24 listopada 2017

Od Nerona CD Shante

Przytuliłem Shante, obejmując jej drżące ciało jak najmocniej.
- PRZEPRASZAM! - płakała, a ja czułem ciepłe łzy spływające po moim futrze.
- Przepraszam, że kiedykolwiek w Ciebie zwątpiłam! Nie wiem, co we mnie wstąpiło, nie chciałam nigdy Cię skrzywdzić! - trzęsła się, a jej głos co chwilę przerywał płacz.
- Już, spokojnie - wtuliłem pysk w jej futro, ściskając jej sylwetkę jeszcze mocniej. Byłem przerażony, kiedy zobaczyłem ją w takim stanie. Czarne, przepastne ślepia i chude, zniszczone ciało. Nie mogłem patrzeć na ten widok, a w moim sercu dodatkowo kuło mnie poczucie winy. Gdybym jej nie zostawił, coś takiego by się nie wydarzyło. Nigdy więcej jej nie opuszczę, nie pozwolę na to. Nie pozwolę, by coś mi ją odebrało, by kiedykolwiek została sama. Byłem totalnie głupi.
Przez długą chwilę siedzieliśmy na ziemi, wtuleni w uścisku. Shante delikatnie podniosła mokry od łez pyszczek i popatrzyła mi w oczy.
- Już nigdy Cię nie zostawię - wpatrzyłem się w jej oczy i lekko cmoknąłem ją w koniuszek nosa. W jej oczach zapłoneły małe iskierki szczęścia, płomień bezpieczeństwa.
- Chodźmy już stąd - obejmując ją, podniosłem Shantę z ziemi. Mimo że Shante uwolniła się spod władzy tej parszywej Elsey, nadal wydawała się słaba. Ledwie trzymała się na łapach, a po jej wyczerpanym spojrzeniu można było wyczytać, jak wiele przeszła w ciągu tych kilku dni. Te dosłownie parę chwil wydawały się być latami bez niej. Ciągnęły się niemiłosiernie długo, bez spania i jedzenia. Nie byłem w stanie nic zrobić z myślą, że straciłem w jednej chwili tak wiele. Podniosłem waderę i ostrożnie ułożyłem ją na moim grzbiecie. Droga do mojej jaskini jest nieco dłuższa, więc nie dam się jej przemęczać. Wtuliła pysk w moje futro, a jej oczy się zamknęły.
***W JASKINI****
Po paru godzinach dotarliśmy do mojej jaskini. Cicho wszedłem przez kamienne wejście, zasłonione płachtą ze skóry. Chwyciłem w zęby parę koców i położyłem na drewnianym stelażu. Zaraz potem delikatnie położyłem bezwładną Shante na łożu.
- Odpocznij - szepnąłem i pocałowałem ją w czoło.
***NASTĘPNEGO DNIA RANO***
Obudziłem się z samego rana. Na całe szczęście w chłodni znalazłem spory kawałek jelenia, który upichciłem na ognisku. Po chwili usłyszałem ciche ziewnięcie. Aha, Shante się obudziła. Zaparzyłem herbatę z ususzonych ziół i postawiłem na drewnianej tacy. Taca była tak ciężka, że ledwo utrzymywałem równowagę, stawiając nogi jak profesjonalna modelka. Usłyszałem chichot dobiegający zza ściany i lekko wystawiony łebek wadery, na którym gościł mały uśmiech.
Westchnąłem i postawiłem tacę z jedzeniem na prowizorycznym stoliku. Udało mi się nic nie rozwalić po drodze, także jestem z siebie dumny. Gdy Shante zobaczyła, że biegnę w jej stronę, zaczęła się śmiać i uciekać. Chwyciłem ją w talii i obróciłem. Usiadłem na kocu, a Shante posadziłem zaraz na moich nogach. Przyciągnąłem ją do siebie i zbliżyłem swój pysk. Uśmiechnąłem się szarmancko, przymykając jednocześnie oczy.

