22 maja 2018

Powitajmy Hermesa!

TIFFASHY
Albo robię coś najlepiej, jak potrafię, albo w ogóle.

Imię: Hermes
Pseudonim: Herps, Herpy, Blondy, dawniej Leech (ale nie znosił tej nazwy).
Wiek: 10 lat
Płeć: Basior 
Charakter: Hermes jest bardzo dominującym oraz poważnym wilkiem. Nie działa bez zastanowienia, jego czyny są zazwyczaj dobrze przemyślane, z wyjątkiem wyjątkowych sytuacji, np. gdy otaczają go wrogowie. Kiedy wie, że rychło przegra, to wycofuje się z walki, ale zwykle atakuje z dzikością i złością. Dawniej cechował go ognisty temperament, ale dzięki pracy nad sobą udało mu się nad nim panować. W przypadku gdy jednak zostanie niezwykle rozzłoszczony, jest w stanie zniszczyć wszystko w zasięgu wzroku. Wtedy najlepiej odpuścić, usiąść i poczekać, aż Hermes sam się uspokoi i uświadomi sobie, co zrobił. Wilk długo chowa w sobie urazę. W stosunku do innych jest taktowny, lecz suchy. Sprawia wrażenie spiętego, prawie obojętnego i mówi to, co konieczne. Basior jest godny zaufania i lojalny, nie oznacza to jednak, że łatwo do niego dotrzeć i sprawić, iż się otworzy - wręcz przeciwnie. Hermes, który uwielbia dominować, uznaje zwierzenie się i otwarcie za oznakę uległości. Jeśli zrobi to przed kimkolwiek, oznacza to, iż Hermesowi na danym kimś niezwykle mocno zależy, ufa jej i się przywiązał. Każda powierzona mu tajemnica jest przy nim bezpieczna. Cechuje go także konsekwentność i wytrwałość w dążeniu do celu. Mimo pracy nad sobą wciąż pozostaje temperamentny. Nawet w bliskiej zażyłości z kimś wciąż wysoko stawia gardę i jest nieprzystępny. Bardzo rzadko okazuje uczucia, szczególnie te najskrytsze. Wilka interesują najróżniejsze sposoby torturowania ofiar. Mimo wszystko nie krzywdzi osób, które niczym mu nie zawiniły. Jest uzależniony od bardzo dawna od palenia, dlatego jego futro wciąż pachnie tytoniem, jak gdyby przesiąkło jego wonią. Basior był bardzo związany ze swoją matką i rodzeństwem do tego stopnia, iż nie pozwoliłby na ich cierpienie swoim kosztem. Hermesa cechuje również dość wysoki poziom inteligencji i szeroki zasób słownictwa. Ma dryg do malowania i rysowania, lecz nie robi tego często - zwyczajnie z braku czasu. Warto także wspomnieć, iż wilk ten jest biseksualny. W przypadku basiorów uwielbia tych dominujących równie mocno, co on sam (w każdej ze sfer), z waderami ma mniejsze doświadczenie.
Wygląd: Sylwetka Hermesa jest muskularna i pokryta kręconą sierścią w jasnym kolorze. Gęste futro pachnące papierosami, starannie wyczesywane, wyróżnia się na głowie wilka - blond kędziory opadają na ciemne, błyszczące na czerwono oczy. Te także nie wyglądają standardowo, albowiem ich białka są czarne. Zza uszu basiora wyrastają po dwa grube, twarde rogi. Wilk potrafi przybrać formę demona, która pojawia się stopniowo, zaczynając od zmiany barwy przednich łap na czarny wraz z wystającymi z nich kolcami aż do pojawienia się ciemnych skrzydeł jak u nietoperza. Na lewym barku został kiedyś wypalony pentagram, dziś pozostała po nim tylko czerwona blizna, ukryta wśród sierści. Charakterystyczną cechą wyglądu Hermesa są trzy białe blizny biegnące przez prawe jego oko - pozostałość po tym, gdy obronił matkę przed smokiem. Basior jest znacznie wyższy od innych wilków.
Głos: Jego głos jest niski i głęboki. Nawet gdy basior mówi cicho, słyszy się go wyraźnie.
Stanowisko: Zabójca
Umiejętności: Intelekt: 8 | Siła: 8 | Zwinność: 7 | Szybkość: 6 | Magia: 4 | Wzrok: 5 | Węch: 5 | Słuch: 7
Rasa: Demon
Żywioły: Cień, Śmierć, Czas
Moce:
Cień:
- zmiana w cień,
- przywołanie ciemności i otoczenie się nią.
Śmierć:
- zadawanie bólu wrogom bez kontaktu z nimi (jedyny warunek – musi widzieć jego postać, nie np. zdjęcie czy wspomnienie),
- odbieranie życia wybranym istotom (pochłania mu to dużo energii), 
- kontrolowanie dusz i możliwość torturowania ich lub zapewnienia spokoju.
Czas:
- przywoływanie wspomnień i pokazywanie ich wybranym postaciom lub wymazywanie niektórych u innych,
- podróże w czasie, ale bez możliwości ingerencji na wydarzenia (wyjątkiem jest ujrzenie przyszłości i zmiana jej poprzez podjęcie określonych działań w teraźniejszości) oraz spowalnianie go lub zatrzymywanie.
Inne:
- niezwykła siła,
- latanie w formie demona, 
- cecha wampirza, nie do końca moc - musi unikać światła słonecznego pod postacią demona, w klasycznej odsłonie go nie lubi.
Rodzina: Matka Sephora oraz liczne rodzeństwo, niestety martwi. Och, i były partner Muro...
Partner: Kiedyś kochał i wciąż pamięta o byłym partnerze, aktualnie brak.
Potomstwo: Brak.
Historia: Przeszłość usłana bolesnymi wspomnieniami, ucieczka i samotna tułaczka, następnie trafienie tutaj i zatrzymanie się, być może na dłużej. Ot, cała historia Hermesa w wielkim skrócie.
Przedmioty: Paczka papierosów, wciąż uzupełniana nowymi, Kawałek meteorytu.
Jaskinia: Jaskinia Hermesa znacznie oddalona jest od żywych stworzeń. Jego jama w środku ma wielkie legowisko z grubych skór i futer (coś na kształt gniazda), prowizoryczny kominek oraz inne mało znaczące przedmioty i meble. Mimo kamiennych, chłodnych ścian z kilkoma jego rysunkami oraz prehistorycznym malunkiem mamuta, podłoga pokryta jest srebrzystą, króciutką trawą i mchem w tym samym kolorze.
Właściciel: jakjasienski@gmail.com

