8 marca 2018

Dzień Kobiet!

Wszystkiego, co najlepsze, najpuszystsze i najsmaczniejsze życzymy wszystkim waderom i kobietom, które to czytają! Nie traćcie weny i bądźcie najradośniejszymi istotkami na ziemi :3 Nie umiem pisać życzeń, więc po prostu wkleję ładny obrazek, żeby uniknąć kompromitacji ♥

Znalezione obrazy dla zapytania wolf woman

PS. Kupiłabym każdej kobietce róże, ale po pierwsze nie znam adresów, a po drugie mnie nie stać.

Kesame wraz z całą administracją WSO.

Od Harbingera

Patrzyłem na nią. Jej pysk był całkowicie bez wyrazu.
- ... więc kolejny raz to samo? Nie jestem w stanie zobaczyć przyszłości bez choćby jednej informacji.
- Jesteś pewna?
- Tak. Za każdym razem się staram, ale nie mogę. Nie rozumiem cię. Wybacz.
Nie rozumie. Nie ma tutaj nic do rozumienia.
- Jeszcze wrócę.
***
Kolejny raz obserwowałem jej poczynania. Wadera usiadła nad brzegiem jeziora i patrzyła w wodę. Promienie słońca odbijały się w jej srebrnym kolczyku. Wyglądała, jakby płonęła. Wyglądała, jakby była umazana krwią. Wyglądała jak niedawno zmarła córka Alf w dniu śmierci. Samica wyciągnęła długie łapy przed siebie i ułożyła się na piasku. Była niepozorna, przeciętnej urody, a jednak coś mnie w niej intrygowało. Zamknąłem oczy i pozwoliłem, aby woda napełniła moje płuca. Leżałem na dnie do momentu, gdy słońce schowało się za horyzontem. Nie miałem pojęcia czy wilczyca nadal tam jest, ale zaryzykowałem i wyszedłem z wody. Na szczęście spała, więc nie musiałem się przejmować, że ją wystraszę. Prawie codziennie przychodziła w to samo miejsce. Miałem już odejść, kiedy nagłe uderzenie gorąca zmusiło mnie do myślenia. Szybko połączyłem fakty. Podbiegłem do niej.
- Diathesis, obudź się.
Otworzyła oczy, nie wiedząc, co się dzieje.
- Smok. Umiesz pływać? Wycofaj się powoli do wody, bez gwałtownych ruchów.

Dinah? Na pierwszy raz, myślę, że nie jest źle.

7 marca 2018

Od Zack'a - oddział II #3

Gdy skończyłem posiłek, postanowiłem iść do przywódcy oddziału, do którego należę. Coś czułem, że są nowe rozkazy. Gdy wyszedłem z krypty, w której jadłem posiłek poszedłem prosto do przywódcy. Na cmentarzu było strasznie mrocznie i ciemno. Dziwi mnie, że smoki nie zamieszkały w tym miejscu.
- Witaj generale - powiedziałem i zacząłem zastanawiać się, czy dobrze się do niego zwracam. - Czy są nowe rozkazy?
- O wilku mowa - powiedziała Nathing. - Mam dla ciebie zadanie specjalne.
- Emmm... Nie pomyliłaś mnie z kimś? - zapytałem ze zdziwieniem. Każdy mnie zna z tego, że jestem ciamajdą. Albo się wpakuję w kłopoty, albo sprowadzę jakieś nieszczęście na innego wilka. Pewnego razu zgubiłem się we własnej jaskini...
- Masz - powiedziała Kianixie, wręczając mi kopertę. - Musisz to zanieść do alfy. Wyrusz, kiedy wzejdzie księżyc.
- No dobrze. A czy mogę przynajmniej wiedzieć, co jest w tej kopercie?
- Informacje o postępach wojny - wytłumaczyła mi zastępczyni. - A teraz przygotuj się do wędrówki.
Poczekałem, aż słońce zajdzie i ruszyłem w drogę. Miałem nadzieję, że tym razem nic się nie wydarzy. Dzisiaj dowiem się jak to być posłańcem- powiedziałem do siebie w myślach. Szedłem już tak z ponad godzinę i łapy strasznie mnie bolały. Mimo bólu nadal ukrywałem się w cieniu. Gdy byłem już w połowie drogi, postanowiłem odpocząć. Usiadłem więc na polanie i oglądałem gwiazdy. Nagle ujrzałem poruszenie w krzakach obok mnie. Zerwałem się na łapy gotowy do ataku.
- Nie bój się mnie - powiedział tajemniczy głos.
- Kim jesteś? - zapytałem.
- Twoim największym koszmarem... - powiedział smok, wyłaniając się zza krzaków. - Oddaj tę kopertę, a nikomu nic się nie stanie.
- Za skarby świata ci jej nie oddam! - krzyknąłem i rzuciłem się na Tsao-shin.
Ugryzłem go w ogon i zaczął nim uderzać. Ogon to jego słaby punkt - pomyślałem. Zacząłem więc go drapać i gryźć w ogon. Niestety odepchnął mnie i trafiłem w drzewo... Gdy stanąłem na łapach, uderzył we mnie jakąś kulą magii. Ledwo uniknąłem ciosu. Wiedziałem, że nigdy nie wygram tej wojny, więc dałem łapy. Biegłem jak szalony przez cały las. Czułem, że on mnie goni i jest blisko. Nie wiem jakim cudem, ale pobiegłem wtedy jeszcze szybciej.
- Chyba go zgubiłem - powiedziałem po trzydziestu minutach biegu. - Teraz muszę szybko dostarczyć tą...
Nie zdążyłem dokończyć zdania, a tuż przede mną wyrósł z ziemi ten wredny smok. Miałem już tego dość i postanowiłem go oślepić. Wziąłem patyk w pysk i skoczyłem. Gdy wbiłem mu patyk w oko, zaczął krzyczeć i zwijał się z bólu. Wykorzystałem to i pobiegłem w stronę bazy oddziału I.
Gdy dotarłem do miejsca, ku mojemu zdziwieniu, Kesame już na mnie czekała. Dałem jej kopertę i wyruszyłem w drogę powrotną. Upolowałem dwa zające. Nagle zobaczyłem smoki. Chciałem je podsłuchać, ale nie rozumiałem ich mowy. Trzeba będzie uważać na to miejsce- pomyślałem. Gdy wróciłem, opowiedziałem wszystko przywódcy oddziału, do którego należę i poszedłem się przespać.

