Wataha Smoczego Ostrza

20 września 2017

Od Kelly

- O kurde bele, babcia mnie zabije jak się dowie! - udaje mi się wyrzucić, gdy patrzę znieruchomiała jak magmowy potwór rozdziawia wielką szczękę i wydaje z siebie ogłuszający ryk, brzmiący bardziej jak syk ognia niż zwyczajny głos. Potężna bestia schyla ku mnie paszczę, jej wpatrzone we mnie czerwona ślepia lśnią od ruchomych kawałków magmy. Marszczę nos, gdy owiewa mnie cuchnący oddech dymu i siarki. Odsuwam się kilka kroków, pomału, starając się nie drażnić jeszcze bardziej tej rozgrzanej masy wściekłości. "Książka, książka, książka" - myślę w panice - "Musiałam ją gdzieś tutaj upuścić...". Przeczesuję wzrokiem zwęglone pozostałości po trawie, aż w końcu dostrzegam grzbiet skórzanej okładki, walającej się za prawą stopą ognistego mutanta.
- Ciii, ciii, nie ruszaj się... - szepczę słodko do potwora, okrężnym ruchem zbliżając się do książki. Skoro zawierała instrukcję jego stworzenia, to musi mieć też informację o sposobie jego zniszczenia... prawda? Zagryzam mocno dolną wargę, wściekła na siebie, że nie sprawdziłam tego wcześniej. Przez nieuwagę robię zbyt gwałtowny krok. Reakcja jest natychmiastowa. Potwór wypluwa na mnie gęstą maziowatą lawę, warcząc ostrzegawczo.
- Bleeee! No wiesz co?! Kto cię wychował?! - krzywię się cała pokryta w magmowej ślinie. Starając się to zignorować, w końcu docieram do starej księgi mojej buni, otwieram ją niecierpliwie i swoją dużą łapą przerzucam pergaminowe strony.
- "Przepis na ogniste kurczaki", "Muchomorki na parze", "Jak rozpalić jego serce", "Gorący s*eks"... - "Gorący s*eks"? Hm, to może być ciekawe... - mruczę do siebie kartkując księgę. Byłoby o wiele łatwiej gdyby nie miała 1729 stron i gdyby nie siedział za mną przerośnięty potwór głuchy na rozkazy!
- Aha! - krzyczę, gdy docieram do poszukiwanego tytułu: "Niekontrolowany Potwór Płomienia". Gorączkowo przebiegam wzrokiem po prawie niemożliwym do rozczytania piśmie babci, aż dostrzegam zapisaną na marginesie drobnym druczkiem notatkę: "Niszczą go płomienne pocałunki".
- Że jak?! Co ta babcia znowu wymyśliła? - wykrzykuję, odwracając się zirytowana do potwora. Chwila... Gdzie on się podział? Obracam się we wszystkie strony, gdy nagle go dostrzegam. Toczy się ociężale w stronę lasu, plując na wszystkie strony płomieniami ognia.
- Hej! Czekaj, ty brzydalu!!! - wrzeszczę, puszczając się za nim w pościg. Wiatr śwista mi w uszach, gdy skracam dzielącą nas odległość. Świat staje się zamazaną plamą zieleni i błękitu, gdy pędzę ile sił w nogach, kątem oka dostrzegam jednak stojącego na skraju polany, wpatrzonego w całą scenę wilka.
- Spokojnie, to nie było do ciebie. - rzucam przez ramię w stronę obcego basiora, skoncentrowana na zatrzymaniu bestii. Nie mija jednak kilka sekund, gdy zatrzymuję się gwałtownie, obracając z powrotem w stronę nieznajomego. Przez krótki moment patrzymy na siebie w milczeniu, on próbując pewnie zrozumieć, co się tutaj wyrabia, ja przetrawiając swój szalony pomysł. Choć wskazówki mojej babci są absolutnie absurdalne, chyba nic innego mi nie zostało. Uświadomiwszy to sobie, nabieram w płuca powietrze i wykrzykuję do wilka:
- Ej, ty! Błagam, pocałuj mnie i to szybko, albo cały las stanie zaraz w ogniu!

Alpin?

Od Kirameki cd. Hide

- Nie bij proszę - powiedział nieznajomy basior, który w ułamku sekundy wparował do moich skromnych progów. Przelotnie na niego spojrzałam, nie odzywając się.
- Hide jestem - kontynuował.
- Kirameki - odparłam serdecznie, miło było gościć jakąś sympatyczną duszę.
- Mogę tu zostać aż przestanie padać?
- Hm, czemu nie? - odrzekłam. - Herbaty?
- Chętnie!
- To... m-może po-o-wiesz mi coś o so-obie? - wymamrotałam nieco niewyraźnie, bo w pyszczku trzymałam dwie filiżanki.
- Jestem wilkiem materii, mam brata i siostrę, a z charakteru to raczej upodobniam się z optymistą. A ty? - spytał, na co z zaciekawieniem na mnie spojrzał.
W tym momencie zbytnio nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nigdy nie miałam pojęcia jak się opisać, a co dopiero jak się opisać żeby inni mnie zaakceptowali i nie wyśmiali się. Aby zabić chwilę niezręcznej ciszy utworzyłam "kulę ciepła", która momentalnie podgrzała wodę do napoju.
- W sensie, co byś chciał dokładnie wiedzieć? - rzekłam dopiero po chwili. Zalałam fusy gorącą wodą i gestem głowy pokazałam towarzyszowi aby się poczęstował.
- Może jak trafiłaś do watahy? Bo jakoś cię nie kojarzę - tymi słowami Hide trafił w mój czuły punkt, o którym zawsze najtrudniej mi było mówić. Do moich oczu powoli napływały łzy. Nie mogłam się przecież rozpłakać, ale na samą myśl o przeszłości budziła ona we mnie same pesymistyczne emocje. Uśmiechnęłam się sztuczne, ale wyglądało prawdopodobnie.
- Ta historia jest bardzo nudna i nie wydaje mi się abyś chciał jej słuchać.
- Wydaje mi się, że mamy czas, bo ulewa nie wygląda jakby sięgała końca. Do tego ja bardzo lubię opowieści! - wykrzyknął wilk z promienistym uśmiechem od ucha do ucha.

Hide?

