22 lutego 2018

Od Antilii cd Haxemona

Mimo że jest dzień, otrzymałam zadanie, aby obserwować tereny w okolicach rzeki Valar. Ostatnio aktywność smoków wzrosła, co niepokoiło naszą Alfę. Dlatego teraz, zamiast przesypiać nocną zmianę, jestem teraz na nogach. Rano zażyłam specjalny eliksir kupiony od zielarza na tego typu okazje. Dzięki czemu nie odczuwam brak dobowej dawki snu czy zmęczenie po pracowitej nocy. Dziś nie miałam ochoty na lot, więc postawiłam na pieszy zwiad. Ostatnio nadużywałam nieco moją zdolność do lotu, co delikatnie czułam w lotkach. Tylko żeby dziś obyło się bez większych problemów… Martwię się nieco o młodego. Ayoko zaczął delikatnie gorączkować. Na razie zbiłam temperaturę przy pomocy kilku zaklęć, ale obawiam się, że na dłuższą metę to nie wystarczy. Poza tym i tak bym musiała tu przyjść po kilka roślin. Na jedno wychodzi.
Delikatnie stawałam po leśnym runie. Słyszałam odgłos szumu wody, ale wolałam się na razie trzymać w cieniu lasu. To zapewnia mi trzymać się w ukryciu. Czujnie obserwowałam otoczenie, lecz nadal nie mogłam nadziwić się pięknem wiosny. Delikatne listki drzew rosły w oczach, aby dawać cień i schronienie, ale i też by drzewa mogły przeprowadzać procesy życiowe. Zauważyłam kilka niewielkich ptaszków, które nuciły ptasią melodię. Przebiśniegi ustępowały innym kwiatom, dla których nadszedł czas wegetacji. Niestety, poza ptakami, nie widziałam innym zwierząt. Obawiam się, że to wina naszych “gości”… Wybijali zwierzynę i niszczyli ich siedliska. Mam nadzieję, że ta wojna szybko się skończy. Inaczej ta wojna wyniszczy i nas…
Nagle coś zauważyłam.
Natychmiast zwolniłam oddech i przystanęłam. Dostrzegłam nieznajomego wilka, choć miałam wrażenie, że jest jednak znajomy… Jednak mimo wszystko zachowam ostrożność. Nigdy nie wiadomo z kim się ma doczynienia. Z pozoru uroczy, młody wilczek może być płatnym mordercą. Spotkałam kiedyś kilka wilków o mniejszej posturze, w ogóle wyglądały jak szczeniaki. Z wyglądu słodziaki, ale charakter paskudny… Zdecydowałam się, aby odrobinę zbliżyć się do wilka, żeby go ocenić. Ukryłam się w krzaku, na którym rosły owoce uderzająco podobne do zwykłych jagód. Teraz mogłam bardziej przyjrzeć się obcemu wilkowi…
Był to basior w młodym wieku. Sierść delikatnie rzucała się w oczy- ceglano-czerwony kolor włosia wyróżniał się na tle zieleni roślin czy innego leśnego tła. Grzywka z włosami na grzbiecie miały odcień smolistej czerni, podobnie jak brzuch i ogon, a na odcinku kości promieniowej również był czarny odcień. Połowa jego pyska wyróżniała się od reszty- miała jasne, a mianowicie, beżowe zabarwienie. Kolory mimo to łączyły się ze sobą, ale miałam pewnego rodzaju wrażenie, że ten odcień futra nie jest przypadkowy i próbuje mnie ostrzec, abym nie zbliżała się do wilka. Pod gęstą sierścią skrywały się silne mięśnie. Jego łapy były masywne, ale nie zanadto. Klatka piersiowa duża, ale czy pojemna, tego nie jestem pewna. Musiałabym zajrzeć do wnętrza ciała. Możliwe, że przez muskuły jest taka… Nogi również były jak u atletyka. Dobrze umięśnione, grube i zapewne mocne kości. Zgaduję, że jest nie tylko silny, ale też zwinny. Jego mięśnie, ukryte pod futrem, były napięte i gotowe do użycia. To mnie nieco zmartwiło. Istnieje możliwość, że już mnie zauważył, ale przyczaja się oraz udaje, że mnie nie dostrzegł. Postanowiłam wycofać się na ten moment, ale i tak będę go obserwować… Z nim jest chyba coś nie tak… Nie umiem wyjaśnić dlaczego. Dlatego muszę obserwować jego ruchy, aby upewnić się, kim tak naprawdę jest. Odwróciłam się powoli i już miałam znaleźć sobie inną kryjówkę, kiedy gałąź zahaczyła o mój ogon.
Albo to mój ogon zahaczył o gałąź? Efekt był jeden- byłam spalona. Basior natychmiast odwrócił głowę w moją stronę. Gdy zobaczyłam jego oczy, wytrzymałam oddech. Miał oczy podobne do Toxikity, jednak z tą różnicą, że jej źrenice są białe.
A jego czerwone jak rozżarzony węgiel.
Teraz na pewno mnie zauważył.
Rozszerzyłam nieco łapy, gotowa do skoku czy uniku. Ten… jednak nic nie robił. Patrzył tylko w jeden punkt, szukając obcego wilka, czyli mnie, jednak nic nie mógł dostrzec. Po chwili wrócił do patrzenia w przepływającą wodę, ale odniosłam wrażenie, że teraz czeka na mój błąd. Wie, że tu jestem, ale nie wie, gdzie się ukrywam.
Spryciarz. Basior jest silny, ale chętnie się z nim zmierzę. Inteligencja rzadko idzie w parze z siłą, mimo to myślę, że to jest jeden z wyjątków. Jego zachowanie zdradza jego myśli. Pod pozorem spokoju, czujnie obserwował otoczenie, dopóki ja nie zdradzę swojej pozycji. A co jeśli… wezmę go z zaskoczenia? Pomysł bardzo ryzykowny, jestem sama, a do Centrum daleko droga. Nie wiem, czy wilk jest z nami, czy przeciw nam i nie mam jak sprowadzić innych w razie czego. Nie znam go ani jego mocy. Może być silniejszy, niż się wydaje, ale i tak zaryzykuje.
W razie czego umrę w walce. Śmierć godna każdego uczciwego wilka. A przynajmniej tak myślę…
Po cichu obeszłam go dookoła. Zdecydowałam się wziąć go od jego prawej strony. Nie wiem, dlaczego tak wybrałam… Znalazłam dobrze miejsce. Przez krótki moment przyglądałam się wilkowi. Zauważyłam, że ma mieszane uczucia. Myśli, że coś mu się przywidziało. Oby tak dalej… Dzięki temu nie zauważy mnie za wcześnie. Muszę się upewnić, kto to jest; jeśli jest jednym z nas, zostawię go w spokoju, a jak nie- osobiście dopilnuje, aby wąchał kwiatki od spodu. Samiec bił się z myślami. To był odpowiedni moment. Teraz!
Wyskoczyłam z kryjówki. Szybko pokonałam dzielący nas dystans. Basior w ostatniej chwili mnie dostrzegł i zrobił unik. Ja w tym czasie ponownie ukryłam się w cieniu. Wilk widział tylko zarys mojej sylwetki, ale jest teraz pewny, że ktoś tu jest. Zauważyłam, jak napina mięśnie, gotowy do kolejnego ataku z mojej strony. Ja natomiast krążyłam cicho, ukrywając się w cieniu. Czekałam na jego ruch. Ten jednak nic nie robił. Cierpliwie czekał. Więc i ja zaczekam. Nagle coś zauważyłam. Zamknął oczy i zaczął węszyć. Czyli jego mocną stroną jest węch. Cóż, muszę się spieszyć; za chwilę może mnie namierzyć, a wtedy zabawa się skończy. Muszę coś wymyślić… Przydałaby się teraz jakaś tarcza czy coś… Właśnie! Bańka Hermetyczna… Zaklęcie przydatne przy poważniejszych ramach czy bardzo zaraźliwych chorobach. Szczelnie zamyka ona osobnika i izoluje od świata zewnętrznego. Powietrze podlega ciągłej wymianie, ale wszystko inne zostaje w wewnątrz czy na zewnątrz bańki. Skupiłam się i wyobraziłam sobie przezroczystą powłokę otaczającą moją postać. Po kilku chwilach zauważyłam delikatnie białą poświatę. Teraz czas się gdzieś ukryć. Za sobą usłyszałam kroki. I to już. Szybko wzniosłam się w powietrze. Miałam szczęście, bo był doskonały prąd powietrzny, dzięki czemu nie musiałam praktycznie używać skrzydeł. Spojrzałam w dół. Wilk próbował znaleźć mój zapach, ale jego wysiłki były daremne. Pewnie głowił się teraz jak to możliwe. Miałam ochotę zachichotać, ale powstrzymałam swój entuzjazm. Musiałam być ostrożna. Dobra, wystarczy tej zabawy… Pora na walkę twarzą w twarz. A raczej pysk w pysk…
Delikatnie zamachnęłam skrzydłami i zaczęłam powoli opadać, a potem wylądowałam tuż przy brzegu rzeki. Złożyłam skrzydła i cierpliwie czekałam. Byłam na widoku i zdjęłam bańkę. Cóż, mam nadzieję, że będę miała do czynienia z gentlemanem...

