razie jutro z samego rana, przed wschodem słońca. Będziemy czekać przy ujściu rzeki, tylko nie zaśpij.
Basior uśmiechnął się wdzięcznie i skinął głową, zrobiłem to samo, a następnie go wyminąłem i poszedłem w swoją stronę.
– A możemy się tam udać?
– Tak, ale weźmiemy jeszcze kogoś, liczę, że to nie będzie problemem? – zapytałem, ale nie oczekiwałem odpowiedzi, bo i tak bym wziął swojego małego ognika.
– Oczywiście, że nie, im nas więcej, tym weselej – powiedział z przejęciem.
– W takim razie jutro z samego rana, przed wschodem słońca. Będziemy czekać przy ujściu rzeki, tylko nie zaśpij.
Basior uśmiechnął się wdzięcznie i skinął głową, zrobiłem to samo, a następnie go wyminąłem i poszedłem w swoją stronę.
***
Wiosenne słońce radośnie tańczyło z zielonymi listkami tropikalnych drzew, które porastały większość zachodniej granicy centrum. Mimo że zbliżał się zmierzch, wataha tętniła życiem, jak nigdy. Po raz pierwszy od dawna widziałem, roześmiane pyski, co chwilę ktoś wybuchał śmiechem, brakowało mi widoku tylko jednej roześmianej twarzy, gdzie była Inveth? Szukałem jej od kilku godzin, nie sprawdzałem jedynie swojej jaskini, ale były marne szanse na to, że ją tam zastanę. Mimo wszystko musiałem sprawdzić. Zapadł zmrok, gdy dotarłem do swojej groty. Już przy wejściu zauważyłem znaki, które zwiastowały to, że podziemie tego dnia gościło minimum jednego wilka. Miałem cichą nadzieję, że to będzie mój wilk. Po cichu zszedłem w dół, nie miałem zamiaru nikogo straszyć, ale ostrożność była wskazana.
– Inveth – odezwałem się, gdy wkroczyłem do wielkiej sali. Niestety odpowiedziała mi tylko cisza. Zero oznak jakiegokolwiek życia. – Innie!
Z głębi jaskini wydobył się cichy warkot. Podszedłem do czarnej kulki, która leżała na środku pomieszczenia i mruczała coś przez sen. Mały wysłannik piekieł spał sobie smacznie w moim domu, a mimo to nie miałem serca jej budzić. Sam ledwo co stałem na łapach, więc położyłem się tu obok niej i wtuliłem głowę w jej puszyste, czarne futerko.
– Inveth – odezwałem się, gdy wkroczyłem do wielkiej sali. Niestety odpowiedziała mi tylko cisza. Zero oznak jakiegokolwiek życia. – Innie!
Z głębi jaskini wydobył się cichy warkot. Podszedłem do czarnej kulki, która leżała na środku pomieszczenia i mruczała coś przez sen. Mały wysłannik piekieł spał sobie smacznie w moim domu, a mimo to nie miałem serca jej budzić. Sam ledwo co stałem na łapach, więc położyłem się tu obok niej i wtuliłem głowę w jej puszyste, czarne futerko.
***
– Więc moja droga, zechcesz mi towarzyszyć w tej podróży życia? – zapytałem córkę, podczas gdy ta pałaszowała małego królika.
– A mam jakiś wybór?
– Masz, ale oferuję ci odwiedzenie grobu matki i rodzeństwa, a to propozycje nie do odrzucenia – prawie się zakrztusiła, gdy to usłyszała, ale potulnie skinęła głową.
– Idziemy tylko we dwójkę?
– Nie słońce, będzie jeszcze Pain, który chce zobaczyć wielkie smoki. Bądź grzeczna – poprosiłem z udawanym tonem przejęcia w głosie. In najpierw się skrzywiła, ale zaraz potem na swój pysk przywołała jeden ze swoich słynnych uśmiechów.