21 maja 2018

Od Aimer cd. Ace'a

Basior patrzył na mnie z zaciekawieniem. Nie wiedziałam czy warto mu o tym powiedzieć. Mówił, że chce mi pomóc, w zasadzie to też nie miałam osoby której mogłabym zaufać, ale dobrze by było kogoś takiego mieć.
- Sny... - Powiedziałam trochę załamanym głosem.
- Jakie? - Pytał mnie, nadal patrząc zaciekawionymi ślepiami.
- Koszmary dokładniej. Dręczą mnie - Powiedziałam z jeszcze słabszym głosem.
- Co się w nich dzieje? - Przysunął się lekko. Wyglądał w tym momencie jak psycholog albo specjalista od takich spraw.
- Są... Tak jakbym to ja była i robiła wszystko. Moja perspektywa, kolory sierści. Moja moc... Ona gaśnie. Znika, tak jakbym jej nigdy nie miała.
- Moc? - Przerwał mi basior.
- Mam w łapach leczniczą moc. Leczy w parę sekund nawet złamania kości i inne tego typu rzeczy. - Odpowiedziałam na pytanie. - Wracając do tych snów... - Posmutniałam.
- Ah tak, przepraszam, że przerwałem.
- Nie, nie nic się nie stało. - Mówiłam te słowa z pewnością. - Ja w nich... - Przerwałam i połknęłam głośno ślinę. - Ja w nich zabijam. - Kontynuowałam.
- Nic się poza tym raczej nie dzieje? - Ace nadal wyglądał na specjalistę.
- Raz było tak, że w moim śnie torturowałam jakieś zwierzę. Gryzłam tego małego gryzonia i rzucałam nim na boki. Krew się... Krew się lała. Na koniec wbiłam mu ostry patyk w samo serce i przybiłam do drzewa. Kojarzyłam miejsce w którym zaszło to zdarzenie. - Przełknęłam głośno ślinę na znak, że boję się dalej mówić. Ten jakby zrozumiał, że to nie koniec i lekko skinął głową na znak, abym kontynuowała.
- Gdy się obudziłam miałam ślady krwi na pysku i łapach. Wystraszyłam się. Natychmiastowo pobiegłam w tamto miejsce. - Nie chciałam dalej mówić. Ta sytuacja odebrała mi głos.
- To było na prawdę? - Pokiwałam twierdząco głową.
- Ale powtarzało to się czasem z wilkami z innych watah. Czy ja jestem jakimś potworem? Nie rozumiem tego. Czy ja lunatykuję? Coś mnie opętało?! - Łzy spływały po moich zbrudzonych zaschniętą krwią policzkach. Pytając podnosiłam ton głosu, automatycznie. Nie panowałam nad nim wtedy.
- Wiesz... Parę razy śniła mi się Kesame. Nie rozumiem nic. Nie wiem co robić. Co jeżeli i ją spróbuję zabić?! - Spojrzałam pytająco ze łzami w oczach basiora.

Ace?

Od Arksena

Siedziałem przygnębiony, gdzieś w lesie. Siedziałem sam kompletnie pod drzewem, a moje oczy przesiąknięte były szarawym fioletem. Było dość zimno. Co jakiś czas mogłem zaobserwować to w jaki sposób na ziemię opadają liście. Kompletnie bez dźwięcznie. Cóż zrobić, gdy jest się samemu. Nie ma to z kim porozmawiać. Mimo wszystko postanowiłem wstać i zostawić tą bezradność. Wzbiłem się w powietrze. Leciałem tak przez spory kawał. Kręciłem się, robiłem różne salta, sztuczki i inne. Wiatr powiewał moim futrem na wszystkie strony, a barwa mych oczu troszkę rozjaśniała. Mimo to nadal była dość smętna. Oddanie się powietrzu przerwał głośny pisk. Zastygłem w powietrzu bez ruchu, nie licząc skrzydeł i wpatrzyłem się w miejsce z którego padł dźwięk.
- Co to mogło być? - Powiedziałem do siebie z nadzieją, że ktoś za mną będzie i mi odpowie. Zamiast tego za sobą zobaczyłem lecącą w moim kierunku, a właściwie to będącą już gdzieś czterdzieści metrów ode mnie strzałę. Skąd się tam wzięła nie wiem. Wiedziałem tylko, że nie zdążyłem zareagować i owa przebiła moje skrzydło na wylot. Zacząłem opadać z dość dużej wysokości. Czułem jak pióra z mojego skrzydła wylatują. Od dołu, bo byłem tak jakby na plechach, czułem mocny opór wiatru. Traciłem przytomność. Powoli, ale coraz to szybciej i szybciej. Nie mogłem zapanować nad ciałem. Ból był mocny. Kręciłem się z myślą, że zaraz runę głową w ziemię i zginę przez jakąś małą strzałę. Nadszedł ten moment. Uderzyłem. Poczułem tylko sierść innego wilka, którego prawdopodobnie staranowałem. Wtedy straciłem przytomność, ale czułem, że moje skrzydło jest prawie złamane. Od strzały i małej dziury do całej kończyny.

Ktosiek? Jakiś chętny staranowany wilczek?