Shante? :3

23 listopada 2017

Od Antilii CD Toxikity

Miałam dosyć Toxikity. Była zbyt pewna siebie i chamska wobec mnie. Mimo poprzedniego zachowania postanowiłam ją wyciągnąć spod tego cholernego konaru i miałam nadzieję, że jej charakter nieco z łagodnieje… Liczyłam też na małe “dziękuję” z jej ust.
Marzenie ściętej głowy.
Patrzyłam w jej oczy. Miałam wrażenie, że chciała się ukryć. Ukryć prawdziwą ja przed światem zewnętrznym, pod powłoką złości i pogardy. Wbrew pozorom… Zaczęłam jej chyba współczuć… Miałam wrażenie, że lepiej by było, aby zapomniała o tych testach, które przeprowadzono na niej. Żeby zostawiła tamtą przeszłość za sobą, która ciążyła jej jak worek kamieni ciągnących ją na dno bólu i rozpaczy. Może to by pomogło i przestała być taka oschła…
Potrząsnął głową. Co się stało, to się nie odstanie. Skierowałam się w głąb jaskini, aby mieć trochę miejsca dla siebie i swoich myśli. Zastanawiałam się, co oni tam jej robili… Czy podawali jakieś lek lub próbowali toksycznych substancji? A może jedno i drugie? Chyba tylko sama o tym wie. I sądząc po jej ostatnim zachowaniu, jest to temat bardzo delikatny, ponieważ jej reakcja podczas walki mówiła sama za siebie. Nie chciałam znowu wszczynać bójki, podczas gdy wilczyca siedzi spokojnie na miejscu…
- Prędzej zdechniesz, powiadasz…? -powiedziała bardziej do siebie niż do mnie. Odwróciłam ostrożnie głowę w jej kierunku. Jakieś światełko ostrzegawcze zaświeciło się w mojej głowie. Spojrzałam na Toxikity. Na razie siedziała na swoim miejscu i była spokojna. Coś jednak nie dawało mi spokoju.
- Co kombinujesz? -warknęłam.
Ta odwróciłam się do mnie twarzą i spojrzała z pytaniem w oczach.
- Mówiłaś coś? -zapytała niewinnie.
Znam ją od kilku godzin, a już wiem, że coś tu nie gra…
- Dobrze wiesz, o co pytałam. -syknęłam.
- Przecież tylko siedzę. -mruknęła zniesmaczona. -I nie próbuje cię zabić… -
Wyjrzałam na zewnątrz. Deszcz powoli ustawał. Spojrzałam na nią. Naprawdę coś było nie tak.
Naprawdę.
Nagle spojrzała na mnie. Jej wzrok był chłodny i nieustępliwy. To spojrzenie…
Natychmiast się na mnie rzuciła. Broniłam się, ale byłam bardzo osłabiona wcześniejszą potyczką oraz wydobyciu Toxikity spod tego drzewa. Jej najwyraźniej szybciej wracały siły. Oczywiście, walka była w miarę wyrównana. Ale po szybkim czasie straciłam energię. Nie miałam możliwości obrony czy ataku. Na co dzień jestem zdecydowanie silniejsza i bardziej odporna na ataki. Może nie wyglądam na silną, ale jeśli chcę, potrafię pobić kilka rosłych wilków. Przeciwniczka zauważyła mój brak zapału i rzuciła mną o ścianę. Uderzyłam głową o wystające kamienie. Ból szybko rozszedł się po moim ciele. Straciłam całą energię. Byłam wyczerpana. Toxikity podeszła do mnie i coś mówiła. Chyba o tym, że jestem słaba…
Czy ona potrafi powiedzieć coś miłego?
Zgaduję, że nie.
Obroniła mnie na obolałe plecy, tak abym mogła patrzeć prosto w jej białe tęczówki. Łapę trzymała tuż nad moim sercem, które biło dosyć szybko. Nie z powodu strachu, ale zmęczenia. Czyli to już koniec…
Nie tak to sobie wyobrażałam.
Chociaż… Przyszła mi do głowy myśl.
Szalona i samobójcza.
Zawsze coś.
Postanowiłam użyć jednej z moich mocy- Vilgilia nocturna. Polega ona na odszukaniu czegoś, co przeciwnika przeraża lub sprawa ból. Jednak nie chce używać tego zaklęcia przeciw Toxikity ale przekonać się, czy zadany jej ból jest na tyle silny, aby stała się tak zimna. A dzięki temu, iż raczyła trzymać swoją łapę na mojej piersi, zadanie będzie nieco łatwiejsze, ale mimo to nadal niebezpieczne. Śmiertelnie.
Zamknęłam oczy i się skupiłam. Usłyszałam, jak wadera wstrzymuje powietrze, zastanawiając się, co ja robię, a po chwili stała nieruchomo. Chciałam zrobić to delikatnie, jednak brak sił mi nie pomagał. Udało mi znaleźć to, co szukałam.
Myślę, że przez swoją ciekawość spędzę się sama do grobu. Ale od tego jest życie…
Byłam gotowa na wszystko, nawet na to. Ale gdy to zobaczyłam, zaczęłam współczuć Toxikity. To, co jej tam robili, nic nie opisze. Żadne słowo czy obraz. Tylko uczucie i ból. Ogromny ból. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, jak ona daje sobie radę na co dzień. Lepiej by było, gdyby zapomniała o przeszłości.
Tak jak ja.
Zacząć żyć na nowo z czystą kartką.
Ale czy by się odnalazła w tym świecie na nowo? Nie umiem powiedzieć.
Nie zaglądałam do innych, ponieważ bądź co bądź, szanuje prywatność innych. Wykorzystuję tylko to, co mi jest potrzebne. Przecież nie będę sprzedawać poszczególnych wspomnień każdego wilka za 100 lupus…
Poczułam, jak zaklęcie słabnie. Czas wracać do siebie… Ból wrócił ze zdwojoną siłą. Miałam już dosyć… Toxikita otrząsnęła się z transu. Oczywiście, zaczęła na mnie wrzeszczeć. Głową mi pękała bez jej krzyków. Pytała się, co jej zrobiłam. Histeria wadery nie miała granic. Przycisnęła łapę do mojego ciała tak mocno, że zaczęła płynąć krew.
Super do kwadratu.
Zaczęły pojawiać się białe plamki przed oczami. Oddech stał się bardzo płytki i nierównomierny. Powieki same zaczęły opadać, a ja byłam taka zmęczona…
Spojrzała na mnie swoim zimnym wzrokiem, chcąc pewnie wywiercić mi dziurę w głowie za jego pomocą, ale ja tylko powiedziałam:
- Chciałam tylko lepiej cię… poznać… i… zro… zu… mie... -
Potem była tylko ciemność.

Toxi? Opuścisz nieco gardę? A i tak przy okazji- tylko ja mogę robić z Antilie sierotę, jasne? >:D

OD Shante, Elsey CD Neron

*Elsey*

Zaśmiałam się złowieszczo, czując nienawiść Nerona do mnie. Była tak smaczna i kusząca... Podeszłam do Shante i ta gwałtownie się podniosła, a jej oczodoły były czarne jak smoła.
- Ona teraz należy do mnie, Neron - pazurem obróciłam jej pysk tak, bym mogła spojrzeć w jej oczy - jej dusza umiera. Aktualnie w jej podświadomości, słodziutko śpi, śniąc o tamtych czasach. Gdzie ty i ona, razem, po wieki. Ble. - Zaśmiałam się najgłośniej jak potrafię - TO TYLKO KWESTIA CZASU, GDY W KOŃCU DO KOŃCA PODDA SIĘ CIERPIENIOM -
- Zamlicz! - Neron chciał podejść, lecz szybko go odseparowałam od wadery.
- Ona już przestaje istnieć, mam rację skarbie? - spojrzałam na swoje otumione ciało, które posłusznie przytaknęło. Neron warknął wściekle. Nienawiść... Aaah... Muzyka dla moich uszu...
- Shante.. Shante, wysłuchaj mnie! 
- Twoja ukochana nie istnieje. To zwykła kukiełka, która czeka tylko, aż jej użyje. Gra na moich sznurkach. Ale proszę. Spróbuj do niej dotrzeć. I tak nie dasz rady - uśmiechnęłam się szyderczo i zrobiłam mu przejście do ducha. Basior skarcił mnie wzrokiem.
- I gdzie tu podpucha?
- Nie ma podpuchy. Shante nie umie kłamać, niestety to się odbiło też na mnie - warknęłam pod nosem. Na chwilę puściłam jej ciało, a ta padła nieprzytomna na zimie.
- N-Neron...