Haxemon? A może Malmazo? Z kim się spotkam? >:3

Harbinger cd. Ingreed

Koniec? Tak po prostu. Leżała ciepła, ale martwa. Pokrzywdzona przez los. Przez ten cały czas oszukiwałem się, liczyłem, że mimo wszystko, to się nie stanie. Do ostatnich chwil. Do ostatniego oddechu. Słyszałem kroki. To instynkt. Trzy małe wilki ustawiły się w rządku przed ciałem matki. Tak
po prostu.
- Umarła?
Hesher. Tak, taka była kolej rzeczy.
- Umarła.
Inveth.
- Co dalej?
Dobre pytanie. Inveth oraz Hesher pusto wpatrywali się w ciało wadery. Tylko Seele. Po prostu płakał. Zatoczył się i wpadł na mnie. Przestraszony odskoczył. Potknął się o Ingreed, wpadając w wielką plamę krwi. Co mam robić?
- Hej! Uspokój się.
Nic nie dało. To był po prostu koszmar. Najgorszy scenariusz. Nie wytrzymam dłużej.
- Proszę was, przestańcie się bać!
Podszedłem do Seele i chwyciłem go za kark. Mocno zacisnąłem szczęki. To była ich wina. Wszystkich, ale moja też... Poluzowałem chwyt i ustawiłem go obok rodzeństwa. Jestem pewien, że będzie miał po tym ranę. Usiadłem przed nimi, ale zaraz potem padłem obok Ingreed i mocno zaciągnąłem się zapachem jej krwi. Młode zrozumiały, że ja też mam uczucia. Delikatnie położyły się za plecami wadery. Zasnęły.
***
Pierwszą osobą, która dowiedziała się o śmierci była Kesame. Dziwne, ale przyszła do nas z samego rana. Radosna, z uśmiechem wkroczyła do jaskini, ale osoba, którą odwiedzała była już martwa. Szczenięta były w oddziale VIII. Szybko pogodziły się ze stratą matki. Ewentualnie po prostu trwały w tym, że to tylko sen. Bez komentarza ominąłem Ay, gdy ta weszła prosto w pozostałości tego, co wypłynęło z mojej żony. Odwróciła łeb. Miała łzy w oczach.
- Nie. Harbingerze powiedz, że to nie prawda.
- Owszem. Wybacz, muszę iść.
Zostawiłem ją.
***
Byłem cały we krwi. Po prostu musiałem się na czymś wyżyć. Rozwaliłem kolejne smocze jajo, dusząc przy tym młodego kameleona. Byłem na zboczu góry. Mogłem stąd dostrzec okoliczną polanę, na której akurat pojawił się średniej wielkości, szary wilk. Biegł w moją stronę. Lekko zdyszany wyrzucał łapy z całej siły, nabierając prędkości. Kesame. Nagle zrobiła zwrot o trzysta sześćdziesiąt stopni i wyrzuciła setki drobnych, ostrych kryształów w kolorowego smoka. Nie uważam, że nie dałaby sobie rady, ale postanowiłem jej pomóc. Stojąc z nią oko w oko, całkowicie zapomniałem o smoku. Samica posłała mi tak wredne spojrzenie, że chciałem ją zostawić. Blokował mnie tylko własny honor. Była ranna i to dość poważnie. Najbliższa baza znajdowała się pół dnia stąd. Pozostały tylko podziemne korytarze. Jeden z nich był właśnie tu. Bez ostrzeżenia pchnąłem ją tak, że wpadła do wąskiej nory.
***
- Jesteś tchórzem Harbingerze! Tylko na to cię stać?! GDZIE ONA JEST? GDZIE JEST JEJ CIAŁO?!
Zamachnęła się, ale zrobiłem szybki unik, blokując przy tym cios.
- Uderz, a pożałujesz, Kesame.
- Ośmielasz się mi grozić?!
Kłapnęła zębami tuż przy moim pysku.
- Tylko ostrzegam. Czego chcesz? Po co tu przylazłaś?
Wypuściłem ją, a ta odskoczyła ode mnie jak szalona.
- Przeczytałam list. Jak mogłeś? Kim tak naprawdę jesteś?!

Kesame, moja mała modliszko? Nie rozumiem do końca tego co czuje Harbinger.

Odchodzi

Powód: śmierć (choroba).

dNiseb

Od Ingreed cd. Harbingera

Nazywam się Ingreed. Urodziłam się w Watasze Smoczego Ostrza i tu też się wychowałam. Mam piątkę rodzeństwa, męża i trójkę szczeniąt. Żyję od 13 lat i w wieku 13 lat umrę. 

Wpatrywałam się w swoje odbicie. Jestem nieśmiertelna, a umrę teraz. Obiecałam Harbingerowi wieczność i go zawiodłam. 
Po przeczytaniu listu czułam się dziwnie pusta, więc przez chwilę po prostu stałam w bezruchu i oddychałam. To takie dziwne uczucie - oddychać. Na co dzień tego nie zauważamy, a teraz stałam i skupiałam się tylko na tym; zatracałam się w wypełnianiu swoich płuc powietrzem. 
Uśmiechnęłam się, choć z oczu kapały mi łzy. Z chęcią dam mu w pysk. 

- Nie chcę tak umierać.
Rzuciłam się na niego, woda pochłonęła naszą dwójkę i naciskała na nas. Przez chwilę zatraciliśmy się w sobie i w tej zimnej wodzie. Kiedy wynurzyliśmy się, znów mogłam oddychać i to napełniło mnie jakimś niezrozumiałym szczęściem. 
Wyszłam na brzeg i otrzepałam się z kropelek, które przylegały do mojego futra. Zakręciło mi się w głowie i zatoczyłam się, jednak znalazłam oparcie w Harbingerze. Odsunęłam się i wpatrywałam w jego zielone oczy, po czym wzięłam lekki zamach i uderzyłam go. Mógł tego uniknąć, ale po prostu stał i oddychał. 
Spojrzał na mnie z góry i chyba się uśmiechnął. 

To takie dziwne uczucie - umierać. Myślałam, że się podniosłam, że dam radę. W ciemności zapaliło się nikłe światełko, malutki płomyczek, który dawał jakąkolwiek nadzieję. Z czasem jednak coraz bardziej opadałam na dno i wiedziałam, że nie będę w stanie odbić się drugi raz. Teraz przynajmniej uśmiechałam się szczerze. Żałowałam tylko, że nie jestem w stanie poznać swoich szczeniąt. Żałowałam, że nie będę widzieć, jak dorastają.
Żałuję, że nie potrafię się pożegnać. 
Harbinger coś we mnie zmienił. Zawsze coś we mnie zmieniał. Wszystko, co robił, miało na mnie wpływ. Już nie leżałam w szpitalu i nie patrzyłam tępo w sufit, tylko spacerowałam. Pochłaniałam całą sobą kwiaty, niebo, chmury, ziemię. Bardziej doceniłam wszystko, nawet wojnę. Nie musiałam brać w tym udziału, byłam zwolniona. Kesame rozumiała i po prostu dała mi cieszyć się oddychaniem. Kesame w ogóle rozumiała dużo. Harbinger na pewno jej powiedział. 
Kochałam swoje szczeniaki, ale nie potrafiłam spoglądać w ich nieświadome oczy. Nie potrafiłam też odwracać wzroku. Obserwowałam je, kiedy spały, zwinięte w kłębek. Wtedy było łatwiej, bo nie zadawały pytań. 
Harbinger powoli się z tym godził. Spacerował obok mnie i oddychał. 