Od Kesame cd. Aan'a

Staliśmy teraz na zewnątrz i opieraliśmy się o chropowate mury jednego z domów gdzieś w pobliżu biblioteki.
Przymknęłam oczy i westchnęłam w duchu, przy okazji rozglądając się na boki. Krajobraz znacznie różnił się od tego, który otaczał nas na terenach watahy.
- Poddaję się - mruknęłam, zadzierając głowę do góry.
- Hm? - uniósł brwi i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Najwyraźniej wyrwałam go z głębokiego zamyślenia.
- Nie mam pojęcia, jak możemy się nazwać, żeby wpasować się w te standardy.
Basior, teraz ukrywający się pod postacią młodego chłopaka, przeciągnął się. Zachowywał się całkiem naturalnie, tak, jakby kiedyś już to robił. Postanowiłam jednak nie pytać i skupić się na postaciach, które zaczęły do nas podchodzić.
- Hej - dziewczyna o lekko fioletowych włosach uśmiechnęła się do nas nieśmiało. Zanim jednak zdążyła kontynuować, stojący obok chłopak machnął ręką na powitanie.
- Mamy prośbę, potrzebujemy pomocy z roznoszeniem ulotek. Stoicie tutaj tak sami, więc może macie czas...?
Jęknęłam w duchu. Już szykowałam się, żeby odmówić i pójść gdzieś, gdzie nie będę się narażać na wścibskie spojrzenia, jednak Aan wystąpił krok do przodu i z lekkim uśmiechem stwierdził, że z chęcią pomożemy. Jęknęłam po raz drugi i posłałam mu karcące spojrzenie, co zapewne nie uszło uwadze nieznajomych.
- Na pewno? Nie chcemy przeszkadzać... - głos dziewczyny wciąż był niepewny. W jej ręce trzepotał teraz plik kolorowych ulotek, reklamujący zapewne jakąś uczelnię.
- Nie ma problemu!
Nie odezwałam się już. Jedynie wewnętrznie zaczęłam narzekać na to, że muszę zadawać się z jakimiś małolatami. Mimo wszystko jako wilk byłam już całkowicie dorosła...
- Co ty robisz? - warknęłam szeptem, ciągnąc go za rękaw w jakiś niewielki zaułek. Dwójka zdążyła się już oddalić z tekstem, że zaczekają przed wejściem szkoły.
- Trzeba się wtopić w tłum.
- Roznosząc ulotki?!
- Będziemy się rzucać w oczy, stojąc jak słupy pod ścianą...
Przewróciłam oczami. Cały ten pomysł ze szkołą wydawał mi się mocno kopnięty.
Znana nam dwójka pomachała do nas, na co lekko odepchnęłam od siebie Aan'a. Był ode mnie wyższy i czułam się dziwnie, kiedy patrzył na mnie z góry.
- Tak w ogóle, to jestem Carl - niebieskooki chłopak uśmiechnął się znowu, podając mi kolejne pliki ulotek. - To jest Ashley.
- Alex - Aan nonszalancko oparł się o ciężkie drzwi wejściowe. Wtedy wzrok trójki skupił się na mnie, a ja wzdrygnęłam się, znajdując się nagle w centrum uwagi.
Myśl, myśl, myśl. Przecież czytałam sporo książek...
- Kylie - mój wzrok powędrował gdzieś na drugi koniec drogi.
- Jesteście nowi, prawda? - tym razem to dziewczyna coś powiedziała. Budziła we mnie pewną sympatię, ale nie chciałam się zbyt z nikim spoufalać. Nasze późniejsze zniknięcie mogłoby wywołać zbytnie zamieszanie.
- Tak - odparłam szybko i zacisnęłam dłonie na kartkach. - Chodźmy już, to szybciej się z tym uporamy.

Aan? 

Sojusz!

Zawarliśmy sojusz z Watahą Ciemnej Pełni!

20 maja 2018

Od Antilii CD Lilith

Kiedy waderka chciała się zbliżyć do niedźwiedziątka, ja czujnie się rozglądałam. Młode niedźwiedzia rzadko oddalają się od swoich opiekunów, a tym bardziej rzadziej się gubią…
W pobliżu musiała być matka.
- Lilith, uważaj bo… - nie zdążyłam dokończyć zdania, ponieważ zjawiła się rozwścieczona matka brunatnego malca; ryknęła na cały głos, sprawiając, że ptaki zostały spłoszone z kryjówek na koronach drzew. Natychmiastowo użyłam zaklęcia, które teleportowało Lilię do mojej pracowni, aby tam mogła bezpiecznie czekać na użycie. Mała Lil natychmiast wycofała łapę wyciągniętą do niedźwiadka, ale stała sparaliżowana strachem, patrząc wprost w oczy niedźwiedzicy, co jeszcze bardzo ją wkurzyło. Zaczęła coraz wyżej podnosić wargi, odsłaniając rząd zębów rozerwać wszystko i wszystkich na ich drodze; dodajmy, że efekt uzupełnia piana z pyska. Zastygłam w bezruchu- na razie samica nie atakuje, istnieje możliwość, że za chwilę po prostu odejdzie w swoje strony wraz z jej potomstwem.
Czekałam. Ona również.
Nie możemy tak stać w nieskończoność…
Wpadłam na pewien pomysł, który zarówno w teorii jak i w praktyce powinien wypalić. Przymknęłam delikatnie oczy, ale nie zamknęłam do końca, aby widzieć przeciwniczkę, i zaczęłam układać wzór pewnego zaklęcia. Po chwili mentalnymi oczami znalazłam niewielką, srebrną nitkę która prowadziła ode mnie w stronę małej Lilith. Waderka nadal była wystraszona i nie odważyła się zrobić nawet kroku; ledwie zauważałam ruchy klatki piersiowej- mała pewnie tak się boi, że zapomina o oddychaniu. Delikatnie chwyciłam mentalną nić, przez co mała drgnęła delikatnie; na szczęście niedźwiedzica tego nie zauważyła… Skupiłam się i zaczęłam przesyłać polecenia dla małej poprzez Nić Telepatyczną, z którą związałam siebie oraz małego szczeniaka:
- Lilith, posłuchaj mnie… -zaczęłam szeptać, lecz mimo to bałam się, że mała tak bardzo się przestraszy mojego głosu w jej głowie, przez co sprowokuje matkę do ataku. Na szczęście wykonała drobny ruch, który sugerował, że mój przekaz dotarł; po chwili otrzymałam odpowiedź zwrotną:
- Jak to zrobiłaś? -zapytała cichutko, że o mało nie przegapiłam wiadomości.
- Później ci pokaże… Teraz musisz się skupić i wykonywać każde moje polecenie-
Lil przytaknęła.
- Zacznij się powoli wycofywać, nie patrząc niedźwiedzicy w oczy ale jednocześnie nie odwracając wzroku -nakazałam. -Ja będę robić podobnie, więc powinna uznać to za kapitulację i odejdzie -zaczęłam powoli stawiać kroki w tył, obserwując zarówno przeciwniczkę jak i szczeniaka. Malec wykonywał moje polecenie, ostrożnie starając po leśnej ściółce. Zauważyłam, że niedźwiedzica waha się, co było dobrym znakiem. Malec znalazł się już u boku rodzicielki: ogromne zwierzę zaczęło powoli odwracać się w przeciwnym kierunku…
...kiedy Lilith nadepnęła na suchą gałąź…
Miałam wrażenie, że ten trzask brzmiał co najmniej jak huk, który rozsadza głowę od środka. Potem wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłam mrugać.
Najpierw niedźwiedzica odwróciła się do nas i z rykiem oraz pianą w pysku ruszyła w naszą stronę a konkretnie Lilith. Zaczęłam biec w jej kierunku a Lil w moim; przeciwniczka jednak była zdecydowanie szybsza, pomimo tej warstwy tłuszczu i futra. Chwyciła małą od strony grzbietu a waderka krzyknęła z bólu, po czym zaczęła nią miotać niczym szmacianą lalką; po kilku chwilach cisnęła szczeniakiem w bok, który upadł bezwładnie. Zdążyłam spojrzeć w stronę rannej zanim niedźwiedź ruszył w moją stronę. W chwili, kiedy złapała młodą w swoje zęby, ja zaczęłam kształtować zaklęcie Ściany Ognia; miałam nadzieję, że odstraszy nieco ją i odejdzie…
Niestety, coś odwróciło moją uwagę.
A konkretnie czyjąś myśl; myśl małego szczeniaka, który przed chwilą został pogryziony przez groźne zwierzę… Jak szybko pojawiła się ta myśl, tak szybko zapomniałam jej treści… Wtedy niedźwiedź wykorzystał moją nieuwagę i przycisnął mnie do pnia grubego pnia sosny. W ostatniej chwili odetchnęłam szczęki wypełnionymi zębami, gotowymi mnie rozszarpać żywcem. Znalazłam pewną lukę, którą mogłam wykorzystać aby pokonać wroga. Po kilku sekundach uciekłam spod szczęk a sama wgryzłam się w bok zwierzęcia; te zaryczało boleśnie i zaczęło mną rzucać na boki. W tym krótkim czasie zaliczyłam kilka uderzeń w przypadkowe pnie. Ostatecznie odpuściłam przy szóstym spotkaniu bliskiego stopnia z strukturą drewna. Niedźwiedzica zaczęła uciekać ze swoim młodym.
Młodym…
Natychmiast pobiegłam najszybciej jak mogłam do nieprzytomnej waderki. Leżała w niewielkiej kałuży krwi; jej bialutka sierść powoli zaczęła przybierać rubinowy odcień. Przełknęłam w myślach i zaczęłam rzucać czary uzdrawiające, modląc się w duchu, że nie jest za późno… Po kilku sekundach trwających wieczność, krwawienie zostało zatrzymane a groźniejsze rany zamknięte; niektóre jednak zostały otwarte, co mogło skutkować zakażeniem, więc będę musiała się nią zaopiekować. Ostrożnie chwyciłam szczeniaka zębami i położyłam go na grzbiecie. Nagle zauważyłam, że nogi zaczynają mi drżeć. Z początku chciałam iść na piechotę ale ostatecznie wykorzystałam czar Magicznej Pajęczyny aby mój pasażer nie spadł podczas lotu.