*Shante*

Siedziałam w swoim umyśle, wtulona w zimne, napełnione cierpieniem, łańcuchami. To była moja grota. Gdzie znałam prawdę... Znałam okrutną prawdę o swojej samotności. 
- Shante... - usłyszałam głos Elsey. Położyła się obok mnie i otuliła cieniami. Była dla mnie taka dobra... Przez te lata byłam z duchami, teraz mam swój własny cień. Swoją opokę. Łańcuchy pojawiły się na mnie.
- Elsey... - wstałam, idąc przez swoje własne myśli, słysząc dźwięk łańcuchów.
- Tak?
- ... Nie mogę. Nie mogę go zabić. - spojrzałam na nią.
- Co?!
- Nie umiem za-- - w tym momencie przygniotła mnie do ziemi, swoimi cieniami, rozpadając się w czarną smołę.
- WIELE ZARYZYKOWAŁAM BY CI POMÓC, A TY TAK NAGLE ODMAWIASZ?!
- Elsey, nie mogę kogoś zabić, kto--
- ON CIĘ JUŻ NIE KOCHA! SPÓJRZ! - moje oczy zrobiły się czarne, a ja widziałam to, co się dzieję wokół mnie.
- Shante, Shante, Shante... Jak zawsze pakujesz się w kłopoty - Neron stał ode mnie daleko, marszcząc brwi - dobrze, że odszedłem.
- Przestań, Neron! - Elsey stanęła prze de mną, chroniąc mnie - to ona przez Ciebie cierpi!
- Należało jej się.
Czułam, jak przybywa więcej łańcuchów. Usiadłam na ziemi, zaczynając płakać czarnymi łzami. Miała rację... Nigdy do mnie nic nie czuł. Wtedy otworzyły się prze de mną drzwi.
- Shante, wiem, że mnie słyszysz! - otworzyłam oczy, patrząc na drzwi. Widziałam go... Swoimi czarnymi ślepiami, przepełnione bólem i strachem.
- Czego chcesz?! - próbowałam krzyczeć, zrobić cokolwiek, by mnie usłyszał - Jestem tu, idioto!
- Wiesz, że nigdy bym Cię nie zostawił... Miałem ciężko... Zginął mi ktoś, kogo uważałem za ojca.
- Dlatego poszedłeś... - podeszłam do drzwi - NERON! NERON!!
- Nie chciałem Cię skrzywdzić... Nigdy nie chciałem. Nie napisałem do Ciebie tego listu, wiesz, że nigdy bym Cię nie skrzywdził. Shante... Proszę. Wróć do mnie... Nie chce Cię stracić. Nie Ciebie... - zobaczyłam jego łzy. Oklapły mi uszy. On naprawdę mnie kocha. Naprawdę jest gotów, oddać za mnie życie. Jsk mogłam sądzić inaczej.
- Neron... Naprawdę nie napisałeś tego listu. - w tym momencie poczułam Elsey. No jasne...
- To byłaś ty.
- Oh biedna zaczęła mieć wyrzuty sumieniaaa...
- PRZEZ CIEBIE JEST TO CAŁE PIEKŁO!
- Spójrz na siebie. Jesteś wrakiem. Nie ma dla Ciebie nadziei. Jesteś zwykłym, strachliwym, szczeniakiem. - złapała mnie agresywnie za pysk - Nie masz już nawet swojego, własnego ciała.
Miała rację... Jestem głupia. Uwierzyłam złu, który pielęgnował mój ból i cierpienie... Opuściłam wzrok, w tym momencie zauważając jednego z duchów, którzy wyskoczyli z ziemi, znowu wpadając do ciemności.
- Elsey, zapomniałaś tylko o jednej rzeczy. Duchy, nie mają ciała - podskoczyłam, a łańcuchy pokryły się niebieskim płomieniem, znikając.
- Jak to możliwe...? - w jej głosie było słychać przerażenie.
- Cień może opętać ciało żywe, nie martwe, Elsey. To mnie odróżnia. Może i jestem głupia - zrobiłam trzy płomienne kule i je uniosłam - lecz to ja mam pod swoją łapą dostęp do świata duchów.
- Nie...! - w tym momencie ognista fala poleciała na nią, a ta zniknęła w mojej świadomości.

*****

Otworzyłam oczy, czując, jak ktoś oddycha w mój kark. Spojrzałam na niego i gwałtownie się rzuciłam z łzami.
- PRZEPRASZAM! - zaczęłam ryczeć, wtulając się w jego futro - Przepraszam, że kiedykolwiek w Ciebie zwątpiłam! Nie wiem co we mnie wstąpiło, nie chciałam nigdy Cię skrzywdzić! - trzęsłam się, czując wyrzuty sumienia. Jak mogłam...
Spojrzałam na swoją łapę, która była oznaczona dziwnym znakiem. Wciąż płakałam, czując niemiłosierny ból.
Nigdy mi tego nie wybaczy...

Neronek? Sorki za błędy ale pisałam na fonie ;;

22 listopada 2017

Od Luciana cd. Terry

− Skoro tak twierdzisz... − dopowiedziała, zrównując ze mną krok. Mam nadzieję, że to przeżyjemy. – Terra cofnęła się o krok do tyłu, a gdy wilki były kilka metrów przed nami, zawarczały.
− Kim jesteście? − zapytał pierwszy, biały, z rosyjskim akcentem i kłapnął szczęką, zgrzytając ostrymi zębiskami. Aż ciarki mnie po tyłku przeszły.
− Ja to załatwię − szepnąłem Terze na ucho i wyszedłem na przód, zmuszając się do wymuszonego uśmiechu. − Hola amigos! My być z inna wataha, nie być zło! Wy być zło? Malvado o bueno? Eeech? − mówiąc, gestykulowałem łapami na wszystkie możliwe sposoby. – Chwila, chyba nie ten język... Jak wy to w mateczce rasyji mówicie? – zaciąłem się, a wilki spojrzały po sobie. W oddali usłyszałem chichot Terry.
− Drwisz sobie z nas?! − znowu zawarczał, wysuwając pazury.
− Wowowow, oookej, Terra, twoja kolej! − Wycofałem się tyłem do Terry, chowając się za nią, mimo swojego przewyższającego ją o dwie głowy wzrostu.
− O matko... − Złapała się za głowę i spojrzała na rozmówcę. − Przepraszam, kolega ułomny. − Nadepnęła na moją łapę, a ja stłumiłem w sobie krótki pisk. – Przepraszamy za najście, zgubiliśmy się w lesie i wyszliśmy poza tereny naszej watahy...
− Mhmmm... − zamyślił się drugi, mierząc mnie wzrokiem. − Rozumiemy, przepraszamy za nagłą agresję. Gerald, chodź. − Machnął łapą, a biały wilk poszedł w ślady drugiego, który już ruszył w dal.
Kiedy wilki odeszły, Terra zerknęła na mnie, załamana. Zaczęła truć mi morały, że nie wyskakuje się z takim czymś do obcych,  i że mogła to być obraza dla ich watahy i narodowości, i blah, blah, blah.
− Teraz rozumiesz? − skończyła, po piętnastu minutach gadaniny. Odetchnąłem z ulgą, a ona już otwierała pysk, by coś powiedzieć, ale zakryłem jej go łapą.
− TAK, zrozumiałem. – Uśmiechnąłem się jak najniewinniej, jak potrafiłem, a Terra westchnęła z dezaprobatą.
− Nigdy. Więcej. – powtarzała sobie i poszła gdzieś w krzaki.
− Ej, Terra, gdzie leziesz? Wait for me, woman! − Potruchtałem za nią, a ta zaczęła śmiać się z mojej, jakże zacnej, wymowy. − Miks sa minust naeravad?
− Gościu, ile ty znasz języków? − zapytała pomiędzy śmiechem, spoglądając w moją stronę.
− Dokładnie.. z cztery, może pięć − zwróciłem oczy ku niebu, przypominając sobie każdy możliwy język.
− Nawet nie pytam, jakie to są języki, i nawet nie chcę tego wiedzieć. − Rozszerzyła lekko oczy, idąc dalej.
− Emm... A masz jakiś pomysł, jak wrócić? − zagadnąłem, a Terra westchnęła.
− Zdajmy się na los − Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko.
Drogę kontynuowaliśmy i na szczęście, udało nam się wrócić na trasę, akurat idealnie na polanę. Jednak, niestety, ten dzień nie uśmiechał się nam, gdyż przed nas wyskoczyły młode dziki. Młode dziki, w lesie. Same? Na bank nie. Młode dziki równa się matka, która może ci wyskoczyć przed pysk z ostrymi kłami, znikąd. Młode dziki równa się klapa. Jeronie, dej mie pokoj...

