***
Po wizycie u uzdrowicielki czułam się jak nowa, dodatkowo dostałam ofertę pracy jako swatka, którą przyjęłam z przyjemnością, a tym samym zgodziłam się na należenie do watahy smoczego ostrza. Alfa jest naprawdę przekonujący. Właściwie wiedziałam o nim tyle, co nic. Miał bliznę, czerwone oczy, był inteligentny i okazało się również, że potrafi żartować w dobrym stylu. Pierwsze wrażenie, jakie na mnie wywarł, przypieczętowało mój pobyt tutaj. Żałosne. Nie powinnam się tak szybko poddawać.
— Słucha mnie pani? — uniosłam głowę, spoglądając na waderę siedzącą naprzeciwko mnie. Była starsza, a jej sierść, niczym smoła spływała lekkimi falami, dotykając brudnej, kamiennej podłogi w jaskini, którą odziedziczyłam po byłej swatce. Nie wiem, dlaczego tak mnie nazwała.
— Jasne, że tak. Czyli uważasz, że po tylu latach to wina twojego ojca? Nawet niestabilność i pragnienie czegoś więcej? — i zaczęła dalej trajkotać o nienawiści do niejakiego, właściwie już nie pamiętam do kogo. A na dodatek był młody, dało się to wyczytać z braku siwizny i energii, która od niego biła. Za jakie grzechy muszę tutaj siedzieć do późna? Pierwszy raz od dawna nie interesowały mnie cudze miłosne uniesienia. Teraz ważna byłam ja.
— Wiesz — zaczęłam — po prostu musisz im dać do zrozumienia, że to nie dla ciebie, a wszystkich, którzy nazwą cię tak, jak kiedyś twoją matkę, po prostu zabij.
W jednej sekundzie przez jej pysk przeszedł cień zmieszania, zniesmaczenia radości i zdziwienia.
— No żartowałam. Jeśli jeszcze coś się wydarzy, daj znać. Wiesz gdzie mnie szukać.
I wyszła, a ja zaraz za nią. Wszystkie zapisane notatki wzięłam w zęby i ruszyłam w stronę, no właśnie. Czego? Nie chciałam zostać w tej obskurnej jamie, ale nie miałam innego miejsca do spania. Kolejny raz miałam liczyć na litość pana Alfy? Jestem dorosła, sama sobie poradzę.
— Dobry wieczór. Jak ci minął pierwszy dzień?
Niezdarnie podskoczyłam na dźwięk głosu, który dobiegł zza moich pleców. Też mi łaska, pytać się kogoś z zaskoczenia. Zwróciłam się w stronę wilka.
— Interesująco panie Alfo, aczkolwiek jestem już senna, a nie mam gdzie spać, więc proszę mi wybaczyć, ale będę już iść. Muszę poszukać c z e g o ś — szczególnie zaakcentowałam to słowo — do spania.
— Mhm czegoś — przytaknął z powagą głową. — Ta jaskinia ci nie odpowiada?
— Jest trochę za bardzo nie w moim guście panie Alfo.
Basior przez chwilę wpatrywał się w jeden punkt, a później posłał mi zmieszane spojrzenie.
— Nie przedstawiłem się?
— Tak się składa, że nie — wysepleniłam, czując smak rozpuszczonego tuszu w pysku.
— Wybacz mi. Mam na imię Airov, możesz tak do mnie mówić.
— Fasola — podałam mu łapę. Chwycił ją delikatnie i potrząsną. W tym samym momencie spod sierści wydostał się mały, różany kolec. — Pozostanę jednak przy panu Alfie. Wychowanie nie pozwala mi na zwracanie się do kogoś o wyższym stanie po imieniu.
— Jak uważasz — uśmiechnął się grzecznie.
Panie Alfo? Airov?