Udało mi się w miarę subtelnie wylądować. Mała nadal była nieprzytomna, ale jej stan powoli się poprawiał; rany powoli się zasklepiały, jednak wolę je obejrzeć. Młody prawdopodobnie spał, więc wolałam go nie budzić. Po cichu weszłam do pokoju zabiegowego i zaczęłam szykować opatrunki. Szczeniak wyglądał tak spokojnie, jakby tylko drzemał… Ja jednak wiedziałam że to tylko iluzja. Wrzuciłam bandaże do specjalnego specyfiku, który ma pomóc wrócić małej wrócić do siły. Po kilku minutach bandaże były gotowe do nałożenia.
Niespodziewanie, do środka wejrzał Ayoko. Najpierw spojrzał na mnie, a potem na małą.
- Kto to? - zapytał sennie.
- Lilith - odpowiedziałam. - Powinieneś być w łóżku… -powiedziałam nieco zła.
- Martwiłem się o ciebie… - powiedział cicho. Cała złość, za to, że młody zamiast tu być powinien smacznie spać, w jednej chwili uleciała. Przytuliłam go do siebie i powiedziałam, że nic mi się nie stało.
- Mamo, chyba się budzi… - powiedział basiorek, wskazując na szczeniaka naprzeciwko; Lilith cicho jęknęła i powoli otwierała oczy.

Lil? Przepraszam za czas

Od Aan'a cd. Kesame

Zacząłem prowadzić nas w stronę pewnej doliny, jednak nie przez ścieżkę. Przechodziliśmy, przez miejsce, w którym nikt nas nie zauważył, nie usłyszał i nie wyczuł. Jak zawsze w takich drogach, jest minus. Strasznie trudno tamtędy się szło. W końcu jednak, po godzinie, doszliśmy do wybranego przeze mnie miejsca. Kesame zapytała:
- Co my tu robimy?
- To jedyne miejsce, do którego nikt nie przychodzi.
- I co z tego?
- Zobaczysz.
Rzuciłem dziwny kamyk, nagle pod nami znalazł się portal. Alfa krzyknęła, złapałem ją i zasłoniłem pysk. Lecieliśmy przez tunel. Zemdleliśmy.
~*~
Obudziliśmy się w dziwnym miejscu. Spojrzeliśmy na miejsce w którym się znajdowaliśmy. Był to nieduży pokój. Gdy zobaczyłem lustro szybko podbiegłem do niego. Byłem człowiekiem. Miałem brązowe włosy a końcówki karmelowe. Oczy były bursztynowe. Spojrzałem na strój, była to dżinsowa kurtka, biała koszula z wilkiem na środku. Miałem ciemno szare dresy i ciemno brązowe buty. Zauważyłem też na moich rękach kilka złotych ozdób. Gdy podeszła do mnie Kesame, zauważyłem że mam trochę ciemniejszą karnację. Dziewczyna miała szare oczy i czarne włosy. Na sobie miała szarą koszulkę i dżinsy. Na stopach miała trampki. W uszach kolczyki wysadzane rubinami. Patrzyliśmy w osłupieniu na to. W końcu jednak odwróciłem się i powiedziałem:
- Dobra, musimy się skupić na naszym zadaniu...
Zacząłem szukać czegoś w torbie, jednak nic tam nie było, walnąłem się w czoło. Widząc to Kesame zapytała:
- Coś się stało?
- Kamień który miał otworzyć nam portal do domu zniknął.
- Jak to?!
- Nie wiem.
- Czyli nie wrócimy do domu.
- Wrócimy jak znajdę kamień, ale póki co nie możemy pójść do biblioteki.
- Czemu niby?
- Jak się nie przeleportujemy po wypuszczeniu potworów, zginiemy.
- Okej. To co robimy?
- Jesteśmy nastolatkami, musimy chodzić do szkoły.
- Ech...dobra.
- Jeszcze jedno.
- Co?
- Musimy zmienić imiona.
- Okej.