Terro? XD

Od Sierry CD Issue

Szczerze? Ucieszyłam się na widok tego wariata. Momentalnie na moim pysku pojawił się delikatny, ledwie widoczny uśmieszek. Patrzyłam na jego zakłopotane oczy, które świdrowały tam i z powrotem, byle by uniknąć mojego spojrzenia. Wpatrywał się zmieszany w ziemię, kopiąc małe dołki łapą. Wpatrywałam się w niego przez dłuższą chwilę. Nic się nie zmienił od ostatniego spotkania...a, ostatnie spotkanie. Wtedy zrozumiałam, czemu jest taki nerwowy. Przypomniałam sobie scenę z balu, późniejsze spotkanie....ALE TO KUPĘ LAT TEMU..taak. Lekki uśmiech zniknął z mojego pyska, pojawił się na nim grymas zdenerwowania.
- Taaa...tyle czasu - zawołałam zakłopotana, obracając się na wszystkie strony. Sierra, ogarnij się.
Issue pośpiesznie usiadł na ziemi, zakładając jedną łapę na drugą. Obydwoje obserwowaliśmy się w ciszy, co chwilę spuszczając wzrok na ziemię.
- To...jak tam u Ciebie? - zaśmiałam się lekko, maltretując ostatki kępki trawy przede mną.
- Wiesz, super i tak dalej. Właśnie wracam z wędrówki - odparł, lekko się śmiejąc.
- Nie nudzi Ci się czasem? - szybko palnęłam. Co mnie wtedy podkusiło na taki pomysł, na taki głupi tekst. No nie mogę.
Issue zamyślił się, przecierając zmęczony pysk łapą.
- Chodź, no - jednym susem skoczyłam za niego i popchałam go przed siebie po ziemi. Ten patrzył na mnie zadziwiony, normalnie jakby zobaczył ducha. Kurcze, on już chyba zapomniał, jaka czasami jestem.
- Wstawaj i chodź ze mną - mruknęłam zaraz przy jego uchu. Popatrzył na mnie jednym okiem i z rozbawieniem mozolnie wstał. Ruszyłam leniwym krokiem w stronę lasu, z którego prawdopodobnie przed chwilą wrócił. No cóż, pójdzie ze mną jeszcze raz. Szliśmy obok siebie w ciszy. Basior patrzył na mnie podejrzliwie.
- No co ty, przecież nie jestem duchem - parsknęłam, przewracając oczami na widok jego zadziwionego wyrazu pyska. Po paru minutach dotarliśmy na łąkę mieniącą się kolorami żółci i zieleni. Powoli zbliżała się zima, rośliny chowały się przed nadchodzącym mrozem, by przeżyć ten trudny czas.
- Nie stęskniłeś się za mną? - spytałam z ironią, lekko uderzając go w bark. Na jego pysku pojawił się bardzo lekki uśmieszek, dający do zrozumienia, że może trochę jednak. Ciekawiło mnie, co robił przez ten cały czas. Znaczy no, pewnie siedział i majstrował, skręcał, brudził i niszczył, czyli to, co wprost uwielbia robić. Co Issue mógłby robić innego.

Issue? xD

Wadera o niecodziennym charakterze - Annabell!

autor nieznany
Życie to okrutna gra, której nikt nie wygra.

Imię: Annabell
Pseudonim: Ann; Bonbon
Wiek: 8 lat
Płeć: Wadera
Charakter: Tym co wyróżnia Ann, wśród innych wader jest jej dziecinność, której nie zamierza się wstydzić.  Nie widzi w tym nawet większego sensu, po co bowiem udawać kogoś kim się nie jest. 
Jej beztroska, zadziwi pewnie nie jednego. Nie przejmuje się ona ani przeszłością ani przyszłością, nie martwi się też o siebie, przez co często można ją spotkać podczas wykonywania jakiś niebezpiecznych akrobacji na drzewach. Chodź bycie beztroskim postrzegane jest raczej jako wada, Ann to nie przeszkadzać, przynajmniej nie wie co to nerwy i stres.  Wadera uważa, że na wszystko ma czas, przez to też nie lubi gdy ktoś ją pośpiesza, nie widzi jednak żadnych przeciwwskazań by popędzać innych, jest bardzo niecierpliwa. 
Ann jak to dziecko żyję w świecie fantazji, dla niej nie ma słowa niemożliwe. W jej cukierkowym i zawsze pięknym świecie nie ma miejsca na smutek, nie zobaczycie go też na pyszczku wadery. Zawsze się uśmiecha. Chodź ma już 6 lat dla niej nie istnieje coś takiego jak śmierć, uważa że po prostu ktoś usnął i kiedyś się obudzi. Jak przystało na pełnokrwiste dziecko, Ann jest ciekawa świata, wszystko zajmuje jej uwagę od otaczającego ją krajobrazu po malutki świat owadów,  przez to, że chce wiedzieć jak najwięcej, widzieć jak najwięcej, słyszeć i czuć, wszędzie jej pełno, nie potrafi spokojnie usiedzieć w miejscu. Ann jest bardzo pewna siebie, nie przejmuje się cudzym zdaniem ani swoimi porażkami. Nie boi się też  odezwać, gdy coś jej nie pasuje. Z Ann jest wielki uparciuch, nie narzuci się jej swojego zdania tak łatwo, nie ustąpi też szybko w kłótni, będzie trwała przy swoich racjach dopóki argumenty rozmówcy jej nie przekonają. 
Ann jest waderą, która do życia podchodzi z lekką łapą, uważa, że co będzie to będzie, dlatego też nie lubi zobowiązań, przez które zmuszona jest do zbytniego rozmyślania o przyszłości. Jak można się domyślić Annabell często rzuca słowa na wiatr, mówi, że coś zrobi a potem o tym zapomina. 

Jednak za tym na pozór pięknym i niewinnym uśmiechem kryje się dość zepsute wnętrze. Waderę bawi zadawanie innym bólu, nawet jej bliskim, nie przeoczy okazji by zrobić komuś krzywdę.  Uważa bowiem, że skrzywdzenie kogoś zwłaszcza dorosłych jest jedynym wyjście do sprawienia by świat był lepszy. Nie cierpi u innych hipokryzji, wymądrzania się, bycia sztywnym czy obarczania winą są swoje błędy innych, ponieważ są to cechy charakteryzujące dorosłych, osób takich bez jakichś oporów może się pozbyć.  Dla nowo poznanych wilków jest bardzo nie ufna, pod płaszczykiem życzliwości i radości uważnie ocenia tę osoby i gdy coś się jej nie spodoba jest gotowa pozbyć się takiego osobnika. 