<485 słów; 5 pkt odjęte za niecałkowitą zgodność z treścią - 5 pkt>

Od Lilith CD Antili

- Hej, może pójdziesz ze mną? Jestem medykiem, więc zajmę się tobą. Nie chcę, żebyś sama wracała, tym bardziej, kiedy jesteś przemoczona do suchej nitki… -zaproponowała - To jak?
Spojrzałam na nią zaciekawiona i kiwnęłam głową. - Jak masz na imię?
-Antilia - odpowiedziała krótko po czym się uśmiechnęła.- Hej, wiem, że to nie moja sprawa ale coś się stało? - Zerknęła na swoją mniejszą towarzyszkę która wyglądała na zmartwioną i smutną.
- W sumie to wszystko przez koszmary które nawiedzają mnie przez ostatni czas. Nie pozwalają mi spać, czasem nawet jeść, ostatnio wyglądam jak żywi trup - mruknęła cicho patrząc w swoje łapy. Idąc tak przez las Lilith usłyszała szmer w krzakach. Zatrzymała się obróciła łeb w tamtą stronę a uszy jak radary nasłuchiwały i się kręciły.
- Co się dzieje Lili? - Antilia podeszła do niej.
-C-coś usłyszałam- powiedziała lekko przestraszona. Krzaki znów zaszumiały tym razem za nimi. Szybko się odwróciła i podkuliła ogon. Z krzaków wyłonił się mały niedźwiadek
-ooo jaki słodki - podeszła do niego i go liznęła po policzku. Ten się zaśmiał i przewrócił. Ziewnął potężnie, a Lilith się zaśmiała. Zaczęli się bawić
-Lilith, ale uważaj z nim bo... - przestraszona Antilia nie nie dokończyła zdania, ponieważ z drugiej strony wyłoniła się niedźwiedzica. Ryknęła na całe gardło i zaczęła szarżować na nich. Lilith znieruchomiała przerażona

Antilia ??

Sojusz!

Podjęliśmy współpracę ze Stadem Złotego Lotosu!

Znalezione obrazy dla zapytania wolf and lion

6 marca 2018

Shams Aka Fatatan zostaje adoptowana!

Asud Monsutā odradza się, lecz i ja rosnę w siłę.