 Kesame? Pozwalam Ci 
wybrać im fajne imiona

Od Crystal cd. Harbinger

Nie odpowiadałam, basior spojrzał na mnie. Kochałam go, ale to była tajemnica. Czemu chciał to wiedzieć? Cóż, pewnie się nie dowiem. Spojrzałam na basiora i powiedziałam:
- Zakochałam się...
- We mnie?
- Czemu chcesz wiedzieć? Mieliśmy rozmawiać o Strażniczce.
- Nie zmieniaj tematu.
- Znasz moje wszystkie sekrety, czemu to Cię interesuje?
- Ech...
- Tak, w tobie.
- Okej.
- Ale nie powiem Ci nic o strażniczce. O, i wiedz, że takim zachowaniem nic nie zdziałasz.
Nie dając mu odpowiedzieć, wyszłam. Zaczęłam nucić piosenkę, która mnie uspokajała. Po chwili westchnęłam. Nie było to łatwe, ale nie zamierzałam się poddawać. Kocham go i mam nadzieje że coś z tego wyjdzie. Nagle pomyślałam o czymś. Gdzie ja idę? Zatrzymałam się, byłam nad Rzeką Valar. Usiadłam i patrzyłam w taflę wody. Chciałabym z nim pogadać, chciałabym żeby przyszedł. Zamknęłam oczy i włożyłam jedną łapę. Otworzyłam oczy, poczułam czyjąś obecność. Odwróciłam, to był on. Z niedowierzaniem skoczyłam do niego, on zdziwiony zapytał:
- Wszystko okej?
- Tak. Po prostu się ciesze, że przyszedłeś.
- Naprawdę? Byłaś zła przecież.
- Mówiłam co czuje, nie mam zamiaru się gniewać.
- Okej...
- Wszystko okej?
- Tak.
- Może pójdziemy na Wzgórza Evendim?
- Możemy pójść.
Uśmiechnęłam się i ruszyliśmy w strone wzgórz. Tak się cieszyłam, że już między nami wszystko okej.

Harbinger?

Od Tery cd. Carfida

– Jak cudownie, Czarusiu! – krzyknęłam z radości, mocniej ściskając łapkę mojego towarzysza, poruszając energicznie ogonem.
Czaruś spojrzał na mnie z czułością, stykając swój nos z moim, uśmiechając się lekko. Odwzajemniłam uśmiech, tyle że szerzej otwierając pyszczek. Uśmiech ten można było z pewnością nazwać uśmiechem od ucha do ucha. Cmoknęłam większego ode mnie wilka w policzek, a na uśmiech na jego pyszczku od razu się powiększył, a towarzyszył mu leciutki rumieniec.
– Czyli to znaczy, że ci się tu podoba? – dopytał, przysuwając mnie do siebie łapą.
– Ty się jeszcze pytasz? – udałam zdziwioną, po czym się roześmiałam i zaczęłam skakać w miejscu, aż nie wpadłam w niewielki dołek, który okazał się zapadliskiem, prowadzącym wgłąb doliny. W towarzystwie własnego pisku zjechałam zadkiem w dół po błocie, nabierając coraz to szybszej prędkości, aż wyrzuciło mnie na łąkę pełną perłoworóżowych kwiatów.
– Tera, jesteś cała?! – Usłyszałam z daleka zmartwiony krzyk Czarusia, na który odpowiedziałam krótkim, lecz głośnym przytaknięciem, przy czym usłyszałam z jego strony odetchnięcie.
Z lekko uchylonym z wrażenia pyszczkiem, zaczęłam się rozglądać po majestatycznej łące, którą dominowały praktycznie same kwiaty o perłoworóżowej barwie. W mig wpadłam na pomysł, że koniecznie musiałam ściągnąć tu Czarusia. Chciałam, żeby również to zobaczył.
– Czaaaruś! Chodź no tuuu! – zawołałam melodyjnym głosikiem, a już po paru minutach obok mnie stał lekko potargany, przybrudzony ziemią Czaruś, na którego widok zaczęłam się chichrać. Ten, spojrzał na mnie lekko podłamany, unosząc brwi do góry.
– Jakim cudem, kiedy ty tu zjechałaś, nie jesteś w ogóle brudna? – zapytał z niedowierzaniem, strzepując z siebie pozostałości po ziemi i mniejszych roślinkach, takich jak listki, zerwane płatki kwiatów i niewielkie kamyczki.
– Magia! – Wyszczerzyłam ząbki, przymrużając oczy, a już po chwili z zadowoleniem zaobserwowałam, jak Czaruś rozgląda się jak oczarowany po łące.
– Tak, to dopiero magia – odparł, nie odlepiając wzroku od łąki. Korzystając z okazji, wgramoliłam się na grzbiet Czarusia, kładąc się na nim na plecach.
– Magią jest to, co jest między nami... – Obróciłam się na brzuch. – Wiesz? – Uśmiechnęłam się.
– Hm, wiem – Również się uśmiechnął, odwracając łebek w moją stronę na tyle, jak dalece szyja mu pozwalała. – Tera?
– Nooo? – Zrobiłam dzióbek, spoglądając na Czarusia.
– Kochasz mnie?
Miałam przez chwilę wrażenie, że na jego pyszczku zagościł cwaniacki uśmieszek.
– Nie.
Usłyszawszy moją odpowiedź, basior przestał oddychać. Naprawdę, nie ruszał się, a jego grzbiet się nie unosił! Zamarł, no.
– C-co...? – wybełkotał, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w swoje łapy.
– Nie kocham cię. Ja cię kocham ponad moje własne życie, mój ty mysiu-pysiu! – Zjechałam po barku z jego grzbietu i stanęłam przed nim, chwytając w łapki jego policzki i cmoknęłam go w usta, na co jego serce od razu zaczęło mocniej bić.
– Będziesz mnie tak straszyć, to będziesz wszędzie pieszo chodzić – mruknął, odwracając łeb w przeciwną stronę, obrażony na cały świat.
– Hej, przecież nie chciałam cię wystraszyć! No weź, gniewasz się na mnie? – zaskomlałam, spuszczając uszy. Czaruś spojrzał na mnie z ukosa z urażoną miną, a po chwili rzucił się na mnie, przygniatając swoim ciałem do ziemi.
– Nie, nie gniewam się. – Polizał mnie po policzku, a po chwili poczochrał łapą po głowie, przez co wydałam z siebie zduszony pisk i westchnięcie.
– Świetnie, dziękuję bardzo! – fuknęłam, poprawiając grzywkę na głowie. Czaruś zaczął się śmiać, a ja po chwili do niego dołączyłam. Po paru sekundach zapadła spokojna cisza, którą jednak Czaruś postanowił przerwać.
– W sprawie twojego ogona... – zaczął z rezerwą, jakby cykał się konsekwencji swoich słów.
– To... To nic takiego, naprawdę! – zaśmiałam się nerwowo, machając niedbale łapą, lecz Czaruś nie wyglądał na takiego, kto by to łyknął. Zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem, pod którego wpływem nie miałam wyjścia i musiałam się wytłumaczyć. – Och, no dobrze... To taka maź, która cieknie z mojego ogona w najmniej spodziewanym momencie i w stanie jest zabić. Naprawdę, każdy kontakt fizyczny z tym dziadostwem powoduje zgon, więc masz się do tego nie zbliżać!
– Jakoś ty możesz tego dotykać... – Przechylił lekko łeb, wyraźnie zaintrygowany moją wypowiedzią.
– Bo to taka jakby kara za to, co niegdyś popełniłam... – Wymruczałam i zaczęłam kopać łapką w ziemi, z lekka zawstydzona. – Nie chcę o tym rozmawiać.
– Mhm...
Czaruś nie wyglądał na przekonanego. Wręcz przeciwnie, jego postawa i wzrok bił od niego informacją, że zamierza się dowiedzieć, co to za cholerstwo cieknie z mojego ogona i dlaczego stanowi zagrożenie, a co najważniejsze, dlaczego przydarzyło się to właśnie mi...