Wygląd: Ann to wadera o przeciętnej posturze, nie jest ani za tęga, ani za szczupła, wzrostem, też zbytnio się nie wyróżnia wśród tłumu. Jednak tym, co sprawia, że jest jedyna w swoim rodzaju są jej piękne złote i duże oczy, które podkreślane są przez różowawo zabarwione futro,  imitujące ludzkie cienie do powiek. Większość jej ciała nie jest tak spektakularna. Całość  pokrywa białe, gęste i krótkie futro, jedynie łapy, na których znajdują się czarne skarpetki oraz tego samego ogon i włosy odbijają się na bezbarwnym tle sierści wadery.   Ogon osiąga rozmiar bliski długości tułowia od klatki piersiowej po zad, futro na nim jest długie i jedwabiste.   Duże i zaokrąglone uszy zlewają się z morzem czarnych fal porastającym łeb wadery, by nie nachodziły jej one na oczy zakłada opaskę z drewnianą czaszką, którą sama zrobiła. Kolejnym dodatkiem jaki zdobi ciało Ann to czarne skórzane pasy, które nosi na przednich łapach i brzuchu. Często można spotkać Ann, która zamiast dokądś iść podskakuje  wesolutko niczym szczeniak. Przez większość czasu na jej pyszczku gości uśmiecha, a w jej oczach zawsze znaleźć można radość, jednak przez widma przeszłości zdarza się, że tryskająca z niej radość ustępuje miejsca beznamiętności i bezwzględności, chodzi wtedy przygarbiona i patrzy na wszystkich wrogim spojrzeniem.
Stanowisko: Zielarz
Umiejętności: Intelekt: 6 | Siła: 7 | Zwinność: 10 | Szybkość: 7 | Magia: 6 | Wzrok:5 | Węch: 3| Słuch: 6
Rasa: Wilk Cienia
Żywioły: Cień; Koszmar ; Strach
Moce:
*Formowanie z cienia macek i walczenie nimi lub wykorzystywanie jako dodatkowe kończyny. Maksymalnie umie wytworzyć 3
*Tworzenie kryształów z cienia, które może formować jak jej się spodoba, niestety pod wpływem słońca rozpadają się 
*zamiana w cień i podróżowanie pod tą postacią, nie męczy jej tak jak zwykła podróż 
*Stworzenie skrzydeł z cienia, którymi może latać nawet w dzień, jednak im jaśniej i im intensywniej przygrzewa słońce tym trudniej jest je jej utrzymać 
*Kontrola ludzkich snów i zmienianie je w koszmary
*Gdy dość długo spogląda  danemu wilkowi w oczy może dostrzec tego czego się boi 
*Potrafi przybrać formę największego lęku stojącego przed nią wilka, nie może wykorzystać tej umiejętność na kilku przeciwników chyba, że boją się tego samego 
*Koszmary, strach i cień regenerują jej siły, zaś radość, marzenia czy światło osłabiają ją
Rodzina: Nie zna swoich biologicznych rodziców, nie wie czy ma rodzeństwo. Jednak jej dotychczasowi opiekunowie ułożyli się do wiecznego snu.
Partner: ---
Potomstwo: ---
Historia: Zaraz po urodzeniu została porzucona przez swoich biologicznych rodziców, na szczęście Ann,   zaopiekowała się Alexis i jej partner Sally.  Na tym mogłoby się skończyć, lecz to tak naprawdę początek historii wadery. Opiekunowie Annabell wzięli ją pod swoje skrzydła nie z dobroci serca, lecz z potrzeby zastąpienia utraconej córki. Na początku rodzina wiodła szczęśliwe życie, niestety zaczęło się to zmieniać, gdy Ann coraz bardziej różniła się od zmarłego dziecka. Annabell w porównaniu do niej była socjopatką, jej kompas moralny był rozstrojony , gdy robiła coś złego nie czuła poczucia winny, strachu czy obrzydzenia wynikającego z wykonanego czynu . Jej rodzice chcąc to z niej wyplenić dręczyli ją, bili i upokarzali,  chcąc pokazać waderze, że to co robi sprawia ból innym. Ta metoda jak można się domyśleć nie poskutkowała. Pewnego dnia Ann przez przypadek użyła swojej nowo odkrytej mocy. Widząc, że jej matka leży nieprzytomna na ziemi  poczuła się wreszcie bezpiecznie, wreszcie nikt jej nie bił, ani nie krzywdził. Wadera postąpiła podobnie ze swym ojcem po czym dalej prowadziła normalne życie.... Rozmawiała z trupami rodziców, spała w nich wtulona, próbowała nadrobić lata stracone na bólu i braku miłości. Tą "sielankę" przerwał jednak alfa watahy,  do której należeli rodzice wadery. Ann została przez niego wyrzucona, tak też włóczyła się po świecie nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca, aż natrafiła na watahę  smoczego ostrza, gdzie mogła być sobą. 
Przedmioty: Za broń służą jej skórzane pasy, wykorzystuje je jako szkielet dla swoich cienistych macek.
Właściciel: AnnaBell
Ocena: 0/3

Odchodzi

Żegnamy Nightshade.
Powód: odejście wyjaśnione w opowiadaniu.

Dark-Rubine

21 listopada 2017

Od Issue

Może zacznijmy od początku: Jest pogodny poranek, ptaszki śpiewają, kwitną kwiatki, słoneczko grzeje mnie od góry. Podejrzane miły piranek tej jesieni. Bez deszczu, bez chumur, bez demonòw zagłady przeprowadzających inwazję. Mogłoby się wydawać, że już nic nie zakłóci tego idealnego spokoju. Grubo się myliłem.
Stawiałem patykowate łapy na leśnej dróżce, wypchany po brzegi plecak grzechotał z każdym krokiem, całe ciało bardziej skakało niż chodziło. W skrócie: miałem wyśmienity humorek. Wracałem właśnie do domu po nocnej wędrówce przez las, lekko zmęczony, ale i odprężony. Domeczek już parę kroków stąd, w końcu wciągnę do płuc zapach metalu, umorusam się smarem! Bez smaru czuję się nagi, hehe.
Stanąłem nagle na rozwidleniu polnej środki. Dosłownie zdębiałem, gdy na naprzeciw stanęła Sierra. Nie...spośród wszystkich wilków w tej watasze ja musiałem wpaść akurat na nią?
A ona przypadkiem...nie odeszła? Duch, fatamorgana, czy raczej zawistna wilczyca powróciła by zdzielić mnie za ten cały bal.
W tym momencie spaliłem buraka.
- Issue...? - Mruknęła zaskoczona, podwijając przednią łapę pod tors, jak zgrabna sarenka. Taka trochę czarna sarenka (Może przypalona, kto wie).
- Kopę lat! - Zaśmiałem się nerwowo.
Starałem się zachować twarz, chociaż nogi miały ochotę ponieść mnie na Syberię. No cóż, nogi muszą poczekać.

Sierra? Mówisz masz xd

20 listopada 2017

Od Naxeta cd. Pandory

- Hem... No cóż - moja sprawa nagle wydała mi się strasznie głupia, a ponadto te dziwne cośki strasznie mnie rozpraszały. Zwłaszcza ten siedzący na nosie Pandory. - Pomyślałem, że może... (em...) wpadnę - zakończyłem wypowiedź pięknym uśmiechem.
Patrzyła na mnie bez słowa.
Zła wymówka..? Może. Podobno wadery wyczuwają takie beznadziejne kłamstwa. To by tłumaczyło, dlaczego wyrocznia Delf była samicą.
- To - zrobiłem bezmyślny ruch o mało czegoś nie dotykając i odskoczyłem, nieco zażenowany. Gdyby na mnie nie patrzyła zapewne zacząłbym bić brawo swojej własnej nieporadności - Em... Ja już chyba sobie pójdę.
- Nie.. nie trzeba. Czy mogłabym cię ugościć?
- No... okej - położyłem się we wskazanym przez wilczycę miejscu, uważając na te małe światełka. Chyba postanowiła zamieszkać w tej jaskini, chociaż na razie jamę wypełniała jedynie ona... i jej świetliki.
Pandora położyła się niedaleko, milcząc. Wydawała się zamyślona.
Przeszkadzała mi trochę ta cisza. Czułem się winny, że jej przeszkodziłem, cokolwiek robiła zanim przyszedłem.
- Pandi? - nie zareagowała. - Em... Pandora? - widząc, że tym razem wadera zwróciła na mnie uwagę,  ciągnąłem dalej - Sorry za... no wiesz. Że ci przerwałem.
Westchnęła smutno.
- Nic się nie stało.
Wyglądało na to, że nie zamierza kontynuować rozmowy, więc zmieniłem temat.
- Zamierzasz zostać w watasze?
- A dokąd miałabym się udać?
- Nie wiem. Jest wiele ciekawych miejsc. Kiedyś dużo podróżowałem.
- Naprawdę? Więc jaki jest wasz świat?
- Dużo tu łąk, pól, lasów... tych chyba najwięcej - odważyłem się na uśmiech, ale nie odpowiedziała tym samym, więc zmieniłem ton na poważniejszy - góry, rzeki, jeziora... i przestrzeń, ogromne połacie przestrzeni.. - zapatrzyłem się na las poza jaskinią. Co to były za cudowne czasy... Trudne i składające się z walki o przetrwanie, ale za to swobodne i wesołe. Samotne, tylko moje własne. - Rozgwieżdżone nocne niebo...