– Aj Aj kapitanie.
– Uwielbiam cię – mruknąłem.
Przez resztę drogi nawzajem sobie dokuczaliśmy, nawet nie zauważyłem, kiedy przekroczyliśmy granicę, a kawałek po niej spotkaliśmy Paina. Basior stał i notował coś w swoim magicznym dzienniku. Zdecydowanie pasował do krajobrazu, który się za nim malował. Poranna mgła, przypominająca jego oczy unosiła się nad wysokimi trawami łąki, na której jeszcze niedawno prawdopodobnie pasły się sarny. Sam wilk wyglądał jak stworzenie nie z tej planety i mimo wielu równie dziwnych zwierząt i wilków on sam wyróżniał się na ich tle.
– Cześć, wybacz nam, że się spóźniliśmy, ale In musiała coś zjeść przed tak długą podróżą.
– Nic nie szkodzi, ale mogliśmy równie dobrze upolować coś po drodze.
– Nie mogliśmy, bo na śniadanie jem tylko białe króliki, a w tej części świata takich nie ma – wtrąciła się czerwonooka.
– Jak uważasz – odpowiedział jej Pain. – Idziemy?
Oboje spojrzeli na mnie, najwyraźniej to ja miałem prowadzić. Z niedowierzaniem pokręciłem głową i ruszyłem w stronę lasu świerkowego.
– HG? Mogę zadać ci kolejne pytanie? – zapytał basior.
– Jasne, czemu nie.
– Ile miałeś wader?
Ał. To było zbyt bezpośrednie, a obok była Inveth, która albo udawała, albo na serio nie słyszała, o co wilk właśnie zapytał.
– Osiem oficjalnych – odpowiedziałem jak poparzony.
– Zaszalałeś tatku, dobrze, że dodałeś to o oficjalnych, bo bym nie uwierzyła.
– Ja też – przytaknął jej Pain, a następnie oboje wybuchnęli śmiechem.
– Zaszalałeś tatku, dobrze, że dodałeś to o oficjalnych, bo bym nie uwierzyła.
– Ja też – przytaknął jej Pain, a następnie oboje wybuchnęli śmiechem.
Pain?
Wydaje się lekko nieskładne, ale tak jakoś nie umiałam zebrać tego w całość, chociaż miałam pomysł, jak to zrobić. xD Liczę, że do przeżycia. <3
Fasola cd. Airov
– Czy zechciałbyś opowiedzieć mi więcej o Wzniesieniach Wilczych Władców? – zapytałam nieco zdenerwowana. Nie wiem czemu, ale nie chciałam zostawać sama, a głos basiora działał na mnie dziwnie kojąco. Miałam nadzieję, że zgodzi się ze mną zostać chociaż na chwilkę. Wpatrywałam się w niego z nadzieją, kiedy ten przystaną i zaciekle myślał nad tym, co powinien odpowiedzieć.
– Właściwie dlaczego nie – mam jeszcze wolną chwilę. Może chcesz się ze mną przejść i popodziwiać je z bliska? Mam tam pewną sprawę do załatwienia.
W moim brzuchu od razu obudziły się motyle.
– Jasne – odpowiedziałam z uśmiechem. Ai zaczął iść, ale co chwilę zerkał, czy dotrzymuję mu kroku. Ai, czy mogę tak na niego mówić, wiem, że tego nie słyszy, ale i tak. Jego imię jest tak trudne.
– Więc... Co chcesz wiedzieć?
– Hm, wszystko. Kim były wilki, których imiona zostały wykorzystane do nazwania tych cudownych skał, dlaczego są warte upamiętnienia. Możesz zacząć od siebie, jeśli chcesz – zaproponowałam.