Czarusiu?
Nareszcie, długo wyczekiwany przez Ciebie odpis. Chyba nie spełniłam Twoich oczekiwań, ale cóż... Więcej czułości, niż akcji. Może Twój odpis wprowadzi coś ciekawszego. :<

Od Saori cd. Darknessa

Ku mojemu zadowoleniu, reakcja basiora była taka, o jakiej myślałam, choć nie w pełni. Przeklął pod nosem i odszedł parę kroków w dal, w towarzystwie chylącego się ku zachodowi słońca. Obojętnym wzrokiem mierzył niedaleką przestrzeń naprzeciw siebie, co jakiś czas mrużąc lekko oczy, aż zrobił to, czego bym się raczej po nim nie spodziewała. Basior zaczął śpiewać, ale co śpiewać? Szczerze, nie obchodziło mnie to, chociaż prędko zdałam sobie sprawę, że słowa wzięte były wprost z ludzkich pieśni, co nieco mnie irytowało.
Nie należałam do Fun Clubu ludzi, więc treść nie przemawiała do mnie w żadnym stopniu. Jedynym pociesznym faktem całej tej gadaniny był przyjemny dla ucha głos wilka, którego imienia znać — nie znałam. W refrenie piosenki niemal co drugie słowo powtarzało się „naucz mnie”. Czy basior chciał w ten sposób przekazać mi, jak być tak zajebistym? Postanowiłam się go zapytać.
– Mam cię uczyć, jak tryskać zajebistością tak, jak ja? – Wyszczerzyłam kiełki w uśmieszku, przerywając mu, a wilk, warknąwszy pod nosem, przewrócił oczami i przestał śpiewać.
– Jedyne, czego możesz mnie nauczyć, to to, jak mam z tobą wytrzymać – mruknął, odwracając się w moją stronę.
– Ojej, już masz mnie dość? – Zrobiłam tzw. maślane oczy, przybierając na pysku smutną minkę. W duchu śmiać mi się chciało z całej sytuacji, ale starałam się powstrzymywać. Aż tak nisko chyba nie upadłam...
– A żebyś wiedziała... – warknął i zaczął odchodzić w przeciwną stronę, a ja zamieniłam się w dym. Śladem jego łap oraz samym widokiem jego sylwetki podążyłam za nim w cienistej postaci, zamieniając się po drodze w myszoskoczka.
Basior raczej zdawał sobie sprawę, że znajduję się tuż za nim, a wręcz pod nim i w końcu nastał czas, a musiał, że facet wybuchł.
– Czy ty mnie próbujesz poderwać? – wycedził, spoglądając na mnie z ukosa tuż po gwałtownym zatrzymaniu się.
– Złotko, tylko o tobie marzę~ – Spojrzałam na niego zalotnie, zmieniając się w kuszącą, zgrabną waderę o blond sierści, przejeżdżając mu ogonem przed nosem. – Tylko czekam na okazję, aby się na ciebie rzucić... – Przybliżyłam się do niego, poruszając znacząco brwiami, na co basior uchylił szczękę w szoku. Chociaż trudno mi było stwierdzić, czy jego uczuciami dominował szok i niedowierzanie, czy bardziej złość, ach, pfu, wściekłość!
Odsunęłam się od niego i zmieniłam w starego, spróchniałego dziadka, który sięgał już lat dwudziestu i trzęsącymi się łapami zachwiałam się, wyczekując w jego oczach współczucia.
– Jak możesz mnie tak traktować? Tak starszego? Matka cię dyscypliny nie nauczyła? – rzuciłam z pretensjami, a już po chwili przed basiorem stała sama alfa.
– Ktoś taki jak ty nie powinien tu w ogóle być, nie pasujesz tu. Czego ty tak właściwie od życia oczekujesz, od nas, od wilków? – palnęłam, patrząc na z lekka posikanego wilka, który zaciskając oczy, już po sekundzie stał z kamienną miną.
– Przestań. Masz przestać, natychmiast! – wydarł się i zabawa się skończyła, czar prysł. Ze smętną miną przemieniłam się z powrotem w siebie, jęcząc z nudów.
– Ale z ciebie nudziarz... – westchnęłam, lecz po chwili zaczęłam rechotać. Rechot przeistoczył się w śmiech, który nie brzmiał zbytnio naturalnie, jak na normalnego wilka przystało. Basior coraz mniej pewniej mi się przyglądał, aż zaczął mnie mierzyć wrogim spojrzeniem. – Phi...
– To nie było śmieszne... – warknął. – To było żałosne.
– Naprawdę? „Twoje myśli mówią coś innego” – Uśmiechnęłam się kąśliwie, chichocząc pod nosem.

Darkness? :>

Harbinger cd. Crystal

- Nie, ale powiedzmy, że znam każde miejsce w tej watasze. Kim ona jest?
- Nikim wartym TWOJEJ uwagi.
- Och, proszę cię, nadal jesteś zła? - zapytałem z kpiną.
Wadera tylko pokręciła głową, chciała wyjść z jaskini, ale kiedy mnie mijała, szybko chwyciłem ją za końcówkę ogona.
- Nie uciekaj. Dopóki mi nie powiesz, o co chodzi, będę chodził za tobą dzień i noc.
- Musisz spać, musisz jeść, to niemożliwe.
- Kilka dni głodówki mnie nie zabije - warknąłem.
Albo załatwimy to inaczej. Przyciągnąłem ją bliżej siebie, tak aby widziała mój pysk.
- Teraz masz wybór. Albo brniemy w to dalej, albo zrywamy kontakt i nie plączesz mi się pod nogami. Szybka decyzja.
Wlepiałem w nią swoje, zielone ślepia. Nie mrugnąłem ani razu, czekając na odpowiedź.
- Dobrze. Możemy porozmawiać jeszcze raz, na spokojnie. Jutro?
- Dziś wieczorem. Masz pięć godzin.
Puściłem ją i tym razem posłałem pokrzepiający uśmiech. Jako pierwszy opuściłem jaskinię i ruszyłem do domu. Po drodze jednak wstąpiłem jeszcze do jubilera. Konfrontacja po kłótni nie była dobrym wyborem, ale Seele chciał koniecznie kilka rubinów dla Groga, a Kes ma najlepszy towar w całej watasze. Z niechęcią pchnąłem drzwi i wszedłem do środka. Wadera stała przy ladzie i polerowała i tak już nieskazitelnie czyste kamienie. Przełknąłem ślinę i podszedłem bliżej.
- Sakwę rubinów.
Ayame podskoczyła w miejscu, ale chwilę później położyła mi na stół to, o co prosiłem. Zapłaciłem, wyszedłem i kolejny raz skręciłem nie tam, gdzie trzeba. W domu wadery było pusto, więc szybko wysypałem na podłogę kilka cennych kamyczków, układając z  nich napis.

***

Wadera przyszła do mnie tuż po zachodzie słońca. Usiadła w bezpiecznej odległości, wpatrywała się w przestrzeń. Westchnąłem i lekko się do niej przysunąłem.
- Zakochałaś się?

Crystal?

Od Symonidesa

Czasami życie pisze bardzo dziwne scenariusze. Teraz na przykład stałem nad przepaścią, wpatrując się w dół. Nie do końca wiedziałem, co tu robię, ani jak się tu znalazłem - ba, nie wiedziałem nawet, gdzie jestem.
Dodatkowo komiczność sytuacji zwiększał mały, nieprzytomny jelonek, który wisiał teraz przewieszony przez mój grzbiet i którego nie miałem serca zabić.
Westchnąłem i odsunąłem się od klifu, żeby mieć pewność, że śpiąca kulka nie ześlizgnie się w dół. Przymknąłem oczy i starałem się wychwycić choć małą cząstkę zapachu, który wskazywałby na to, że jestem gdzieś na rozległych terenach watahy. Niestety, jedynym, co wyczułem, była woń zbliżającego się wilka, którego dodatkowo nie znałem. Przekląłem w myślach i wycofałem się w cień, żeby choć częściowo się ukryć i w spokoju pomyśleć. Nieznajomy wytrwale się zbliżał, a ja zdawałem sobie sprawę, że z jelonkiem na grzbiecie nie mam żadnych szans w walce - ucieczka raczej też nie będzie skuteczna. Nie dość, że ciężar by mnie spowalniał, to jeszcze kompletnie nie znam tych terenów. Odchrząknąłem, żeby nie drżał mi głos, a potem wyszedłem z cienia i skupiłem wzrok na sylwetce wilka, która stawała się coraz wyraźniejsza.
Nieznajomy zatrzymał się na chwilę, kiedy mnie zauważył. Zaraz jednak kontynuował wędrówkę i już po chwili stanął przede mną z zagadkowym spojrzeniem wbitym w małą kreaturę.
- Kim jesteś? - zapytałem, przyjmując przyjazną pozę. Najważniejsze, żeby nie wdać się w walkę.
- Nieistotne - odparł wilk i skinął łbem w stronę jelonka. - Obiad?
- Nie - mruknąłem, lekko poirytowany całą sytuacją. Byłem zmęczony i głodny, a teraz jeszcze wrobiłem się w opiekę nad potencjalnym pożywieniem, które dodatkowo nie było takie lekkie, jak się wydawało.
Wilk posłał mi krzywe spojrzenie, ale nie brnął w to dalej. Staliśmy teraz naprzeciwko siebie w ciszy, aż nie poczułem, jak młody jeleń się rusza. Zanim zdążyłem zareagować, zeskoczył z moich pleców i wystrzelił jak poparzony w stronę klifu.
- Cholera - warknąłem i spojrzałem ostro w stronę nieznajomego. - Nie waż się go zabijać.
Skoro się nim tyle zajmowałem, to ma to przeżyć, dodałem w myślach i ruszyłem, aby go zatrzymać.

Ktosiu? 

Od Diathesis

Szare chmury gęsto zasnuwały niebo. Leniwy deszcz co jakiś czas kapał dużymi kroplami, pluskającymi rytmicznie o szyby. W powietrzu wisiała atmosfera niepokoju, nieznośnie gęsta. Działała na nerwy, wdzierała się w myśli, nie pozwalała się skupić.
Potrząsnęłam głową. Skup się, Dinah, upomniałam samą siebie. Musisz się skupić. Brak uwagi może kosztować ciebie życie.
Ostatnio stanowczo za często to słyszę.
Zastukałam niecierpliwie, by rozładować napięcie. Gdzieś tam, poza oknami, przelewała się krew. Wojna trwała w najlepsze. A ja siedziałam i pilnowałam planów. Odruchowo spojrzałam w kierunku niewielkiej skórzanej torby, w której mieściły się mapy. Były bezpieczne. Przynajmniej na razie.
Deszcz kapał, zagłuszając prawie wszystkie odgłosy. Czasem wyłonił się rozpaczliwy krzyk rannego wilka, a czasami agonalnie warknięcie smoka, ale większość zasnuwal szary, mglisty, lepki deszcz. Wysłuchując nadchodzącego zagrożenia, uświadomiłam sobie, że coś się stało. Coś zakłóciło tę atmosferę niepokoju.
Przestało padać.
Rozległy się głośniejsze ryki. Z lasu wyłoniła się grupa Smoków Ognia. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że przez caly czas bitwy czekały tam, niezauważone, na koniec deszczu. Nie wyglądały na zmęczone. Członkowie oddziału przeciwnie.
Jeden smok oddalił się nagle od grupy. Zbliżał się w bliżej nieokreślonym kierunku, roztrącając wilki kilkoma ruchami mocnego ogona, jak szmaciane kukiełki. Warknął głośno - i zdałam sobie sprawę, co zamierza zrobić. Serce zatrzepotało mi jak u przestraszonego zwierzęcia.
Gad zionął ogniem w kierunku siedziby. Po chwili nastąpił wstrząs, gdy kula ognia dotarła na miejsce. Łudziłam się, że ściany wytrzymają, ale stało się coś, co zniweczyło moje nadzieje. Potężne uderzenie. Smok walił całym swoim ciałem w mury, niczym taran.
Nie.
Tylko nie to.
Kolejne uderzenie. Kolejny wstrząs. Ściana już dłużej nie wytrzyma. A wtedy będzie koniec.
Plany, przypomniałam sobie mgliście. Muszę wziąć plany. Torba. Zarzuciłam ją na ramie, marnując kilka cennych chwil.
Wybiegłam z płonącego budynku. Za mną rozległ się ryk. Smok ognia. Szukał mnie. I planów. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że odpowiadam za wszystkie plany dotyczące wojny. Gdyby przepadły, już nic by nas nie ocaliło. Poświęcenie byłoby na nic. Zacisnęłam zęby i zmusiłam się do biegu. Wciąż słyszałam smoka. Węszył w pobliżu siedziby, z głuchym warczeniem szukając tego, co miało dawno spłonąć. Wkrótce zorientuje się, że uciekłam. Pozostaje mi nadzieja, że do tego czasu będę wystarczająco daleko. Bolące łapy poruszały się w rytmicznym tempie. Biegłam bez chwili wytchnienia, niczym osaczona zwierzyna, ścigana przez łowcę.
Wpadłam nagle w ciernie. Ostre jak noże igły przecięły skórę, pozostawiając na sobie błyszczące karmazynowo krople krwi. Syknęłam cicho, szarpiąc się rozpaczliwie. Udało mi się wydostać z krzaków i odbiec parę metrów. Coś szarpnęło mnie za ramię. Torba. Nadal tkwiła zaplątana w krzakach. Szarpnęłam mocno kilka razy, wreszcie, gdy zrozumiałam, że mi się to nie uda, straciłam kilka cennych sekund na wyplątanie jej z zarośli. Poranione łapy zabolały, jakby posypane solą. Zacisnęłam zęby, biegnąc dalej. Każde tchnienie stawało się monotonne. Powoli do mojego umysłu zaczęła wkradać się myśl, krążąca niczym trucizna w żyłach.
Odpocznij. Połóż się, tu i teraz, zapomnij o wszystkim. Odpocznij..
Nie.
Las nagle się skończył. W mgnieniu oka wypadłam na polanę, wprost na wilka. Wystarczyło jedno spojrzenie, by upewnić się o jego tożsamości.
Harbinger Ghost tu był.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Dławiłam się słowami, śmiertelnie zmęczona, niezdolna do poskładania logicznego zdania.
- Smok.. Plany.. Uciekłam.. - wykrztusiłam z trudem.
Z lasu wypadł smok ognia. Jego czerwone oczy przeszywały całą okolicę, zatrzymując się na mnie. Nie miałam wątpliwości, co zamierzał zrobić. Zamierzał mnie zabić, spalić wszystko wokół. Nie widziałam ani śladu litości w krwistoczerwonych źrenicach.
Czas zwolnił. Wyraźnie widziałam każdy detal gada - jego oczy, łuski, umięśnione łapy, kolczasty ogon, zdolny zabić samym uderzeniem.. Wpatrywałam się w niego jak urzeczona.
Poczułam, że czas zamierza wracać do normalnego biegu. Serce zabiło mi mocniej. Smok ryknął i ruszył na nas.

<Harbinger? Wiem, potworne ;-;>

Od Darknessa cd. Saori

Czy.. czy ona mnie podrywała? Nie, to tylko sztuczki. Otrząsnąłem się i przekląłem pod nosem. Czas powtórzyć łacinę...
Stałem na skraju boru, a towarzyszył mi zachód słońca. Przypomniał mi się tekst z ludzkiej księgi:

„Czernił się bór na kształt ogromnego gmachu,
I słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu.
Wtem, zapadło do głębi.
Jeszcze przez okiennic szpary, błysnęło
I zgasło.”

Adam Mickiewicz, fragment księgi III, Gospodarstwo.

Chodź ludzkie, piękne były to słowa.
Księżyc właśnie rozpoczął wędrówkę po niebiosach, zostawiając słońce w tyle.
Nagle przypomniałem sobie o waderze. Nie znałem jej imienia, ale miłość mnie nie interesowała. Nie pragnę tego uczucia, choć chciałbym mieć przyjaciela, lub przyjaciółkę.
Zacząłem nucić, a potem śpiewać piosenkę również ludzkiego wykonania, której tytuł brzmiał „Naucz Mnie”.

Saori?

Od Io

- Kiedy skończy się ta wojna? - spytałam smutno kwiatek. Ten wydał z siebie lekko gulgoczący dźwięk.
„Nie wiem” - uniósł rękopodobne liście w doskonale znanym geście niewiedzy. Zachichotałam.
- Ty to zawsze wiesz, jak mnie pocieszyć - uśmiechnęłam się. Roślinka wypięła dumnie listki. „A dlaczego nie miałabym?” 
- Zadziwiasz mnie, Słoneczko. - podniosłam brew. Kwiatek wydał z siebie coś na kształt chichotu. - Dobra, koniec. Pamiętasz? Musisz umyć liście.
O, nie! Ja się nie zgadzam!” - wydała z siebie oburzony gulgot. „Woda jest do picia, a nie do oblewania liści! Zamarznę od tego!”
- Z tym się akurat nie zgodzę. Chodź - mruknęłam błagalnie. Słoneczko parsknęła i spróbowała poruszyć doniczką. Widząc, że to nic nie daje, użyła innego sposobu - wyciągnęła liścioręce do przodu i przechyliła się, prawie padając. Udało jej się ustabilizować doniczkę i teraz wytrwale pełzła po posadzce, używając liści. Obserwowałam z niejakim rozbawieniem jej próby.
- Dobra, chodź. - Pochyliłam się nad protestującą roślinką i oderwałam ją od podłoża.
„Czekaj!” - wrzasnęła niespodziewanie. Zatrzymałam się.
- Uch.
W drzwiach jaskini stał Nieznajomy Basior i wyrażnie był zaskoczony czymś. Pytanie tylko czym - czy tym, że byłam brudna jak dzika świnia ryjąca w ziemi, czy tym, że w moich przednich łapach była gadająca i myśląca  roślina, a ja balansowałam na tylnych próbując utrzymać równowagę?
- Trzymaj - wepchnęłam mu w łapy gadającą roślinę, aktualnie zastygłą z zdziwienia. - Nie rozbij. Muszę umyć Słoneczku liście, a ona nie pozwala - mówiąc te słowa, szukałam wzrokiem wiadra przygotowanego specjalnie na tę okazję. - A tak z innej beczki, Io jestem.


Basiorze? Gadająca roślina i stuknięta Io, gwarantuję, że będzie ciekawie XD


Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template