Od Yukiego cd. Hiro

- Oto mój dom, wejdziesz? - zaprosiłem Hiro do swojej jaskini. Jednak wpuszczając go, zapomniałem o jednym, bardzo ważnym szczególe. W moim mieszkaniu panował istny bajzel! Zanim basior wkroczył na moje terytorium, szybko go wyprzedziłem i zagarnąłem łapkami wszystkie walające się śmietki i piórka. Gdy skończyłem, Hiro był już w środku i przyglądał mi się z lekko przekrzywionym łbem. Zastanawiałem się, co o mnie pomyślał, widząc cały ten syf. Uśmiechnąłem się, jakby nigdy nic się nie stało.
- Chciałeś coś do jedzenia, prawda? - wskazałem mu kilka porzuconych w kącie, martwych wiewiórek. Basior wziął jedzenie do pyska, usiadł na mojej kupce liści i zaczął jeść. Nadal go obserwowałem, śledząc wzrokiem blizny na jego ciele, których różowy kolor odcinał się od czerni jego futra, i myśląc o każdej nieopowiedzianej historii, z którym się wiązały.
Nie mając specjalnie wyboru, usadowiłem się zaraz obok Hiro.
- Smakuje? - spytałem, nie mając lepszego tematu do rozmowy. Nie chciałem mu też zbytnio przeszkadzać w jedzeniu.
Wilk skinął głową. No tak..nie wiem, czego oczekiwałem. Nawet, gdyby mu nie smakowało, i tak zapewne by przytaknął....z czystej uprzejmości. Podniosłem się i także zgarnąłem sobie wiewiórkę. Musiałem przyznać, że nie była zbyt dobra. Zerknąłem na Hiro ze współczuciem. Nie mam pojęcia, ile czasu temu upolowałem te zwierzęta, aczkolwiek jestem pewien, że było to co najmniej tydzień temu. Nigdy nie byłem zbyt dobry w polowaniu, przez co często głodowałem, zanim udało mi się cokolwiek złapać. Przez chwilę wydawało mi się, że widziałem, jak Hiro przyglądał się moim łapom, lecz gdy tylko mój wzrok napotkał jego czerwone oczy, on wrócił do jedzenia. Lekko przechyliłem głowę, stawiając uszy w pionie.

- Jeśli mogę spytać...Co ci się stało w łapy? - A więc jednak zauważył.
- Yy..masz na myśli pazury? - Tak, oczywiście, że chodziło mu o pazury. Dlaczego nawet spytałem?
- Mhm.. - Hiro po raz kolejny skinął głową.
- Nic. Po prostu taki się urodziłem. Nigdy ich nie miałem. - Wzruszyłem ramionami.
- Musi ci być strasznie trudno polować.. - powiedział chyba do siebie.
- Przyzwyczaiłem się. - stwierdziłem. Nagle coś mnie tknęło. Podniosłem wzrok.
- Ee...Hiro..Mam pytanie.
Basior nastroszył uszy, ale nawet nie spojrzał w moją stronę.
- Pomógłbyś mi polować? - uśmiechnąłem się lekko w stronę czerwonych oczu, w których chyba po raz pierwszy było widać jakąkolwiek emocję. Wyglądało na to, że moje pytanie było na tyle niespodziewane, że wyrwało go z jego głębokich przemyśleń.

Hiro? :3 wybacz, że tak długo zwlekałam z odpisem.

19 września 2017

Od Shante CD Neron

Zaśmiałam się trochę nerwowo. Całus? Ha... Haha... HAHAHAHA!!! Ja chyba prędzej zejdę na zawał...
Spojrzałam na niego.
- T-To ja wolę chyba pytanie...
- Ale taki przyjacielski.
- Neron, pytanie.
- Shante, przestań... - stanął na przeciwko mnie.
- Ale o czym mi mówisz? Zmieniam, chce pytanie.
- Nadal ukrywasz w sobie emocje.
- Daj mi to cholerne pytanie - warknęłam cicho. Wstałam, prostując ogony - Zrozum. Nie zrobię tego.
- Bo się okłamujesz?
- Nie okłamuje!
- Dobra. Chcesz pytanie? Co do mnie czujesz? - to pytanie mnie zamurowało. Ledwo co stałam na prostych łapach. Wbiłam wzrok w ziemię. Co ja do niego czuję?
- M-Muszę iść - zaczęłam uciekać. To pytanie... Nie umiem na nie odpowiedzieć, nie potrafię. Próbowałam się zmienić w ducha, lecz nie mogłam. Miałam właśnie skręcić, gdy nagle Neron mnie zatrzymał, wpadając na mnie. Z hukiem wylądowaliśmy na ziemi.
- Aua...
- Shante? Wybacz... - pomógł mi wstać, aja szybko się odsunęłam.
- Neron, proszę...
- Nie. Musisz w końcu...
- CO? Co muszę?!
- Po prostu to powiedz.
- Nie wiem o czym ty mówisz!
- Shante powiedz to.
- ALE O CZYM TY DO MNIE MÓWISZ!?
- SHANTE, POWIEDZ TO.
- KOCHAM CIĘ! - ten moment trwał dla mnie jakby czas nagle zwolnił. Opuściłam uszy z ogonem, znowu przypominając sobie to, co dla mnie zrobił. Mój wzrok jakby zanikł w przestrzeni. Dlatego zawsze go widziałam, dlatego zawsze to go widziałam, kiedy myślałam, że dla mnie to będzie koniec.
Ale...
Kto by chciał taką jak ja?
Łzy zaczęły mi spływać po pysku.
- Shante, ja...
- Wiem. Nie przejmuj się... Ja i miłość? Ha... Haha... - zamknęłam oczy - Najlepiej p-po prostu zapomnij, że to mówiłam. - szybko moje ogony zrobiły parę ruchów i zniknęłam dla jego oczu. Szybko przeszłam przez bramę i zaszyłam się w kącie jaskini.
- Jak mogłam być taka głupia...? - schowałam pysk pod lapami. Chciałam zniknąć. Chciałam przestać istnieć. Zrozumiałam... Że go kocham, ale... Chyba sama wiem, że... Nie ja jestem dla kogokolwiek.