Czarny basior zatrzymał się i zaczął spoglądać na widoczne z daleka szczyty. Milczał przez kilka minut, a następnie odezwał się ledwie słyszalnym szeptem:
– Kesame była moją matką, córką Taravii. Utrzymała niemal setkę wilków przy życiu podczas wojny ze smokami, ale nawet gdyby tego nie zrobiła i tak zostałaby upamiętniona. Jest – przerwał. Prawdopodobnie walczył ze łzami, chciał być silny, ale wspomnienie o tak bliskiej mu waderze, która na dodatek zniknęła w nieznanych okolicznościach było zbyt bolesne. – Jest moją matką, uratowała mnie, dała mi nowe życie, przyszłość.
Nie wiedziałam co powiedzieć, było mi przykro, ale nie potrafiłam się w to wczuć na tyle, żeby płakać razem z nim, z resztą to by chyba nie pomogło. Wypuściłam powietrze z ust, a następnie się wyprostowałam i podeszłam do niego i... tyle. Miałam ochotę go przytulić, ale nie uważałam, aby było to stosowne. Po prostu stałam przed nim i czekałam, aż podniesie swój wzrok z ziemi. Nie należę jednak do zbyt cierpliwych osób, więc po kilkunastu sekundach zniżyłam łeb do jego poziomu i wlepiłam w niego swoje ciemne ślepia.
– Panie Alfo – zaczęłam, a na jego pysku mimowolne ukazał się lekki uśmiech – głowa do góry. Prędzej, czy później wszyscy się spotkamy.
Spojrzał na mnie swoimi przekrwionymi oczami, a zaraz po tym parsknął. Prawdopodobnie zaśmiał się z tego, co miał zamiar za chwilę powiedzieć na głos.
– Pocieszasz mnie tym, że wszyscy umrzemy?
– To zależy od interpretacji. Ale skoro już się pozbierałeś, to może opowiesz mi ciąg dalszy tej historii?
– Właściwie nie wiem nic o Taravii i Zero, słyszałem tylko legendy, zapewne te same, co ty, mimo wszystko podziwiam ich.
– Ja też.
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zorientowałam się, że nadal tkwiliśmy w tej samej pozycji. Szybko odsunęłam się od basiora i dyskretnie się rozejrzałam, aby sprawdzić, czy nikt nas nie obserwował. W ostatniej chwili wśród zarośli zauważyłam czerwone ślepia, ale zniknęły tak samo szybko, jak się pojawiły. Nawet nie pytałam Airova, czy widział, bo było to niemożliwe.
– Więc, co ważnego miałeś tutaj zrobić?
– Nic, ale nie chciałem, żebyś się przejmowała, tym że zabierasz mi czas.
– A zabrałam?
– Oczywiście, że nie.
– Właściwie dlaczego nie – mam jeszcze wolną chwilę. Może chcesz się ze mną przejść i popodziwiać je z bliska? Mam tam pewną sprawę do załatwienia.
W moim brzuchu od razu obudziły się motyle.
– Jasne – odpowiedziałam z uśmiechem. Ai zaczął iść, ale co chwilę zerkał, czy dotrzymuję mu kroku. Ai, czy mogę tak na niego mówić, wiem, że tego nie słyszy, ale i tak. Jego imię jest tak trudne.
– Więc... Co chcesz wiedzieć?
– Hm, wszystko. Kim były wilki, których imiona zostały wykorzystane do nazwania tych cudownych skał, dlaczego są warte upamiętnienia. Możesz zacząć od siebie, jeśli chcesz – zaproponowałam.
Czarny basior zatrzymał się i zaczął spoglądać na widoczne z daleka szczyty. Milczał przez kilka minut, a następnie odezwał się ledwie słyszalnym szeptem:
– Kesame była moją matką, córką Taravii. Utrzymała niemal setkę wilków przy życiu podczas wojny ze smokami, ale nawet gdyby tego nie zrobiła i tak zostałaby upamiętniona. Jest – przerwał. Prawdopodobnie walczył ze łzami, chciał być silny, ale wspomnienie o tak bliskiej mu waderze, która na dodatek zniknęła w nieznanych okolicznościach było zbyt bolesne. – Jest moją matką, uratowała mnie, dała mi nowe życie, przyszłość.
