21 lutego 2018

Od Ingreed cd. Harbingera

Wpatrywałam się tępo w sufit. Moje drętwe ciało nie za bardzo chciało mnie słuchać, ale dawałam z siebie wszystko. Kaszlałam krwią, kręciło mi się w głowie i chyba powoli traciłam wzrok, ale badania wskazywały na to, że zdrowieję. Może to tylko moje urojenie? Może wszystko jest w porządku, a ja popadam w obłęd?
A może zwyczajnie umieram?
Mój świat powoli się walił. Ktoś wyciągnął jedną cegiełkę, a teraz cały mur, który mnie podtrzymywał, burzy się, pozostawiając po sobie tylko kurz, który zapycha mi płuca i utrudnia oddychanie. Niknęłam powoli w swojej ciemności, światło, które gdzieś tam zawsze świeciło, teraz powoli gasło.
Fizycznie jesteś sprawna - usłyszałam kiedyś od medyka. Czy to znaczy, że powoli wariuję?
Wzięłam głęboki wdech i wyprostowałam się odruchowo. Kroki. Harbinger wszedł do pomieszczenia i spojrzał na mnie. Już się uśmiechałam, już udawałam, że wszystko jest w porządku.
- Jak się czujesz?
- Dobrze.
W jego oczach czaił się smutek, ale on też starał się to ukryć.
- Boli cię coś?
- Nie.
Tak umrę? Udając, że wszystko jest w porządku?
- Wzięłaś lekarstwa?
- Tak.
Tym razem byłam szczera. Wzięłam, może nawet za dużo o jedną garść, może nawet nie te, które powinnam. Już ich nie rozróżniałam, kolory zlewały się w jedno, kiedy patrzyłam na sterty barwnych tabletek.
- Ingreed - głos mu drżał - kocham cię.
Przymknęłam oczy.
Nie rób tego, proszę. Nie każ mi się żegnać.
- Wyciągnę cię z tego - zacisnął zęby.
Cierpiał, pewnie bardziej niż ja. Też popadał w obłęd, kiedy jego druga połówka najpierw pękła, a potem rozkruszała się na jego oczach. Oddychał nierówno, kiwał się na boki, kiedy podchodził. Nie chciałam tego. Nie chciałam żyć, nie chciałam umierać, nie chciałam tkwić tak, jak teraz, na pograniczu. Po prostu nie miałam sił walczyć, ale śmierć wydawała się jeszcze gorsza.
Z dnia na dzień coraz bardziej się jednak do niej przekonywałam. Już nie była taka zła jak kiedyś. Po czasie stała się czymś przyjemnym, jakimś ukojeniem.
Najgorsze jest to, że cierpią inni. Staczam się na dno i ciągnę za sobą Harbingera. Wszystko przez ciążę, przez szczeniaki, przez wojnę, przez świat. To nie moja wina. A może jednak?
Otworzyłam oczy. Wciąż się uśmiechałam. Chwyciłam Harbingera za łapę i wtuliłam pysk w futro na jego szyi. Kiedy odsunął się, zauważyłam, że ubrudziłam go krwią.
- Przyniesiesz mi kwiaty? - zapytałam.
Zgodził się bez zawahania. Nie wiedział po co, ale chciał to zrobić, żeby było mi lżej. A może po prostu chciał stąd wyjść.
Kiedy zostałam sama, łzy pociekły po moich policzkach. Dobrze, że się zgodził, dłużej bym nie wytrzymała. Popłakałam się jak szczeniak, któremu zabrano zabawkę.
Tyle, że mi zabrano szczęście, a ja nie potrafiłam go odzyskać, bo nie wiedziałam, dlaczego tak nagle zostałam go pozbawiona.

Harbingerze?

Jest smutno, bo In umiera. Jest trochę chaotycznie, bo sama nie potrafi się zrozumieć. Depresja ciągnie ją na dno, a ona ma słabą psychikę i nie umie jej zwalczyć. 
Poniżej piosenka, której słuchałam przy pisaniu. Nieważne z czego, po prostu tekst idealnie opisuje to, co stało się z Ingreed. <tłumaczenie tekstu>


Od Haxemona

|Perspektywa: Haxemon|
Ciemno...
Ciemniej...
Jeszcze ciemniej...
Te słowa krążyły mi w głowie całymi nocami, mogłem jedynie czekać aż w końcu znikną. To one zawsze trzymały mnie na uwięzi i nie pozwalały mi iść do przodu – w stronę światła. Musiałem... musiałem być z nim. Z tą bestią, która nie pozwalała mi w końcu odpuścić sobie moje wszelakie grzechy. Z nim....
~*~
|Perspektywa: Malmazo|
Znowu wygrałem walkę o ciało, ten wilk jest taki słaby... jak mój pan mógł przekazać mnie komuś takiemu. Szedłem powoli przez las nie zważając na kamyki wystające z ziemi, gdyż i tak każdy omijałem sprytnie i zwinnie. Po chwili dotarłem do jakiegoś lasku, był dość interesujący. Wiosna dodawała całego uroku. Poderptałem jeszcze dalej, gdy zauważyłem jakąś rzeczkę. Prawdopodobnie to była ta rzeka Valar. Podszedłem do samej krawędzi wody, a następnie spojrzałem w prawo, gdzie zobaczyłem, jak i usłyszałem szumiący, wielki wodospad. Był bardzo uspokajający. Schyliłem łeb nad wodą, a następnie wziąłem kilka łyków wody. Niestety, ale po chwili usłyszałem szelest liści. Przestałem pić wodę i podniosłem powoli głowę do góry. Rozejrzałem się w prawo, w lewo, a na koniec za siebie, jednak nic nie zauważyłem. Postanowiłem, aby na razie nie uzupełniać całego organizmu Haxemon’a.
Usiadłem w miejscu, jednak dalej nie było żadnych znaków jakiegokolwiek życia, ale... ja zawsze upieram się na swoim i wiem, ja po prostu to WIEM, że coś się poruszyło w krzakach. Nie myliłem się, po chwili kiedy zacząłem zastanawiać się czy na pewno nie przesłyszało mi się z mojej prawej strony wyskoczył wilk. Szybkim ruchem odwróciłem łapę i odskoczyłem. Miałem zostać zwykłą ofiarą? Ja, nigdy! Haxemon by się jedynie nadawał, ale Wielki Malmazo się nie da jakiemuś tam przegrywowi. Spojrzałem na upierdliwca, który śmiał mnie zaatakować, jednak ten dalej chował się w cieniu.

Ktuś?