Neruuś? ;3

18 września 2017

Od Kesame cd. Obliviona

Skrzywiłam się nieznacznie, myśląc nad tym, co mogę powiedzieć.
- O sobie? - wymamrotałam. - Nic ciekawego. Flaki z olejem, powiedziałabym.
- Mimo tego chcę usłyszeć te flaki z olejem - uśmiechnął się lekko.
- Rozgadałeś się - rzuciłam i posłałam mu łagodne, ciepłe spojrzenie.
- Nie zmieniaj tematu - zmarszczył brwi, lecz nie był zły. Cieszyłam się, że choć trochę poprawiłam mu humor.
- No, skoro chcesz... - przygryzłam wnętrze policzka, zastanawiając się, co mogę powiedzieć. - Urodziłam się tutaj. Moich rodziców pewnie znasz - uśmiechnęłam się pod nosem - para alfa.
Skinął łbem, nie patrząc na mnie jednak.
- Nie mam zbyt wielu mocy, więc nie jestem zbyt ciężkim przeciwnikiem... Kiedyś myślałam nad odejściem i odcięciem się od watahy, ale w końcu zrozumiałam, że tu jest moje miejsce. Chyba... - dodałam ściszonym głosem.
Znów skinął łbem i nabrał powietrze, by po chwili wypuścić je powoli, z lekkim świstem. Przypatrywałam się mu, błądząc w jakiejś niezrozumiałej przestrzeni pomiędzy nami, w tej ciszy i spokoju, który nas teraz ogarnął. Jego spojrzenie napotkało moje i siedzieliśmy tak przed sobą, wpatrzeni w swoje oczy, próbując wyczytać coś więcej ze źrenic. Przeszłość, emocje?
Nie czułam nic, tak jakby ktoś odebrał mi wszystko. Po prostu skupiałam się na patrzeniu w jego błękitne oczy, z których również nic nie mogłam wyczytać.
- Ty też o mnie kiedyś zapomnisz.
Teraz dostrzegłam w oczach przejmujący smutek, który odebrał mi mowę. Nie znałam go długo, dopiero co usłyszałam jego imię i jedynie fragment historii, a myśl o tym, że mogę o nim zapomnieć, zmroziła w nim pewną cząstkę jego samego. We mnie chyba też.
Jak mogłabym zapomnieć? Dlaczego jego rodzina zapomniała? Co mam takiego zrobić, by nie przedłużyć jego łańcucha?
Już miałam zadać mu te wszystkie pytania, lecz coś sprawiło, że wypowiedziałam jedynie jedno zdanie.
- Nie zapomnę.
Zaśmiał się cicho, krótko i pochmurnie. Odwrócił wzrok, zapewne tak jak ja czując się niezręcznie.
- Przejdziemy się? - zapytał, a ja zgodziłam się, powoli ruszając w ślad za basiorem.

Oblivion?

Powitajmy Kirameki!

WhiteSpiritWolf

To, że milczę nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.

Imię: Kirameki
Pseudonim: Brak
Wiek: 4 lata
Płeć: wadera 
Charakter: Kirameki to połączenie trzech ras, z czego jej charakter jest dość wyjątkowy. Choć większość dominujących genów odziedziczyła po rodzinie ze strony matki parę cech zachowała po ojcu. Jest jednocześnie szlachetna jak wilk światła, roztrzepana jak wilk elektryczności oraz inteligentana niczym wilk umysłu. Jej samo imię po japoński znaczy "iskierka". Nie bez powodu została tak nazwana. Mało kto zna tak oddaną czy waleczną waderę jak ona, w której zawsze pozostaje płomyk nadziei. Woli zginąć niż się poddać, pozwolić kaleczyć siebie niż aby jej towarzysz odniósł rany. Niekiedy nazywano ją nawet psychopatką z tego powodu, lecz ona nigdy się tym zbytnio nie przejmowała i rzadko bierze sobie opinie innych do serca. Woli podążać własną drogą niż według zasad. Ogólnie jest typem urwisa, dlatego nuda w jej towarzystwie jest niemal niemożliwa. Mimo to jej zaletą jest rozważność. Stara się nie wybijać z tłumu ani swoimi "mądrościami" nie wyjść na idiotkę. Na początku znajomości może wydawać się nieco drętwa, lecz to tylko dlatego, że sprawdza na co sobie może pozwolić.
Wygląd: Jest to raczej wysoka wilczyca, o długich łapach. Szczupła i proporcjonalna, kobieca. Rzuca się w oczy, szczególnie przez futro które daje niebieskawy połysk oraz w tym samym kolorze duże gały. Niekiedy wydaje się dość puszysta, gdyż jej sierść jest dość długa. Ma znamię na brzuchu i w tym samym miejscu bliznę, lecz mało kto o tym wie.
Stanowisko: Tropiący (myśliwy)
Umiejętności: Intelekt: 10 | Siła: 4 | Zwinność: 7 | Szybkość: 3 | Magia: 10 | Wzrok: 3 | Węch: 8 | Słuch: 5
Rasa: Wilk Elektryczności
Żywioły: elektryczność, umysł, światło
Moce:
- rażenie prądem 
- tworzenie kuli światła, która może służyć jednocześnie do ataku jak i jako oświetlacz 
- wytwarzanie z cząsteczek powietrza broni 
- dostarczanie elektryczności
- tworzenie piorunów
- podnoszenie przedmiotów za pomocą umysłu
- szybsza regeneracja
- umiejętność objawienia się w czyimś śnie
Rodzina: Matka Mokku, Ojciec Jidini, nie miała rodzeństwa
Partner: Na razie nie ma nikogo na oku
Potomstwo: Brak
Historia: Kirameki urodziła się 12 maja. Z początku mogłoby się wydawać, że będzie szczęśliwym dzieckiem; jedynaczka, córka alf, niebrzydka, lecz to były tylko pozory. Jej matka nie zaszła w ciąże z tym basiorem, który wydawał się i zachowywał jak ojciec wadery. Choć na początku nie budziło to większych podejrzeń, z czasem już wiadomo było, iż dziecina wcale nie jest w stu procentach wilkiem elektryczności. Gdy Jidini dowiedział się o zdradzie swojej partnerki wraz ze wściekłością odszedł z watahy i zapowiedział, że jeszcze się zemści. Wraz z tą tragedią, Mokku stała się do po poznania. Żyła w ciągłym lęku i stresie. Bała się każdego szelestu, a jej agresja wzrosła. Niestety przepowiednia się sprawdziła. Po dwóch długich latach, pewnej nocy wysłaniec Jidiniego porwał Kirameki, a resztę stada wymordowali jego słudzy. Pozostali przy życiu tylko nieliczni, którzy się rozeszli. Wilczyca została przez rok trzymana w uwięzi u niegdyś swego ojca. Pewnej nocy udało jej się zwiać, lecz resztę życia spędziła na ucieczce. Tak dotarła do Watahy Smoczego Ostrza.
Przedmioty: srebrny medalion-jedyna pamiątka po rodzicach
Właściciel: Kokoszanel
Ocena: 0/0

Dorastają!

Trzy szczeniaki właśnie otrzymały swój dorosły formularz! :D

Naviira

J-C

Nowy basior - Valkoinen!