To takie dziwne uczucie - żyć. Zdałam sobie z tego sprawę kiedy wybudziłam się ze snu i po prostu wiedziałam, że to za chwilę. Mogłabym coś z tym zrobić, ale po prostu oddychałam. Tak, jak przez cały ten czas. Napawałam się tym, bo wiedziałam, że każdy oddech może być tym ostatnim. 
- Witaj, Harbingerze - wyszeptałam. 
Usiadł obok mnie, na ziemi, uniósł łeb i tak jak ja wpatrywał się w gwiazdy. 
- Boli cię?
- Tak. 
Przymknęłam oczy i pogrążyłam się w ciemności. Oparłam łeb o niego i tak siedziałam. Coraz ciężej mi się oddychało. Szkoda. 
- Harbi... - wdech. - To - wydech - pożegnanie. 
Wtuliłam się w jego futro. Bolało, bardzo bolało. Zamykały mi się oczy i nie byłam w stanie unieść wzroku na gwiazdy. 
Wdech.
Basior nic nie mówił. Nie wiedziałam dlaczego, ale rozumiałam. 
Wydech. 
Zatrzęsłam się i skuliłam, bo było mi teraz zimno. 
Wdech.
Objął mnie, nie zważając na to, że z kącików ust zaczęła wypływać mi krew i zapewne całego go pobrudzę. 
Wydech.
Zamknęłam oczy. Koniec. 
Wdech.

Każdy jest przekonany, że jego śmierć będzie końcem świata. Nie wierzy, że będzie to koniec tylko i wyłącznie jego świata.

Harbingerze?

Harbinger cd. Ingreed

Zachciało jej się kwiatów. Szedłem przez lekko ośnieżony las. Zawsze wpadnie na jakiś głupi pomysł. Wszystkie kwiaty były albo białe, albo ich nie było. Nie chcę przebiśniegów. Nogi automatycznie skierowały mnie na cmentarz. Niespodzianka? Pod starym murkiem rosła krwistoczerwona róża. Jestem pewien, że była magiczna, ale mało mnie obchodziła klątwa, która opęta tego, kto ją zerwie. Sięgnąłem po kwiat. Nic się nie stało. Może to i lepiej.
***
Nie zastałem jej. Może to i lepiej.
Zostawiłem kwiat i list.
***

Ingreed
nie napiszę nic z wyjątkiem tego, że mnie zawiodłaś. Przepłakałaś prawie całe życie w tym często z mojej winy. Zrób mi przysługę i złam mi nos! Zawsze mnie intrygowałaś. Byłaś najsłabsza, nigdy nie chciałaś czegoś więcej. Może... Chciałaś tylko mnie? Teraz o tym zapominasz? Wiesz, że jest coś, co Cię uleczy? To paskudne z Twojej strony. Wydaje mi się, że myślisz tylko o sobie. Co ze szczeniętami? Zrób mi przysługę i każ mi się wynosić! Nie chcę być częścią tego. Codziennie widzę nasze oczy, czerwone od płaczu. Ja też płaczę, wiesz? Kiedy mnie widzisz, wiem, że udajesz. Za każdym razem nakładasz maskę. Kiedyś byłaś szczęśliwa. Co się stało? Masz wszystko, czego chciałaś. To ja z każdym dniem tracę całe życie, kawałek po kawałku. Nic z tym nie robię, bo próbuję uratować Twoje. Mam już dość wszystkiego. Pamiętasz te obietnice? Na zawsze razem, w nieśmiertelności. Chyba oszalałem. To dzieje się tylko w mojej głowie? Dzień zlewa się z nocą. Pamiętam, gdy Cię poznałem. Nie szczenię, ale prawdziwą, dorosłą, czarującą waderę. Śmiem stwierdzić, że w naszej parze, to Ty byłaś ofiarą. Może gdybym za Tobą nie gonił przez osiem lat, wszystko byłoby inaczej? Stałaś się moim uzależnieniem. Wielokrotnie uciekałem, lecz z marnym skutkiem. Zrób mi przysługę i nie zadawaj pytań! Wlokłem się z powrotem do Ciebie. Teraz wiem, że jesteś jak trucizna. Okropne określenie. Miałem nadzieję, że zostaniesz. I co będzie, kiedy już znikniesz? Wydaje mi się, że jestem zbyt zajęty byciem Twoim, aby zakochać się w kimś nowym. To ja powinienem być martwy. Powiem Ci jednak coś, o czym nie wiesz. Poproś, jeśli potrzebujesz pomocy. Byłem na każde Twoje zawołanie. Jestem. W tej chwili być może "odpierdol się" mogłoby być zbyt miłe. Jestem świadomy, jak bardzo skrzywdzę Cię, kiedy przeczytasz ten list. Musisz. Jesteś jak modliszka, urwałaś mi głowę. To nie był wypadek. Po tym wszystkim, co zrobiłem i napisałem, chcesz mnie? Wlokącego się z powrotem do Ciebie? Jeśli tak musisz się obudzić. Wstań, zrób coś wspaniałego. Zakończ to jebane życie z klasą.

Harbinger

***
Czułem, jak wbijała we mnie szpile. Przeczytała list. Postanowiłem ją po prostu zostawić. Sama zdecyduje, co się stanie. Kiedy ujrzałem ją dwa dni później w tafli jeziora, nie mogłem uwierzyć. Miała na sobie tiarę, którą podarowałem jej na zaręczyny. Futro miała śnieżnobiałe.
- Nie chcę tak umierać.
Rzuciła się na mnie. Wpadliśmy na krę, która pękła pod naszym ciężarem. Jezioro nas pochłonęło. Lód przenikał do naszej krwi i kości. Ingreed chciała żyć. Teraz to wiedziałem.

Ingreed?

Od Sinustrii cd. Vici

Mimo woli miałam ochotę roześmiać się na widok miny Viciego, który był wyraźnie zakłopotany. Lustrowałam go z wyraźnym zaciekawieniem, czekając, aż mu się uda.
- Udało się? - zapytałam po chwili optymistycznie. Pokiwał głową. Ruszyliśmy dalej, w poszukiwaniu zwierzyny. Nagląca, natrętna cisza pomiędzy nami wciąż się przedłużała. Miałam ochotę ofuknąć siebie samą, mimo iż nic nie zrobiłam.
Ciszę przerwał w końcu Vici. Wychylił się do przodu, i stwierdził:
- Tam w lewo są jelenie. Całe stado, kilkanaście sztuk. - Zdziwiło mnie to lekko, gdyż spodziewałam się co najwyżej kilku sztuk. Po chwili otrząsnęłam się z zamyślenia - jest żarcie? Jest. To po kiego licha mam drążyć temat?
Skierowałam się w lewo. Rzeczywiście, było tam stadko jeleni, najwyraźniej dość młodych i wychudzonych.
- No to chodźmy - stwierdziłam radośnie, uprzednio kierując się pod wiatr - zwierzaki nie miały szansy nas wywąchać przed atakiem. Najbardziej apetycznie wyglądał największy, prawdopodobnie przywódca, lepiej zbudowany niż większość innych. - Biorę największego - mruknęłam znacznie ciszej, bo już się zbliżaliśmy.
Gdy tylko wychyliliśmy się zza krzaków, stado nas zauważyło, rzucając się do panicznej ucieczki. Zwiększyłam prędkość, biegnąc. Czas płynął jakby w zwolnionym tempie. Samiec rozpaczliwie próbował przyspieszyć. Mięśnie poruszały się w harmonijnym tempie. Napięcie mięśni, krótki skok, szybki bieg. Napięcie, skok, bieg. Zrobiło mi się niemal.. żal? zwierzęcia, które było doskonałe w każdym calu. Zaczęłam przekierowywać energię do poduszek łap. Elektryczność narastała z coraz większą siłą, osiągając napięcie zdolne zabić żywe stworzenie. W krótką chwilę dopadłam jelenia. Zaskwierczało. Samiec jeszcze przez chwilę dłubał kopytem w ziemi, jakby nie wiedział, że powinien zginąć, a potem zwalił się na ziemię z chrzęstem.
Oderwałam myśli od jelenia. Minęło niecałe kilka minut, a stado rozpierzchło się wokół. Rzuciłam się w pogoń za pozostałymi osobnikami.