Pożegnajmy

Żegnamy Alice.
Powód: oficjalnie brak weny.
Alice
 

Od Inveth

Czaszka zająca poturlała się po podłodze z łoskotem. Seele skierował na mnie swoje jedno oko i wwiercał we mnie spojrzenie.
- Co się gapisz? - mruknęłam, podchodząc do czaszki. Położyłam na niej łapę i lekko nacisnęłam, lecz nic się nie stało.
Braciszek nie odpowiedział. Odwrócił wzrok w kierunku rodziców, którzy właśnie wchodzili do jaskini. Mama opierała się o tatę, a przy kąciku jej ust widniał ślad częściowo startej już krwi. Jej spojrzenie było lekko nieobecne, jakby nie patrzyła konkretnie na nas, ale na cały pokój.
Nikt nam tego otwarcie nie powiedział, ale ja wiedziałam. Mama umiera.
Podbiegłam do nich z uśmiechem, a wokół moich łap zatańczyły malutkie iskierki. Spojrzała na mnie surowo, lecz nie groźnie.
- Nie baw się ogniem w środku. To niebezpieczne.
Nie zwróciłam na te słowa uwagi. Wepchnęłam głowę pomiędzy nich i wtuliłam się w futra.
- Gdzie byliście? - podskoczyłam, przez co mama zachwiała się. Szybko przeprosiłam i ponowiłam pytanie.
- W bibliotece - odpowiedziała. Kłamała. Zapewne byli w szpitalu. - Och, Innie, nie mów, że znowu znalazłaś jakiś szkielet...
- Nie był duży, więc wzięłam czaszkę - wydęłam policzki.
- Wszystko w porządku? Działo się coś ciekawego? - zielone oczy omiotły pokój. Zatrzymały się na chwilę na moim bracie, potem znów skierowały się na mnie. - Gdzie Hesher?
- Śpi w pokoju - wzdrygnęłam się, kiedy Seele wreszcie się odezwał. Już prawie zapomniałam, że umie mówić. - Poza tym ciocia Kesame cię szukała, mamo.
Podziękowała i stwierdziła, że pójdzie zapytać się o co chodzi. Chciałam iść z nią, ale mama zabroniła mi, mówiąc, że to "sprawy dorosłych". Też mi wymówka.
- Jak zwykle... - mruknęłam pod nosem, na co tata uniósł brew. Uśmiechnęłam się niewinnie i doskoczyłam do czaszki, żeby trochę się nią pobawić.
Kiedy mama wyszła, ja uczepiłam się łapy taty i nie puściłam nawet, jak zwrócił mi o to uwagę.
- Inveth - westchnął, odpychając mnie lekko - muszę iść.
- Tato... - przekrzywiłam lekko łeb - kiedy mama umrze?
Przez chwilę stał w kompletnej ciszy, przez co dokładnie słyszałam jego bicie serca i oddech. Widziałam jak w jego oczach na moment zagościł smutek, potem przerodził się w gniew, by na końcu znów zniknąć i pozostawić jedynie pustą zieleń. Puściłam i wtedy bez słowa wyszedł, pozostawiając mnie bez odpowiedzi.
Seele westchnął wymownie, a ja rzuciłam w niego zajęczą czaszką. Uchylił się, czaszka roztrzaskała się o ścianę.

Od zawsze lubiłam bawić się ogniem. Od zawsze, czyli od momentu, kiedy pierwszy raz miałam z nim do czynienia. Teraz płomienie szalały wokół mnie, tworząc przeróżne kształty. Śmiałam się, kiedy ogień pożerał kolejne gałęzie spróchniałego drzewa.
- Nie powinnaś podpalać drzew - usłyszałam. Odwróciłam się i ujrzałam szaro-fioletowego basiora o uśmiechniętych, lawendowych oczach.
W podskokach podbiegłam do niego i skoczyłam na jego grzbiet, aby mieć później jak najłatwiejszy dostęp do jego grzywki.
- Cześć, wujku!
- Wiesz, że powinnaś być teraz z oddziałem VIII? Wszyscy cię szukają.
Mówił to spokojnie, a w jego głosie nie było żadnych pretensji. Zatopiłam nos w jego futrze i jęknęłam, przypominając sobie o poleceniach alfy, cioci Kesame.
- Mogłabym dzisiaj pobyć z tobą?

Nicolay? ♥
Miało być już daaawno, ale jakoś tak wyszło :D

Od Ingreed cd. Rainbow Fire

Podbiegła do mnie. Jej futro było zmierzwione, a wzrok nerwowo mierzył otoczenie.
- Musimy się ukryć - poleciłam, w międzyczasie rozglądając się za względnie bezpieczną kryjówką.
- Zapewne i tak nas znajdzie.
- Trudno - spojrzałam na nią - nie mamy innego wyjścia. Nie możemy walczyć, jeśli nic o nim nie wiemy.
Skinęła łbem. Jeszcze raz spojrzałyśmy w górę, na niebo, a potem zniknęłyśmy w niewielkiej jaskini. Wiatr, który poderwał się zaraz po naszym ukryciu, nie był naturalny. Coś wielkiego znajdowało się na zewnątrz.
Morskie oczy wadery skierowane były w kierunku wyjścia. Milczała, ja również. Nie chciałyśmy, aby smok nas znalazł, więc starałyśmy się wyciszyć nawet oddech. Cofnęłam się parę kroków, jednak jaskinia nie była na tyle duża, aby w całości ukryć się w mroku.
- Musimy coś zrobić - szepnęła.
Smok poruszył się niespokojnie, przez co wzdrygnęłam się w duchu. Rainbow Fire wstrzymała oddech i uważnie przyglądała się jego następnym ruchom.
Machnął ogonem, a z jego nozdrzy wyleciała szara para. Jęknęłam i jeszcze bardziej upchałam ciało do kąta.
- Mogę nas teleportować - wyszeptała praktycznie zaraz przy moim uchu, na co zareagowałam lekkim spięciem mięśni. - Tyle, że to nie będzie duża odległość.
Skinęłam łbem, nie chcąc już nic mówić. Smok już i tak zapewne wie, gdzie jesteśmy. Położyła swoją łapę na mojej, lekko wbijając w nią pazury. Potem wyszeptała parę słów.
Teleportacji towarzyszyło dziwne uczucie, którego nie byłam w stanie opisać. W ułamku sekundy znalazłyśmy się poza jaskinią, lecz wciąż w zasięgu wzroku smoka. Żadna z nas nie musiała nic mówić, aby zgodnie ruszyć do przodu. Droga, którą wybrałyśmy, nie była może tą najkrótszą, jednak rozłożyste korony niskich drzew skutecznie chroniły nas przed zauważeniem.
Obie znieruchomiałyśmy, kiedy smok z gatunku Dero zagrodził nam drogę.