NukeRooster
"Czasem bywa tak, że inni się nie zmieniają, tylko ściągają swoje maski."

Imię: Valkoinen
Pseudonim: Pewnie będą to jakieś zdrobnienia lub skrócenia imienia, no nie ma nim nic przeciwko.
Wiek: 8 lat
Płeć: Basior
Charakter: Dobrze zachowujący się basior o nienagannych manierach. Na nikogo nie patrzy z góry, z każdym próbuje stać na równi. Odznacza się niebywałą odwagą i śmiałością, zachowując przy tym swoją skromność. Nie przepada za tym, jak go chwalą bądź mówią o nim aż nazbyt dobrze. Sam woli się tym zajmować. Dla niego to czysta radość komuś podziękować za niesamowitą pracę, a przy okazji pochwalić jego wytrwałość i wysiłek. Z pozorów wyglądać może na jakiegoś złego typa spod ciemnej gwiazdy, miewa czasami takie sytuacje, w których nic do niego nie dociera i zamyka się we własnym świecie — jednak nie trzeba się tego bać. Nie często zdarza się, gdy o kimś źle mówi i ma ochotę każdemu "dowalić" tak by już się nie podniósł. Na co dzień jest miłym i pomocnym wilczkiem, który chętnie porozmawia praktycznie na każdy temat. Na całe szczęście jest typem osoby, która, nawet jeśli nie chce, a musi, robi wszystko niemalże do stanu doskonałego. Co trzeba, to trzeba, nie ma wyboru. Jak się okazało, mimo swojego obowiązku pracy, czasu posiada naprawdę dużo. Pożytkuje go w dość przewidywalny sposób — odpoczywa i leniwi się tam, gdzie tylko może.
Wygląd: Duży. Jest naprawdę duży. Nieco bardziej przy kości, ale wciąż szczupły, przez swoją zgrabność czasem nawet mylony z przerośniętą waderą. Jego wielkość potęgują potężne skrzydła pokryte białymi piórami. Posiadacz gęstej sierści... No i tym się może poszczycić, bo reszta jest już... Zwyklejsza od reszty. Jego futro to matowa sztywność i bardzo szybko ogrzewa swojego właściciela, czasem jednak można doznać miłego, miękkiego "dywaniku", ale to tam czasem. Umaszczenie Valkoinena jest po prostu białe, podkuszę się, żeby powiedzieć brudnobiałe, ale doskonale widać podkreślone czarnym kolorem niektóre elementy jego pyska. Wiecznie ruchliwy nosek niczym mały węgielek oraz duże, niebieskie oczy. Ubogi design, ale każdemu się zdarza. Będzie zachwycać swą prostotą.
Stanowisko: Kronikarz
Umiejętności: Intelekt: 7 | Siła: 7 | Zwinność: 7 | Szybkość: 8 | Magia: 5 | Wzrok: 5 | Węch: 5 | Słuch: 6
Rasa: Wilk Eteru
Żywioły: Grawitacja, materia, światło
Moce: Uważa, że ma całkiem przydatne umiejętności, które mogłyby pomóc przejąć panowanie nad światem, ale hej, nie to jest fajnego w mocach. Valkoinen doskonale czuje się jako stwórca, choć wilkiem materii nie jest, potrafi zmaterializować wszystko, o czym pomyśli. Uważa, że jest mocno powiązany z kosmosem, a przez to dzięki pomocy swoich żywiołów jest w stanie stworzyć ciało, przypominające planetę. Może być tyci, tyci lub naprawdę ogromna, w zależności od chęci basiora. W dodatku na jego rozkaz może się poruszać lub przyciągać do siebie kogoś innego. Całkiem przydatne, kiedy chce się kogoś skrzywdzić albo uziemić. Zmiana czyjejś grawitacji również nie jest problemem, więc często sprawdza się jako bezdotykowy podnośnik lub "wgniatacz" do podłoża. Trzeci żywioł jako coś pojedynczego umożliwia wytworzenie własnego światła, co się przydaje w najciemniejszych miejscach.
Rodzina: Tak właściwie... Wszystko, co żyje na terenach Watahy Smoczego Ostrza, jest jego rodziną. Możecie w to nie uwierzyć, ale tutaj wychowywał się przez większość czasu. Cóż... Wszystkie tereny mają swoje tajemnice i sekrety... Przywiązanie do tego miejsca wynika nie tylko z wychowania, ale również z polecenia ojca. Pierwszy basior WSO, ktoś kojarzy? Nie... Rodziciel Valkoinena nazywał się Lavi, a oprócz niego wyróżniał jeszcze dziadka Botana oraz siostrę Internę.
Partnerka: Kocha wszystkich i dla każdego znajdzie się miejsce w jego serduszku. Kto wie? Może ktoś zdoła rozgościć się tak, że starczy miejsca tylko dla jednego osobnika.
Potomstwo:
Historia: Urodzony w tutejszej jaskini, więc właściwie był tutaj od zawsze. Czasem zdarzyły się wyjątki w postaci eskapad po różnych zakątkach świata, w końcu musiał podróżować i spisywać to, co udało mu się dostrzec. Tworzył historię, nie dlatego, że chciał, ale musiał. Oczywiście było to dla niego przyjemność i rozrywka, ale cóż można powiedzieć innego, skoro od zawsze na nim to ciążyło. Przypatrywał się wielu wojnom, opisywał nie jeden pokój, był świadkiem niezliczonej ilości ceremonii, a jednak tak jego przeszłość przepełniona jest nudą. Nie ma też o czym się rozpisywać, dorastał w miarę przyzwoitych warunkach, a o wyrządzonych krzywdach stara się zapomnieć. No, prawie połowa życia już za nim.
Przedmioty: Diamentowa broszka przewieszona na białej chuście, która obwiązuje lewą łapę basiora.
Właściciel: Kotoko
Ocena: 0/0