Imię: Zwie się Shams Aka Fatatan, inaczej Kapłanką Czerwonego Słońca.
Pseudonim: Shams, Sha, Fatin, Shatan
Wiek: 3 lata i 3 miesiące
Płeć: wadera
Charakter: Shams jest... specyficznym wilkiem. Nie bryka po łąkach, nie hasa po lasach, jak inne szczenięta w jej wieku. Jest ponura, a uśmiecha się równie rzadko, co śmieje. Wydarzenia sprzed roku odbiły na niej potężną pieczęć, której niełatwo by się pozbyć. Jej wypowiedzi są lakoniczne i niekiedy niejasne, acz bardzo mądre, jak na jej wiek. Bije od niej dziwna siła, którą nie sposób ujarzmić, ani zrozumieć. Co prawda nie lubi przesiadywać w grocie, ale także w tłumach czuje się nieswojo. Jest samotniczką, introwertyczką, lubującą się w ciszy i spokoju, w towarzystwie szumu fal i pięknego, zachodzącego słońca. Pomimo swojego charakteru, Shams potrafi być ciekawska, wręcz wścibska. Nie lubi tajemnic, kocha je rozwiązywać. W przyszłości ma marzenie zostać deszyfrantem, dlatego też jej częstym zajęciem jest odczytywanie starożytnych run. Uwielbia zgłębiać historie, legendy i opowieści na temat watahy, jest molem książkowym. Większość wolnego czasu spędza nie na nauce sztuki polowania, a na czytaniu starych, grubych ksiąg w bibliotece. Bywa zazdrosna, kiedy komuś coś wyjdzie lepiej, a jej gorzej. Nie lubi przegrywać, czuć się upokorzona. Cieszy się tylko wtedy, kiedy wypełni dany cel, spełni swoje wymagania. Jako ciekawostkę dodam, że Shams Aka Fatatan nie żywi się mięsem, a rybami, jak niedźwiedzie. Stąd też nikłe zamiłowanie do wody, strumyków, mórz i oceanów. Dźwięk szumiących fal często pomaga jej zasnąć, dlatego grota, którą zamieszkuje leży dalej od pozostałych jaskiń watahy, w zatoczce nad morzem, z którego ma idealny widok na słone wody i piękne zachody słońca, które są jej miłością. Mimo incydentu powiązanego z rodzicami waderka jest bardzo przywiązana do swoich sióstr i bardzo za nimi tęskni.
Wygląd: Shams Aka Fatatan jest młodą, za to potężną waderką, o świecących w ciemnościach, bursztynowych ślepiach. Jej białka są czarne, lecz ich wygląd tylko dodaje właścicielce tajemniczości. Całe ciało waderki pokryte jest karmazynowym, grubym i mięciutkim futrem, które w większości miejsc pokrywa się starożytnymi runami, które nadano jej w Kraju Zachodzącego Słońca, podczas rytuału Wschodzącego Słońca. Czubek pyska, uszy, płaty po obu stronach klatki piersiowej, łapy i ogon przechodzą w dużo ciemniejszy gradient. Co dziwne, Shams Aka Fatatan narodziła się w pełni zdrowa, jednak bez pazurów. Funkcję obronną stanowi magia, połączona z ostrymi, pożółkłymi od krwi ząbkami. Jej brwi są wiecznie przyciągnięte ku powiekom, a oczy świdrujące wszystko, co otacza ich właścicielkę dookoła. Jeśli się skupisz i wpatrzysz się w jej oczy, istnieje możliwość, że się w nich zatracisz, a dojrzysz w nich najczerwieńszy zachód słońca. 
Stanowisko: Szczeniak
Umiejętności: Intelekt: 10 | Siła: 4 | Zwinność: 7 | Szybkość: 6 | Magia: 10 | Wzrok: 4 | Węch: 4 | Słuch: 5
Rasa: Wilk Słońca
Żywioły: Czerwone Słońce
Moce: Mocą, którą jako pierwszą w sobie odkryła, jest Słoneczna Bariera, którą pozyskuje z promieni słonecznych. Kumuluje w sobie energię, aby następnie zmaterializować ją w czystej esencji jako ogromną bańkę, w której środku znajdzie się ona. Jest to jej jedyna moc, którą jak dotąd odkryła. Dziwnym zjawiskiem, o którym waderka wie, jest potężny napływ mocy podczas zachodu Czerwonego Słońca, a także zdarzającej się raz na rok, Rubinowej Pełni. Krótko mówiąc, pełni, podczas której księżyc przybiera czerwoną barwę, a na jego środku wygrawerowana jest starożytna runa.
Rodzina: 
Matka: † Tessa †
Ojciec: Neyalon
Siostry: Taiyō Dihibatan, Ōku no hi Sachami
Historia: Jej, a raczej ich historia jest obecnie przedstawiana w postaci legendy. Usadów się wygodnie, słuchaj uważnie. Historia ta, rozpoczyna się właśnie...
W Kraju Zachodzącego Słońca (Japonia lub Maroko, w legendzie nie zostało to dokładnie określone) żyły trzy siostry: Shams Aka Fatatan, Taiyō Dihibatan i Ōku no hi Sachami. Miejsce, gdzie się urodziły watahy, nazywano plemionami. W ich plemieniu panował zwyczaj, że szaman, przywódca i starsi, co roku zbierali się w sercu watahy, aby odbyć rytuał Wschodzącego Słońca. Brały w nim udział szczeniaki, które ukończyły co najmniej dwa miesiące, a siostry były wtedy w wieku czterech miesięcy. Nie miały jeszcze imion, gdyż nadawano je w trakcie tegoż rytuału. Rozpoczynał się on o wschodzie słońca. Maluchy tańczyły Słoneczny Taniec i odciskały swoje łapki na przeznaczonej do tego skale, po czym rada decydowała o ich przyszłości. W tym czasie zbliżała się wojna i wilki nie chciały powiększać swoich rodzin, bojąc się o życie swego potomstwa. W rytuale nie było więc innych miotów, tylko same trzy siostry.
Rada bardzo się zmartwiła, widząc, że nie ma zbyt wielu szczeniąt tego roku. Zafrasowana udała się na obrady. Pierwszy zabrał głos wódz.
– Czcigodna rado, wszyscy wiemy, że grozi nam wielkie niebezpieczeństwo. Przebudził się potwór, wielki, potężny i jak dotąd niezwyciężony, który spał od wieków w naszych górach. Potrzebujemy potężnych obrońców o sercach dzielnych i nieustraszonych.
– Ale skąd ich wziąć? Nawet my sami nie mamy takiej mocy, by stawić czoła Asud Monsucie – przemówił szaman, a rada zadrżała na dźwięk strasznego imienia. Asud Monsutā znaczy bowiem czarny potwór.
Niesłusznie jednak mówi stare przysłowie „la ymkn 'an yakun Tsukurimasu Nanika qawi Asobimasu”, „Nie da się stworzyć nic potężniejszego od siebie”. Rada postanowiła ustanowić siostry Wilkami Słońca i obrońcami ojczyzny, a nazwała je Kapłanką Czerwonego Słońca, Słoneczną Wilczycą i Jutrzenką Gór. Wraz z tym wydarzeniem wadery zyskały ogromną moc i potęgę. Nie wiedziały o tym, lecz ich rodzice od razu zrozumieli zaszczyt, który spotkał ich córki. W ich krainie Wilki Słońca były bowiem potężnymi istotami z legend, które często porównywano do bogów.
Mijały miesiące. Możliwość ataku ze strony Asud Monsuty zawisła nad wilkami jak cień. Matka Wilczyc Słońca uważała, że powinny one bronic swego ludu przed potworem z gór. Ojciec był jednak temu przeciwny. Nie podobało mu się, że rada postanowiła wmieszać w wojnę trójkę szczeniąt.
Shams Aka Fatatan, Taiyō Dihibatan i Ōku no hi Sachami żyły więc nieświadome własnej potęgi, a także zbliżającego się niebezpieczeństwa. Shams Aka Fatatan uwielbiała patrzeć na zachody słońca, gdy było ono najbardziej czerwone. Taiyō Dihibatan najbardziej lubiła wschód, zaś Ōku no hi Sachami spędzała całe dnie w górach.
Zdarzyło się, że gdy młode wadery miały po sześć miesięcy, Tessa, matka wilcząt, była na polowaniu. Na grupę myśliwych z ich plemienia napadły wrogie wilki. Plemię odparło atak, lecz w wyniku odniesionych ran Tessa zmarła. Konając, błagała współtowarzysza.
– Obiecaj mi, że one będą broniły kraju. Proszę...
Były to jej ostatnie słowa na tym świecie. Szczenięta nie mogły uwierzyć w to, co się stało. Fatatan i Taiyō straciły całą radość, a Sachami zaszyła się w górach. Ich ojciec zgorzkniał i zamknął się w sobie, gydż bardzo kochał swoją żonę, a więź między nimi była silniejsza, niż u kogokolwiek. Nadal nie chciał jednak wypełnić jej woli.
Mijały kolejne miesiące. W powietrzu czuć było zapach niepewności i niebezpieczeństwa, społeczeństwo ogarnął strach. Wilczyce powoli zaczęły odkrywać swoje umiejętności, ale nie wiedziały, jak wiele potrafią tak naprawdę.
Aż w końcu stało się. Asud Monsutā napadł na plemię, do którego należały trzy siostry. Był ogromny, niebezpieczny i na wskroś zły oraz tak potężny, że nikt nie potrafił stawić mu czoła. Usłyszawszy złe wieści, siostry, przerażone, wpadły do domu. Nie zastały ojca, który akurat udał się do zielarzy. Ponieważ często bywał u starego „wilka lasu”, jak go szumnie nazywano, siostry pobiegły do chatki w sercu lasu. Staruszek ze spokojem wysłuchał ich historii i powiedział waderom o ich mocach i obowiązku obrony plemienia. Początkowo nie chciały w to uwierzyć. Wilk kazał im więc wypróbować swoje moce na Ścianie za Widokiem. Stąd wzięły się w niej wgłębienia.
Siostry odnalazły potwora i stoczyły z nim wyrównaną i straszną walkę, siejąc zamęt i zniszczenie, aż w końcu go pokonały. Jako młode szczenięta o niegotowych na cierpienie serduszkach mocno przeżyły to, że musiały zabić Asud Monsutę. Widok ich zniszczonej krainy odcisnął na nich tak silne piętno, że nie mogły na nią patrzeć. Miały również żal do ojca, że nie pozwolił im zapobiec tej masakrze. Chodzą słuchy, że Asud Monsutā odradza się, a jego sługi pragną zniszczyć trzy Wilki Słońca. Na wieść o tym, siostry uciekły z rodzinnej ziemi i rozpierzchły się po całym świecie.
Przedmioty: Jako jedyna z rodzeństwa została obdarowana przez Tessę talizmanem, zwącym się Tygrysim Okiem. Tygrysie Oko stanowi podporę dla Shams, które ilekroć połyskuje w ciemnościach nocy, przypomina jej o mocy i brzemiu, jakie jej nadano. Przypomina także o jej ojczystym plemieniu, Kraju Zachodzącego Słońca.
Właściciel: .vitani