Rainbow Fire? Kompletnie nie wiedziałam co napisać, więc może być bezsensowne :x

Od Antilii cd Toxikity

Spojrzałam na oczy Toxikity - białą źrenicę otoczoną czarnym białkiem. Może miała rację. Niepotrzebnie mieszałam w jej sprawach… Ale miałam wrażenie, że… coś nas łączy. Pytanie tylko co? Tak bardzo chciałam jej pomóc, że zapomniałam o jej prywatności i sprawach. Za mocno się zaangażowałam w to wszystko. Ale ciągle dręczyło mnie pytanie: dlaczego? Dlaczego aż tak mocno się tym interesuje? Czemu w ogóle zainteresowałam się postaciach Toxikity?
Co się ze mną dzieje?
Zwykle taka nie jestem… Porozmawiam parę razy lub jeżeli będę zmuszona, ale nigdy nie zachowywałam. Może to przez opary…? Sama nie wiem… Ostatnio naprawdę się zmieniłam. Podobnie jak nasze czasy. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie pokój, a kiedy będziemy zmuszeni walczyć.
Żyjemy w dziwnych czasach.
Kiedy odwróciłam się w stronę jednego ze Ledenów, zobaczyłam, jak ogromny ogon, naszpikowany równie wielkimi kolcami z kilkoma charakterystycznymi szpikulcami z zakrzywionymi końcami, zmierzał w moją stronę. Nie zdążyłam użyć zaklęcia Ognistej Tarczy czy nawet odskoczyć w bok. Dodajmy, że stałam na krawędzi ogromnego klifu, gdzieś w okolicach Gondolin. Po prostu stałam i patrzyłam, jak ta mordercza rzeźba lodowa pędzi w moją stronę. Po chwili przedłużenie smoczego kręgosłupa uderzyło mnie z niemałą siłą. Cios przewrócił mnie, przez co wypadłam za krawędź klifu i zaczęłam spadać.
Nie byłam do końca tego świadoma. Byłam delikatnie zamroczona… Czułam świst wiatru w uszach, jak moje futro faluje… Ja jednak nic z tym nie robiłam. Po prostu spadałam. Bezwładnie leciałam w dół, w stronę pewnej śmierci. Jednak coś mi zaiskrzyło w umyśle. Ta iskra sprawiła, że dosłownie ożyłam. Na moment przed zderzeniem z ziemią, rozłożyłam skrzydła i za pomocą jednego uderzenia skrzydłami wzbiłam się na wyższą wysokość. Spojrzałam na klif. Słyszałam jeszcze odgłosy innych wilków oraz ryki smoków. Za wcześnie ogłosiliśmy zwycięstwo.
Martwi mnie to. Powinniśmy dawno to skończyć, a nie ciągle się z tym cackać.
Poza tym muszę się spieszyć. Nie wiem, jak długo adrenalina będzie krążyć w moim krwiobiegu. Takie uderzenie może nieść wiele urazów, a jeśli nawet mam tylko pęknięte żebra, ból będzie dawał mi się we znaki. Dlatego muszę szybko dotrzeć na górę i pomóc swoim. Zmusiłam się do większego wysiłku. Zaczęłam silniej i częściej machać skrzydłami, aby wzlecieć na wyższą wysokość. Czas gra na moją niekorzyść, więc przyspieszyłam lot. Mimo że leciałam dosyć szybko, nadal uważałam, że jestem za wolna. Mięśnie mnie bolały, lecz nie zwracałam na to uwagi. Ważne są teraz inne sprawy.
W końcu wzleciałam ponad klif. Wilki o różnych rasach, płciach czy rozmiarach walczyły z kilkoma lodowymi smokami. Z mojego punktu widzenia wyglądało to jak bitwa pomiędzy ruchomymi figurkami. Jednak ja wiedziałam, że to nie jest jakaś tam bitewka. Dlatego muszę wspomóc wilki z mojej watahy. Nagle coś zauważyłam… Ogon jednego z przeciwników miał rząd kolców o zakrzywionym końcu. Ten sam układ i te same kolce…
To on.
Natychmiast zanurkowałam ku smokowi. Muszę się z nim rozliczyć. Miał głupiego farta i wykorzystał moją nieuwagę. Dlatego chciałam go wyzwać na uczciwą walkę. Nie jestem mściwa, ale wolę sprawiedliwą walkę. Prędzej czy później i tak byśmy się spotkali, więc wolę walczyć tu i teraz. Zauważyłam, że pozostały gady uciekły; został tylko Krzywy Kolec. Parsknęłam. Idiotyczne imię; nawet na ksywkę się nie nadaje. Po chwilowym rozbawieniu znowu wróciłam do stoickiego spokoju. Muszę być opanowana. Dostrzegłam teraz pewne szczegóły. Był nieco większy i silniejszy od innych Ladenów, możliwe, że to przywódca grupy.
Przywódcy muszą sobie coś kiedyś nagrabić. Nieważne u kogo.
Zauważyłam też Toxikite. Próbowała swoich oparów na przeciwniku, ale ten nic z tego nie robił. Podobnie, kiedy chciała użyć oparów; smok je po prostu zamrażał, a następnie niszczył. Toxi była zaskoczona, ale ja nie. Cóż, nauka robi swoje. Smok też wydawał się dosyć bystry- umiał przewidzieć nasze ruchy, uniknąć ataku i umiejętnie wykorzystać swoją moc. Chyba trafiłam na godnego przeciwnika. Obym się nie przeliczyła…
Wylądowałam niedaleko smoka, ale widziałam jego niewielkie, lodowe oczy. Wiedział, kim jestem. Wiedział, co zrobił, ale nie wie co ja robie. Wilki również zastanawiały się, dlaczego stoję tuż pod pyskiem ogromnego gada. Jednak po chwili się wycofali. Toxikita wyszła nieco na przód, aby mieć dobry widok i patrzyła na mnie z kamienną twarzą. Ja za to całą uwagę skupiałam na przeciwniku. Przez kilka chwil patrzyliśmy sobie w oczy.
Potem smok zrobił pierwszy krok. Z rykiem ruszył w moim kierunku, jednak tym razem wykonałam unik. Skorzystałam z okazji i użyłam zaklęcia, które stworzyło niewielkie ogniki. Skierowałam je w stronę gada, mając nadzieję, że ten osobnik, podobnie jak inne Ledeny, nie cierpi ognia i ucieknie. Ten gad jednak był nieco bardziej uodpobiony na ciepło. Mimo to mam pomysł, który wymaga niewielkiego wysiłku. Zaczęłam powoli zbierać potrzebną energię oraz przeliczyłam formuły. Urok ten ma na celu stworzyć niewielką, ale niezwykle gorącą kulę ognia. Myślę, że smok tym razem nie będzie miał wyjścia… Warto spróbować.
No moim grzbiecie zaczęła się formować niewielka iskierka, potem była gwiazdą wielkości małego szczeniaka. Cały czas rosła, aż w końcu miała wielkość mniej więcej mojej głowy. Smok miotał się i syczał, jednak powoli ustępował. Rozłożyłam skrzydła, a gwiazda nieco uniosła się wyżej. Gad zaryczał i w końcu uciekł, pozwalając swoim ogonem kilka drzew. Ja natomiast patrzyłam na jego ucieczkę, jednocześnie osłabiając formułę niewielkiej ognistej kuli. Kiedy całkowicie zniknęła, podeszłam do wilków, aby upewnić się, czy nikt nie doznał poważniejszych obrażeń. Podeszłam również do szczeniaków oraz jej opiekunki, aby sprawdzić, czy i u nich jest wszystko w porządku. Malce od razu do mnie pobiegły i zaczęły się przekrzykiwać z pytaniami, jak to zrobiłam. Ja uśmiechnęłam się blado, czekając na reakcje ich opiekunki. Ta szybko je uspokoiła i zaczęłyśmy rozmawiać. Kątem oka zauważyłam jasnozieloną waderę. Zakończyłam rozmowę i odpaliłam się nieco od innych, aby wyjść naprzeciw Toxikicie. Jej spojrzenie nic nie mówiło. Ja również nie zdradziłam swoich emocji. I niech tak zostanie.
- Musiałaś to robić, prawda? - zapytała kąśliwie. - Nie mogłaś się oprzeć. W ogóle: co ci strzeliło do głowy, aby to robić? Chcesz mi zaimponować, prawda?
- Miałaś rację - powiedziałam tylko.
- Co?
- Miałaś rację. Nie powinnam wchodzić z buciorami do twojego życia - odpowiedziałam bez emocji. Zrobiłam kilka kroków w tył i przy pomocy skrzydeł udałam się w kierunku domu.

Tox? Słabe opko, i know. ;3;