Nie wiedziałam co powiedzieć, było mi przykro, ale nie potrafiłam się w to wczuć na tyle, żeby płakać razem z nim, z resztą to by chyba nie pomogło. Wypuściłam powietrze z ust, a następnie się wyprostowałam i podeszłam do niego i... tyle. Miałam ochotę go przytulić, ale nie uważałam, aby było to stosowne. Po prostu stałam przed nim i czekałam, aż podniesie swój wzrok z ziemi. Nie należę jednak do zbyt cierpliwych osób, więc po kilkunastu sekundach zniżyłam łeb do jego poziomu i wlepiłam w niego swoje ciemne ślepia.
– Panie Alfo – zaczęłam, a na jego pysku mimowolne ukazał się lekki uśmiech – głowa do góry. Prędzej, czy później wszyscy się spotkamy.
Spojrzał na mnie swoimi przekrwionymi oczami, a zaraz po tym parsknął. Prawdopodobnie zaśmiał się z tego, co miał zamiar za chwilę powiedzieć na głos.
– Pocieszasz mnie tym, że wszyscy umrzemy?
– To zależy od interpretacji. Ale skoro już się pozbierałeś, to może opowiesz mi ciąg dalszy tej historii?
– Właściwie nie wiem nic o Taravii i Zero, słyszałem tylko legendy, zapewne te same, co ty, mimo wszystko podziwiam ich.
– Ja też.
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zorientowałam się, że nadal tkwiliśmy w tej samej pozycji. Szybko odsunęłam się od basiora i dyskretnie się rozejrzałam, aby sprawdzić, czy nikt nas nie obserwował. W ostatniej chwili wśród zarośli zauważyłam czerwone ślepia, ale zniknęły tak samo szybko, jak się pojawiły. Nawet nie pytałam Airova, czy widział, bo było to niemożliwe.
– Więc, co ważnego miałeś tutaj zrobić?
– Nic, ale nie chciałem, żebyś się przejmowała, tym że zabierasz mi czas.
– A zabrałam?
– Oczywiście, że nie.
Ai słońce?
Ucięte w super momencie, ale csi.
Od Sonaty
Poczułam ciepłe promienie słońca padające na mój pysk. Uśmiechnęłam się lekko, ciesząc się, że i dzisiejszego dnia pogoda ma zamiar dopisywać. Ziewnęłam, wciąż jeszcze nie otwierając oczu i zaczęłam się przeciągać. Niestety mój nie do końca wybudzony jeszcze umysł zapomniał uświadomić mnie, że swoją podróż do krainy morfeusza postanowiłam rozpocząć na gałęzi jednego z drzew. Nic więc dziwnego, że uderzyłam o ziemię z hukiem, nim jeszcze zdążyłam zanotować, co się w ogóle stało. Podniosłam się z ziemi, jednocześnie wyzbywając się z futra drobinek suchej ziemi. Nie mogłam powiedzieć, aby taki rodzaj pobudki był szczególnie przyjemny, skuteczności jednak z pewnością nie można było jej odebrać. Omiotłam okolicę wzrokiem. Poprzedniego dnia byłam zbyt zmęczona, aby chociażby zatroszczyć się o własne bezpieczeństwo a co dopiero zwiedzać. Jako jednak, że w życiu każdego istnieją pewne priorytety, przyłożyłam nos do ziemi w poszukiwaniu tropu. Nie minęło wiele czasu, gdy udało mi się natknąć na trop jakiegoś szaraka. Widząc zająca, zauważyłam, że jest to zdrowy, choć może już nieco starszy osobnik. Przylgnęłam do ziemi i jeszcze chwilę przypatrywałam się skaczącemu futrzakowi. Wiatr był po mojej stronie. Trochę cierpliwości i pochwycenie zająca nie powinno stanowić problemu. Oblizałam się po pysku, czując już smak świeżego mięsa. Cichaczem podkradłam się jak najbliżej szaraka, by już chwilę później pozbawić go życia. Nie był to specjalnie sycący posiłek, jednak na jakiś czas powinien był wystarczyć. Zaczęłam zlizywać resztki zajęczej krwi z łap, gdy nagle dopadło mnie dziwne uczucie. Jakbym czuła na sobie czyiś wzrok. Podniosłam się powoli i uważnie przyjrzałam okolicy, nie byłam jednak w stanie nikogo dostrzec. Dziwne uczucie jednak mnie nie opuszczało i po kilku chwilach odnalazłam słabo zarysowaną postać pośród drzew.