5 marca 2018

Od Carfida CD Tery

– Pfft.. – nagle zaczęłam się chichrać,a ja tkwiłem w bezruchu, wpatrując się w przestrzeń. Poczułem, jak mój pysk oblewa czerwony rumieniec. Zacząłem się zastanawiać, czy zrobiła to świadomie (w wypadku Tery wszystko jest możliwe) czy może podczas przypływu chwili. Ta sytuacja zupełnie zbiła mnie z tropu, sam nie wiedziałem co robić.
Nadal wpatrywałem się w niebo przede mną, a moje ciało nawet nie drgnęło.
- Czaruś... - usłyszałem cichy, smutny głosik Tery. Spuściłem wzrok na jej pyszczek, patrząc w jej oczy.
- Ja...ja przepraszam, jeżeli Cię jakoś uraziłam - odparła smutno, a pyszczek spowił się w grymasie wielkiego smutku. Bez odpowiedzi patrzyłem w jej oczy, które co jakiś czas spotykały się z moimi.
Poczułem, jak chmurka, która splotła nasze ciała, odfruwa. Błogi stan niesienia między chmurami ustąpił miejsca zwyczajnej ziemi. Splecione sylwetki delikatnie opadły na ziemię, zostawiając nas w początkowym stanie.
Oparłem się łapami o ziemię, nie spuszczając wzroku z oczu wadery.
- Nie, nie uraziłaś mnie - szepnąłem cicho, a na moim pyszczku zagościł malutki uśmieszek.
- Oooo, to świetnie! - krzyknęła, obejmując łapkami mój kark. Jej oczy przymrużyły się pogodnie, a ogon znowu zmienił się w wachlarzyk.
Zbliżyłem swój nos do nosa samicy.
- Spytałaś mnie, co ze mną nie tak, prawda? - spytałem.
- Yhym... - usłyszałem cichutką, lekko nieśmiałą odpowiedź.
- Sam nie wiem - uśmiechnąłem się, a mój pyszczek spotkał się w pocałunku z pyszczkiem Tery. Niesamowita chwila, przepełniona cudowną aurą.
- Przepraszam, jeżeli Cię uraziłem - zaśmiałem się, siadając na ziemi. Pomogłem wstać samicy z ziemi, ostrożnie podnosząc ją za łapkę do góry.
Siedzieliśmy przez chwilę obok siebie, ja nadal myślami wędrowałem po poprzedniej chwili.
Tera odwróciła pyszczek w moją stronę.
- Nie wiem co mi dolega - westchnąłem, patrząc na waderę.
- Chyba się zakochałem - mruknąłem, a moje oczy spotkały się ze wzrokiem Tery.

Tera? :3

Od Aserana: Pierwsze dni

  Pierwszy tydzień w nowym miejscu, z nowymi wilkami, innym powietrzem oraz nowym terenem. Trudno jest przestawić mi się, otworzyć na inne wilki, zacisnąć więzy. Znalazłem swoje miejsce, gdzie mnie nikt jeszcze nie znalazł miałem tam widok na duży teren łowiecki. A chłodny wiatr z północy  tarmosił moje futro. Nie mogę tak jednak cały czas się izolować muszę poznać innych.

Ósmego dnia obudziwszy się przed wschodem słońca wybrałem się na spacer do lasu nad wodopój. W borze tym rosły piękne drzewa stare dęby, białe brzozy i wysokie stojące na baczność sosny. Słychać było godowe trele słowików czy też  chrumkanie dzików zza krzaka szukających pożywienia. Dochodząc do strumienia schyliłem się i nawodniłem się dostatecznie.

Po chwili pomyślałem sobie, że dobre wrażenie wywrę na watasze przynosząc coś do jedzenia. W pierwszym momencie wpadł mi do głowy jeleń, nie jest to łatwy łup lecz na pewno lżejszy niż niedźwiedź. Odszedłem kilka metrów od wody i zacząłem węszyć. W wiosnę koło strumienia łatwo jest wytropić dużych roślinożerców. Po niecałych 30 minutkach wpadłem na trop i ruszyłem w jego kierunku. Ku moim oczom ukazał się samotny byk był on pewnie jednym z silniejszych jeleni tego lasu, łatwo było to poznać po jego imponujących porożach. Oceniwszy moje szanse na udany połów zakradłem się do niego od tyłu. Zbliżywszy się na odległość 10 metrów skoczyłem na jego plecy i zaczęła się walka. Jego o życie a moja o jedzenie. Brykał on niemiłosiernie, nie byłem w stanie dotrzeć do jego szyi aby przegryźć tętnice. Niespodziewani gdy myślałem, że już mnie zżuci i ucieknie jakiś wilk zaatakował go od przodu.

Ktoś był by tak miły by przejąć?

Nowa wadera - Odrzucona!

hecatehell
Przeszłość to historia, historia to teraz, przyszłość to zagadka, a wszystko łączy się w jedną całość.