Od Neytiri

Idąc lasem tanecznym krokiem, nuciłam pod nosem piosenkę. Oswoiłam się z terenami watahy już po dwóch tygodniach, co było dla mnie nie lada wyczynem, i szczerze mówiąc, byłam z siebie dumna. Nie na co dzień mam okazję zwiedzać coś nowego, a co dopiero zapamiętywać miejsca w tak krótkim czasie. Wracając, szłam tak przez dłuższy czas, aż nie usłyszałam brzdęków metalu. Zaciekawiona, zwróciłam łeb w stronę hałasu. Niepewnie zaczęłam kroczyć w tamtą stronę. Neytiri, po jakie licho się narażasz? Kiedy brzdęki były dość.. Bardzo słyszalne, przystanęłam w miejscu, siadając na kostce brukowej, którą wcześniej już wyczułam, stąpając po niej. Przekrzywiłam lekko łeb, unosząc nos w górę i starając się wyczuć jakiś zapach. Do moich nozdrzy dotarł zapach.. dymu, a także zapach innego wilka. Basiora. Wpięłam pazury w bruk, nieprzyjemnie dla ucha nimi haratając. Wtem, dźwięk ustał, a aura bijąca od basiora zmieniła się.
- Mm.. Kim jesteś? - mruknął, odstawiając narzędzie obok, co mogłam wywnioskować po innym brzdęku.
- Na..nazywam się... - trudno było mi się wysłowić. Nieśmiałość przejmowała znaczną część mnie, a umysł pesymisty dawał się we znaki. - N-nazywam się Neytiri! - pisnęłam cichutko, pozwalając grzywce zasłonić mój pyszczek.
Przez chwilę panowała cisza, podczas której słychać było tylko nasze oddechy, pomieszane z odgłosem palącego się ogniska. Presja rosła z każdą chwilą, każdą sekundą. Dlaczego nic nie mówi? Już miałam ponownie zabrać głos, chociaż i tak bym nie potrafiła nic z siebie wydusić.
- Ranzatsu - odparł, po dość długim czasie.
- H-huh..? - uniosłam łeb ku górze, unosząc lekko brwi.
- Jestem Ranzatsu - powtórzył. Jego aura wyrażała.. nic, kompletnie nic. Obojętność, jeśli ma się to do uczuć zaliczać. - Co cię tu sprowadza? - dopowiedział.
- Ech.. Ja... - nie potrafiłam złożyć jednego zdania w całość. Siła emanująca od basiora, skutecznie powodowała, że mój jedyny promyczek śmiałości zanikał. - Przepraszam, że ci przeszkadzam.. - wydusiłam.
- Nie przeszkadzasz, spokojnie - miałam wrażenie, że właśnie w tym momencie się uśmiechnął. Świadczyła o tym również jego aura, która uległa zmianie. Z obojętnej, przeszła na pozytywną, można powiedzieć, że szczęśliwą.
Czyżby moje "odwiedziny" miały na niego aż tak pozytywny wpływ? Basior musiał być przez długi czas sam. Zapadła niezręczna cisza. Nikt nie chciał się odezwać. Zaczęłam ocierać się łapą o łapę, starając się wymyślić jakiś sensowny temat rozmowy, jednak jak na złość moje myśli świeciły pustkami. Niefajnie. W końcu, wyczułam ruch powietrza. Ranzatsu przemiścił się w inne miejsce, zaczął odchodzić. Mimowolnie, podążyłam za nim.
- Przepraszam, że pytam, ale.. Czym się zajmujesz? - zrównałam z nim krok, co mogłam wyczuć poprzez stykające się nasze łapy.

Ranzatsu?

Od Leona cd. Dari

- Dari? Dari, halo?! Ej, nie rób sobie ze mnie jaj! - poderwałem się z miejsca, potrząsając waderą. Na nic, zemdlała. - No pięknie. A pytałem się, czy coś piła.. - burknąłem, oglądając z każdej strony leżącą wilczycę.
Westchnąłem, rozglądając się za jakimkolwiek źródłem wodnym. W głowie kreował mi się dość głupi pomysł, ale skuteczny, by ocucić waderę. Spojrzałem jeszcze raz na zemdlałą i ruszyłem w stronę pobliskiego strumyka. Za pomocą jednej z moich mocy, skupiłem swój wzrok na bliżej nieokreślonym punkcie przede mną. Po chwili, w miejscu, gdzie niedawno nic nie było, powstała lewitująca, drewniana misa. Chwyciłem ją w pysk i zanurzyłem w wodzie, napełniając nią środek naczynia. Prędko, lecz ostrożnie wróciłem z misą w pysku do nieprzytomnej Dari. Zanim pomyślałem, wylałem całą zawartość misy na waderę. Momentalnie podskoczyła, krztusząc się. Poklepałem ją łapą po plecach, jednak ona szybko ją zrzuciła.
- Ty głupi jesteś?! - wydarła się na mnie, krzywiąc pysk.
- Możliwe, aczkolwiek wolę bardziej określenie "nadzwyczaj błyskotliwy" - wyszczerzyłem się.
- Jak woda w kiblu.. - mruknęła, wytrzepując się z nadmiaru wody z futra, przez co najeżyło się i odstawało we wszystkie strony.
Wyglądała teraz jak połączenie mokrego mopa i pudla. Ach, moja szczerość. Nim się zorientowałem, zacząłem się niepohamowanie śmiać. Nie mogłem tego powstrzymać, po prostu.. No nie mogłem! Kiedy Dari w miarę uspokoiła swoją burzę loków i spojrzała na mnie spod byka, jednak na jej pysku widać było cień rozbawienia spowodowanym moją głupawką...

Dari? C:

Od Hiro

Spojrzałem za siebie i z delikatnym uśmiechem pożegnałem zranioną waderę. Była kimś w rodzaju posłańca, natknąłem się przypadkiem na nią w momencie, gdy polowałem.
Odwzajemniła uśmiech i udała się do swojej jaskini, a ja odszedłem trochę. Eh, robota eskorty ma swoje plusy i minusy.
A do tego bycie dobrym wilkiem, same problemy.
Zamknąłem oczy i przywołałem wydarzenia sprzed paru godzin.

***

Była atakowana na polanie przez dwa nieznane mi wilki. Jeden z nich właśnie ugryzł ją w lewą przednią łapę. Krew powoli spływała na ziemię. Zdawało mi się, że była z naszej watahy, więc leniwym krokiem wyszedłem spod osłony drzew i skierowałem się w ich stronę. Zmierzchało powoli, toteż cienie drzew ciągnęły się po całej polanie. Drugi wilk, o brunatnym futrze, będący właśnie za jej plecami właśnie skoczył, obnażając kły.
Cmoknąłem cicho i wysłałem ku niemu swój cień. Brunatny basior spadł po prostu na ziemię i zastygł w bezruchu. Samymi oczyma rozejrzałem się w jego otoczeniu - dostrzegłem duży kamień. Z sadystycznym uśmiechem pobiegłem w kierunku takim, aby brunatny basior biegł w stronę skały. Jego towarzysz spojrzał na niego i zastygł zaskoczony. Wzdrygnął się, gdy drugi wilk uderzył głową w kamień i stracił przytomność, padając na śnieg w bezruchu.
- Czy to fair tak atakować samotną waderę? - Zapytałem chłodno i tak cicho, że drugi atakujący niemal dostał zawału, po czym odwrócił się do mnie.
Wadera cofnęła się pod drzewo, nie mniej przestraszona. - Ma'am, zamknij oczka. - Powiedziałem i powoli zacząłem się zbliżać do drugiego basiora, po czym...eee....