19 lutego 2018

Od Carfida CD Tery

- Tak, muszę się z tobą zgodzić. Ty też byłaś niezła - odparłem z uśmiechem na pyszczku, a moje policzki wpłynął różowy rumieniec. Szybko ukryłem nos, patrząc w starą podłogę.
- Niesamowita z nas parka, co? - zaśmiała się i zeskoczyła jednym susem z pianina, a wytworzona wcześniej piankowa chmurka zamortyzowała upadek.
Szybko podniosłem wzrok, z nadzieją, że napotkam jeszcze wzrok Tery. Ona wpatrywała się w otaczającą nas przestrzeń, a jej oczy błądziły po zdobionych obrazach i karmazynowych firanach z aksamitnego materiału.
- Tak, chyba tak... - szepnąłem, a mój wzrok obserwował klawisze pianina.
Tera szybko obróciła głowę w moją stronę, a na jej pyszczku nadal widniał delikatny uśmiech. Podniosłem głowę, patrząc na Tere. Wciągnąłem powietrze, próbując wydusić z siebie jakieś słowo. Bezskutecznie, mój pysk, chociaż otwarty, nie był zdolny do słów.
Błądziłem wzrokiem po czarnym drewnie pianina, a moje oczy zagubił się między oczami Tery, a instrumentem.
Westchnąłem, mocniej przyciskając białe klawisze.
Zamknąłem oczy, a moje łapy znów popłynęły w muzyce.
- I found a love for me - w sali rozległ się cichy głos wydobywający się z mojego gardła.
- Darling, just dive right in and follow my lead
Well, I found a girl, beautiful and sweet
Oh, I never knew you were
The someone waiting for me - otworzyłem oczy i popatrzyłem na Tere. Ta wpatrywała się w moje oczy, a jej uśmiech zszedł z pyszczka.
'Cause we were just kids when we fell in love
Not knowing what it was
I will not give you up this time
But darling, just kiss me slow,
Your heart is all I own
And in your eyes, you're holding mine - mój głos stawał się coraz odważniejszy, a oczy nadal obserwowały waderę.
Tera przybliżyła się do pianina, opierając się o nie łapą.
- Baby, I'm dancing in the dark
With you between my arms - mocniej uderzyłem w klawisz, wydając mocny, stanowczy dźwięk. Wadera nie spuszczała wzroku z moich oczu, a kiedy wyczarowała chmurkę pod swoimi łapami, usiadła na pianinie.
- Barefoot on the grass, listening
To our favourite song
When you said you looked a mess - usłyszałem cichy głosik samicy, która po usłyszeniu początku refrenu włączyła się w piosenkę.
- I whispered underneath my breath
But you heard it, darling,
You look perfect tonight... - skonczyłem, powoli ściszając muzykę. Kiedy wreszcie zakończyłem, podniosłem wzrok, napotykając po drodze oczy Tery.
- Wiesz... - zacząłem cicho, a mój język powoli się plątał.
- Chodźcie, pokażę Wam coś! - usłyszałem donośne wołanie profesora, prawdopodobnie dochodzące z drugiego piętra. Chrząknąłem speszony, opuszczając wzrok.

Tera?

Od Alvarian

Kiedy otworzyłam oczy, niezwykle jasny blask zmusił mnie do ponownego ich zamknięcia, przewróciłam się na drugi bok i wtuliłam w mech, który przez ostatnią noc pełnił funkcję mojej poduszki. Chwilę później w końcu do mnie dotarło…

- Zaspałam! - wykrzyknęłam i zerwałam się na równe nogi.

Od kilku miesięcy podróżowałam w głąb kontynentu, jakaś niewyobrażalna siła wciąż mnie ciągnęła w tamto właśnie miejsce, przez dłuższy czas się opierałam, jednak w końcu postanowiłam nie sprzeciwiać się dłużej instynktowi. Poprzedniego wieczoru zawędrowałam na tereny, które emanowały niezwykle dziwną energią, w pobliżu wyczuwałam wiele nieznanych stworzeń, co tylko spotęgowało moje obawy. Postanowiłam poruszać się tylko pod osłoną nocy, ale teraz gdy dotarłam w najmroczniejszy zakątek nastał dzień. Nie miałam pojęcia jak się zachować. Dobrze mi dotąd znana tajga przeistoczyła się w egzotyczną puszczę, pełną obcych gatunków i zewsząd spoglądających na mnie oczu, które niezwykle mnie osaczały. Wszystko to sprawiło, że zupełnie straciłam orientację w terenie, dotychczas spokojna i opanowana spanikowałam. Nagle usłyszałam czyjeś donośne kroki, tego było już za wiele! Przerażona puściłam się pędem w gęste zarośla, przedzierałam się przez roślinność od dłuższego czasu, jednak była tak gęsta, że praktycznie nie posuwałam się naprzód. Nagle zorientowałam się, że moja tylna łapa uwięzła w ciernistym krzewie. Kiedy szarpnęłam, aby ją wyswobodzić kolce wbiły się mocniej, a po łapie pociekła mi stróżka krwi. Postanowiłam przegryźć roślinę, przez co pokaleczyłam sobie wargi, jednak osiągnęłam zamierzony skutek i mogłam kontynuować moją ucieczkę. Niestety nie trwała ona zbyt długo, w jednym momencie straciłam grunt pod stopami i w ułamku sekundy wylądowałam po uszy w kleistej substancji. Oszołomiona w pierwszym odruchu zaczęłam się szamotać, jednak bagno postanowiło wciągnąć mnie głębiej. W tym właśnie momencie przypomniałam sobie, że dysponuję przecież niemałymi zdolnościami magicznymi, ale co tam! Panika i brak tlenu zrobiły swoje i mimo usilnych prób nie byłam w stanie niczego osiągnąć. Pozostało mi czekać w spokoju na cud. Powoli zaczynałam tracić przytomność, jednak przez chwilę wydało mi się, że nade mną usłyszałam ciche kroki. Nagle poczułam zaciskające się zęby na moim karku. Ktoś mnie ocalił…

Ktoś?

Powitajmy Alvarian!

Idess by kalambo
kalambo

Imię: Alvarian
Pseudonim: Alva
Wiek: 4 lata
Płeć: Wadera
Charakter: Alvarian jest subtelnie usposobioną waderą, choć delikatna nigdy nie daje sobą pomiatać, ma wyważony charakter, niezwykle trudno jest ją wyprowadzić z równowagi. Jednak jeśli komuś się to uda nie będzie dążyć do pogłębienia konfliktu. Zawsze wybacza, nawet w najgorszych sytuacjach doszukuje się w sobie miłości i przebaczenia, pomimo że wciąż uczy się postępowania według wartości, które uznała za najważniejsze. Cały czas pracuje nad sobą, rozwija swoje magiczne umiejętności i odkrywa potężną moc, która w niej drzemie. Od niedawna odżywia się jedynie życiodajną energią słońca i natury, dzięki czemu jest praktycznie czysta energetycznie, co udziela się stworzeniom przebywającym w jej otoczeniu-wyczuwają jasną aurę Alvarian i czują się bezwarunkowo bezpieczne w jej pobliżu.
Pomimo że wadera od zawsze wiodła życie samotnika, niezwykle intrygują ją inne wilki Uwielbia wchodzić z nimi w interakcje i tworzyć więzi. Chociaż stara się przebywać w ciszy, w dobrym towarzystwie rozmowy z nią mogą ciągnąć się godzinami. Dzięki pracy nad sobą i ciągłych podróży nie przywiązuje żadnej wagi do wartości materialnych.
Wygląd: Alvarian jest bardzo drobną i smukłą istotką, jej delikatne łapy potrafią bezszelestnie poruszać się po każdym terenie. Ma poważne i dojrzałe rysy twarzy,a niebieskie oczy podkreślone ciemną oprawą emanują mądrością i spokojem. Delikatnie zmierzwiona biała sierść lśni w słońcu, a gdy Alva przechadza się po lesie w świetle księżyca wygląda jak duch. Chód wadery jest niezwykle subtelny i delikatnie rozkołysany. Kiedy jest zawstydzona chodzi z wysoko podniesioną głową, co niektórzy odbierają za przejaw pychy.
Stanowisko: Zielarz
Umiejętności: Intelekt: 10 | Siła: 3 | Zwinność: 6 | Szybkość: 5 | Magia: 12 | Wzrok: 5 | Węch: 5 | Słuch: 4
Rasa: Wilk Natury
Żywioły: natura
Moce: 
- bezbłędnie odczytuje wszystkie znaki natury, rozpoznaje każdy gatunek rośliny i podświadome wyczuwa jego właściwości
- często doświadcza wizji (związanych z przyszłością)
- jest w stanie połączyć się z naturą i scalić się z nią w jedność, ma wtedy wgląd na wszystkie zdarzenia, których przyroda była świadkiem, ma wtedy również możliwość przejęcia pewnej kontroli (np. nad drzewem)
- potrafi wyczuć aurę innego stworzenia i w pewnym stopniu odczytać jego zamiary
- podczas głębokiej medytacji, zdarza jej się przeistoczyć w delikatną mgłę i pod tą postacią przemierzać las
Rodzina: Znała jedynie swoją ciotkę - Nahalis, która zanim odeszła była szamanką.
Partner: brak
Potomstwo: brak
Historia: Alvarian przyszła na świat w środku syberyjskiej tajgi, nie wie jaki los spotkał jej rodziców, jednak początkowo opiekę nad nią sprawowała ciotka, która zaszczepiła w niej pasję do zielarstwa, jednak kiedy Alva miała niecały rok została sama. Praktycznie wszystkiego nauczyła ją natura, przez wiele lat poszukiwała swojego miejsca na ziemi, mądrości i piękna, którego nie mogła dostrzec. Okazało się, że wszystko to zapewniła jej miłość. Kidy już ją w sobie odnalazła, postanowiła podzielić się nią z innymi i przyłączyć się do stada.
Właściciel: sisiatoja@gmail.com