Imię: Odrzucona
Pseudonim: Kori podaje jako imię
Wiek: 8 lat
Płeć: Wadera
Charakter: Niektórzy uważają, że ma nierówno pod kopułom, ale to po prostu niezwykle śmiała i odważna osoba, a przy tym uparta niczym osioł! Nie ma problemów jeśli chodzi o kontakty z innymi wilkami, jej zawsze jest wszędzie pełno, co czasami bywa denerwujące. Jest taką... pozytywną wariatką. Mimo tej radości potrafi, być poważna, a że trudno ją rozpoznać. Potrafi być mroczna jak środek nocy, aż może się wydawać, że nie ma uczuć. Nie wiadomo dlaczego, ale gdy jest poważna bardziej boją się jej dorosłe osobniki, niż szczenięta.
Wygląd: Odrzucona posiada miękkie, puszyste czarne futerko z białą plamą na klatce piersiowej. Jej cienisty skrzydła wnikają w jej ciało, przez co nie widać ich, gdy wadera ich nie używa. I pazury,są ostre tak samo jak kły. Jej wzrok w mroku świeci się na srebrno i jeśli chcę kogoś wystraszyć, lub robi osąd. Ma jaśniejszą sierść na brzuchu, oraz w okolicach oczu. I ogon przypomina długie źdźbła jęczmienia, w kolorze czarnym.
Stanowisko: Szpieg
Umiejętności: Intelekt: 9 | Siła: 5 | Zwinność: 6 | Szybkość: 8 | Magia: 7 | Wzrok: 8 | Węch: 2 | Słuch: 5
Rasa: Wilk Śmierci
Żywioły: Śmierć, wiatr, mrok
Moce: 
Władza nad umarłymi
Kontrola wiatru
Przywoływanie kosy żniwiarza i własnej kosy
Nagłe powstanie mroku
Iluzja
Duchowy wzrok - pozwala widzieć duszę żyjących osób niezależnie, gdzie się znajdują
Rodzina: Drakkones - ojciec
Lira - matka
Odrzucony (Leo) - brat
Wszyscy żyją w innych watach. 
Partner: Brak
Potomstwo: Brak
Historia: Odrzucone żyła w watasze wraz ze swoim bratem, do momentu wystąpienia wojny z bandą z ciemnej gwiazdy. Koni, podczas której została rozdzielona od rodziny i wrzucono do portalu,który od razu się zamknął, gdy upadła na ziemię. Plątały się po świecie, po czym trafiła na te tereny za pomocą lecący w tym kierunku smoków, niestety po drodze zgubiła się w labiryncie krwawych róż.
Przedmioty: Kosa
Właściciel: yuki21
Ocena: 0/3