- Hej. - Powiedziałam, zbliżając się w stronę nieznajomego.
Nie otrzymałam jednak żadnej odpowiedzi. Wilk w dalszym ciągu się nie poruszał, a gdy zbliżyłam się do niego jeszcze bardziej, ten zaczął uciekać.
- Hej, czekaj! - Zawołałam, goniąc za nim.
Ten nie zatrzymywał się pomimo moich nawoływań. Po kilku minutach biegu zrozumiałam dlaczego. Jego łapy zaczęły powoli niknąć, a całą postać stawała się coraz to mniej niewyraźna. Stopniowo wilk znikł zupełnie. Zatrzymałam się, łapiąc oddech. Wyglądało na to, że przypadkiem dostrzegłam jakąś zbłąkaną duszę. Potrząsnęłam głową.
- No nic, nie warto się przejmować. - Powiedziałam do siebie. - Może jeszcze uda mi się spotkać kogoś żywego.
Zaraz po tych słowach odwróciłam się, by wpaść na jakiegoś wilka. Teraz jednak bynajmniej nie martwego.
- Hej. - Powiedziałam, zbliżając się w stronę nieznajomego.
Nie otrzymałam jednak żadnej odpowiedzi. Wilk w dalszym ciągu się nie poruszał, a gdy zbliżyłam się do niego jeszcze bardziej, ten zaczął uciekać.
- Hej, czekaj! - Zawołałam, goniąc za nim.
Ten nie zatrzymywał się pomimo moich nawoływań. Po kilku minutach biegu zrozumiałam dlaczego. Jego łapy zaczęły powoli niknąć, a całą postać stawała się coraz to mniej niewyraźna. Stopniowo wilk znikł zupełnie. Zatrzymałam się, łapiąc oddech. Wyglądało na to, że przypadkiem dostrzegłam jakąś zbłąkaną duszę. Potrząsnęłam głową.
- No nic, nie warto się przejmować. - Powiedziałam do siebie. - Może jeszcze uda mi się spotkać kogoś żywego.
Zaraz po tych słowach odwróciłam się, by wpaść na jakiegoś wilka. Teraz jednak bynajmniej nie martwego.
Ktoś?
Od Victorii
Victoria oprowadzała właśnie kolejną wycieczkę po terenach watahy. Pokazywała za pomocą nietypowych iluzji przebieg historii danego miejsca. Wiele wilków zachwycało się tymi obrazami. Zadawało pytania, a szczenięta bawiły się w „Co by było, gdyby…”
- Proszę Pani! Co by było, gdyby piorun uderzył w tamtą kolumnę? - spytało jedno szczenię. Skrzydlata wadera się uśmiechnęła. Zamknęła oczy i nałożyła iluzję na starą portową budowlę, w której się znajdowali.