Od Tery CD Carfida

- Nie o to mi chodzi, parę w muzyce! - zaśmiał się donośnie, patrząc dziwnie na Czarusia, a ja zaczerwieniłam się, sprawiając, że kolor mojego pyska przybrał barwę równą dorodnej piwonii.
Miałam ochotę sięgnąć po maskę i zakryć nią piekący rumieniec zawstydzenia, ale z trudem powstrzymałam się przed tym.
- Grasz na czymś? - Do moich sterczących, ogromnych uszu dotarł skołowany głos Czarusia, który wybudził mnie z transu, sprowadzając z księżyca na Ziemię.
- Nie gra, za to cudownie śpiewa. - Poczułam, jak łapa Profesora poklepała mnie po grzbiecie, przez co o mało nie zakrztusiłam się śliną.
Gest ten w pewien sposób poprawił mi humor i przywrócił w połowie do ładu i spokoju, ale i wprawił w niemały szok. Kolejne pytanie nasuwało mi się w głowie: „Skąd on to wszystko wie?”. Mimowolnie otworzyłam pyszczek z wrażenia, a staruszek puścił do mnie oczko, przez co zdarzyło mi się zachichotać.
- Ale... Ja się będę czuła zakłopotana, jak będę musiała sama śpiewać! - odparłam pośpiesznie, próbując jakoś wybrnąć z nieco niezręcznej sytuacji.
- To Carfid też zaśpiewa - westchnął cicho, wskazując laską na pianino. W mig moje zaciekawione spojrzenie trafiło w Czarusia, lecz mój zapał ostudziła jego następująca odpowiedź.
- Ja nie potrafię śpiewać... - mruknął, posyłając gniewne spojrzenie Profesorowi, który wyraźnie nie przejął się sposobem, w jaki patrzył na niego Czaruś.
- Carfid, rozmawialiśmy o tym - Uderzył laską o podłogę. Z zainteresowaniem przechyliłam łebek. - Koniec gadania, proszę - dodał, poprawiając okulary na nosie.
Spojrzałam na Czarusia, który niemal w tym samym czasie spojrzał na mnie. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia, a już po chwili basior rozpoczął majestatyczną grę na pianinie. Po sali rozbrzmiały także dźwięki skrzypiec. Wtem, wokół pasa poczułam uścisk, który spowodowały cieniste macki Profesora, które z delikatnością ostrożnie posadziły mnie na blacie pianina, jakbym była z porcelany... Starałam się skojarzyć nuty i melodię, ale nic nie chciało wejść do mojej głowy. Z rozmyślań wyrwał mnie męski, melodyjny głos, który wnet zawrócił mi w głowie. Dopiero po spojrzeniu na właściciela głosu skapnęłam się, że to mój Czaruś jechał po bandzie.


- You tell all the boys „no”... Makes you feel good, yeah... I know you're out of my league, but that won't scare me away, oh, no... - Zamknął oczy, przejeżdżając poduszkami łap po klawiszach, co jakiś czas robiąc przerwę, a dając popis skrzypcom i duchownemu chórowi. - You've carried on so long, you couldn't stop if you tried it...
- Oooooh, aah, ooaah..
- You've build your wall so high, that no one could climb it... But I'm gonna try! - Przycisnął klawisz i zaśpiewał głośniej, a barwa jego głosu wydała się odzwierciedlić jego duszę, jego osobowość. - Would you let, me, see beneath your beautiful? Would you let, me, see beneath your perfect? Take it off now, girl, take it off now, girl, I wanna see inside... Would you let me see beneath your beautiful tonight?
- Oooooh, ooh, ooh..
W tamtym momencie zaśpiewać miałam ja. Zaczęłam trząść się jak nigdy, ale dziękowałam sobie w duchu, że w połowie śpiewanych przez Czarusia zwrotek przypomniał mi się tekst piosenki, którą zawsze śpiewała mi Sarabi — moje Czerwone Słońce. Zebrałam się w sobie, a z mojego gardła powoli zaczęły wypływać aksamitne, barwne dźwięki, których nie sposób było określić.
- You let all the girls go... Makes you feel good, don't it? Behind your Broadway show, I heard a boy sayin' "please, don't hurt me"... You've carried on so I long, you couldn't stop if you tried it...
- Oooooh, aah, ooaah..
- You've build your wall so high, that no one could climb it... But I'm gonna try!
Z każdym śpiewanym słowem czułam się coraz swobodniej, aż wykorzystałam calusieńką gamę dźwięków. Dla mieszkańców mojego dawnego domu mój głos był głosem Sarabi, anielskim, kojącym wszystkie lęki i cierpienia, dla tubylców był kompletnie obcy i nieznany. Nie miałam pojęcia, jak zareagował Czaruś na moją melodię. Byłam dobrej myśli.
- Would you let, me, see beneath your beautiful? Would you let, me, see beneath your perfect? Take it off now, boy, take it off now, boy, I wanna see inside! Would you let, me, see beneath your beautiful tonight, oh, tonight? - Zbliżyłam się nieco do Czarusia, przycupając naprzeciw niego, na blacie pianina. Moje różnobarwne tęczówki wpatrywały się w jego, błękitne, z wzajemnością.
- See beneath, see beneath... Ohh, I, I.. Oh
h, I, I..! - popisałam się sopranem, czym spowodowałam wysokie uniesienie brwi Czarusia, tkwiącego w lekkim zdzwieniu.
Po mojej zwrotce przyszła pora na wspólny śpiew, który musiałam przyznać, wyszedł nam naprawdę świetnie.
- I'm gonna climb on top your ivory tower, I'll hold your hand and then we'll jump right out! We'll be falling, falling, but that's OK.. 'Cause I'll be right here, I just wanna know... - śpiewaliśmy. - Would you let, me, see beneath your beautiful?Would you let me see beneath your perfect?
- Take it off now, girl, take it off now, girl.. - zaśpiewał, a po chwili powtórzyłam po nim swoją wersję.
- Take it off now, boy, take it off now, boy...
- I wanna see inside! - zaśpiewaliśmy znowu razem. - Would you let, me, see beneath your beautiful tonight, oh, oh, oh, tonight?
- See beneath your beautiful, ooooh! Oh, tonight.. - dopełniłam piosenkę aksamitną nutą, by zaraz powrócić do wspólnego śpiewania.
- We ain't perfect, we ain't perfect, no...
- Would you let, me, see beneath your beautiful.. Tonight? - Tą zwrotką, Czaruś zakończył piosenkę, po której nastąpiły brawa i gwizdy od strony Profesora.
- Brawo, moi drodzy! Świetnie sobie poradziliście! - Uśmiechnął się wesoło i pokierował się do wyjścia z sali, zostawiając nas samych, co jakiś czas nucąc pod nosem niedawno zaśpiewany przez nas utwór.
- Przyznaję bez bicia, że... To było świetne! - Podskoczyłam w miejscu, cała w skowronkach. - Nie sądziłam, że masz taki śliczny głos! - Zamerdałam długim ogonem, a mój nosek drgał szybciutko.
- Tak, muszę się z tobą zgodzić. Ty też byłaś niezła - odparł z uśmiechem na pyszczku, lekko różowiejąc przy policzkach.
- Niesamowita z nas parka, co? - zaśmiałam się i zeskoczyłam z pianina, z którego upadek zamortyzowała mi wytworzona chwilę temu przeze mnie piankowa chmurka.
- Tak, chyba tak... - Usłyszałam.