*po polowaniu, czyli jakąś godzinę czy dwie póżniej*

- Tylko trzy sztuki - oznajmiłam smętnie, dowalając do kupy jeleni kolejne ciało.
- Tylko? Ja upolowałem jedynie jednego, a i tak to dobry wynik. Jak to robisz?
- To nic. Tylko moje super-hiper-robotyczne supermoce - stęknęłam, bardziej z poczucia przekory niż zmęczenia, próbując upchnąć na grzbiet cielska. W końcu dałam za wygraną.
- Gdzie ja niby mam to zmieścić? Mogę powlec jedno po ziemi, drugie na grzbiecie, ale za Chiny nie zmieszczę trzeciego.. Chyba potrzebuję nosić ze sobą sanie.
- Ja mogę to wziąć - zaproponował Vici. Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
- Życie mi ratujesz.
- Oj tam.. To nic takiego - zaśmiał się.
Droga powrotna minęła w milczeniu. Głównie dlatego, że wlokąc sarnę w pysku, a drugą przewieszoną przez grzbiet, nie można oczekiwać długiej rozmowy.


Vici? Zdecydowanie mi nie wyszło, ale i tak jestem dumna, że w ogóle udało mi się to skończyć c:

21 lutego 2018

Od Ingreed cd. Harbingera

Wpatrywałam się tępo w sufit. Moje drętwe ciało nie za bardzo chciało mnie słuchać, ale dawałam z siebie wszystko. Kaszlałam krwią, kręciło mi się w głowie i chyba powoli traciłam wzrok, ale badania wskazywały na to, że zdrowieję. Może to tylko moje urojenie? Może wszystko jest w porządku, a ja popadam w obłęd?
A może zwyczajnie umieram?
Mój świat powoli się walił. Ktoś wyciągnął jedną cegiełkę, a teraz cały mur, który mnie podtrzymywał, burzy się, pozostawiając po sobie tylko kurz, który zapycha mi płuca i utrudnia oddychanie. Niknęłam powoli w swojej ciemności, światło, które gdzieś tam zawsze świeciło, teraz powoli gasło.
Fizycznie jesteś sprawna - usłyszałam kiedyś od medyka. Czy to znaczy, że powoli wariuję?
Wzięłam głęboki wdech i wyprostowałam się odruchowo. Kroki. Harbinger wszedł do pomieszczenia i spojrzał na mnie. Już się uśmiechałam, już udawałam, że wszystko jest w porządku.
- Jak się czujesz?
- Dobrze.
W jego oczach czaił się smutek, ale on też starał się to ukryć.
- Boli cię coś?
- Nie.
Tak umrę? Udając, że wszystko jest w porządku?
- Wzięłaś lekarstwa?
- Tak.
Tym razem byłam szczera. Wzięłam, może nawet za dużo o jedną garść, może nawet nie te, które powinnam. Już ich nie rozróżniałam, kolory zlewały się w jedno, kiedy patrzyłam na sterty barwnych tabletek.
- Ingreed - głos mu drżał - kocham cię.
Przymknęłam oczy.
Nie rób tego, proszę. Nie każ mi się żegnać.
- Wyciągnę cię z tego - zacisnął zęby.
Cierpiał, pewnie bardziej niż ja. Też popadał w obłęd, kiedy jego druga połówka najpierw pękła, a potem rozkruszała się na jego oczach. Oddychał nierówno, kiwał się na boki, kiedy podchodził. Nie chciałam tego. Nie chciałam żyć, nie chciałam umierać, nie chciałam tkwić tak, jak teraz, na pograniczu. Po prostu nie miałam sił walczyć, ale śmierć wydawała się jeszcze gorsza.
Z dnia na dzień coraz bardziej się jednak do niej przekonywałam. Już nie była taka zła jak kiedyś. Po czasie stała się czymś przyjemnym, jakimś ukojeniem.
Najgorsze jest to, że cierpią inni. Staczam się na dno i ciągnę za sobą Harbingera. Wszystko przez ciążę, przez szczeniaki, przez wojnę, przez świat. To nie moja wina. A może jednak?
Otworzyłam oczy. Wciąż się uśmiechałam. Chwyciłam Harbingera za łapę i wtuliłam pysk w futro na jego szyi. Kiedy odsunął się, zauważyłam, że ubrudziłam go krwią.
- Przyniesiesz mi kwiaty? - zapytałam.
Zgodził się bez zawahania. Nie wiedział po co, ale chciał to zrobić, żeby było mi lżej. A może po prostu chciał stąd wyjść.
Kiedy zostałam sama, łzy pociekły po moich policzkach. Dobrze, że się zgodził, dłużej bym nie wytrzymała. Popłakałam się jak szczeniak, któremu zabrano zabawkę.
Tyle, że mi zabrano szczęście, a ja nie potrafiłam go odzyskać, bo nie wiedziałam, dlaczego tak nagle zostałam go pozbawiona.

Harbingerze?

Jest smutno, bo In umiera. Jest trochę chaotycznie, bo sama nie potrafi się zrozumieć. Depresja ciągnie ją na dno, a ona ma słabą psychikę i nie umie jej zwalczyć. 
Poniżej piosenka, której słuchałam przy pisaniu. Nieważne z czego, po prostu tekst idealnie opisuje to, co stało się z Ingreed. <tłumaczenie tekstu>


Od Haxemona

|Perspektywa: Haxemon|
Ciemno...
Ciemniej...
Jeszcze ciemniej...
Te słowa krążyły mi w głowie całymi nocami, mogłem jedynie czekać aż w końcu znikną. To one zawsze trzymały mnie na uwięzi i nie pozwalały mi iść do przodu – w stronę światła. Musiałem... musiałem być z nim. Z tą bestią, która nie pozwalała mi w końcu odpuścić sobie moje wszelakie grzechy. Z nim....
~*~
|Perspektywa: Malmazo|
Znowu wygrałem walkę o ciało, ten wilk jest taki słaby... jak mój pan mógł przekazać mnie komuś takiemu. Szedłem powoli przez las nie zważając na kamyki wystające z ziemi, gdyż i tak każdy omijałem sprytnie i zwinnie. Po chwili dotarłem do jakiegoś lasku, był dość interesujący. Wiosna dodawała całego uroku. Poderptałem jeszcze dalej, gdy zauważyłem jakąś rzeczkę. Prawdopodobnie to była ta rzeka Valar. Podszedłem do samej krawędzi wody, a następnie spojrzałem w prawo, gdzie zobaczyłem, jak i usłyszałem szumiący, wielki wodospad. Był bardzo uspokajający. Schyliłem łeb nad wodą, a następnie wziąłem kilka łyków wody. Niestety, ale po chwili usłyszałem szelest liści. Przestałem pić wodę i podniosłem powoli głowę do góry. Rozejrzałem się w prawo, w lewo, a na koniec za siebie, jednak nic nie zauważyłem. Postanowiłem, aby na razie nie uzupełniać całego organizmu Haxemon’a.
Usiadłem w miejscu, jednak dalej nie było żadnych znaków jakiegokolwiek życia, ale... ja zawsze upieram się na swoim i wiem, ja po prostu to WIEM, że coś się poruszyło w krzakach. Nie myliłem się, po chwili kiedy zacząłem zastanawiać się czy na pewno nie przesłyszało mi się z mojej prawej strony wyskoczył wilk. Szybkim ruchem odwróciłem łapę i odskoczyłem. Miałem zostać zwykłą ofiarą? Ja, nigdy! Haxemon by się jedynie nadawał, ale Wielki Malmazo się nie da jakiemuś tam przegrywowi. Spojrzałem na upierdliwca, który śmiał mnie zaatakować, jednak ten dalej chował się w cieniu.

Ktuś?