4 marca 2018

Od Antilii CD Lilith

Kolejny dzień pełen pracy… A raczej - kolejna pracowita noc. Pełnię teraz nocną straż, a przy okazji szukam pewnego małego kwiatka, które ma specjalne właściwości; nie licząc dużej ilości mocy leczniczej, to na dodatek rozkwita tylko podczas pełni Księżyca. Musiałam go znaleźć, aby pomóc Symonidesowi. Kilka dni temu złapał specyficzną chorobę, która może zostać wyleczona na kilka sposobów, jednak tutaj jedynym rozwiązaniem jest Księżycowy Lotos, którego szukam. Niestety, nie ma na stanie leku z tym składnikiem, więc dzisiaj zamieniłam swoją z inny strażnikiem nocnym, który miał być w okolicach rzeki Valar. Zasięgnęłam wiedzy z ksiąg botanicznych oraz popytałam u zielarza. Lotos widziany jest nad niewielkimi rzekami czy strumykami; tam, gdzie wodą jest w stałym ruchu, ale prąd nie jest za silny. Kwiat lubi mocno oświetlone miejsce, żeby mógł wyczuć, kiedy jest pełnia. Trzeba też uważać przy zbieraniu rośliny- trzeba ją zabrać w całości oraz trzymać w wodzie do czasu przyrządzenia lekarstw; płatki muszą być świeże i zerwane prosto z kwiatu. To dodatkowo utrudnia nieco pracę, jednak jestem na to przygotowana. Przed wyjściem przejrzałam szybko księgi z zaklęciami z zakresu magii żywiołów. Dodatkowo upewniłam się, że Simo ma się w miarę dobrze. Martwiłam się o niego, więc postanowiłam zostawić przy nim Ayoko, aby pilnował basiora; jeśli gorzej się poczuje, ma pójść do Kiary i prosić ją o pomoc. Mam nadzieję, że interwencja wadery nie będzie konieczna…
Bardzo martwiłam się o ukochanego.
Potrząsnęłam głową. Muszę być skupiona, żeby odnaleźć Księżycowy Lotos. Spojrzałam na otoczenie. Było bardzo ciemno; ledwo mogłam dostrzec sylwetki drzew. Światło księżyca bezskutecznie próbowało się przebić przez liściaste korony drzew. Słyszałam słaby szum wody, więc byłam w pobliżu strumyka; dźwięk był zbyt słaby i subtelny, więc to nie jest rzeka a co najwyżej wartki strumień. Ucieszyło mnie to. Być może tutaj znajdę kwiat… O ile trafię do strumyka. Było zbyt ciemno… Nawet dla mnie, co bardzo mnie zaskoczyło. Zazwyczaj w takich warunkach widzę jak za dnia, ale tym razem było inaczej. Postanowiłam skorzystać z moich magicznych umiejętności. Zamknęłam na chwilę oczy, a po chwili je otworzyłam; wtedy zobaczyłam otoczenie w doskonałym świetle, o ile tak to mogę ująć… Widziałam teraz każdy krzew czy liść z doskonałą precyzją- zasługa uroku Nocnego Łowcy. Jak ja się cieszę, że to nie ja wymyślam te nazwę. Zachichotałam z własnego żartu i ruszyłam w stronę domniemanego strumyka. Po kilku chwilach dotrwałam na miejsce…
...gdzie zauważyłam niewielką postać przy brzegu. Przyczaiłam się zza krzaków, aby sprecyzować, kto tam siedzi. Wilk był niewielki, podejrzewam, że to szczeniak. Miała puszyste futerko na sobie, a postura ciała nie była muskularna, lecz delikatna. Zauważyłam, jak mówi coś do siebie i uderza w taflę wody. Wyczułam jej frustrację. Tylko co robi tutaj sama? Gdzie są jej rodzice? Jeśli są z naszej watahy, zachowali się bardzo nieodpowiedzialnie, pozwalając ich córce samotnie chodzić po watasze, tym bardziej, kiedy smoki tu grasują. A zresztą… Co mnie to obchodzi? Tox ma rację- nie mam prawa mieszać się w sprawy innych; ale jeśli przyjdą do mnie po pomoc, przemówię im chyba do rozumu… Odwróciłam się, ale wtedy jakaś gałąź zahaczyła o moją nogę, przez co nastąpił szelest liści. Szczeniak natychmiast się odwrócił i lustrował otoczenie swoimi wystraszonymi oczami.
- K-k-kto tu jest…? - zapytał piskliwym głosikiem. Spojrzałam na malca. To była kilkumiesięczna waderka, mniej więcej w wieku młodego. Zauważyłam coś w jej oczach. Strach; ale nie taki zwyczajny…
Wiedziała, że nikt jej nie obroni. Ani matka, ani ojciec.
Nie chciałam, aby mała zeszła na moich oczach z powodu panicznego strachu więc powolnym krokiem wyszłam z ukrycia. Waderka obserwowała mnie uważnie, gotowa do ucieczki, jeśli uzna mnie za wroga. Przyglądała mi się uważnie. Była cała roztrzęsiona i wystraszona.
-Nic Ci nie zrobię… -powiedziałam, aby nieco ją uspokoić, ale mała zaczęła powoli się cofać… Na jej nieszczęście, kamienie były dosyć śliskie, przez co wpadła do wody. Natychmiast podbiegłam do brzegu, po czym zaczęłam szukać małej. Strumień dla mnie nie był głęboki, ale dla niej wystarczająco, aby móc się utopić. W końcu znalazłam ją, jak próbowała wypłynąć na powierzchnię. Zanurzyłam pysk w zimnej wodzie i chwyciłam szczeniaka za kark, po czym szybko ją wyciągnęłam z wody. Mała zaczęła kaszleć, lecz po chwili jej przeszło. Mimo to trzęsła się z zimna. Nie dziwię się. Ja jestem dorosła i mam zdecydowanie grubszą sierść od małego wilczka, który siedzi przede mną i wpatruję się we mnie.
- W porządku? - zapytałam najpierw. Muszę upewnić się, że nic poważniejszego się nie stało. Mała kiwnęła delikatnie główką, bojąc się wykonać gwałtowniejszy ruch.
- Jak masz na imię?
- Li… Lilith… - wyszeptała niemalże. Ja jednak zdołałam usłyszeć jej imię.
- Masz śliczne imię… Wiesz, gdzie mogą być twoi rodzice? - spytałam delikatnie. Lilith odwróciła wzrok. Oho… Czyli jednak.
- Jesteś tu sama, prawda?
Mała kiwnęła głową. Zauważyłam maleńką łzę na jej prawym policzku. Zrobiło mi się jej trochę szkoda… Nagle coś zauważyłam. Światło Księżyca zaczęło powoli oświetlać teren. Promienie srebrnego światła powoli pochłaniały ciemność, sprawiając, że widoczność znacznie się poprawiła. Niespodziewanie coś zauważyłam. Kawałek dalej było kilka roślin wodnych, a wśród nich niewielu, jasnobłękitno-srebrzysty kwiat o subtelnych płatkach. Spoczywał on na niedużym liściu o barwie delikatnie zbliżonej pod morski turkus.
Księżycowy Lotos.
Pod wpływem lunarnego blasku roślina zakwitła. Wcześniej mogłabym ją przeoczyć, gdyż ten kwiat przypomina najzwyklejszy grzybień biały. Dopiero po rozwinięciu płatków jestem w stanie określić gatunek rośliny. Waderka przyglądała się temu z wielkim podziwem. Nie powiem, na mnie też zrobiło to duże wrażenie. Cóż, efekt bajerancki, ale mam zadanie. Zmrużyłam delikatnie oczy i skoncentrowałam spojrzenie na kwiecie. W mojej głowie pojawiły się liczne wzory, które kontrolowały przebieg zaklęcia. Po kilku sekundach zaczęła unosić się pojedyncza kropla wody, potem kolejna… W końcu zaczęłam powoli wyciągać lotos ze strumyka, zamykając go w specjalnej bańce z wodą. Bańka powoli przyleciała do mnie i ukazała schowaną wewnątrz wodną roślinę.
Z bliska robi jeszcze lepsze wrażenie… 
Lilith stała, wpatrzona we mnie z mieszaniną zachwytu i strachu. Dostrzegłam, że z każdą minutą dygota coraz mocniej. Musiało być jej strasznie zimno…
- Lilith, jest ci zimno? - spytałam cicho. Mała przytaknęła, po czym kichnęła. Niedobrze… Najlepiej, żeby ktoś miał ją na oku; dobrze by było, aby był to medyk…
- Hej, może pójdziesz ze mną? Jestem medykiem, więc zajmę się tobą. Nie chcę, żebyś sama wracała, tym bardziej, kiedy jesteś przemoczona do suchej nitki… -zaproponowałam - To jak?

Lilith? Miałam jeszcze zrobić art pod to opko, ale cóż... :v

Wyrzucenie

W dniu dzisiejszym z watahy zostanie wyrzucony Disaster. Nie jest to jednak dobrowolne odejście ani brak aktywności. Zostaje wyrzucony za kopiowanie treści WSO bez zgody administracji. Bezczelność, nieuszanowanie pracy innych, po prostu plagiat w najczystszej postaci. Nie może wrócić, chyba że ja - Ariene - umrę. To tyle.