Czaruusiuuu?

Od Kelly C.D Alpina

No dobrze, a więc byłam poirytowana, zmarznięta, głodna i zgubiona w gęstwinie lasu. Krótko mówiąc, sytuacja nie przedstawiała się zbyt optymistycznie. A wszystko przez tego przemądrzałego trolla. Ale cofnijmy się może o kilka godzin. Alpin i Morgan przenieśli truchło wróżki aż do zapleśniałego gabinetu pana "Stary, Dobry Znajomy Troll Morgan", gdzie zatrzaśnięto mi drzwi przed nosem. Nie żebym łatwo się wkurzała, ale proszę! Przecież chciałam im pomóc, a tymczasem byłam traktowana jak... jak intruz! Czekałam wieczność i 15 minut na lodowatych kamiennych schodach upaćkanych podejrzaną substancją o brązowawym odcieniu i mazistej konsystencji (odchody trolla?) wcale nie podsłuchując (ej, nie moja wina, że ściany były jakieś cienkie! Ciężko było nic nie usłyszeć...) aż drzwi otwarły się z hukiem i moim oczom ukazał się Alpin ze swoim koleżką. Oboje mieli dziwne, tajemnicze wyrazy twarzy, te z rodzaju "wiemy coś, czego ty nie wiesz".
- I jak? Co ją zabiło? - zapytałam, bo akurat tej części rozmowy nie wyłapałam.
Alpin odwrócił wzrok i przygryzł dolną wargę.
- Nie wiemy. - powiedział w końcu.
Oczywiście wiedziałam, że wiedział. Ale czy można go winić o to, że robi się przy mnie taki skryty? Najwyraźniej będę musiała zaczekać z odpowiedzią, a coś mi mówiło, że może być ciekawa.
- To... kiedy wyruszamy? - zmieniłam temat, uśmiechając się niewinnie.
Tu nastąpiło głośne westchnienie i wymiana znaczących spojrzeń, co było tylko odrobinę niezręczne.
- Kelly, nie możesz iść z nami. Postanowiliśmy z Morganem, że tak będzie lepiej.
Oj, całe szczęście, że zdążyłam już wcześniej wysłuchać tej wymiany zdań, bo byłam na nią psychicznie przygotowana. Względnie. Przynajmniej miałam doskonały plan perswazji.
- Proszę, proszę, proszę, proszę, prooooszę! - jęknęłam, przybierając swój czarujący uśmiech nr 128.
Trwało to dobrych kilkanaście minut zanim Aplin w końcu się ugiął.
- No dobra, niech ci będzie. Nie mamy czasu na kłótnie.
Ha! Mój niezawodny urok osobisty zawsze działa.
- Dzięki Alpin!
No i właśnie wtedy się to wydarzyło. Nie mam pojęcia jak do tego doszło i kiedy stałam się tak impulsywna... Ale zanim Alpin zdążył mrugnąć, złożyłam na jego policzku krótki pocałunek. Trwało to tyle, co zgaszenie świeczki, ale efekt był natychmiastowy: wszyscy trzej staliśmy przez moment jak skamieniali, jeden bardziej zszokowany od drugiego. No a potem... sęk w tym, że zupełnie nie pamiętam! Gdy odzyskałam trzeźwość umysłu, byłam sama w środku lasu i pomyślałabym, że jednak mnie zostawili, gdyby nie karteczka, którą przy sobie miałam. Koślawe litery głosiły: "Znajdź coś błyszczącego, coś krwawego i coś nakrapianego. Nie podpal lasu. Widzimy się wieczorem w gabinecie Morgana. Całusy, Alpin". No dobra, o całusach nie było mowy. Ignorując to niedopatrzenie, zabrałam się za swoją misję. Dwa pierwsze składniki udało mi się znaleźć bez większych problemów. Za to zdobycie czegoś nakrapianego było znacznie trudniejsze. Nie miałam zamiary łapać niewinnych zwierzątek. Sfrustrowana biegałam wśród drzew przeczesując uważnie teren wzrokiem.
- Sarenka? Nie, odpada. Motyl? Nie. Biedronka? Też nie. Żyrafa?.... Żyrafa?! A nie, to tylko dzik.
Zatrzymałam się, łapiąc oddech. Zaczynało brakować mi pomysłów. Schyliłam smętnie głowę i wtedy, tuż pod moim nosem zobaczyłam go: mój trzeci składnik.
***
- Alpin! Morgan! - wpadłam gwałtownie do gabinetu trolla - Już jestem!
W pokoju było duszno i unosił się zapach tak ostry, że z miejsca złapał mnie atak kaszlu. W dodatku prawie nic nie widziałam przez gęsty dym unoszący się z bulgoczącego kociołka, przy którym stało coś zielonego (Morgan?) i mieszało wywar.
- Jak Kelly? Masz składniki? - dobiegł mnie dziwnie rozbawiony głos Alpina. Po chwili dostrzegłam go pod kamienną ścianą.
- Tak! Wszystko zgodnie z instrukcją. - powiedziałam radośnie i ułożyłam na stole swoje zdobycze. - Coś błyszczącego oraz coś krwawego. - wskazałam dumnie na listek wierzby i garść malin. Widząc minę Alpina, pospieszyłam z wyjaśnieniem: - Liść jest srebrny, a sok z malin ma krwawy kolor. Pomysłowe, nie?
- Tak... Bardzo ładnie, Kelly. - pochwalił mnie, a ja zamerdałam ogonem. - Ale co z trzecim składnikiem?
- Ah, no więc znalazłam takiego grzybka. Okrągły, czerwony i w białe kropeczki. Bunia często robiła z niego świetną zupę. Tylko że byłam trochę głodna i zjadłam go po drodze.
Oczy Alpina rozszerzyły się jak spodki.
- Kelly! Zwariowałaś? Przecież to był muchomor! One są trujące!
- Spokojnie, tylko żartowałam. - powiedziałam wyjmując grzyba, którego wcześniej ukryłam. - Nie musisz się o mnie tak martwić, Alpin.
- Ja wcale...
- A tak poza tym - wcięłam mu się w słowo - Moja babcia zna się na grzybach. Zawsze mi mówiła, że te mehumory są niesmaczne... To znaczy, trujące.
Alpin przewrócił tylko oczami.
- To co robimy? - zapytałam.
- Eliksir. - mruknął Morgan. - Żeby przyjść do Łabędziego Dworu i nie zginąć, będziecie musieli przemienić się we wróżki.
- Super! Mogę mieć różowe włosy? Pomóc ci z gotowaniem? Jestem w tym dobra. Masz coś na nosie.
Morgan rzucił mi mordercze spojrzenie.
- Psychopata. - burknęłam pod nosem.
Kilkanaście minut później, gdy wszystkie składniki oprócz mojego grzyba znalazły się w gorącym wywarze, eliksir był gotowy. Morgan nabrał pełną chochlę i zawołał mnie.
- Panie pierwsze. - powiedział z podejrzliwym uśmiechem. Pewnie napluł do środka. Spojrzałam nieufnie na substancję, która skrzyła się, buzowała i tryskała. - No dalej. To na pewno zdrowsze niż zupa twojej ba... Nieważne. Pij.
No, dobra. Raz się żyje. Zanim zdążyłam się rozmyślić, duszkiem wypiłam zawartość chochli.
- Naplułem do środka. - szepnął Morgan, gdy przełknęłam ostatni łyk. Miałam wielką ochotę czymś w niego rzucić, ale nie mogłam, bo coś dziwnego zaczęło się dziać z moim ciałem. Straciłam orientację, gdzie są moje łapy, ogon i uszy, wszystko zdawało się wirować, a ja myślałam, że się wyrzygam. I nagle, wrażenie ustało, a elementy wskoczyły na swoje miejsce jak puzzle.
- O mamciu! Mogę jeszcze raz? - wysapałam, przeczesując ręką włosy. Chwila, ręką? Włosy? Z oszołomieniem spojrzałam na wiszące na ścianie gabinetu lustro. Z odbicia spoglądała na mnie wielkimi zielonymi oczami wróżka:
- Hmm... Szkoda, naprawdę liczyłam na te różowe włosy. Ale może tobie wyjdą, Alpin. - rzuciłam mu zalotny uśmiech.
- Nawet na to nie licz.
Powiem szczerze, że różowe włosy nie byłyby u niego takie złe. A na pewno lepsze od postaci, jaką przybrał pod wpływem eliksiru. Gdy tylko zaszła przemiana, nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. Alpin nie zamienił się we wróżkę. Zamienił się w przystojniejszą wersję Morgana. W trolla:
Nie był szczególnie zachwycony, ciężko się mu dziwić. A co gorsza, nie można było cofnąć działania eliksiru, a zażycie kolejnego byłoby niebezpieczne. Wychodziło więc na to, że przez jakiś czas będzie zielony. Tymczasem nadeszła pora, by wyruszyć w drogę. W drogę do Łabędziego Dworu.