Od Inveth

Czaszka zająca poturlała się po podłodze z łoskotem. Seele skierował na mnie swoje jedno oko i wwiercał we mnie spojrzenie.
- Co się gapisz? - mruknęłam, podchodząc do czaszki. Położyłam na niej łapę i lekko nacisnęłam, lecz nic się nie stało.
Braciszek nie odpowiedział. Odwrócił wzrok w kierunku rodziców, którzy właśnie wchodzili do jaskini. Mama opierała się o tatę, a przy kąciku jej ust widniał ślad częściowo startej już krwi. Jej spojrzenie było lekko nieobecne, jakby nie patrzyła konkretnie na nas, ale na cały pokój.
Nikt nam tego otwarcie nie powiedział, ale ja wiedziałam. Mama umiera.
Podbiegłam do nich z uśmiechem, a wokół moich łap zatańczyły malutkie iskierki. Spojrzała na mnie surowo, lecz nie groźnie.
- Nie baw się ogniem w środku. To niebezpieczne.
Nie zwróciłam na te słowa uwagi. Wepchnęłam głowę pomiędzy nich i wtuliłam się w futra.
- Gdzie byliście? - podskoczyłam, przez co mama zachwiała się. Szybko przeprosiłam i ponowiłam pytanie.
- W bibliotece - odpowiedziała. Kłamała. Zapewne byli w szpitalu. - Och, Innie, nie mów, że znowu znalazłaś jakiś szkielet...
- Nie był duży, więc wzięłam czaszkę - wydęłam policzki.
- Wszystko w porządku? Działo się coś ciekawego? - zielone oczy omiotły pokój. Zatrzymały się na chwilę na moim bracie, potem znów skierowały się na mnie. - Gdzie Hesher?
- Śpi w pokoju - wzdrygnęłam się, kiedy Seele wreszcie się odezwał. Już prawie zapomniałam, że umie mówić. - Poza tym ciocia Kesame cię szukała, mamo.
Podziękowała i stwierdziła, że pójdzie zapytać się o co chodzi. Chciałam iść z nią, ale mama zabroniła mi, mówiąc, że to "sprawy dorosłych". Też mi wymówka.
- Jak zwykle... - mruknęłam pod nosem, na co tata uniósł brew. Uśmiechnęłam się niewinnie i doskoczyłam do czaszki, żeby trochę się nią pobawić.
Kiedy mama wyszła, ja uczepiłam się łapy taty i nie puściłam nawet, jak zwrócił mi o to uwagę.
- Inveth - westchnął, odpychając mnie lekko - muszę iść.
- Tato... - przekrzywiłam lekko łeb - kiedy mama umrze?
Przez chwilę stał w kompletnej ciszy, przez co dokładnie słyszałam jego bicie serca i oddech. Widziałam jak w jego oczach na moment zagościł smutek, potem przerodził się w gniew, by na końcu znów zniknąć i pozostawić jedynie pustą zieleń. Puściłam i wtedy bez słowa wyszedł, pozostawiając mnie bez odpowiedzi.
Seele westchnął wymownie, a ja rzuciłam w niego zajęczą czaszką. Uchylił się, czaszka roztrzaskała się o ścianę.

Od zawsze lubiłam bawić się ogniem. Od zawsze, czyli od momentu, kiedy pierwszy raz miałam z nim do czynienia. Teraz płomienie szalały wokół mnie, tworząc przeróżne kształty. Śmiałam się, kiedy ogień pożerał kolejne gałęzie spróchniałego drzewa.
- Nie powinnaś podpalać drzew - usłyszałam. Odwróciłam się i ujrzałam szaro-fioletowego basiora o uśmiechniętych, lawendowych oczach.
W podskokach podbiegłam do niego i skoczyłam na jego grzbiet, aby mieć później jak najłatwiejszy dostęp do jego grzywki.
- Cześć, wujku!
- Wiesz, że powinnaś być teraz z oddziałem VIII? Wszyscy cię szukają.
Mówił to spokojnie, a w jego głosie nie było żadnych pretensji. Zatopiłam nos w jego futrze i jęknęłam, przypominając sobie o poleceniach alfy, cioci Kesame.
- Mogłabym dzisiaj pobyć z tobą?

Nicolay? ♥
Miało być już daaawno, ale jakoś tak wyszło :D

Od Ingreed cd. Rainbow Fire

Podbiegła do mnie. Jej futro było zmierzwione, a wzrok nerwowo mierzył otoczenie.
- Musimy się ukryć - poleciłam, w międzyczasie rozglądając się za względnie bezpieczną kryjówką.
- Zapewne i tak nas znajdzie.
- Trudno - spojrzałam na nią - nie mamy innego wyjścia. Nie możemy walczyć, jeśli nic o nim nie wiemy.
Skinęła łbem. Jeszcze raz spojrzałyśmy w górę, na niebo, a potem zniknęłyśmy w niewielkiej jaskini. Wiatr, który poderwał się zaraz po naszym ukryciu, nie był naturalny. Coś wielkiego znajdowało się na zewnątrz.
Morskie oczy wadery skierowane były w kierunku wyjścia. Milczała, ja również. Nie chciałyśmy, aby smok nas znalazł, więc starałyśmy się wyciszyć nawet oddech. Cofnęłam się parę kroków, jednak jaskinia nie była na tyle duża, aby w całości ukryć się w mroku.
- Musimy coś zrobić - szepnęła.
Smok poruszył się niespokojnie, przez co wzdrygnęłam się w duchu. Rainbow Fire wstrzymała oddech i uważnie przyglądała się jego następnym ruchom.
Machnął ogonem, a z jego nozdrzy wyleciała szara para. Jęknęłam i jeszcze bardziej upchałam ciało do kąta.
- Mogę nas teleportować - wyszeptała praktycznie zaraz przy moim uchu, na co zareagowałam lekkim spięciem mięśni. - Tyle, że to nie będzie duża odległość.
Skinęłam łbem, nie chcąc już nic mówić. Smok już i tak zapewne wie, gdzie jesteśmy. Położyła swoją łapę na mojej, lekko wbijając w nią pazury. Potem wyszeptała parę słów.
Teleportacji towarzyszyło dziwne uczucie, którego nie byłam w stanie opisać. W ułamku sekundy znalazłyśmy się poza jaskinią, lecz wciąż w zasięgu wzroku smoka. Żadna z nas nie musiała nic mówić, aby zgodnie ruszyć do przodu. Droga, którą wybrałyśmy, nie była może tą najkrótszą, jednak rozłożyste korony niskich drzew skutecznie chroniły nas przed zauważeniem.
Obie znieruchomiałyśmy, kiedy smok z gatunku Dero zagrodził nam drogę.