***

- Cholerka, nie pamiętam co było dalej. - Otworzyłem oczy i westchnąłem cicho. Nawet nie pamiętałem imienia wadery, wiem tylko że wygrałem z napastnikiem. - Mimo, że sam oberwałem - Polizałem kilka razy drobną ranę na prawej przedniej łapie, po czym udałem się nad wodospad.
Mimo mrozu, woda wciąż płynęła ze skał i spływała do nie tak małego oczka wodnego. Zbliżyłem się i zacząłem chłeptać lodowadą wodę, nie zwracając uwagi na otoczenie. W końcu jestem na terenie watahy, co może mi się...
- Co tu robisz?! Kim jesteś? - Usłyszałem za sobą ostry głos i przewróciłem oczami. Wyprostowałem się powoli i zacząłem obracać do intruza z morderczo chłodnym wzrokiem. Zdaje mi się, że w porównaniu do mojego wzroku w tamtej chwili, oczko z którego piłem zimną wodę to gorące źródła.
Kto tym razem przeszkadza mi w życiu? Nie mogę mieć choć dnia spokoju, z dala od innych?

Ktosiu? ^^

Od Terry C.D Lucian

Obudził mnie deszcz irytująco kapiący na moją głowę. Powoli otworzyłam zaspane oczy i ku mojemu zdziwieniu ujrzałam słońce górujące nad drzewami. Jeszcze chwile tak leżałam i przecierałam oczy, aż nagle coś do mnie dotarło. Patrol. Miałam stawić się zaraz o świcie. Pięknie, nie dość, że jestem spóźniona, to pewnie odprawa już się skończyła i zapewne wyrzucą mnie z tej roboty. Niewiele myśląc, wybiegłam z jaskini. Nie miałam czasu na posiłek, z resztą teraz to był mój najmniejszy problem. Biegłam ile sił w łapach. Po drodze mijałam wiele wilków, których w ogóle nie znałam. Świetnie, zrobię idealne pierwsze wrażenie. Tylko patrzeć jak zaczną o mnie plotkować. Nareszcie deszcz przestał padać, a ciepłe promienie słońca ogrzewały moje zmarznięte ciało. Nieopodal mnie zauważyłam szczeniaki radośnie biegające po polanie. Przez krótką chwilę spojrzałam w ich kierunku i ten moment wystarczył, żebym na kogoś wpadła. Przeklęłam w duchu. Gdy przestałam się turlać, uniosłam głowę i zauważyłam, że leżę na...basiorze. Od razu wstałam na cztery łapy i stanęłam w bezpiecznej odległości.
- P...przepraszam - nie wiedziałam co mam powiedzieć. Było mi strasznie głupio. Stałam nieruchomo, a mój wzrok wbiłam w ziemię, przyglądając się tak, jakby była nadzwyczajnym zjawiskiem.
- Następnym razem uważaj. - niezręczną ciszę przerwał basior.
- Będę ostrożniejsza, rozproszyły mnie szczeniaki.
- Szczeniaki, wredne małe stworzonka.
Już chciałam coś odpowiedzieć, ale przerwało mi burczenie w brzuchu.
- Emm przepraszam, muszę już iść, jestem spóźniona.
- To może wcześniej coś zjemy?
- Powinnam była pójść na patrol.
- Spokojnie jutro też jest dzień.
Zastanowiłam się przez krótką chwilę i potwierdzająco skinęłam głową.
(Lucian?)