Alpin? Tęskniłeś? Bo ja bardzo ;D mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, że na odpis doczekałeś się... dopiero teraz, komputer mi nawalił, a na dodatek nie było czasu :c

18 lutego 2018

Od Toxikity CD Antilii

- Potrzebujemy waszej pomocy… - powiedziała wadera, a Antilia niemal od razu zerwała się na łapy.
Ja natomiast zaczęłam odczuwać lekki zawód w stosunku do śniadej wilczycy. Czego ona tak właściwie spodziewała się, puszczając małego razem ze mną? To było oczywiste, że coś na pewno się wydarzy, ale to nie to najbardziej mnie zdenerwowało. Mianowicie to, że z buciorami wchodziła w moje życie, chcąc w nie na chama ingerować. Nie potrzebowałam kolejnej osoby do pomocy, a wręcz przeciwnie — do Alpina mam o wiele większe zaufanie, ponadto on nie wdarł się bezczelnie w moje wspomnienia. Byłam nie lada wnerwiona. Jakim prawem Antilia pozwoliła sobie mnie pomagać? Czy zapytała mnie o moje zdanie? Nie, nie zrobiła tego. W dodatku nie miałam najmniejszej ochoty przyjmować od niej pomocy, której nie chciałam. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Antilię gniewnie, kiedy Neytiri się oddaliła. Ta, widząc mój karcący wzrok z wyrzutem, zerknęła na mnie niezrozumiale.
- Co? - Przekrzywiła pysk, a ja zazgrzytałam zębami.
- Co? Pytasz się, co? A to, że wchodzisz mi w życie z brudnymi buciorami! - warknęłam nieco głośniej, przez co Mały zainteresował się naszą rozmową.
- Eh, przepraszam? Wypraszam sobie! - oburzyła się, unosząc z wyższością głowę. - Ja ci tylko chcę pomóc!
- Ayoko, mamusia musi porozmawiać z panią Toxikitą... Idź się pobawić do drugiego pokoju. - zwróciła się do Małego, a on posłusznie przeniósł się do swojego zakątka.
- Jesteś tak natrętna, czy to po prostu twoja pewność siebie nie daje ci przystopować? Nie potrafisz się powstrzymać, więc wszędzie wpychasz nos? Takim dla ciebie problemem jest trzymanie języka za zębami? Myślisz, że kiedy łaskawie zaproponujesz pomoc, ja ją przyjmę ze skruchą, przepraszając cię za moje wcześniejsze zachowanie? Phi, marzenie godne głupa!
Podczas wymawiania tych wszystkich słów, wylewając całą swoją złość i to, co leżało mi od dłuższego czasu na myśli, poczułam lekką ulgę. Widząc minę Antilii, zachciało mi się śmiać, co wilczyca zapewne wzięłaby za perfidny czyn, jednak według mnie, słuszny. Miałam dość jej łaskawości, a szczególnie w sprawie mojej przeszłości. Nienawidziłam o niej rozmawiać, a ta wadera dobrze wiedziała, że ta sprawa jest dla mnie trudna, a ona postanowiła się tym zająć, jakby była dla mnie wielką przyjaciółką, której mogłabym zacząć spowiadać się z całego dnia. Już Nathing ufałam bardziej niż jej! Wystarczyło mi to, że pewien wilk zdecydował się mi pomóc, z czego na początku nie byłam zadowolona, ale po wielu rozmowach z nim byłam przekonana, że mogę czuć się „bezpiecznie”. Alpin nie jest typem osoby, do której można mieć podejrzenia, w związku z czym mogę uznać go za swojego przyjaciela. O tej sprawie nie mogłabym powiedzieć niczego więcej, prócz tego, że mu ufam. I nie mogę powiedzieć tego samego o Antilii. Zdecydowanie posuwała się za daleko. Patrzyła na mnie zdezorientowana, ale za chwilę jej pysk pokrył rumieniec.
- Nie rozumiem cię, Toxikita! Pragnę, chcę ci pomóc, a ty jesteś uparta jak osioł! - zezłościła się i machnęła gniewnie ogonem.
- Och, najmocniej przepraszam, ale wiesz? Nie przypominam sobie, abym prosiła cię o pomóc, więc z łaski swojej wypchnij swój nochal z nieswoich spraw i zajmij się sobą! - Poczułam napływ toksyn w pysku, lecz w porę, kiedy miałam wypowiedzieć ciąg wyzwisk w stronę Antilii, wadera w dalszym ciągu stojąca na zewnątrz odchrząknęła, czym zwróciła na siebie naszą uwagę.
- Przepraszam, ale naprawdę musimy się pospieszyć.. - wybełkotała i odeszła, chwilowo zatrzymując się w połowie drogi i zerkając na nas.
- Jasne, idziemy... - warknęłam i poszłam przodem, zostawiając śniadą waderę w tyle. Niedługo potem dołączyła do nas z uniesioną głową w górze, dorównując krokiem Neytiri.
- Opisz, co dokładnie się stało, a ja postaram znaleźć jakiś sposób, aby temu zapobiec. - powiedziała, kompletnie zapominając o mojej osobie.
- Dwa Ledeny zaatakowały Sally i gromadkę szczeniąt, a wy jesteście jedynymi wilkami, które są najbliżej epicentrum. Dlatego błagam, musimy się pospieszyć! Zapewne kilka wilków się tam zebrało, ale nie wiem, czy dadzą sobie radę. Każda para łap się przyda! - powiedziała na jednym tchu, z każdym słowem przyspieszając tempa.
Ze spokojnego spaceru przeskoczyłyśmy na bieg, który ukończył się w Gondolinie. Na łysym polu otoczonym z jednej strony gąszczem, po drugiej zaś wodospadami i przepaścią, znajdowały się Ledeny i wilczyca ze szczeniętami. Smoki stały po stronie dżungli, przez co opiekunka i jej podopieczni nie mieli szansy na ucieczkę. Jeden ze smoków zajmował się kilkoma wilkami któregoś z oddziałów, natomiast drugi napawał się strachem ofiar, ziejąc lodem naokoło nich.
- Szybko!
Nie byłam przyzwyczajona do tego typu akcji, dlatego postanowiłam zdać się na instynkt i adrenalinę pulsującą w moich żyłach. Antilia puściła się pędem w stronę zaatakowanych, a Neytiri pobiegła w jej ślady. Ja przyłączyłam się do walczącego oddziału. Dzięki zwinności sprawnie omijałam ciosy smoka, a swoje toksyczne opary skierowałam w stronę jego głowy. Po kilku minutach organizm Ledena drastycznie uległ osłabieniu, dzięki czemu my — wilki, mogliśmy powalić go na grzbiet. Pnącza jednej z wader ziemi oplotły jego lodowate cielsko, a wilki ognia spaliły go żywcem. Kiedy odwróciłam głowę w stronę drugiej gadziny, zauważyłam, że szczeniaki prawie stąpały po krawędzi klifu. Jednak Antilia utworzyła potężną ścianę lodową tuż przy urwisku, która skutecznie zagrodziła spadek. Niedługo potem część oddziału wyprowadziła szczenięta wraz z wilczycą w głąb puszczy, zapewne do lekarzy na kontrolę, a druga część rozprawiła się ze smoczydłem. Jedni wyszli z tego bez szwanku, drugim nie było weselej, lecz koniec końców, cała akcja przeszła po naszej myśli. Spojrzałam na wciąż rozgniewaną naszą, mającą kilka minut przedtem rozmową, waderę, która w tym samym momencie spojrzała na mnie.