Rainbow Fire? Kompletnie nie wiedziałam co napisać, więc może być bezsensowne :x

Od Antilii cd Toxikity

Spojrzałam na oczy Toxikity - białą źrenicę otoczoną czarnym białkiem. Może miała rację. Niepotrzebnie mieszałam w jej sprawach… Ale miałam wrażenie, że… coś nas łączy. Pytanie tylko co? Tak bardzo chciałam jej pomóc, że zapomniałam o jej prywatności i sprawach. Za mocno się zaangażowałam w to wszystko. Ale ciągle dręczyło mnie pytanie: dlaczego? Dlaczego aż tak mocno się tym interesuje? Czemu w ogóle zainteresowałam się postaciach Toxikity?
Co się ze mną dzieje?
Zwykle taka nie jestem… Porozmawiam parę razy lub jeżeli będę zmuszona, ale nigdy nie zachowywałam. Może to przez opary…? Sama nie wiem… Ostatnio naprawdę się zmieniłam. Podobnie jak nasze czasy. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie pokój, a kiedy będziemy zmuszeni walczyć.
Żyjemy w dziwnych czasach.
Kiedy odwróciłam się w stronę jednego ze Ledenów, zobaczyłam, jak ogromny ogon, naszpikowany równie wielkimi kolcami z kilkoma charakterystycznymi szpikulcami z zakrzywionymi końcami, zmierzał w moją stronę. Nie zdążyłam użyć zaklęcia Ognistej Tarczy czy nawet odskoczyć w bok. Dodajmy, że stałam na krawędzi ogromnego klifu, gdzieś w okolicach Gondolin. Po prostu stałam i patrzyłam, jak ta mordercza rzeźba lodowa pędzi w moją stronę. Po chwili przedłużenie smoczego kręgosłupa uderzyło mnie z niemałą siłą. Cios przewrócił mnie, przez co wypadłam za krawędź klifu i zaczęłam spadać.
Nie byłam do końca tego świadoma. Byłam delikatnie zamroczona… Czułam świst wiatru w uszach, jak moje futro faluje… Ja jednak nic z tym nie robiłam. Po prostu spadałam. Bezwładnie leciałam w dół, w stronę pewnej śmierci. Jednak coś mi zaiskrzyło w umyśle. Ta iskra sprawiła, że dosłownie ożyłam. Na moment przed zderzeniem z ziemią, rozłożyłam skrzydła i za pomocą jednego uderzenia skrzydłami wzbiłam się na wyższą wysokość. Spojrzałam na klif. Słyszałam jeszcze odgłosy innych wilków oraz ryki smoków. Za wcześnie ogłosiliśmy zwycięstwo.
Martwi mnie to. Powinniśmy dawno to skończyć, a nie ciągle się z tym cackać.
Poza tym muszę się spieszyć. Nie wiem, jak długo adrenalina będzie krążyć w moim krwiobiegu. Takie uderzenie może nieść wiele urazów, a jeśli nawet mam tylko pęknięte żebra, ból będzie dawał mi się we znaki. Dlatego muszę szybko dotrzeć na górę i pomóc swoim. Zmusiłam się do większego wysiłku. Zaczęłam silniej i częściej machać skrzydłami, aby wzlecieć na wyższą wysokość. Czas gra na moją niekorzyść, więc przyspieszyłam lot. Mimo że leciałam dosyć szybko, nadal uważałam, że jestem za wolna. Mięśnie mnie bolały, lecz nie zwracałam na to uwagi. Ważne są teraz inne sprawy.
W końcu wzleciałam ponad klif. Wilki o różnych rasach, płciach czy rozmiarach walczyły z kilkoma lodowymi smokami. Z mojego punktu widzenia wyglądało to jak bitwa pomiędzy ruchomymi figurkami. Jednak ja wiedziałam, że to nie jest jakaś tam bitewka. Dlatego muszę wspomóc wilki z mojej watahy. Nagle coś zauważyłam… Ogon jednego z przeciwników miał rząd kolców o zakrzywionym końcu. Ten sam układ i te same kolce…
To on.
Natychmiast zanurkowałam ku smokowi. Muszę się z nim rozliczyć. Miał głupiego farta i wykorzystał moją nieuwagę. Dlatego chciałam go wyzwać na uczciwą walkę. Nie jestem mściwa, ale wolę sprawiedliwą walkę. Prędzej czy później i tak byśmy się spotkali, więc wolę walczyć tu i teraz. Zauważyłam, że pozostały gady uciekły; został tylko Krzywy Kolec. Parsknęłam. Idiotyczne imię; nawet na ksywkę się nie nadaje. Po chwilowym rozbawieniu znowu wróciłam do stoickiego spokoju. Muszę być opanowana. Dostrzegłam teraz pewne szczegóły. Był nieco większy i silniejszy od innych Ladenów, możliwe, że to przywódca grupy.
Przywódcy muszą sobie coś kiedyś nagrabić. Nieważne u kogo.
Zauważyłam też Toxikite. Próbowała swoich oparów na przeciwniku, ale ten nic z tego nie robił. Podobnie, kiedy chciała użyć oparów; smok je po prostu zamrażał, a następnie niszczył. Toxi była zaskoczona, ale ja nie. Cóż, nauka robi swoje. Smok też wydawał się dosyć bystry- umiał przewidzieć nasze ruchy, uniknąć ataku i umiejętnie wykorzystać swoją moc. Chyba trafiłam na godnego przeciwnika. Obym się nie przeliczyła…
Wylądowałam niedaleko smoka, ale widziałam jego niewielkie, lodowe oczy. Wiedział, kim jestem. Wiedział, co zrobił, ale nie wie co ja robie. Wilki również zastanawiały się, dlaczego stoję tuż pod pyskiem ogromnego gada. Jednak po chwili się wycofali. Toxikita wyszła nieco na przód, aby mieć dobry widok i patrzyła na mnie z kamienną twarzą. Ja za to całą uwagę skupiałam na przeciwniku. Przez kilka chwil patrzyliśmy sobie w oczy.
Potem smok zrobił pierwszy krok. Z rykiem ruszył w moim kierunku, jednak tym razem wykonałam unik. Skorzystałam z okazji i użyłam zaklęcia, które stworzyło niewielkie ogniki. Skierowałam je w stronę gada, mając nadzieję, że ten osobnik, podobnie jak inne Ledeny, nie cierpi ognia i ucieknie. Ten gad jednak był nieco bardziej uodpobiony na ciepło. Mimo to mam pomysł, który wymaga niewielkiego wysiłku. Zaczęłam powoli zbierać potrzebną energię oraz przeliczyłam formuły. Urok ten ma na celu stworzyć niewielką, ale niezwykle gorącą kulę ognia. Myślę, że smok tym razem nie będzie miał wyjścia… Warto spróbować.
No moim grzbiecie zaczęła się formować niewielka iskierka, potem była gwiazdą wielkości małego szczeniaka. Cały czas rosła, aż w końcu miała wielkość mniej więcej mojej głowy. Smok miotał się i syczał, jednak powoli ustępował. Rozłożyłam skrzydła, a gwiazda nieco uniosła się wyżej. Gad zaryczał i w końcu uciekł, pozwalając swoim ogonem kilka drzew. Ja natomiast patrzyłam na jego ucieczkę, jednocześnie osłabiając formułę niewielkiej ognistej kuli. Kiedy całkowicie zniknęła, podeszłam do wilków, aby upewnić się, czy nikt nie doznał poważniejszych obrażeń. Podeszłam również do szczeniaków oraz jej opiekunki, aby sprawdzić, czy i u nich jest wszystko w porządku. Malce od razu do mnie pobiegły i zaczęły się przekrzykiwać z pytaniami, jak to zrobiłam. Ja uśmiechnęłam się blado, czekając na reakcje ich opiekunki. Ta szybko je uspokoiła i zaczęłyśmy rozmawiać. Kątem oka zauważyłam jasnozieloną waderę. Zakończyłam rozmowę i odpaliłam się nieco od innych, aby wyjść naprzeciw Toxikicie. Jej spojrzenie nic nie mówiło. Ja również nie zdradziłam swoich emocji. I niech tak zostanie.
- Musiałaś to robić, prawda? - zapytała kąśliwie. - Nie mogłaś się oprzeć. W ogóle: co ci strzeliło do głowy, aby to robić? Chcesz mi zaimponować, prawda?
- Miałaś rację - powiedziałam tylko.
- Co?
- Miałaś rację. Nie powinnam wchodzić z buciorami do twojego życia - odpowiedziałam bez emocji. Zrobiłam kilka kroków w tył i przy pomocy skrzydeł udałam się w kierunku domu.