- Pewnie wyglądałoby to tak… - Słup pośrodku niewielkiej budowli został trafiony przez piorun. Skruszył się i złamał, po czym sufit budynku się zawalił. Niektóre szczeniaki piszczały z przerażenia, inne się śmiały z reakcji rówieśników, a starsze wilki próbowały je uspokoić. Tylko jeden z zwiedzających wilków nie był zbytnio zainteresowany wycieczką. Szedł na samym końcu, jakby od niechcenia. Miał na sobie czarną, długą pelerynę. Jedyne co można było dostrzec, to błyszczące oczy. Nie wyrażały one żadnych emocji. Owy wilk poruszał się niemal bezszelestnie…
- Dobrze moi drodzy. To koniec wycieczki. Proszę sprawdzić, czy wszyscy są. Zack patrz pod łapy!- złapała rudego szczeniaka i odciągnęła go od krawędzi. Niemal wszyscy udali się w swoje strony. W ruinach portu pozostała tylko Victoria i tajemniczy ktoś. Nieznajomy udał się w kierunku starych, dziurawych schodów. Zgarnął kurz oraz gruzy i przetrzepał stary, czerwony dywan.
- Stój! Co robisz? - spytała przewodniczka. - Uważaj, bo coś zleci Ci na głowę, albo zawalisz podłogę.
Jej uwagi nie zostały jednak wysłuchane. Uparty nieznajomy złapał za dywan i jednym gwałtownym ruchem odrzucił go na bok. Powstała w ten sposób chmura pyłu zasłoniła widoczność skrzydlatej waderze. Gdy pył opadł Victoria spostrzegła otwarty właz w podłodze i znikający koniec czarnej peleryny. Nie myśląc długo ruszyła za nieznajomym. Kto wie? Może spotka ich Ciekawa przygoda?
- Proszę Pani! Co by było, gdyby piorun uderzył w tamtą kolumnę? - spytało jedno szczenię. Skrzydlata wadera się uśmiechnęła. Zamknęła oczy i nałożyła iluzję na starą portową budowlę, w której się znajdowali.
- Pewnie wyglądałoby to tak… - Słup pośrodku niewielkiej budowli został trafiony przez piorun. Skruszył się i złamał, po czym sufit budynku się zawalił. Niektóre szczeniaki piszczały z przerażenia, inne się śmiały z reakcji rówieśników, a starsze wilki próbowały je uspokoić. Tylko jeden z zwiedzających wilków nie był zbytnio zainteresowany wycieczką. Szedł na samym końcu, jakby od niechcenia. Miał na sobie czarną, długą pelerynę. Jedyne co można było dostrzec, to błyszczące oczy. Nie wyrażały one żadnych emocji. Owy wilk poruszał się niemal bezszelestnie…
- Dobrze moi drodzy. To koniec wycieczki. Proszę sprawdzić, czy wszyscy są. Zack patrz pod łapy!- złapała rudego szczeniaka i odciągnęła go od krawędzi. Niemal wszyscy udali się w swoje strony. W ruinach portu pozostała tylko Victoria i tajemniczy ktoś. Nieznajomy udał się w kierunku starych, dziurawych schodów. Zgarnął kurz oraz gruzy i przetrzepał stary, czerwony dywan.
- Stój! Co robisz? - spytała przewodniczka. - Uważaj, bo coś zleci Ci na głowę, albo zawalisz podłogę.
Jej uwagi nie zostały jednak wysłuchane. Uparty nieznajomy złapał za dywan i jednym gwałtownym ruchem odrzucił go na bok. Powstała w ten sposób chmura pyłu zasłoniła widoczność skrzydlatej waderze. Gdy pył opadł Victoria spostrzegła otwarty właz w podłodze i znikający koniec czarnej peleryny. Nie myśląc długo ruszyła za nieznajomym. Kto wie? Może spotka ich Ciekawa przygoda?
Ktosiu?
Czego szukasz?Nie oczekuję nic specjalnego. Mogą być krótkie odpisy, albo dłuższe wyposażone w kolorystyczne opisy. Jeśli Masz ochotę zaproś jeszcze kogoś do tej przygody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Etykiety
Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.
Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.
Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template
Sisters of The Template