nieznany

Od Tery cd. Carfida

– Jak podobało ci się w akademii? – wypalił, chyba nie do końca pewny swoich słów.
– Było świetnie! Musisz mnie tam kiedyś jeszcze zabrać! – zaśmiałam się, czując ekscytację, a także drgające pod wpływem podniecenia łapy.
– Profesor to super człowiek – dodałam.
Uśmiechnęłam się i chwyciłam obie łapy Czarusia i podrzuciłam je lekko do góry. Chciałam ponowić gest, tedy na swoich łapkach poczułam jego — o wiele większe — pod których wpływem się uspokoiłam.
– Chciałbym cię kiedyś móc tam jeszcze zabrać – szepnął, ściskając mocniej opuszki moich łapek.
Spojrzałam jak zaczarowana na Czarusia, który po chwili zszedł na ziemię i spuścił wzrok, by po chwili się odsunąć.
– Ech, przepraszam, poniosło mnie – westchnął, obracając głowę w przeciwną stronę.
– Nie, nie, nie! Nic się nie stało, było fajnie.. Znaczy się, miło tak po siedzieć! Nie, wszystko z tobą dobrze, to raczej ze mną coś nie tak... A może..? – zaczęłam trajkotać na jednym tchu, a Czaruś z uniesionymi brwiami przyglądał się mojemu zakłopotaniu, by po chwili wybuchnąć śmiechem i zakryć mi pyszczek łapą
– Wybacz, nie mogłem się powstrzymać.. – Nadymał się, powstrzymując kolejne napady chichotu.
– Ach, tak? Bawi cię to? – udałam obrażoną. – Humph.
Czaruś w mig przestał się śmiać, a na jego pysku wymalowany był smutek i zakłopotanie.
– Ej, jesteś zła..? – Poruszył mnie barkiem, a mnie coraz trudniej było powstrzymać uśmiech. – Teeera, no nie gnieeewaj się na mnie!
– Tera...? – Przybliżył się nieznacznie do mojego pyska, przez co odruchowo zerknęłam w jego stronę.
Nasze nosy zetknęły się po całości, a podczas tej magicznej chwili przeszył mnie na wskroś prąd. Tak się spięłam, że nie zauważyłam krawędzi obok mnie, przez co się ześlizgnęłam. W porę jednak zareagował Czaruś, który w pogoń za mną także nie zdążył się niczego złapać — no bo jak tu się złapać chmurki? Wszystko potoczyło się w zupełnie inną stronę, i to dosłownie. Chmurka wywinęła kozła i zaplątała mnie i Czarusia w swoje objęcia, dzięki czemu wyglądaliśmy jak latające burrito z wilka.
Bez żadnej wolności ruchu, leżałam pyszczkiem do pyszczka Czarusia, i to na nim. Zawinięci w burrito, tkwiliśmy w niezręcznej pozycji, aż nie wybuchłam śmiechem. Zarumieniona i zakłopotana, Tera zaczęła się śmiać. Czaruś nie wiedział, co powiedzieć, więc przyglądał się mojemu pyszczkowi w oniemieniu. Z przymkniętymi powiekami polizałam policzek Czarusia, który w tym czasie rozglądał się na boki w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby nam pomóc wydostać się z pierzastego burrito. Kiedy dotarło do niego, co się właśnie wydarzyło, rozszerzył oczy, a jego pysk mimowolnie się otworzył. Zachichotałam i wtedy też do mnie doszło, co zrobiłam. Dostałam wiadrem z lodowatą wodą po całości.
– Pfft.. – nagle zaczęłam się chichrać, a Czaruś, jak tkwił w bezruchu, tak wpatrywał się w przestrzeń przed nim. Był czerwony jak piwonia.

Czaruś? ʕ¬ᴥ¬ʔ

3 marca 2018

Od Carfida CD Tery

Siedziałem posłusznie na chmurce wyczarowanej przez Tere. Przesunąłem się w stronę krawędzi puchu, by zerknąć na nich z góry. Wadera siedziała z przykulonymi uszami, a profesor wolno ruszał ustami, zapewne coś tłumaczył.
Po chwili Tera szybko wstała, a jej ogon zmienił się w radosny wachlarzyk. Zaśmiała się, a na jej pyszczku zagościł ogromny, promienisty uśmiech.
- Dziękuje! - usłyszałem, lecz każdy dźwięk był mocno tłumiony przez moją wysokość. Oczy Tery szybko podniosły się na mnie i chmurkę.
Poczułem mocne szarpnięcie, a mój pysk w jednej chwili znalazł się obok nosa wadery.
- Idziemy do medyka - szepnęła, wskakując na różowy puszek.
W czasie lotu odwróciłem się na chwilę, by jeszcze zobaczyć minę profesora.
Ten zaśmiał się donośnie, posyłając oko w moją stronę. On to już nie odpuści.
Siedzieliśmy obok siebie, a nasze oczy skierowane były przed siebie. Nastąpiła cisza, przytłaczająca cisza.
- Wiesz... - odwróciliśmy głowę w tą samą stronę, a nasze głosy spotkały się na tej samej drodze. Lekko zakłopotana Tera opuściła pyszczek.
- Ty pierwszy... - westchnęła, a jej oczy szybko powędrowały z powrotem w stronę moich.
- Dobrze - wziąłem głęboki oddech, lekko przymrużając oczy. Nie wiem nawet jak zacząć. Nigdy się tak nie czułem.
- Em... - próbowałem powiedzieć cokolwiek, lecz język odmawiał posłuszeństwa. Po chwili zobaczyłem jak wadera chichota, zakrywając policzki łapkami. To zupełnie zbiło mnie z tropu.
- Kurde - zdenerwowałem się własnym zachowaniem. Nigdy nie miałem problemu, by komuś coś powiedzieć. Zazwyczaj prosto z mostu.
Przysunąłem się do Tery, a końcówki naszych łap delikatnie się stykały.
- Jak podobało Ci się w akademii? - walnąłem, gubiąc się we własnych myślach.
- Było świetnie! Musisz mnie tam kiedyś jeszcze zabrać - zaśmiała się, a jej łapy zaczęły drżeć z podekscytowania.
- Profesor to super człowiek - odparła, chwytając moje łapy i podrzucając je ostrożnie do góry. Wpatrywałem się w jej oczy. Zawsze pogodne, roześmiane. Jak ona to robi?
Chwyciłem jej łapki, a ona natychmiast się uspokoiła.
- Chciałbym Cię kiedyś móc tam jeszcze zabrać - szepnąłem, ściskając mocniej opuszki łapek Tery.
Po chwili spuściłem wzrok i puściłem łapy samicy.
- Ehh, przepraszam, poniosło mnie - westchnąłem, obracając głowę w przeciwną stronę.

Tera?