Tox? Słabe opko, i know. ;3;

19 lutego 2018

Od Carfida CD Tery

- Tak, muszę się z tobą zgodzić. Ty też byłaś niezła - odparłem z uśmiechem na pyszczku, a moje policzki wpłynął różowy rumieniec. Szybko ukryłem nos, patrząc w starą podłogę.
- Niesamowita z nas parka, co? - zaśmiała się i zeskoczyła jednym susem z pianina, a wytworzona wcześniej piankowa chmurka zamortyzowała upadek.
Szybko podniosłem wzrok, z nadzieją, że napotkam jeszcze wzrok Tery. Ona wpatrywała się w otaczającą nas przestrzeń, a jej oczy błądziły po zdobionych obrazach i karmazynowych firanach z aksamitnego materiału.
- Tak, chyba tak... - szepnąłem, a mój wzrok obserwował klawisze pianina.
Tera szybko obróciła głowę w moją stronę, a na jej pyszczku nadal widniał delikatny uśmiech. Podniosłem głowę, patrząc na Tere. Wciągnąłem powietrze, próbując wydusić z siebie jakieś słowo. Bezskutecznie, mój pysk, chociaż otwarty, nie był zdolny do słów.
Błądziłem wzrokiem po czarnym drewnie pianina, a moje oczy zagubił się między oczami Tery, a instrumentem.
Westchnąłem, mocniej przyciskając białe klawisze.
Zamknąłem oczy, a moje łapy znów popłynęły w muzyce.
- I found a love for me - w sali rozległ się cichy głos wydobywający się z mojego gardła.
- Darling, just dive right in and follow my lead
Well, I found a girl, beautiful and sweet
Oh, I never knew you were
The someone waiting for me - otworzyłem oczy i popatrzyłem na Tere. Ta wpatrywała się w moje oczy, a jej uśmiech zszedł z pyszczka.
'Cause we were just kids when we fell in love
Not knowing what it was
I will not give you up this time
But darling, just kiss me slow,
Your heart is all I own
And in your eyes, you're holding mine - mój głos stawał się coraz odważniejszy, a oczy nadal obserwowały waderę.
Tera przybliżyła się do pianina, opierając się o nie łapą.
- Baby, I'm dancing in the dark
With you between my arms - mocniej uderzyłem w klawisz, wydając mocny, stanowczy dźwięk. Wadera nie spuszczała wzroku z moich oczu, a kiedy wyczarowała chmurkę pod swoimi łapami, usiadła na pianinie.
- Barefoot on the grass, listening
To our favourite song
When you said you looked a mess - usłyszałem cichy głosik samicy, która po usłyszeniu początku refrenu włączyła się w piosenkę.
- I whispered underneath my breath
But you heard it, darling,
You look perfect tonight... - skonczyłem, powoli ściszając muzykę. Kiedy wreszcie zakończyłem, podniosłem wzrok, napotykając po drodze oczy Tery.
- Wiesz... - zacząłem cicho, a mój język powoli się plątał.
- Chodźcie, pokażę Wam coś! - usłyszałem donośne wołanie profesora, prawdopodobnie dochodzące z drugiego piętra. Chrząknąłem speszony, opuszczając wzrok.

Tera?

Od Alvarian

Kiedy otworzyłam oczy, niezwykle jasny blask zmusił mnie do ponownego ich zamknięcia, przewróciłam się na drugi bok i wtuliłam w mech, który przez ostatnią noc pełnił funkcję mojej poduszki. Chwilę później w końcu do mnie dotarło…

- Zaspałam! - wykrzyknęłam i zerwałam się na równe nogi.

Od kilku miesięcy podróżowałam w głąb kontynentu, jakaś niewyobrażalna siła wciąż mnie ciągnęła w tamto właśnie miejsce, przez dłuższy czas się opierałam, jednak w końcu postanowiłam nie sprzeciwiać się dłużej instynktowi. Poprzedniego wieczoru zawędrowałam na tereny, które emanowały niezwykle dziwną energią, w pobliżu wyczuwałam wiele nieznanych stworzeń, co tylko spotęgowało moje obawy. Postanowiłam poruszać się tylko pod osłoną nocy, ale teraz gdy dotarłam w najmroczniejszy zakątek nastał dzień. Nie miałam pojęcia jak się zachować. Dobrze mi dotąd znana tajga przeistoczyła się w egzotyczną puszczę, pełną obcych gatunków i zewsząd spoglądających na mnie oczu, które niezwykle mnie osaczały. Wszystko to sprawiło, że zupełnie straciłam orientację w terenie, dotychczas spokojna i opanowana spanikowałam. Nagle usłyszałam czyjeś donośne kroki, tego było już za wiele! Przerażona puściłam się pędem w gęste zarośla, przedzierałam się przez roślinność od dłuższego czasu, jednak była tak gęsta, że praktycznie nie posuwałam się naprzód. Nagle zorientowałam się, że moja tylna łapa uwięzła w ciernistym krzewie. Kiedy szarpnęłam, aby ją wyswobodzić kolce wbiły się mocniej, a po łapie pociekła mi stróżka krwi. Postanowiłam przegryźć roślinę, przez co pokaleczyłam sobie wargi, jednak osiągnęłam zamierzony skutek i mogłam kontynuować moją ucieczkę. Niestety nie trwała ona zbyt długo, w jednym momencie straciłam grunt pod stopami i w ułamku sekundy wylądowałam po uszy w kleistej substancji. Oszołomiona w pierwszym odruchu zaczęłam się szamotać, jednak bagno postanowiło wciągnąć mnie głębiej. W tym właśnie momencie przypomniałam sobie, że dysponuję przecież niemałymi zdolnościami magicznymi, ale co tam! Panika i brak tlenu zrobiły swoje i mimo usilnych prób nie byłam w stanie niczego osiągnąć. Pozostało mi czekać w spokoju na cud. Powoli zaczynałam tracić przytomność, jednak przez chwilę wydało mi się, że nade mną usłyszałam ciche kroki. Nagle poczułam zaciskające się zęby na moim karku. Ktoś mnie ocalił…

Ktoś?

Powitajmy Alvarian!

Idess by kalambo
kalambo

Imię: Alvarian
Pseudonim: Alva
Wiek: 6 lat
Płeć: Wadera
Charakter: Alvarian jest subtelnie usposobioną waderą, choć delikatna nigdy nie daje sobą pomiatać, ma wyważony charakter, niezwykle trudno jest ją wyprowadzić z równowagi. Jednak jeśli komuś się to uda nie będzie dążyć do pogłębienia konfliktu. Zawsze wybacza, nawet w najgorszych sytuacjach doszukuje się w sobie miłości i przebaczenia, pomimo że wciąż uczy się postępowania według wartości, które uznała za najważniejsze. Cały czas pracuje nad sobą, rozwija swoje magiczne umiejętności i odkrywa potężną moc, która w niej drzemie. Od niedawna odżywia się jedynie życiodajną energią słońca i natury, dzięki czemu jest praktycznie czysta energetycznie, co udziela się stworzeniom przebywającym w jej otoczeniu-wyczuwają jasną aurę Alvarian i czują się bezwarunkowo bezpieczne w jej pobliżu.
Pomimo że wadera od zawsze wiodła życie samotnika, niezwykle intrygują ją inne wilki Uwielbia wchodzić z nimi w interakcje i tworzyć więzi. Chociaż stara się przebywać w ciszy, w dobrym towarzystwie rozmowy z nią mogą ciągnąć się godzinami. Dzięki pracy nad sobą i ciągłych podróży nie przywiązuje żadnej wagi do wartości materialnych.
Wygląd: Alvarian jest bardzo drobną i smukłą istotką, jej delikatne łapy potrafią bezszelestnie poruszać się po każdym terenie. Ma poważne i dojrzałe rysy twarzy,a niebieskie oczy podkreślone ciemną oprawą emanują mądrością i spokojem. Delikatnie zmierzwiona biała sierść lśni w słońcu, a gdy Alva przechadza się po lesie w świetle księżyca wygląda jak duch. Chód wadery jest niezwykle subtelny i delikatnie rozkołysany. Kiedy jest zawstydzona chodzi z wysoko podniesioną głową, co niektórzy odbierają za przejaw pychy.
Stanowisko: Zielarz
Umiejętności: Intelekt: 10 | Siła: 3 | Zwinność: 6 | Szybkość: 5 | Magia: 12 | Wzrok: 5 | Węch: 5 | Słuch: 4
Rasa: Wilk Natury
Żywioły: natura
Moce: 
- bezbłędnie odczytuje wszystkie znaki natury, rozpoznaje każdy gatunek rośliny i podświadome wyczuwa jego właściwości
- często doświadcza wizji (związanych z przyszłością)
- jest w stanie połączyć się z naturą i scalić się z nią w jedność, ma wtedy wgląd na wszystkie zdarzenia, których przyroda była świadkiem, ma wtedy również możliwość przejęcia pewnej kontroli (np. nad drzewem)
- potrafi wyczuć aurę innego stworzenia i w pewnym stopniu odczytać jego zamiary
- podczas głębokiej medytacji, zdarza jej się przeistoczyć w delikatną mgłę i pod tą postacią przemierzać las
Rodzina: Znała jedynie swoją ciotkę - Nahalis, która zanim odeszła była szamanką.
Partner: brak
Potomstwo: brak
Historia: Alvarian przyszła na świat w środku syberyjskiej tajgi, nie wie jaki los spotkał jej rodziców, jednak początkowo opiekę nad nią sprawowała ciotka, która zaszczepiła w niej pasję do zielarstwa, jednak kiedy Alva miała niecały rok została sama. Praktycznie wszystkiego nauczyła ją natura, przez wiele lat poszukiwała swojego miejsca na ziemi, mądrości i piękna, którego nie mogła dostrzec. Okazało się, że wszystko to zapewniła jej miłość. Kidy już ją w sobie odnalazła, postanowiła podzielić się nią z innymi i przyłączyć się do stada.
Właściciel: sisiatoja@gmail.com
Ocena: 0/3