Antilio?

Od Shenemi cd. Neron

Zrobiłam sobie krótką drzemkę pod drzewem w jakże słoneczny poranek.
- Brrr... Ale zimno... - tak, powiedziałam słoneczny, ale nic nie wspominałam o ciepłym ranku. No trudno. Przynajmniej nie ma takiego mrozu, jak w środek zimy. Postanowiłam rozprostować kości. Bo jaki sens ma leżenie, i czekanie na nic? Powoli wstałam, i ruszyłam przed siebie. Dlaczego wszystkie poranki są takie radosne?! Zdecydowanie wolę wieczory, ale cóż. Spacerowałam więc po okolicy, mijając drzewa i głazy.
- Las, jak las. Nic nadzwyczajnego. Tu nic się nie zmienia. Raz rośliny łysieją, to raz znów chwalą się kolorowymi czuprynami. Tak jak każdy. W końcu, lubimy się chwalić i popisywać przed znajomymi - rozmyślałam
- Chyba, że ktoś ich nie ma - dodałam w głowie. Ujrzałam pewnego rodzaju małą jaskinię. Bardziej namiotopodobne coś. Tyle, że z kamieni. Podeszłam bliżej głazów, i weszłam do środka.
- Och, jak tu przytulnie. Zdechłe myszy, grzyby na ścianach, no i wreszcie, rozkładające się mięso-powiedziałam na głos
Szybko wyszłam ze śmierdzącego łoża zdechłych myszy, i... No właśnie. I... Zobaczyłam coś dziwnego. A była to... czerwona chustka. Tak. Zwykła, czerwona chustka.
- Czyje to? Nie było tu tego przed chwilą. Chyba, że po prostu nie zauważyłam - obwąchałam dokładnie podejrzany przedmiot, po czym usłyszałam pewien głos.
- No gdzie to jest!? - powiedział to prawdopodobnie basior.
Szybko wzięłam w pysk czerwoną chustkę, i nasłuchiwałam. Wtem, ujrzałam sylwetkę wilka zza krzaka, który bacznie przyglądał się czerwonemu przedmiotowi.
- Wybacz, ale zgubiłem coś, co przypadkowo masz w pysku.
Zmarszczyłam brwi, i wypuściłam to, na czym zależało nieznajomemu.
- Tak...Dziękuję za jakże cudowne powitanie - rzuciłam zimno, z uwagi na to, że nie zostałam przywitana choćby jednym maleńkim słówkiem, czyli np. "Witam" lub "Cześć". Choć wolałabym pierwszą wersję. Wyczułam, że osobnikowi zrobiło się niezręcznie.
- Powinieneś bardziej uważać. W końcu... nie zawsze w lesie jest ktoś kto może ci pomóc. Zresztą i tak niewiele wilków lubi pomagać. Ja też nie przepadam. Ale mogę zrobić wyjątek - rzekłam łagodnie w oczekiwaniu na odpowiedź.

Neron?

17 lutego 2018

Od Nerona CD Rachel

- Jestem Neron - uściskałem delikatnie jej łapkę, obdarzając waderę promienistym uśmiechem.
Oczy Rachel wyglądały na lekko zakłopotane, a ona sama stała lekko spięta.
- Wyluzuj, chodź - zaśmiałem się i pociągnąłem ją za sobą. Przez chwilę samica szła w sporej odległości ode mnie, jednak już po paru minutach otworzyła się na mnie i podbiegła z prawej strony.
- Gdzie idziemy? - spytała, a jej futro muskało moją łapę.
- Na spacer - mrugnąłem ochoczo, przyśpieszając tempa.
Moje kroki stawały się coraz szybsze. Rachel powoli musiała dobiegać, zadziwiona przyśpieszeniem spaceru.
- Gdzie tak pędzisz?! - szepnęła, łapiąc powietrze.
- Aaa, czasami lubię sobie tak przyśpieszyć - zaśmiałem się cicho, zwalniając kroku. Ukradkiem zerkałem na waderę, obserwując jej sylwetkę. Troszkę niższa niż ja, szczupła, delikatna budowa ciała.
Rachel szybko zauważyła, że ją obserwuje.
- Przepraszam, jeżeli przeze mnie zrobiło Ci się niezręcznie - mruknąłem, a moje oczy szybko wróciły na krajobraz jeszcze zaśnieżonych szczytów gór.
- Spokojnie - westchnęła, a na jej pyszczku zawitał delikatny uśmieszek.
Nastała chwila ciszy.
- Co sądzisz o lekko odmiennych wilkach? - bąknąłem szybko, nie spuszczając wzroku z gór. Wadera popatrzyła na mnie, przekrzywiając głowę z zaciekawienia. Pewnie zastanawia się, skąd takie pytanie. Po prostu chce wiedzieć.

Rachel?

Od Naomi do Reyley

Dzisiejszy dzień niewiele różnił się od poprzednich - znowu spędzałam go na włóczeniu się tu i ówdzie, starając się przestać rozmyślać o mojej przeszłości. "To nigdy nie da mi spokoju" - stwierdziłam i głęboko westchnęłam. A ja lubiłam się nad sobą rozczulać, chociaż wcale tego nie chciałam. Położyłam się wśród drzew i zamknęłam oczy. Niby samotność nigdy mi nie przeszkadzała, ale teraz pragnęłam usłyszeć głos kogokolwiek, by zagłuszyć moje bijące się w głowie myśli. Od ucieczki z poprzedniej watahy to wszystko się nasiliło. Ale teraz jestem tak szczęśliwa. Nie chcę tam wracać, zbyt wiele smutnych wspomnień. To wcale nie tak, że sama sobie ten samotny tryb życia wybrałam. Od tragicznej śmierci mojej matki zamknęłam się w sobie. Nigdy nie poznałam przyjemnej osoby. A nawet jak taka się zdarzyła to postanowiła trzymać się ode mnie z daleka, bo odpowiadałam zawsze brutalnymi słowami, które wytwarzałam automatycznie, nie mogąc sama zdecydować za to co robię. Nie chcę krzywdzić innych, bo to nie ich wina że brak mi motywacji do zmiany. Dla każdego jest lepiej, chcociaż dziwnie się na mnie patrzono. Niby odważna, a boi się innych. To śmieszne. W sumie dla mnie też. Ale muszę się ogarnąć i szybko czymś zająć, by już przestać zamartwiać się głupstwami.
Podniosłam się i rozejrzałam. Było cicho... ale jednak miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłam się i zderzyłam z kimś. Wylądowałam na ziemii, i rozmasowałam łapą bolący od uderzenia łeb.
- Wybacz, nie zauważyłam Cię - usłyszałam głos należący do jakiejś wadery i spojrzałam w górę.

Reyley?

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template