17 września 2017

Od Alpina C.D Toxikity

Co za szalony dzień. Moje myśli były jednym wielkim kłębiskiem pytań, na które nie zdołałem znaleźć odpowiedzi. Tak, za dużo wrażeń, muszę jak najszybciej się położyć.
Pozornie wszystkie moje mięśnie dawały mi odczuć zmęczenie to i tak jeszcze dzisiaj zdołałem wyrobić z topazu błękitnego gwiazdy, które miały za zadanie powiewać na wietrze. Pierwszy od dłuższego czasu wyrób wyłącznie dla przyjemności.
Głośno westchnąłem i przysiadłem przy wejściu jaskini. Nawet nie wiem kiedy, ale zasnąłem, szczęśliwy wsłuchując się w podzwaniające gwiazdy i morską bryzę.
~~~
Nadchodził sztorm. Nadciągał, choć niebo było czyste, a morze spokojne. Słyszałem przez sen jego wściekły ryk. Spychał mnie w moje najgłębsze zakamarki odczuć i przemyśleń, może też i w przeszłość, a ja nie umiałem się temu oprzeć.
Ogromne białe drzewo rozsiadło się na zielonym wzgórzu. Niezliczone liście olbrzymiego drzewa lśniły w blasku słońca jak diamenty. Wszelkie kolory jakie tam panowały były wyblakłe: piasek, biel i różne odcienie szarości.
Z wyjątkiem róż, które zawsze tam rosły, pielęgnowane przez moją matkę. Te miały barwę krwi. Było cicho i pusto, ale drzewo zdawało się czekać.
Śniąc, odwróciłem łeb, wzbraniałem się. Nie chciałem tam wracać. Już nigdy.
Ale nagle pojawiła się. Stała, wysoka. Jej białe lodowate furto połyskiwało. Zobaczyłem siebie w szczenięcym wieku. Z całej siły wtulałem się w jej mięciutkie, tak dobrze mi znane furto, ten zawsze piękny zapach, tego nie da się zapomnieć...
Oczy miała złote niczym cieplutkie słońce. Kochałem na nie patrzeć. Było w nich widać dobro i szczerość.
Serce niesamowicie mnie bolało, gdy jej te piękne oczy zalewały się strużkami łez i traciły ten swój blask. Tylko jedna bestia na tym świecie potrafiła doprowadzić ją do tego stanu...
On. On szedł za nią. Zawsze tuż za nią. Był niesamowicie wysoki, smukły. Zakochała się w jego obietnicach wiecznego szczęścia.
Ile razy jej to przypominał?
Pamiętałem, co stało się później. Pamiętałem chłodny blask łez, pamiętałem zmęczenie i ulgę, że ten wieczór wreszcie się skończył. Skończył się dobrze. Nie zrobiła niczego, co mogłoby go zdenerwować, zakłopotać, czy zaniepokoić.
Przynajmniej tak nam się zdawało.
Myśleliśmy tak do chwili, gdy to odwróciła się, żeby mu powiedzieć, że to był miły wieczór. Zobaczyła jego wyraz. A moje serce zabiło mocniej. Wiedziałem co się szykuje.
Przemiana. Odczekał z tym, aż wróciliśmy, aby nikt nie widział. Świetnie opanował tę umiejętność.
Pamiętam też strach, który ściskał mnie i moją matkę. Widziałem w niej narastający niepokój, gdy to usiłowała domyślić się, co złego zrobiła.
-Dobrze się bawiłaś, Fenello?
-Było pięknie. Troszkę długo. Alpinie, kochanie, czy mam ci przygotować brandy przed snem?
Już miałem odpowiedzieć, gdy On nie pozwolił mi dojść do słowa.
-Podobała ci się muzyka?
-Bardzo. - Muzyka? Nie przypominam sobie, aby mama coś niestosownego powiedziała o muzyce.
Zdołała jednak opanować drżenie, gdy jego pysk był tuż przy jej karku.
-To wszystko było cudowne, na świeżym powietrzu - ostrzegawczo na mnie spojrzała, co miało oznaczać, abym wyszedł.
Ani drgnąłem. Nie potrafiłem matki tak zostawić.
Matka cofnęła się, chcąc samej wyjść, zabierając mnie ze sobą, ale zatrzymał ją w miejscu, ciągnąc za kark.
-Tak, zauważyłem, że przyjemnie ci się gadało, zwłaszcza z Edanem. Filtrowałaś z nim. Afiszowałaś się. Ośmieszyłaś mnie!
-Laird, ja nie filtrowałam. Ja tylko...
Cios na odlew zwalił ją z nóg, oślepił ją wstrząs i ból. Kiedy w odruchu obrony zwijała się w kłębek, powlókł ją po marmurowej posadzce za ogon.
Cały w drgawkach, nie byłem w stanie się ruszyć. Serce waliło mi niemiłosiernie. Byłem sparaliżowany, nie byłem wstanie nawet drgnąć. Wydobyć słowa, czy nawet oddychać...
-Ile razy pozwalałaś mu się dotykać?!
Zaprzeczała, szlochała, a on oskarżał. Dopiero gdy go to znużyło i wyszedł, mogła poczołgać się do kąta, żeby się wypłakać. Jak tylko odzyskałem kontrole nad sowim ciałem, moje oczy wylały fale słonych łez. Wszystko co odczuwała matka - czułem to samo. Rwący ból patrzenia na nią sprawiał, że brakowało mi tchu.
To było dość dziwne jak i niepokojące, że ojciec zawsze, ale to zawsze traktował mnie jak powietrze, dla niego jakbym nie istniał, dla niego byłem niczym. Tylko nad matką lubił się znęcać...
-A-Alpin... - szlochała głośno. - Uciekaj...
Tym razem jednak, w tym śnie, wyczołgałem się na zewnątrz w cień lasu, gdzie powietrze było łagodne, a ziemia ciepła.
I tam, gdzie strumień spływał z bulgotem po wygładzonych przez wodę kamieniach, zapadłem w sen.
Obudził mnie grzmot jak wystrzał armatni, i niebo rozdarła błyskawica.
Przerażenie. Już nie byłem widzem tych wspomnień, ale teraz to znowu pojawiłem się w nich jako uczestnik. Biegłem przez las, biała sierść matki połyskiwała jak światło latarni gdzieś w oddali. Ścigany czułem pulsowanie własnej krwi. Za mną waliły się drzewa, ziemia falowała pod łapami, wrzała i zasnuwała się mgłą.
Wciąż biegłem, a oddech, który wyrywał mi się z gardła, przechodził w skowyt. Przez szum wiatru słyszałem jakiś inny krzyk. Strach owładnął mną całkowicie - nie myślałem, nie czułem, nie reagowałem.
Wiatr uderzył we mnie ostro, z impetem, a kolczyste zarośla zraniły mnie dotkliwie w łapy.
Wspinałem się, uczepiony skał jak jaszczurka. Światło błyskawicy przecięło ciemności srebrnym ostrzem, w dole, pode mną, kłębiło się dzikie, rozgniewane morze.
Kopałem i piąłem się w górę, niezdolny obejrzeć się i spojrzeć w oblicze tej bestii.
Nie chciałem walki, wybrałem ucieczkę. Skoczyłem ze skał, niesiony wiatrem w locie ku morzu. Urwisko, światło, drzewa - gdzieś za mną wszystko się zawaliło.
~~~
Obudziłem się z szybkim oddechem i dzikim łomotem serca. Musiałem chwile poczekać zanim moje serce się uspokoiło i mogłem wyrównać oddech.
Słońce dopiero co wychylało się tuż za horyzontem. Burza minęła. Mewy były już na morzu. Kołysały się i powoli sunęły przez miękki, senny błękit wody. Fale dobiegały do plaży i układały się w koronkowe wzory na piaszczystym brzegu. W górze białe mewy z wdziękiem wykonywały swój powietrzny balet. Ich wysoki, ostry pisk mieszał się z niskim, nigdy niekończącym się szumem przyboju.
Zamknąłem oczy, wystawiając pysk na pieszczotę bryzy.
Jestem sam, pomyślałem, unosząc pysk ku niebu. Samotny - to chyba najodpowiedniejsze określenie. Mimo to nieszczęśliwy, zasadniczo nigdy nie będę szczęśliwy, sumienie do końca życia chyba będzie mnie zżerało...
Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch po lewej stronie. Wolno odwróciłem się w tamtą stronę, a moim oczom ukazały się dwie, znane mi wadery.
-Dzień dobry - przywitała się serdecznie Nathing, samica beta, a tuż za nią mogłem dostrzec wleczącą się Toxikitę.
Wysunęła się odrobinę, żeby lepiej mi się przyjrzeć, wtedy jej szare oczy drgnęły. Popatrzyła na mnie czujnie.
-Witam. Mogę w czymś pomóc?
-Ja byłam... myślałam... - dukała Tox.
Na widok poirytowanego wzroku Tox, Nathing spojrzała na nią pytająco.
-Może coś zaoferujesz Tox? - przejęła inicjatywę Nathing.
-Zupę mogę podać. Dzisiaj jest z homara. Ale obsługa przekracza chyba moje możliwości.
Nathing zaśmiała się.
-Alpin, przestań się zgrywać, wiesz o co mi chodzi.
-A co sprowadza panią w moje progi? Turystka? - zwróciłem się do Tox.
-Nie, tylko trochę zwiedzam - wściekła spojrzała na mnie.
-Toxikita, przyszła do ciebie przede wszystkim po to, aby się zapytać, czy zechcesz ją do pomocy na swoich zajęciach ze szczeniakami. Z tego, co wiem to potrzebowałeś kogoś takiego, a więc...
-Naprawdę?
-Potrzebuję tej roboty, aby się za klimatyzować i przekonać szczenięta do swojej osoby...
-Ile ma pani lat?
-Czy to konieczne?!
-Oczywiście - odpowiedziałem z równym spokojem.
-Sześć lat... - warknęła.
-Karana?
Nathing rozbawiona spojrzała na mnie.
-Alpin, przestań.
Zaintrygowany, przechyliłem łeb, nie słuchając.
-A co pani takiego tu poczuła?
-Własną szansę.
Dobra odpowiedź, pomyślałem.
-Wierzy pani w swoje szanse?
Nathing przestała się uśmiechać.
-Muszę.
-W takim razie... Mam nadzieję, że będziemy świetnie współpracować - puściłem jej oczko i się uśmiechnąłem.
Nathing pożegnała się z nami, szczęśliwa i biegnąca już do kolejnej roboty.
-Dobra, dobra. Możesz przestać się już zgrywać? I udawać, że się nie znamy? - pretensjonalnie spojrzała na mnie.
-Hmm... Nie wiem o czym mówisz - spojrzałem na listę rzeczy, które muszę mieć na dzisiaj. - Chodźmy na zewnątrz. Omówimy szczegóły. Latem pracujemy od dziesiątej do siódmej, chociaż to też zależy. Zimą zaczynamy o piątej nad ranem...
-Posłuchaj - przerwała mi gwałtownie. - Mógłbyś mi powiedzieć, czemu przyszedłeś do mnie w nocy?
Ściągnąłem brwi w dół.
-W nocy? Może ci się coś przyśniło? Nie przypominam sobie, abym miał kogoś w nocy podglądać - uniosłem jedną brew i na nią spojrzałem. - W każdym razie musimy iść dzisiaj na pola lawendy. Potrzebuję tego krzaczka do ważnego wywaru.
Wadera milczała wyraźnie nad czymś rozmyślając.
-Nie musisz iść. Dobrze wiem, że Nathing ściągnęła cię tutaj na siłę. Jak chcesz to możemy udawać, że ze sobą pracujemy, ale tak serio to nie będę do niczego ciebie zmuszał. Pasuje? Świetnie, w takim razie...
-Zaczekaj...