Od Tery cd. Carfida

– Nie o to mi chodzi, parę w muzyce! – zaśmiał się donośnie, patrząc dziwnie na Czarusia, a ja zaczerwieniłam się, sprawiając, że kolor mojego pyska przybrał barwę równą dorodnej piwonii.
Miałam ochotę sięgnąć po maskę i zakryć nią piekący rumieniec zawstydzenia, ale z trudem powstrzymałam się przed tym.
– Grasz na czymś? – Do moich sterczących, ogromnych uszu dotarł skołowany głos Czarusia, który wybudził mnie z transu, sprowadzając z księżyca na Ziemię.
– Nie gra, za to cudownie śpiewa. – Poczułam, jak łapa Profesora poklepała mnie po grzbiecie, przez co o mało nie zakrztusiłam się śliną.
Gest ten w pewien sposób poprawił mi humor i przywrócił w połowie do ładu i spokoju, ale i wprawił w niemały szok. Kolejne pytanie nasuwało mi się w głowie: „Skąd on to wszystko wie?”. Mimowolnie otworzyłam pyszczek z wrażenia, a staruszek puścił do mnie oczko, przez co zdarzyło mi się zachichotać.
– Ale... Ja się będę czuła zakłopotana, jak będę musiała sama śpiewać! – odparłam pośpiesznie, próbując jakoś wybrnąć z nieco niezręcznej sytuacji.
– To Carfid też zaśpiewa – westchnął cicho, wskazując laską na pianino. W mig moje zaciekawione spojrzenie trafiło w Czarusia, lecz mój zapał ostudziła jego następująca odpowiedź.
– Ja nie potrafię śpiewać... – mruknął, posyłając gniewne spojrzenie Profesorowi, który wyraźnie nie przejął się sposobem, w jaki patrzył na niego Czaruś.
– Carfid, rozmawialiśmy o tym! – Uderzył laską o podłogę. Z zainteresowaniem przechyliłam łebek. – Koniec gadania, proszę – dodał, poprawiając okulary na nosie.
Spojrzałam na Czarusia, który niemal w tym samym czasie spojrzał na mnie. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia, a już po chwili basior rozpoczął majestatyczną grę na pianinie. Po sali rozbrzmiały także dźwięki skrzypiec. Wtem, wokół pasa poczułam uścisk, który spowodowały cieniste macki Profesora, które z delikatnością ostrożnie posadziły mnie na blacie pianina, jakbym była z porcelany.
Starałam się skojarzyć nuty i melodię, ale nic nie chciało wejść do mojej głowy. Z rozmyślań wyrwał mnie męski, melodyjny głos, który wnet zawrócił mi w głowie. Dopiero po spojrzeniu na właściciela głosu skapnęłam się, że to mój Czaruś jechał po bandzie.


– You tell all the boys „no”... Makes you feel good, yeah... I know you’re out of my league, but that won't scare me away, oh, no... – Zamknął oczy, przejeżdżając poduszkami łap po klawiszach, co jakiś czas robiąc przerwę, a dając popis skrzypcom i duchownemu chórowi. – You’ve carried on so long, you couldn’t stop if you tried it...
– Oooooch, aach, ooaach..
– You’ve build your wall so high, that no one could climb it... But I'm gonna try! – Przycisnął klawisz i zaśpiewał głośniej, a barwa jego głosu wydała się odzwierciedlić jego duszę, jego osobowość. – Would you let.. me.. see beneath your beautiful? Would you let.. me.. see beneath your perfect? Take it off now, girl, take it off now, girl, I wanna see inside... Would you let me see beneath your beautiful tonight?
– Oooooch, ooch, ooch..
W tamtym momencie zaśpiewać miałam ja. Zaczęłam trząść się jak nigdy, ale dziękowałam sobie w duchu, że w połowie śpiewanych przez Czarusia zwrotek przypomniał mi się tekst piosenki, którą zawsze śpiewała mi Sarabi — moje Czerwone Słońce. Zebrałam się w sobie, a z mojego gardła powoli zaczęły wypływać aksamitne, barwne dźwięki, których nie sposób było określić.
– You let all the girls go... Makes you feel good, don’t it? Behind your Broadway show, I heard a boy sayin’ „please, don’t hurt me”... You've carried on so I long, you couldn’t stop if you tried it...
– Oooooch, aach, ooaach..
– You’ve build your wall so high, that no one could climb it... But I’m gonna try!
Z każdym śpiewanym słowem czułam się coraz swobodniej, aż wykorzystałam calusieńką gamę dźwięków. Dla mieszkańców mojego dawnego domu mój głos był głosem Sarabi, anielskim, kojącym wszystkie lęki i cierpienia, dla tubylców był kompletnie obcy i nieznany. Nie miałam pojęcia, jak zareagował Czaruś na moją melodię. Byłam dobrej myśli.
– Would you let, me, see beneath your beautiful? Would you let, me, see beneath your perfect? Take it off now, boy, take it off now, boy, I wanna see inside! Would you let, me, see beneath your beautiful tonight, oh, tonight? – Zbliżyłam się nieco do Czarusia, przycupając naprzeciw niego, na blacie pianina. Moje różnobarwne tęczówki wpatrywały się w jego, błękitne, z wzajemnością.
– See beneath, see beneath... Ochh, I, I.. Ochh, I, I..! - popisałam się sopranem, czym spowodowałam wysokie uniesienie brwi Czarusia, tkwiącego w lekkim zdziwieniu.
Po mojej zwrotce przyszła pora na wspólny śpiew, który musiałam przyznać, wyszedł nam naprawdę świetnie.
– I’m gonna climb on top your ivory tower, I’ll hold your hand and then we’ll jump right out! We’ll be falling, falling, but that’s OK.. ’Cause I'll be right here, I just wanna know... – śpiewaliśmy. – Would you let, me, see beneath your beautiful? Would you let me see beneath your perfect?
– Take it off now, girl, take it off now, girl.. – zaśpiewał, a po chwili powtórzyłam po nim swoją wersję.
– Take it off now, boy, take it off now, boy...
– I wanna see inside! – zaśpiewaliśmy znowu razem. – Would you let, me, see beneath your beautiful tonight, oh, oh, oh, tonight?
– See beneath your beautiful, ooooch! Och, tonight... – dopełniłam piosenkę aksamitną nutą, by zaraz powrócić do wspólnego śpiewania.
– We ain’t perfect, we ain’t perfect, no...
– Would you let, me, see beneath your beautiful.. Tonight? – Tą zwrotką Czaruś zakończył piosenkę, po której nastąpiły brawa i gwizdy od strony Profesora.
– Brawo, moi drodzy! Świetnie sobie poradziliście! – Uśmiechnął się wesoło i pokierował się do wyjścia z sali, zostawiając nas samych, co jakiś czas nucąc pod nosem niedawno zaśpiewany przez nas utwór.
– Przyznaję bez bicia, że... To było świetne! – Podskoczyłam w miejscu, cała w skowronkach. – Nie sądziłam, że masz taki śliczny głos! – Zamerdałam długim ogonem, a mój nosek drgał szybciutko.
– Tak, muszę się z tobą zgodzić. Ty też byłaś niezła – odparł z uśmiechem na pyszczku, lekko różowiejąc przy policzkach.
– Niesamowita z nas parka, co? – zaśmiałam się i zeskoczyłam z pianina, z którego upadek zamortyzowała mi wytworzona chwilę temu przeze mnie piankowa chmurka.
– Tak, chyba tak... – Usłyszałam.

Czaruusiuuu?

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template