< Pandora? :3 >

Odchodzi

Pożegnajmy Lunaye.
Powód: Brak chęci.

Od Chastera cd. Shante

- Nie ma sprawy. Od tego są przyjaciele - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się szeroko. Na twarzy wadery też wykwitł blady uśmiech. Plus dla mnie.

*kilka tygodni póżniej*

- Hej, Shante! Dawno cię nie widziałem! - wrzasnąłem, gdy zidentyfikowałem białofioletową postać gdzieś w oddali. Wadera odwróciła się i zobaczyłem, że to rzeczywiście ona. Usta rozdziawiła w lekkim grymasie zdziwienia, by po chwili się uśmiechnąć.
Zbiegłem do niej tak szybko, jak to było możliwe, i zapytałem z prędkością karabinu maszynowego:
- Co u ciebie? Bo ja nic takiego ciekawego nie robiłem, wałęsałem się tu i tam i widziałem parę ciekawych miejsc, ale nikogo nowego nie poznałem choć ostatnio mówią że przybyło ich całkiem sporo, myślę że to dlatego że długo mnie tu nie było - musiałem odwiedzić jedną taką starą przyjaciółkę - na imię jej Zaria, wiesz? - udało mi się przerwać monolog, głównie ze względu na to, że musiałem zaczerpnąć oddechu.
- Może gdzieś pójdziemy? - zaproponowałem.
- Chętnie - moich uszu dobiegł głos wadery.
- To chodź! To niedaleko, a to całkiem fajne miejsce!

*po paru chwilach*

- Rzeczywiście ładnie tu - przyznała Shante,
Moim oczom rozciągała się panorama z Gór Menegroth. Słońce w południu rzucało niemal idealnie prosty cień, co pomagało podziwiać morze i Zatokę Srebrzystych Mgieł. Dalej na zachód można było zobaczyć miejsce,gdzie trawa ciemniała, a dziki las robił się poskręcany i czarny - Dolinę Mrocznej Struhgi. Tuż pod górami płynęła Valar, mijając Gondolin i kończąc się niezwykle efektywnie Wodospadami Dimrill.
Było pięknie.
- Co to jest? - zauważyłem.
Na półce poniżej widniał duży, zielonkawy i okrągły kamień. Zleciałem tam szybko, Shante podążyła ostrożnie ścieżką w dół.
Kamień był duży, co najmniej mojej wielkości. Miał owalny kształt, nieco grubszy od jednej strony, na której stał. Jego powierzchnia była chropowata. Wokół niego było mnóstwo mniejszych kamieni tej samej barwy.
- Wygląda to na jajo - usłyszałem swój głos.
Spojrzałem na horyzont. Daleko nad morzem majaczyła sylwetka czegoś zielonego i pierzastego.
- Tylko nie rok - jęknąłem. - Mam dosyć tych ptaków.

<Shante? Badum tss>

Od Rainbow

- Srutututuuu - odezwałam się znudzonym głosem. Po wizycie w jaskini napotkany przeze mnie basior czmychnął. Mniejsza o to, teraz miałam całą jaskinię (i całą nudę) dla siebie. Trzeba przyznać, że nie było o co walczyć, ba, bić się, poprawiłam w duchu.
Wstałam z posłania i przespacerowałam się chwilę. Po chwili dotarł do mnie ostry ból.
- Kurczęęę - jęknęłam dosyć głośno - po co targałaś tego jelenia aż do jaskini.. Bydlak ważył z 200 kilo i jeszcze ci mało? - rozprostowałam ponownie kości. Nie zważając na wczorajsze zakwasy, położyłam się na brzuchu i wytrwale zaczęłam robić pompki.
- Jeden.. dwa... trzy.. cztery... - sapałam równolegle do liczby wykonanych pompek. Borze zielony i szumiący, kiedy ja się tak opuściłam? Nie przestawałam jednak robić pompek mimo ostrego bólu w mięśniach.
- Osiemnaście.. dziewiętnaście.. dwadzieścia.. - wysapałam i zwaliłam się z ulgą na jakże chłodną i twardą podłogę. Sapałam bez ustanku, mimo usilnych prób zaprzestania tego.
- Stoi na stacji.. sap.. lokomotywa, ciężka... sap.. ogromna i pot.. sap.. z niej spływa - wyrecytowałam fragment znanego wierszyka, który wydał mi się odpowiedni do sytuacji.
Nadal sapiąc, wstałam z podłogi i poszłam do spiżarni. Ogromne jelenie cielsko leżało tam nadal, pracowicie poćwiartowane na kawałki i obdarte z skóry. Aktualnie w pomieszczeniu było jelenich steków na cały tydzień i jeszcze parę dni. Jeśli się nie popsuje.
Wzięłam sobie mały kawałek na przegryzkę - ot, półtorej kęsa mięska. Żując ten kawałek, wyszłam w poszukiwaniu jakiegoś nieszczęsnego zająca, który mógłby urozmaicić dietę jeleniową. Skierowałam się od razu na Wzgórza Evendim, gdzie, jak wiedziałam, było sporo nor królików. Chwilę potrwało, zanim odnalazłam pierwszą, ale szczęście mi sprzyjało - z nory wychynął ostrożnie mały ruchliwy nos, węsząc coś. Po chwili za nosem wyłoniła się reszta ciała i biedny szarak zaczął się paść niedaleko krzewów, w których czyhałam. Zaczęłam się koncentrować, by móc porazić tego królika prądem, jak zwykle robiłam. Mięso było wtedy podsmażone i chrupiące - moje ulubione.
Koncentracja osiągnęła apogeum i byłam pewna, że gdy tylko otworzę oczy, zastanę królika przysmażonego.
Nie stało się nic.
Zupełnie nic.
Nie było czuć tego "tiku" który zwykle towarzyszył używaniu mojej mocy.
[i] Litości. [/i]
Spróbowałam ponownie, z takim samym skutkiem.
- Bogowie, jeśli mnie słyszycie, wisicie mi moje moce. Z odsetkami - mruknęłam wystarczająco cicho, by zając tego nie usłyszał, i zwyczajnie rzuciłam się na niego.