(Toxikita?)

Od Hide CD. Corners

Nerwowo spojrzałem na waderę tulącą się do mnie. Zupełnie nie wiedziałem, co mam zrobić w takiej sytuacji. Po chwili objąłem ją i mocniej przytuliłem do siebie.
- Wiesz, Core, przyjaciół też można kochać. Kochać szczerze i mocno nie trzeba tylko takich wilków, na widok których masz motyle w brzuchu  i rumienisz się. Przyjaciele są tak samo ważni. I cię kochają. Nawet jeśli ci tego nie mówili. - odsunąłem lekko Corners, by spojrzeć w jej szmaragdowe oczy. Miałem zamiar otrzeć jej łzy i powiedzieć tę parę słów. Zdziwiłem się, gdy spostrzegłem, że jej pyszczek jest suchy. Słowa które wypowiedziała były przepełnione smutkiem, ale ona nie płakała. Teraz jednak nie było to ważne. - Dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi mogę powiedzieć ci te dwa słowa, które tak bardzo pragniesz usłyszeć. Kocham cię, Core. - powiedziałem, posyłając jej uśmiech dodający otuchy. Corners zamrugała kilkakrotnie i uśmiechnęłam się lekko.
- Dziękuję Hide. - wyszeptała. Domyślałem się, że Cre chciałaby coś więcej. Chciałaby miłości gorącej i pełnej uczucia. Niestety nie umiem jej tego zapewnić. Nie czuje do niej takiego uczucia. Z Corners łączą mnie jedynie silne więzi przyjaźni, nic więcej. Wziąłem w płuca powietrze, po czym wypuściłem je z cichym świstem. Uśmiechnąłem się szeroko i spojrzałem na sarnę leżącą niedaleko mnie.
- Jadałaś już śniadanie? - zapytałem. Pokręciła przecząco głową. - To może byśmy zjedli? - wzrokiem pokazałem martwe zwierzę.

Corners? 

Od Dari CD. Leon

- No to, proszę za mną! - Leon machnął łapą, którą prawie mnie uderzył i ruszył w inny kierunek, a ja za nim. Choć Leon ma duże ego, to mi nie będzie to przeszkadzało, bo mój kochany imbecyl (czyt. Darius) ma tak gigantyczne ego, jak cały świat (może troszeczkę przesadziłam).
Spojrzałam ze smutkiem na moje jedzenie, które chciałam sporzyć. Gdy tak szliśmy, zrobiło mi się słabo, ale nie tak mocno, żeby mu o tym powiedzieć.
Zaczęłam trochę dziwnie chodzić jakbym była pijana. Leon spojrzał zdziwionyna mnie i się odezwał:
- Coś się dzieje?
- Nie nic, spać mi się chce - skłamałam.
- Mhm... Piłaś?
- Nic nie piłam, chyba że woda się liczy.
- Doprawdy? Bo coś widać jakbyś pijana była - zaśmiał się.
- Ze mnie się śmiejesz? Ze mnie?! - Leon przestał się śmiać i spojrzał na mnie przestraszony, a ja na niego jakbym miała się na niego rzucić i go zabić.
Przeszliśmy obok jakiegoś wodospadu. Piękne widoki, to były cudowne miejsca, Alfa się postarała żeby znaleźć takie miejsca. Zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć, ponieważ o to poprosiłam, Leon się na szczęście zgodził. Usiadłam, a Leon obok mnie. Byliśmy na wzgórzu, jak mniemam Evendim. Zrobiło mi się szaro przed oczami, zbyt szaro. Ciężkie powieki mi się zamykały. Upadłam... słyszałam jak Leon coś mówił, chyba do mnie, ponieważ widziałam jego rozmazaną twarz. Zamknęłam oczy i zemdlałam.

Leon? Co zrobisz ze śpiącą Dari? C: