27 czerwca 2018

Od Alvadore

Zimny wiatr muskał mnie po grzbiecie, wywołując u mnie ciarki. Idąc lasem w poszukiwaniu jakiejś zajęczej nory, którą mógłbym rozkopać i złapać przebywające w niej zmarznięte małe stworzenie. Długo nie mogłem nic znaleźć. Chmury dodatkowo zaciemniały zazwyczaj słoneczny spokojny las. Jedyną wskazówką były tropy pozostawione przez te małe wstrętne gryzonie wydreptane na mokrym piachu.. Dość długo chodziłem po lesie. W pewnym momencie zauważyłem poruszenie w krzakach. Skoczyłem tam gotowy do zagryzienia mojej ofiary, lecz w ostatniej chwili zatrzymałem się, gdyż był to, biały wilk. Spojrzała na mnie pretensjonalnie z lekką irytacją. Zerknąłem na nią przenikliwym i pogardliwym wzrokiem. Nie było to jedno z najprzyjemniejszych spojrzeń. Bowiem przeszywało one głęboko i w pewnym sensie boleśnie. Biała osobniczka, cofną się nie co a ja, odsunąłem się i odszedłem, zostawiając ją w tyle. Usłyszałem cichy trucht za mną. Nie zobaczyłem jednak nic, więc postanowiłem ruszyć w dalszą drogę. Trucht ponownie był słyszalny. Nagle zauważyłem tego wilka. Podbiegłem do niej, wywracając waderę na plecy. Obwąchałem ją, po czym z niej zszedłem. Podniosła się i w ciszy szła obok. Nie patrząc na nią, warknąłem i kontem oka dostrzegłem, że nic sobie z tego nie robi i z dziwną ciekawością podąża za mną.
- Czego ty ode mnie chcesz i po co za mną łazisz?! - wykrzyczałem wściekły z mordem w oczach. Wadera nawet nie drgnęła i z obojętnością w oczach szła dalej. Nagle otworzyła pysk i powiedziała;

Kutisha?

Nowy basior - Cynamon!


Imię: Cynamon
Pseudonim: Fresh
Wiek: 2 lata
Płeć: Basior
Charakter: Charakter Cynamona zmienił się diametralnie. Z małego słodkiego szczeniaczka w wyluzowanego młodego wilka. Tak nawet na starość nie planuje się zmieniać. Wracając, jest wyluzowany, czasem może posłużyć się słowami takimi jak SWAG czy YOLO. Lubi przebywać ze swoją ekipą (czyt. Przyjaciółmi) na urwisku gdzie potrafią godzinami siedzieć i nie robić nic konkretnego. Jeżeli coś skojarzy ci się dwuznacznie wiedz, że ciężko będzie ci się uwolnić do przezwiska „Ty brudny mały grzeszniku”. Jest dość skrytym wilkiem i nieraz może ci się wydać dziwny. Mimo to, że nie urodził się w tym czasie często i gęsto zwą go „Pomyłką lat 90-tych”. Czemu? No właśnie nie wiadomo. Tak jest i tyle. Poza tym nie można napisać o nim nic konkretnego. Nie łatwo doprowadzić go do stanu, w którym się na ciebie obrazi. Jest entuzjastyczny. Jednak uwaga! Tylko jednemu wilkowi udało się go zdenerwować. Do tej pory śladu po nim nie ma.
Wygląd: Cynamon jest barwnym wilkiem jego uszy, nos, góra ogona, pręga na grzbiecie i przednie łapy są koloru orzechowego. Natomiast tylne myszatego. Koniec ogona, łeb i futro na karku są koloru mlecznego. Został wyposażony w długie kły i ostre pazury. Jego oczy są koloru złotego. Jego futro nie jest wybitnie puszyste, ale nie można nazwać go cienkim i krótkim.
Stanowisko: Tropiący
Umiejętności: Intelekt: 5 | Siła: 10 | Zwinność: 9 | Szybkość: 6  Magia: 6 | Wzrok: 5 | Węch: 3 | Słuch: 6
Rasa: Wilk Piasku
Żywioły: Piasek, Wiatr, Miłość
Moce:
Piasek:
- Utwardzanie piasku,
- Manipulacja piaskiem,
- Wytwarzanie broni z piasku.

Wiatr:
- Wytwarzanie tornad,
- Teleportacja za pomocą wiatru,
- Tworzenie tarczy ochronnej.

Miłość:
- Rozpoznaje, gdy ktoś się w kimś zakocha,
- Umie przewidzieć jak potoczy się los pary (przetrwają razem czy zerwą?),
- Potrafi skłócić wilki i nastawić je przeciw sobie.

Inne:
- Tworzenie kolców wystających z ziemi.

Rodzina: Nie pamięta swoich rodziców. Wie jedynie, że zginęli, stając w jego obronie. W późniejszym czasie stał się nią Alvadore.
Partner: Szuka...
Potomstwo: Kiedyś...
Historia: Jest zbyt mały, żeby cokolwiek pamiętać. Z opowieści słyszał, że rodzice zginęli w starciu z niedźwiedziem. Udało im się go uratować, ukrywając go w ciasnej, lisiej norze. Ktoś jednak zlitował się nad nim i przyniósł go do watahy.
Właściciel: WilkZLasu
Ocena: 0/0

Od Lirii De La Irian

***
I pustka. W sercu lasu, a jednak pustka. Z królowej zmieniłam się w wygnanego więźnia - bardziej upaść już chyba się nie dało. Matka także odwróciła się ode mnie. Po prostu żyć, nie umierać.
Jedyny promień słońca, jaki tu docierał, to zagubiony po nocy wróbel albo gołąb, wielką radość sprawiało mi męczenie go i pożeranie.
Któregoś razu podczas pełni księżyca poczułam niespotykaną nigdy wcześniej siłę. Siłę tak wielką, że jednym skokiem rozerwałam złotą klatkę. Ale to mi nie wystarczało, ruszyłam przed siebie z całą swoją potęgą i dostojeństwem. Oczy moje toczyły zielony ogień i oświetlały drogę. Spojrzałam w niebo. Gwiazdy mówiły wyraźnie, to będzie trzeci, najmroczniejszy początek w moim życiu. Mimowolnie zmierzałam ku WSO, nie mogąc tego kontrolować. Niezmierzona siła ciągnęła mnie do dawnych przyjaciół.
Nad ranem dotarłam. Mimo że byłam kiedyś częścią tej watahy, nie mogłam rozpoznać nikogo. Snułam się bez celu obok rzeki, strasząc wszystkich dookoła. Właściwie, nie starałam się, każde stworzenie schodziło mi z drogi z odległości kilku kilometrów.
Jak widmo włóczyłam się i zionęłam zielonym dymem i ogniem. Wkrótce zrobiło się go tak dużo, że nie widać było nic prócz kolorowej mgły. Wtedy zobaczyłam wilka, zmierzał w moim kierunku z przeciwka. Miałam ochotę rozerwać go na strzępy.

Ktosiu, który nie boisz się potwora z przeszłością :3

Powraca!



Powraca wraz z nowym właścicielem!

Od Toxikity cd. Alpina

– Zamorduję go... – warczałam do samej siebie, kipiąc wręcz ze złości. Byłam tak wściekła, że nawet ci „wielcy bogowie” nie byliby w stanie mnie uspokoić.
Usiadłam na ziemi, starając się nie zwracać uwagi na wbijającą mi się sierść w zadek, i zaczęłam rozmyślać — jak to odwrócić?
Wstałam z ziemi i postanowiłam wyjść z jaskini na świeże powietrze; tak więc wyszłam, lecz to, co powitało mnie od razu po wyjściu... Cóż, mogłam się tego spodziewać. Większość wilków zaczęła szeptać, parskać pod nosem, a niektórzy wyśmiewali mnie, patrząc mi prosto w oczy.
Dzień zapowiadał się cudownie.
Warknęłam w ich stronę, wyklinając pod nosem najgorsze obelgi, jakie tylko przychodziły mi na myśl. Nie dość, że stałam się aktualnym pośmiewiskiem watahy, to jeszcze byliśmy w krytycznej sytuacji. Smoki wygrały tę wojnę i byliśmy zmuszeni wyemigrować z naszych terenów w nieznaną nam podróż, w nieznaną krainę. Postanowiłam wyruszyć w stronę jaskini Alpina, która, miałam nadzieję, że jeszcze nie była opustoszała. Stawiając szeroko łapy, szłam w towarzystwie idących w przeciwną stronę gromadek zapakowanych torbami wilków, co jakiś czas czując na sobie ich zszokowane spojrzenia. Śmiało mogłam przysiąc, że dzień ten był moim najgorszym dniem, zaraz po staniu się tym, czym jestem teraz. Minęłam jaskinię bet i byłam już niemal u celu, kiedy zajrzawszy pyskiem do wnętrza jaskini, nikogo nie zastałam. Jedynie własny cień, otulony blaskiem zachodzącego za mną, w oddali, słońca.
– Alpin? – odezwałam się, lecz odpowiedziało mi echo własnego głosu, z czego nie byłam zadowolona. Wręcz przeciwnie, mój gniew stawał się coraz silniejszy. Tupnęłam zdenerwowana łapą, próbując się domyślić, gdzie jest, lecz nic nie mogło mi przyjść do głowy. W końcu zdecydowałam się na pójście do biblioteki...
Ku moim przypuszczeniom, faktycznie, nie zaznałam basiora w miejskiej bibliotece. Byłam zła, zawiedziona i wkurzona. Wyszłam z biblioteki, prawie staranowana przed parę wilków biegnących w stronę szpitalu.
– Ej, odbiło wam? – warknęłam głośniej, ale nie usłyszałam odpowiedzi, za to usłyszałam ich rozmowę.
– Ty biegnij po uzdrowiciela, ja biegnę po szamana. Biedak... – wysapała i oboje rozbiegli się w przeciwne strony.
Wbrew mojej woli, zaciekawiłam się zaistniałą sytuacją. Pobiegłam za wilczycą aż do szamana, podsłuchując się rozmowie, która toczyła się na temat pewnego nieprzytomnego basiora, leżącego bezwładnie na plaży. Z połowiczną wiedzą na temat zaistniałego zajścia, wyruszyłam w kierunku kamienistej plaży, na którą drogę straciłam ponad trzydzieści minut swego nędznego, miernego życia, lecz kiedy na nią dotarłam, w oczy rzucił mi się znany mojej osobie wilk. W zdziwieniu podbiegłam do znajomej twarzy, która wyglądała, jakby się czymś porządnie upiła, ale Alpin, pijany? Coś nie chciało mi się w to wierzyć.
– Alpin, wstawaj – Szturchnęłam go łapą w bark, lecz ten ani drgnął. – Alpin, chol*ra jasna, masz mnie naprawić! – krzyknęłam mu do ucha, a ten mlasnął raz, czy dwa, a potem odwrócił się na drugi bok. – O bogowie... Dlaczego mam takiego pecha do znajomych? – westchnęłam zirytowana, przekręcając oczami.
Pochyliłam się nad głową basiora, wgapiając się w jego śpiącą twarz, aż w końcu wilk zaczął powoli otwierać oczy. Widząc to, udsunęłam się od niego, pozostawiając mu trochę więcej swobody. Alpin zakaszlał, a niedługo potem trochę się chwiejąc, stanął na cztery łapy.
– Brawo, mistrzu, obudziłeś się... A teraz mnie odczaruj! – odchrząknęłam, a jego wzrok padł na mnie i na moje ciało. Zauważyłam, jak jego policzki się nadymają, a on sam próbuje powstrzymać się od parsknięcia.
– Odczarować? Ale...
Widać było, że wilk jeszcze nie do końca w pełni kontaktował ze światem, ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało. Liczyło się dla mnie to, że Alpin na bank wiedział, jak to wszystko odkręcić.
– Tego się nie da cofnąć...
Po wypowiedzeniu ostatniego zdania, cała nadzieja wyparowała. Jak to powiadają — nadzieja matką głupich, i tak też było w tym przypadku. Moim przypadku.

Alpin?
Wybacz, że takie krótkie, i że opo nic nowego nie wnosi, ale nie mogłam pozwolić sobie zmuszać Cię do dłuższego czekania. Mam nadzieję, że uratujesz sytuację :/

Od Toxikity cd. Antilii

– Miałaś rację. Nie powinnam wchodzić z buciorami do twojego życia – powiedziała, kompletnie wypruta z emocji.
Cofnęła się o krok i machnęła skrzydłami, by po chwili wznieść się w powietrze i odlecieć w przeciwną stronę. Odprowadziłam waderę wzrokiem, deczko marszcząc brwi. Po kilku minutach ruszyłam się z byłego pola bitwy i udałam się w stronę lasu, ścieżką prowadzącą do mojej groty. Po przekroczeniu skalnego podłoża postanowiłam coś przekąsić, a z racji tego, iż nie jadłam mięsa przez parę dni, na widok upolowanego niegdyś udźca, brzuch postanowił się odezwać. Szarpnęłam za złocistą skórkę i wgryzłam się w krwisty kąsek, brudząc swój nos. Oblizałam pysk jęzorem i powróciłam do dalszego konsumowania łani, kiedy w moje oczy rzuciło się jasnofioletowe światło, dochodzące z wnętrza groty. Odstawiłam udziec na bok i zainteresowana dziwnie emanującą aurą, ruszyłam w jej stronę. Po dojściu w miejsce, skąd wydobywało się źródło światła, oniemiałam. Przede mną spało młode smoczysko, nie większe od wilczego szczenięcia. Na moje oko, był to smok z przedstawicieli rasy magicznej i inteligentnej — Tsao-Schin. Młody osobnik wyglądał na osłabionego, czemu dowodziła wygięta w nienaturalny sposób noga smoka. Była lekko zakrwawiona w okolicy stawu kolanowego, w którego miejscu wystawała niewielka kość.
– Pięknie. – burknęłam, a smoczek poruszył się niespokojnie. Wydał z siebie niemy jęk, pomrukując pod nosem i przekręcił się na drugi bok, czemu utrudniało złamanie otwarte.
Zresztą, co mnie miał obchodzić gad, który pozbawił mnie jaskini, pożywienia i watahy? Nic.
Niewzruszona stanem młodego, powróciłam do konsumpcji łani — nie byłam taka, jak większość wilków. Zapewne wilk taki, jak Anatilia, czy Alpin zawróciłby i spróbował pomóc smoczęciu w nadziei o polepszenie relacji między wilkami a smokami, lecz ja znałam prawdę. Wysilanie się, prawie że na nic, tylko po to, żeby ulżyć sumieniu. Czym to było dla mnie? Idiotyzmem.
Kończąc udziec łani, kość wyrzuciłam w pobliskie krzewy. Pewnie większość wilków uznałaby mnie za bezlitosną; w końcu mogłam resztki podrzucić maluchowi, ale nie. Toxikita nie zna litości dla wroga.
*
Minął miesiąc od mojego ostatniego spotkania z Antilią. Nasz „kontakt” całkowicie się zerwał i nie pozostawił po sobie żadnych śladów, za to potężne piętno na każdym członku watahy pozostawiło upokorzenie, jakiego każde z nas doznało. Przegrać wojnę z tymi oślizgłymi, łuskowatymi gadami przez watahę ochrzczoną przez Smocze Ostrze? To niedorzeczne, aczkolwiek, jak się okazało, możliwe.
Przez ten czas dużo działo się w moim życiu — poznałam właśnie ją — Antilię, Alpina, spotkałam wilki, które na mnie eksperymentowały, stałam się pudlem... Naprawdę wiele dziwnych przygód los postanowił mi podrzucić pod łapy, ale i również przegraną wojnę, wskutek czego każdy wilk stracił swoje magiczne moce. Kompletna klapa. Bez swoich radioaktywnych zdolności, czułam się jak nie ja. Tak... Dziwnie, obco... Tak zwyczajnie. Każdy chodził ze spuszczoną głową, nawet alfa wydawała się jakaś inna. Każdy wydawał się inną osobą.
Nawet ja stałam się spokojniejsza.
W tym momencie każdy szedł gęsiego, choć zdarzały się przypadki, w których kilkunastu wilków brakowało, ubywało, lub się gubiło. W szczególności chodziło tu o szczeniaki — na nie polowało wiele drapieżników, a bez naszych mocy nie byliśmy przyzwyczajeni do zwykłych, wilczych obyczajów. Krótko mówiąc: nie byliśmy w stanie nic na to poradzić.
Idąc za jakąś niebieskawo tęczową waderą, obok mnie przeszedł jakiś wilk, wyminął mnie. Z ciekawości zerknęłam z ukosa na pysk ów zwierzęcia, a moim oczom ukazał się nie kto inny, niż Antilia. Jej futro nieco przygasło; nie miało w sobie tyle błękitu, co kiedyś, a niegdyś piorunujące spojrzenie teraz wydawało się rozjuszone, zirytowane.
– Proszę, proszę, skrzydlata paniusia łamie zasady? – Uśmiechnęłam się złośliwie, a na usłyszenie mojego głosu przez waderę, ta odwróciła się w moją stronę głową jeszcze bardziej wkurzona, niż na jaką wyglądała.
– Nie twoja sprawa, toksyno – mruknęła. – Idę z wizytą na początek wędrówki do alfy. – dodała, aż w jej oczach zaiskrzyły iskierki rozbawienia. – Hej, Tox... Do twarzy ci w takim futrze – parsknęła, próbując powstrzymać śmiech i przyspieszyła kroku, pozostawiając mnie w tyle.
Wywróciłam oczami. Naprawdę to futro zaczynało mnie irytować, a przecież to nie była moja wina, tylko kamyczków Alpina!
Zainteresowana poczynaniami wadery, postanowiłam urwać się z idealnego rządku wędrujących i dyskretnie udać się za przygaszoną śnieżynką.
Tym razem role się odwróciły. Ona może i więcej nie wejdzie z buciorami do mojego życia, lecz ja nie powiedziałam tego samego, co ona o niej...

Antilio?
Sorry, że tak długo, ale dopiero teraz mam czas na nadrabianie wszystkiego :P Trochę nie wiedziałam, co tu odegrać, w końcu zaczął się wielki marsz, szukanie nowych terenów, brak mocy... No i co tu wymyślić? Pozostawiam to Tobie i Twojej główce pełnej wyobraźni. cx

Od Kesame cd. HG

– Witaj – uśmiechnęłam się ciepło, lecz przez ból piorunujący całe moje ciało wyszło to dość koślawo. Wyprostowałam się, aby choć trochę przypominać alfę, a nie postrzelone zwierze.
– Nie chciałabym przeszkadzać, więc może już pójdę... – Spojrzała gdzieś w bok, na chwilę nieruchomiejąc.
Odchrząknęłam i już miałam zaprzeczyć, ale byłam wszystkim naprawdę zmęczona. Przymknęłam na chwilę oczy, zbierając chaotyczne myśli i starając się sklecić rozsypane słowa w konkretne zdania, tak, aby miały jakikolwiek sens.
– Dziękuję – odparłam po chwili, przywołując na pysk wyuczony uśmiech. Czułam pulsowanie w głowie i wiedziałam, że muszę się położyć. Po kilku uprzejmych zwrotach wadera skierowała się do wyjścia, uważnie stawiając łapy i unosząc łeb ku górze. Wydawała się zestresowana; odprowadziłam ją wzrokiem i czekałam, aż w pomieszczeniu przestanie unosić się jej zapach.
Cisza zawisła w powietrzu. Zanim Harbinger zdążył cokolwiek powiedzieć, ja osunęłam się po ścianie na materac i przymknęłam oczy, wsłuchując się w równy rytm mojego serca. Znów zatopiłam się w zimnie, odczuwając je każdą komórką ciała.
– Myślałem, że dłużej porozmawiacie – mruknął, podchodząc bliżej.
– Przepraszam – powiedziałam automatycznie. Wyszło to wyjątkowo cicho i niepewnie. Basior poruszył się niespokojnie, jakby chciał powiedzieć, że nie o to mu chodziło; nie odezwał się jednak i tylko wsłuchiwał się w mój oddech.
– Wszystko w porządku?
Otworzyłam powoli oczy. Przez moment przyzwyczajałam się do światła, które wpadało przez szczeliny razem z zimnym powietrzem, lecz nadal musiałam przymrużać powieki. Choć drżałam, świeże powietrze wydawało się wybawieniem i z lubością wyciągałam szyję, aby nabrać go jak najwięcej w płuca.
Pytanie basiora wydało mi się ironiczne – bo jak niby ma być wszystko w porządku? – jednak nie skomentowałam tego, doskonale wiedząc, co ma na myśli. Odchrząknęłam i spojrzałam w jego stronę, napotykając jego wzrok. Znów topiłam się w zieleni jego oczu, która, choć przygasła, nadal była jedyną pewną rzeczą na tym świecie. Choćby wszystko się waliło, wiedziałam, że zawsze będę mogła otulić się ich toksyczną barwą.
– Powinnam wychodzić na spacery – oznajmiłam, znów zbyt cicho, odwracając przy tym wzrok. Zawiesiłam go gdzieś na chropowatej powierzchni ścian i obserwowałam, jak niewielka strużka wody spływa pomiędzy wgłębieniami.
– Widziałem, że opuściłaś już wcześniej jaskinię – odparł, zdecydowanie bardziej pewnie niż ja. Choć nie było w tych słowach nic złośliwego, ubodły mnie; czułam, jak oblewa mnie fala żalu.
– Też cię widziałam.
Znów skrzyżowaliśmy spojrzenia. Wiedział, o czym mówię. Nie powinnam być zazdrosna, bo już parę razy rozmawialiśmy o tym, że nigdy nie będziemy razem. Kochałam go bardziej niż kogokolwiek innego, a on wydawał się ode mnie uzależniony; i choć ciągnęło nas do siebie, tak, jakby każdy z nas był magnesem, ostatecznie oddalaliśmy się, by znów się schodzić. To wszystko wydawało się komedią, którą bogowie oglądają zza chmur z wypiekami na pyskach.
– Kochasz ją – mruknęłam i choć miało to być pytanie, wcale tak nie zabrzmiało. Basior nie wydawał się poruszony. Jego pysk przedstawiał obojętność, postawa była luźna, ale ktoś, kto zna go tak dobrze, jak ja, zauważyłby oznaki zdenerwowania: drgnięcie powieki, delikatne zaciśnięcie zębów, prawie niezauważalne poruszenie pazurami. Przełknął ślinę, doskonale wiedząc, do czego zmierza ta rozmowa.
Pomimo słów, które wypowiedziałam, byłam wyjątkowo spokojna. Powiem więcej – przez chwilę nawet czułam ulgę i choć była podsycana zazdrością, udało mi się opanować. Możliwe, że się tego spodziewałam; możliwe też, że to zasługa mocnych leków nasennych i ziół, które miałyby zniwelować ból. Choć z fizycznym nie szło tak dobrze, widok uśmiechniętego Harbingera i innej wadery nie zabolał tak, jak się spodziewałam.
– Nie wiem, co odpowiedzieć.
– Też bym nie wiedziała.
Cisza znów przelewała się pomiędzy nami, praktycznie się materializując. Szare drobinki kurzu unosiły się w powietrzu i opadały w dół, oświetlane przez delikatne wiązki światła.
– Kocham cię – powiedziałam, a słowa ugrzęzły w przestrzeni między nami.
„Ja ciebie też”, mówiły jego oczy, lecz ciało zaprotestowało.
– ...ale nie chcę być przeszkodą – dokończyłam po chwili. Nie patrzyłam już na niego i skupiałam się tylko na oddychaniu.
Pomimo braku wyjaśnień Harbinger wiedział, że chodzi mi o Coral. Możliwe, że oprócz niej były jeszcze inne wadery, które zawinął wokół siebie i którymi się bawił, tak, jak lubił.
Tym razem cisza była wybawieniem.

Harbingerze?

26 czerwca 2018

Od Friscet CD Kutisha

- Na początku jest moje imię, a gdy byłam mała, ktoś wyrył to na mojej obroży, potem jednak zniknęło. Wydaję mi się, że dalsze słowa pojawią się, gdy przetłumaczymy to - Kutisha wydawała się być niezwykle podekscytowana, chociaż wcale nie dawała tego poznać. Przybierała ciągle smutną, wręcz żałosną postawę. Zamiast cieszyć się życiem, ta mi tu będzie stękać nad uchem. Rozwiążę z nią tą zagadkę.
Sama jestem niezwykle zadziwiona czymś takim, bo spotykałam się z wieloma tajemnicami, ale nie w innych językach. Mimo to, skądś kojarzyłam ten język, nie wydawał się obcy.
- Dobra, zgadzam się - westchnęłam, a na moim pysku pojawił się grymas uśmiechu.
- Dziękuje - skuliła się, obracając głowę w przeciwnym kierunku.
- Weź już nie rób z siebie takiej ofiary, chodź! - zachichotałam, wstając z ziemi. Otrzepałam z futra ostatnie krople orzeźwiającej wody. Ruszyłam przed siebie spokojnym truchtem, tak, by Kutisha mogła za mną nadążyć.
Po paru sekundach wadera już biegła obok mnie, a jej pysk skierowany był w stronę leśnej ścieżki.
- Czemu ty się tak zamartwiasz? - spytałam, patrząc na nią. Czym ona się przejmuje? Wilki w tej watasze nie patrzą na wygląd, a na charakter. Mnie mogą nie lubić, ale jej? W jej wypadku wystarczy być bardziej gadatliwym i po sprawie.
- Nie widzisz jak wyglądam? Jak potwór... - jej oczy zeszkliły się, a po pyszczku spłynęła słona łza.
- Nie, właśnie problem w tym, że nie widzę. Wyglądasz jak każdy wilk, niczym się nie różnisz, więc gdzie problem? - spytałam, wskazując na siebie. Wewnątrz zrobiło mi się chłodno i smutno, trochę mi jej było szkoda, bo przez własny tok myślenia sobie dowala. Po co? Niech cieszy się tym co ma, bo może to stracić.
- Nawet Cię nie widzę... - odparła, obracając głowę w moją stronę.
- A ja Cię nie czuję - warknęłam, otwierając szerzej oczy. Kutisha stanęła jak wryta.

Kutisha?

Od Rafaela CD Rainbow Fire "To nie jest... Możliwe..." #4

- Nie opuszczaj mnie więcej... - rozpłakała się na dobre, a po kosmkach mojego futra spływały słone łzy. Moje serce zaczęło mocniej bić, miałem wrażenie, że zaraz rozpruje moją klatkę piersiową i poleci prosto w stronę Rainbow.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo brakowało mi tej szalonej panienki. Nieokiełznanej dzikości, która teraz wtulała się w moje futro.
Przez ten cały czas myślałem o niej, nie potrafiłem pozbyć się tych myśli z własnej głowy.
Dlatego stałem się mało skuteczny. Dlatego Pan chce ją odsunąć ode mnie, bym znowu stał się maszyną do zabijania.
Nie potrzebuje już tego.
Gdy mam Rainbow przy sobie, nie potrzebuje niczego innego. Czy takie uczucia nazywa się miłością?
Czy chęć posiadania kogoś naprawdę blisko to miłość? Jeżeli nie chcesz się z kimś rozstać, a twoje serce szaleje na kogoś widok to jest to nazywanie....kochaniem?
- Oh, Rainbow... - westchnąłem, mocniej ściskając drobne ciało Fire. Tyle czasu, tyle krzywdy, a ona dalej darzy mnie miłością.
- Obiecaj, proszę - szepnęła, a jej zapłakane oczy powiększyły się. Wpatrywałem się w nie jak w zwierciadła, które pokażą ci wszystko. Każdą emocję, która siedzi w ciałku Rainbow Fire.
- Obiecaj, że już nie pozwolisz mi cierpieć. Nie zostawisz mnie? - spytała, a jej delikatne łapki oplotły mój kark.
- Obiecuję... - szepnąłem, przyciągając ją do siebie. Nasze pyszczki złączyły się w namiętnym pocałunku. Brakowało mi jej ciała, dotyku, zapachu.
Poczułem ogromne uderzenie prosto w brzuch. Skuliłem się, upadając na ziemię. Moje ciało przeszył śmiertelny chłód, który spowodował drżenie wszystkich mięśni. Znowu on.
- Co mówiłem, idioto! - usłyszałem w głowię, a zwiotczałe ciało uniosło się nad ziemią.
- Jesteś tak durny, czy czegoś nie rozumiesz? - wrzasnął, rzucając mną o ziemię tak mocno, że poczułem, jak kości w prawej łapie ulegają złamaniu.
- Zostaw mnie do cholery - szepnąłem ostatkami sił, próbując wstać z ziemi. W tle słyszałem tylko przygłuszone krzyki Rainbow. Poczułem, jak jej łapa dotyka mojego grzbietu.
- Wykończę tą twoją dziunię! - usłyszałem. Zaraz potem rozległ się donośny, przerażający śmiech, a rzeczywistość powróciła.
Upadłem, z trudem łapiąc choć skrawek tlenu.
- Raf - stanęła nade mną i wpatrywała się w moje zakrwawione ciało. Doszczętnie próbował mnie zniszczyć, jednak udało mu się złamać tylko jedną z wielu kości. Reszta była poturbowana, ale sprawna.
Zupełnie straciłem czucie w łapie. Drugą przetarłem skrwawiony pysk.
- Nic mi nie jest - odparłem, próbując wymusić choć grymas uśmiechu.
- Spokojnie - westchnąłem, znów próbując wstać.

Rainbow Fire? :P

Od Inveth cd. RF

Jego ciało jeszcze chwilę wiło się w konwulsjach tuż obok moich stóp. Podobał mi się ten taniec śmierci, drganie łap w kałuży gęstej krwi i desperackie próby zaczerpnięcia powietrza. Napawałam się widokiem wpatrzonych w dal, zamglonych oczu. Kiedy wszystko się skończyło, nastała głucha cisza, jak gdyby świat opłakiwał dwóch basiorów; ja wiedziałam jednak, że to nie ma znaczenia. Każda śmierć boli tylko przez chwilę, a pamięć o wilkach przemija wraz z pokoleniami. Życie jest jak malutki kryształ, który bardzo łatwo rozkruszyć, a ja zniszczyłam właśnie dwa, których odłamki unosiły się wokół i wirowały, zatracając mnie w zapachu krwi i śmierci.
– Słodkich snów – mruknęłam i zatopiłam łapę w kałuży jelit. Wszystko było takie lepkie.
Podeszłam do strumyka, naznaczając ziemię krwawymi odciskami. Wcześniej ktoś tu był, z pewnością. Czułam obcy zapach pozostawiony nieuważnie na kamieniach i trawie, ale zignorowałam go. Seele leżał pod wodą, zahaczony o kamienie, tak, że nie odpłynął z nurtem. Wpatrywał się w górę z przerażeniem i pewną ulgą, przez którą po moim pysku przemknął cień uśmiechu.
Myślałam — a wręcz byłam przekonana — że po jego śmierci poczuję smutek i żal, że będą łzy i tulenie się do jego futra, ale teraz jedynie byłam wdzięczna, że nie odpłynął i nie muszę go szukać. Przeskoczyłam na drugą stronę, tak, aby nasze spojrzenia skrzyżowały się. W nieruchomym spojrzeniu było więcej mojego brata niż kiedykolwiek wcześniej. Wyciągnęłam go, uważając, aby nie napić się wody.
Jego serce już nie biło, nie spełniało swojej funkcji. Chciałam się do niego przytulić, aby choć częściowo zachować się tak, jak powinnam, jednak w ostatnim momencie, kiedy już stałam nad nim nachylona, wbiłam pazury w jego łapę i przejechałam wzdłuż niej, rozcinając skórę i mięśnie. Z żył wypłynęła krew, zabarwiona na miodowy odcień. Pachniała siarką. Osunęłam się na ziemię i jeszcze przez chwilę tkwiłam tak wśród dwóch poszarpanych ciał, wdychając metaliczny zapach i brodząc w morzu lepkiej cieczy. Wszystko zdawało się stać w miejscu i tylko w mojej głowie chaotyczne myśli zderzały się o siebie, kreując jeden obraz — zabiłam ich i to mnie cieszyło.
– Zabili się wzajemnie – oznajmiłam bez większych emocji, stojąc naprzeciwko ojca. Wpatrywał się we mnie w osłupieniu, lecz nie wydawał się zbytnio zasmucony. Jeździł wzrokiem po plamach krwi na moim ciemnym futrze i wypalał niewidoczne ślady.
Kłamstwo przyszło mi wyjątkowo łatwo i sprawnie. Haringer zawsze wiedział, że jego syn nie jest do końca normalny i kiedyś tak to się skończy; czekał na ten moment z wrodzoną obojętnością. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy mi wierzy, tak, jak nigdy nie byłam w stanie stwierdzić, czy kocha naszą trójkę.
Parsknęłam w duchu śmiechem. Kiedyś trójkę, teraz tylko mnie. Bracia skończyli poszarpani i niedługo obydwoje spotkają się pod ziemią, aby pozostać tam już na zawsze.
Wieczność. Wpatrywałam się w surowe oblicze basiora, którego natura nakazała mi nazywać ojcem. Marszczył brwi i myślał nad moimi słowami.
– Czy mogę zabrać ich czaszki? – zapytałam cicho, jednak pewnie. Mogłam ukraść je wcześniej, ale nawet ja znałam podstawowe zasady moralne i wiedziałam, że o coś takiego trzeba się zapytać.
Dobrze, że nie musiałam pytać o zgodę w momencie rozszarpywania ich ciał.

Tatusiu?

Odchodzi

Powód: śmierć (zabójstwo)



Powód: decyzja właściciela



Powód: prawdopodobnie zabójstwo




Dorosła!


kalambo

Od Indy

Śledziłam tatę. Chwilę po tym, jak wyszedł z jaskini, postanowiłam, że pobawię się w szpiega. Szedł koślawo, co chwilę wpadał na drzewa. Jak można tak żyć? W końcu dotarł nad mały wodospad i przysiadł na gładkim kamieniu.
- Wiem, że tam jesteś In.
- Przecież nie widzisz — zawyłam radośnie, wbiegając pod jego łapy.
- Słyszę, to mi wystarczy. Co cię tu sprowadza? Powinnaś być z mamą.
- Wiem, ale chciałam się pobawić. Co tam chowasz?
Wskazałam łapką mały, kwadratowy pakunek.
- Prezent o ironio losu, dla ciebie. Jesteś cudowna, ale to nie jest miejsce dla małej dziewczynki. Powinnaś wychowywać się w watasze, w jednym miejscu. Ta podróż może cię wykończyć, więc kupiłem dla ciebie to.
Akt dorosłości, ta? Co to daje?
- Odciśnij swoją łapę na papierze.
Posłałam ojcu największy uśmiech na świecie, na jaki było mnie stać i odcisnęłam łapę.

***

Obudziłam się kilka minut później. Jestem pewna, że tyle właśnie minęło. Moja głowa była ciężka, ale nie licząc tego, nic się nie zmieniło. Nagle usłyszałam głośny śmiech, a chwilę potem plusk i cisza. Ktoś wpadł do wody. Może to tato? Pobiegłam w stronę strumienia i zobaczyłam...
Seele leżał na dnie rzeki. Uniosłam głowę. Nic nie widziałam przez łzy, ale usiłowałam znaleźć sprawcę. Musiał gdzieś tam być. W krzakach mignął mi tylko biały ogon. Zaczęłam ryczeć, nie płakać, nie łkać, ale ryczeć. Biegiem skierowałam się do domu. Chciałam wymazać wszystko z pamięci. Wpadłam do jaskini jak burza. Mama nie wiedziała, co się stało, patrzyła na mnie z kwaśną miną.
- Indy? To ty?
- Mamo — wykrztusiłam. - Tato... On nie żyje.
Padłam na podłogę i kolejny raz zaczęłam wyć.

Vinyume?

Rache Feuer cd. Inveth

Zabić coś, kogoś? Czy to naprawdę będzie takie proste? Wadera zaufała całkiem obcemu wilkowi i tak oto zrobi najgorszą rzecz w swoim życiu. Zaśmiałem się w duchu.
- Coś, kogoś... Może potrujemy zwierzęta, które piją z pobliskiego strumyka?
Inveth pokręciła głową z namysłem i posłała mi szalone spojrzenie.
- Możemy?
- Kto nam zabroni — prychnąłem.
- A masz truciznę?
- Mam, nie mam. Wchodzisz w to młoda?
Oczywiście, że tak. Pchnąłem ją przed siebie i kazałem iść w stronę wiadomego miejsca. Po drodze zastanawiałem się nad dalszą częścią planu.
- To tutaj.
Moment, tak szybko?
- Moja droga, to jest przepustka do raju — wysunąłem łapę w jej stronę i czekałem, aż przejmie ode mnie małą fiolkę z bursztynowym płynem. Innie niepewnie chwyciła buteleczkę, a następnie ją otworzyła i powąchała substancję.
- To ma zabić? Wygląda jak miód.
- Spróbuj, jeśli chcesz.
W moich oczach błysnął piorun. Powietrze stało się ciężkie, samica nachyliła się nad wodą i zakropiła ją złotym pyłem. Podała śmiertelną dawkę. Chwilę po tym, pociągnąłem ją za ogon. Straciła równowagę i na mnie wpadła. Przewróciłem ją na plecy i chwyciłem za jej gardło. Stop. Najpierw Seele. Przesunąłem nosem wzdłuż jej głowy, aż w końcu dotarłem do ucha.
- Właśnie zabiłaś swojego brata — syknąłem. Wadera zaczęła się śmiać, najpierw był to zwykły chichot, ale z sekundy na sekundę przemieniał się w szalony śmiech. Zrobiłem wielkie oczy i ją puściłem. Inveth wstała i otrzepała swoje futro z piasku, a jej spojrzenie mimowolnie powędrowało w stronę rzeki. Był tam. Zrobił jeden łyk. Następnie był plusk, basior wpadł do wody. Minuta, dwie. Jego ciało leżało bezwładnie na dnie.
- Mówiłem Inveth. Zabiłaś go.
W jej oczach płonął ogień, kiedy do mnie podeszła. Białe kły lśniły w plasku zachodzącego słońca. Scena jak z bajki. Ogień nie przestawał płonąć.

Inveth możesz odpisać, ale obie wiemy, co się stało.

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template