*po jakimś czasie* 

- Więc moce po prostu zniknęły? Wszystkie? - spytała medyczka, lustrując mnie jak konia wystawionego na sprzedaż.
- Mówiłam to jakieś pół godziny temu! - wybuchnęłam, śmiertelnie znudzona. - Po prostu zrób te swoje pieruńskie czary - mary i oddaj mi moce!
- Nie mogę, jaśnie pani, bo nie wiem, co to jest - równie błyskawiczna riposta nadeszła z strony żółtej wadery. Wstała, niewiele większa ode mnie, i zaczęła się przespacerowywać po gabinecie.
- Może połknęłaś jakieś zielsko, może nawdychałaś się czegoś czy walnęłaś w głowę za mocno i teraz nie masz mocy, ale prawda wygląda, że prawdopodobnie nigdy ci nie wrócą - oznajmiła wadera. Teraz byłam już naprawdę wkurzona.
- O bogowie - jęknęłam teatralnie, przykładając sobie łapę do czoła - moce mi zniknęły, nigdy już nie wrócą, będę panikowaaać! - jęknęłam ponownie jeszcze głośniej i rozpostarłam na wyimaginowanym szezlongu. - A prawda wygląda tak, że jeśli nie wrócą, zrobię wszystko żebyś błagała mnie na kolanach o to, by wróciły - oznajmiłam.
- Czyżby? - Oczy wadery złośliwie błysnęły.
- Tak jest - tym razem to moje oczy błysnęły złośliwością.

<Luma? Obyś się nie obraziła za to opo, nie miałam pomysłu do kogo i co napisać>

Od Nightshade cd. Nerona

- Ja... - przygarbiłam się. - Chętnie pójdę, ale..
Owionęło mnie dziwne uczucie. Moje łapy na moment wydawały się wsiąknąć w ziemię. W głowie nie było nic oprócz uczucia strachu.
Uciekaj. Uciekaj jak najdalej.
Desperacko naprężyłam mięśnie. Przerażone oczy rozglądały się wokoło. Czułam się jak zwierzyna, na którą ktoś bezlitośnie poluje.
Z gąszczu krzaków wypadł ktoś.. czy raczej coś. Czarna zjawa z wściekle czerwonymi oczami skierowała się powoli w moją stronę. Jej ciało, złożone z niby-dymu, nie miało żadnego określonego kształtu, zmieniając się jak w kalejdoskopie.
 Uciekaj, jeżeli nie chcesz, by on to przypłacił życiem. 
Cofnęłam się o krok. Neron patrzył na mnie dziwnie.
- Nightshade? Co się dzieje? - usłyszałam jego zaniepokojony głos. On jej nie widzi, uświadomiłam sobie.
- Uciekaj. Nie zwracaj uwagi na mnie. Po prostu uciekaj - powiedziałam cicho, nie patrząc na niego, ale na zjawę. Dziwne, ale wydawała się znajoma.
Zjawa przysunęła się bliżej, wpadając na Nerona. Ten krzyknął z bólu, gdy czarna masa zafalowała na jego ciele. Po chwili legł nieruchomo.
- Co mu zrobiłaś?! - wrzasnęłam. Byłam teraz nie tylko przerażona, byłam wściekła. Wściekła, że skrzywdziła niewinnego wilka, który nic przecież nie zrobił.
 On jest tylko nieprzytomny. Obudzi się, kiedy mu pozwolę. - Oczy zjawy przybrały drwiący wyraz. Ta przysunęła się do mnie bliżej, tak że stałam z nią twarzą w twarz. Z bliska była wyższa, musiałam zadrzeć głowę, aby móc ją całą widzieć. - Nie słyszałaś, co mówię? Uciekaj.
- Co mu zrobiłaś? - mój głos zabrzmiał dziwnie piskliwie i słabo. - On się nie obudzi, prawda?
- Uśpiłem go. Obudzi się, gdy odejdziesz - a więc zjawa była basiorem. Zresztą, czy zmienia to moją sytuację? - A teraz IDŹ!
Dźwięk odbił się echem od niedalekich gór. Idź, idź, idź, powtarzały głosy.
Uciekaj.
Uciekaj.
Uciekłam.

Od Nerona CD Shante, Elsey

To coś, co siedzi w ciele Shante, jest przeciwko mnie. I to tak delikatnie mówiąc. Mam pewne podejrzenia...jeżeli to jest ta sama bezlitosna istota, którą doskonale znam to, jest źle. Skrzywdziłem Shante, wiem, ale teraz nie mam czasu na poprawę swoich błędów. Jest o wiele gorzej, niż myślałem. Demon lub nieczysta dusza bez żadnych problemów może przejąć strapioną, pustą duszę. To doskonałe lokum dla wygnańców. Idealny moment, by wrócić na ten świat w postaci wilka. Miałem wiele takich przypadków. Egzorcysty to nie są...modlitwy, jak każdy myśli. Egzorcysty to rozmowa z nieczystą postacią zamieszkującą nasze serce. Dlatego chce spróbować porozmawiać z tym czymś. Shante od zawsze trzymała się z duchami. Przez długi czas byli jej jedyną rodziną. Te dusze także nie rozpoznały Shante. Przestraszyły się, jednocześnie odgradzając mnie od niej. Same chyba w końcu zauważyły, że nie jestem niebezpieczny. Przetarłem delikatnie miejsce, w które przed chwilą oberwałem z łapy.
- Możecie iść ze mną? Lepiej znacie ,,to coś,,co siedzi w ciele Shante - szepnąłem cicho, kierując swój wzrok przed siebie. Czułem ich obecność, ich przestraszone myśli wyczuwałem na kilometr. One chciały dla niej jak najlepiej, dlatego stały się moimi wspólnikami. Twierdząco skinęły głowami i delikatnie unosząc się nad ziemią, pofrunęły w stronę jaskini Shante. Zerwałem się do biegu, by za nimi nadążyć. Po chwili znajdowaliśmy się już przed jaskinią.
Zapukałem. Nikt nawet nie odpowiedział. Zapukałem po raz kolejny z nadzieją, że otworzy mi Shante, a nie jej wściekły sobowtór. Po ponownej ciszy sam wszedłem do środka.
- Chce porozmawiać! - krzyknąłem, a echo rozniosło się po całej jaskini. Pod moimi łapami zatrzęsła się ziemia, a ja sam w jednej sekundzie zostałem powalony na ziemię.
- Wynocha! - wrzasnęła, szczerząc kły. Jej śliną obryzgała mój pysk.
- Elsey, myślałaś, że się nie zorientuje? - warknąłem, spychając ją z siebie. Ta popatrzyła na mnie z chytrym uśmiechem. Śmiała się szyderczo, wolnym krokiem okrążając moje ciało.
- Nie zapomniałeś hmm? - syknęła mi do ucha, aż w środku mojej głowy zawirowały nerwy. Przemilczałem to, ostro zaciskając zęby.
- Jednak aż taki głupi nie jesteś - posłała mi oczko, jednocześnie oblizując cały swój pysk. Odrzuciła ciało Shante na ziemie, a sama pokazała mi się jako cień. Tak samo obrzydliwa, jak wtedy, jest zniszczona od środka i do tego została wybrana. Do zabijania i niszczenia, to jedyny powód jej obecności na tym świecie. Wbiłem ze zdenerwowania pazury w ziemię. Jednym skokiem chciałem znaleźć się przy ciele Shante, jednak wylądowałem na ziemi.
- Ani się waż jej dotykać! - wrzasnęła, wydzierając z wnętrza swojego mitycznego ciała niski, ciężki głos.
- ONA JEST MOJA - zmarszczyła cielisty łeb, ukazując swoje ciemne kłaki.
-Popatrz...jak mogłeś ją zostawić kochaniutki? Niby ja kochasz, a pozwoliłeś jej zostać ze mną? Bo co? Bo dziadulek zmarł? Przykre, był równie żałosny, jak ty - zaśmiała się ironicznie, oblizując brudny z ziemi pazur. Miałem ochotę skoczyć na na i zetrzeć jej tę tępą mordę z twarzy. Ale nie mogłem, nie istniała bowiem realnie.
- Została tu sama, a ty, jak dziecko opłakiwałeś jakiegoś starca. I co? Nie czujesz się winny, popatrz na nią. Ona ma cię dosyć, jesteś źródłem jej problemów. To przez Ciebie tutaj leży - syknęła, przechodząc swoim ciałem przez moje.
- Jej problemem jesteś ty! - krzyknąłem, warcząc wściekle na przeciwniczkę. Juz zniszczyła mi życie, drugi raz tego nie zrobi.

Shante?

Od Gryfny cd. Liffifaha

− Ale.. Ale... Ty jesteś moją zbawicielką... − powiedział z lekkim uśmiechem na pysku. Poczułam ciepło na policzkach i zaczęłam nerwowo chichotać.
− Ahahah.. Przecież to nic takiego... Znaczy się, nie mówię, że jesteś nieważny, nie! Jesteś bardzo ważny! Znaczy.. Jak każdy wilk... No, kurczę, wiesz, o co mi chodzi! − pacnęłam się łapą w pysk, a Liff zaczął się śmiać.
− Rozumiem, rozumiem − wyszczerzył ząbki w rozbrajającym, szerokim uśmiechu i strzepnął z oczu biało-zieloną grzywkę.
Uśmiechnęłam się na wieść o tym,że Liffifah nie pomyślał o nie-wiadomo-czym, bo to by mogło źle wpłynąć na naszą, co prawda kilkugodzinną, ale przyjaźń.
− Wiesz, Liff, nie, że coś, ale mam pewną sprawę do załatwienia... Sam rozumiesz − zaśmiałam się lekko. − Zobaczymy się później? − zamerdałam entuzjastycznie ogonem, a Liff pokiwał energicznie głową, na znak, że się zgadza.
− Jasne, czyli widzimy się późnej? − puścił mi oczko, szczerząc ząbki w uśmiechu.
− Tak! − podskoczyłam uśmiechnięta i ze szczęśliwą mordką wybiegłam z jaskini, kierując się na miejskie targi.
Wbiegłam do Centrum i zaczęłam rozglądać się za bazarami z różnego rodzaju roślinnością. Szukałam wzrokiem tego, do którego chciałam się wybrać, ale nie mogłam go znaleźć. Już chciałam się poddać i wracać, kiedy zauważyłam znajomą twarz. Popędziłam w kierunku starszego basiora, który akurat porządkował zioła, a kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się serdecznie.
− Witaj, kochaniutka − poczochrał mnie po głowie. − Co dla ciebie, moja miła?
− Dzień dobry wieczór! − uśmiechnęłam się szeroko, a starzec zaśmiał się. − Ja poproszę Kwiat Frencholis.
− Frencholis? Dziecko, przecież jesteś taka śliczna, czemuż to chcesz zmienić wizerunek? − Basior nie ukrywał zdziwienia, a ja wzięłam głęboki wdech i zaczęłam mówić.
− Kupuję Kwiat Frencholis, ponieważ odnoszę wrażenie, że wyglądam tak samo, jak inne wilki, a ja strasznie nie lubię papugować! Znaczy, ja wiem, że rodzimy się już tacy, no ale prze pana, bez przesady! Wolę się wyróżniać z tłumu, niż być myloną z kimś innym! − powiedziałam wszystko na jednym wdechu i złapałam łapczywie powietrze, odpychając głęboko. − Rozumie mnie pan, prawda? − uśmiechnęłam się jak najbardziej niewinnie, na ile pozwalał mi mój uśmiech.
− O kurczaki... No dobrze, sprzedam ci ten kwiatek.... − staruszek westchnął zrezygnowany i podał mi odpowiednie zioło, a ja dałam mu kwotę siedmiuset Lupusów. − Pamiętaj, zaparz sobie herbatkę i w całości włóż do wrzątku Kwiat.
− Tak, tak, wiem, prze pana. Dziękuję! − ucałowałam sklepikarza w policzek i puściłam się pędem przez las w stronę mojej jaskini, wraz z workiem z Kwiatem Frencholis w środku.
Gdy wpadłam do jaskini, pierwsze, co zrobiłam, to nalałam do misy wrzącej wody z dziury w ziemi, pod którą znajdowały się gejzery ogrzewające całą jaskinię. Odpakowałam z woreczka Kwiat Frencholis i delikatnie zamoczyłam go w misie, patrząc, jak woda zmienia kolor na pudrowy róż. Odczekałam pół godziny, tak, jak pisało na karteczce doczepionej do worka i przysunęłam sobie herbatę pod nos. Nie myśląc za wiele, wypiłam herbatę na raz, dodatkowo połykając mięciutki kwiatek, który swoją drogą smakował jak maliny... Po kilku minutach zrobiłam się nagle śpiąca. Pomyślałam, że to przez wywar, i tak właśnie było. Ziewnęłam przeciągle i ułożyłam pyszczek na łapach, oddając się w objęcia Morfeusza...
~***~
Obudziło mnie... Szturchanie w bok...? Otworzyłam powoli oczy, a przed sobą miałam pysk Liffifaha. Wydałam z siebie krótki pisk i odskoczyłam od białego basiora, o mało co nie wywracając się przy tym.
− Kim jesteś, i co zrobiłaś z Gryfny?! − warknął i przystąpił do pozycji bojowej.
Kiedy chciałam wyjaśnić cokolwiek, Liff rzucił się na mnie, lądując przy tym na okorakiem na moim brzuchu, warcząc.
− Liffifah, głupolu, to ja! − próbowałam zepchnąć z siebie basiora, na marne. − Gryyyyyfnyyy!
Kiedy usłyszał powyższe zdanie, zamarł.
− Gry... Fny..? − przechylił łeb jakby nie dowierzał.
− Zejdź ze mnie! Nie po to ci tyłek ratowałam, żebyś mnie nim teraz zgniótł!
− Tja. To ty − zaśmiał się i zszedł ze mnie. − Ale... Czegoś tu nie rozumiem. Coś ty zrobiła? − zaczął obchodzić mnie z każdej strony.
− Dłuuuga historia, szkoda gadać − machnęłam niedbale łapą, a Liff w dalszym ciągu mnie okrążał, a nawet wąchał. − A co?
− Nie, po prostu... No po co? − przysiadł, chwilowo marszcząc brwi.
− Może kiedy indziej ci powiem, a zresztą, błahy powód, serio − przekręciłam oczami, uśmiechając się. − A co, źle wyglądam?

Liffifah? Co sądzisz o moim wyglądzie? owo

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template