Od An cd Simo

Spojrzałam na podarunek. Myślałam przez dłuższą chwilę, aż w końcu wzięłam w łapy prezent… i oddałam go ukochanemu. Zamrugał zdziwiony. Spojrzałam mu w oczy. Był zaskoczony i nie rozumiał, czemu tak zdecydowałam. Zaśmiałam się, co wywołało jeszcze większe zaskoczenie u Symonidesa.
- To może się przydać na bardziej… groźniejszą sytuację. Warto to zachować na czarną godzinę, gdzie wtedy będzie liczyła się szybka pomoc -wyjaśniłam basiorowi. Zrozumiał mój tok myślenia i przytulił się do mnie. Ja odwzajemniłam gest. Wdychałam zapach jego futra. Przy nim czułam się bezpiecznie i wiedziałam, że mam kolejny powód, aby wrócić do domu… Miałam u niego wsparcie i mogłam prosić go o pomoc w każdej sprawie. Był kimś, na kogo mogę liczyć i wiem, że nie zdradzi mojego zaufania.
Był kimś, z kim chce spędzić resztę życia…
Nagle poczułam się słabiej. Nogi pode mną się ugięły, jakby były zrobione z waty. Simo zareagował natychmiast i pomimo swoich dolegliwości, pomógł mi utrzymać się w pionie. Zakręciło mi się w głowie, więc utrzymanie równowagi było dla mnie nie lada wyzwaniem. Po dłuższej chwili zaczęłam czuć nogi, więc spróbowałam stanąć o własnych siłach. Udało mi się, jednak czułam protesty moich mięśni. Basior cały czas był obok mnie, by w razie czego móc szybko mi pomóc. Chciałam coś powiedzieć, ale po prostu nie mogłam, jakby była niemową… Chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę sypialni. Simo cały czas mi asystował, za co byłam mu naprawdę wdzięczna. W końcu dotarłam do swojego posłania. Resztkami sił położyłam się na łóżku i przez chwilę walczyłam ze zmęczeniem. Miałam nadzieję, że kiedy położę, poczuje się nieco lepiej; niestety, tak się nie stało. Basior z troską w oczach mi się przyglądał. W myślach szukałam przyczyny pogorszenia mojego stanu. Może to przez zmęczenie? Więc dlaczegóż teraz poczułam się gorzej? Smok? Dero nie są w stanie wytworzyć żadnych substancji toksycznych czy o właściwościach usypiających lub paraliżujących. Sama byłam bardzo zaskoczona zmianą mojego samopoczucia. Z każdą chwilą zmęczenie przytaczało mnie coraz bardziej. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam, dlatego chciałam spróbować powiedzieć Symonidesowi, jak bardzo go kocham, ale nie mogłam wydusić z siebie słowo. Basior widział moje próby wymówienia jakiegoś słowa.
- Co chcesz powiedzieć, kochanie?
Spojrzałam mu głęboko w oczy. Widziałam zmartwienie i troskę, ale też niewielką nadzieję, że złe samopoczucie zaraz mi przejdzie. Ja powoli traciłam to przeświadczenie, jednak nie chciałam, aby było widać. Nie chciałam odbierać tej wiary. Chciałam dodać mu siły… Dlatego go pocałowałam. Zaskoczyłam Simo tym, ale po chwili odwzajemnił pocałunek.
To ostatnia rzecz, którą zapamiętałam po pochłonięciu mnie przez nieskończoną otchłań.

•••

Nie wiem, gdzie byłam. Może to tylko sen, a może otchłań śmierci… Byłam gdzieś pośrodku… nicości. Ale wiedziałam jedno- byłam sama. I to mnie bolało. Kiedyś pogodziłam się, że zawsze będę samotna, nigdy nie zostanę matką, nawet przybraną, a co dopiero żoną. Teraz jednak zostałam matką dla małego malca o niezwykłym charakterze i oczach; na dodatek poznałam basiora mojego życia. Wcześniej nie chciałam tego, ale teraz… Jak każdy inny wilk pragnę miłości i wsparcia od mojej rodziny, którą tworzę ze swoim wybrankiem i gromadką szczeniaków. Jednak teraz wiem, czemu wcześniej byłam tak oporna- nie chciałam, aby ktoś przeze mnie cierpiał; z powodu głupich słów wykrzyczanych w furii czy odkrycia, że twój partner postanowił znaleźć miłość w objęciach innej czy…
...z powodu mojej śmierci…
Nie. Nie mogę tak myśleć; tym bardziej nie mogę się poddać. Muszę wiedzieć, co tu robię i dlaczego tu się znalazłam. Czemu tu w ogóle trafiłam…? Skupiłam się, aby przypomnieć sobie, co się stało. Po chwili poznałam odpowiedź- poczułam się gorzej z nieznanego powodu, więc mój organizm zapadł w coś w rodzaju hibernacji. Westchnęłam. Symonides teraz pewnie bardzo się martwi o mnie. Nagle coś mnie tknęło. A gdzie Ayoko? Chyba poszedł do biblioteki, ale już powinien wrócić. I to dawno… A jeśli… to… znowu się stanie? Jeśli tym razem będzie… gorzej… niż za pierwszym razem? Zaczęłam krzyczeć. Wolałam imion moich bliskich, ale i tak byłam świadoma, że jestem tu tylko ja; że jestem samotna. Po policzku zaczęły spływać pojedyncze krople łez. Tego się obawiałam; że jeśli zdobędę coś, na czym będzie zależeć mi bardziej od mojego pogmatwanego i zapomnianego życia, stracę to. Zaczęłam coraz głośniej wyć. Po krótkim czasie zaczęła boleć mnie krtań i gardło, ale nie przestawałam krzyczeć. Chciałam, żeby ktokolwiek mnie usłyszał; żeby przyszedł tu i powiedział, że to tylko głupi koszmar i zaraz otworzę oczy i… i… zobaczę ich. Na wspomnienie Ayoka i Symonidesa nie mogłam powstrzymać łez. Po prostu. Zaczęłam szlochać, mając żałosną nadzieję, że zaraz to się skończy. Niestety, straciłam rachubę czasu i nie wiedziałam, jak długo wypłakuje sobie oczy.
Nagle coś się stało- poczułam jakąś obecność. Ktoś tu jest… Nie wiedziałam dokładnie kto to czy co to. Już chciałam przyjąć postawę do walki, ale przypomniałam sobie o doznanych ranach. Spojrzałam na swoje ciało… Doznałam małego szoku- bandaże oraz obrażenia zniknęły bez śladu; nie było nawet siniaka czy zadrapania. Niespodziewanie po moich plecach przeszedł dreszcz. Ktoś tu był, i to blisko. Naprężyłam mięśnie i czekałam na przeciwnika. Byłam gotowa do walki - nieważne, czy jestem na granicy śmierci, czy to tylko głupi sen. Nauczyłam się wiele rzeczy a przede wszystkim, aby zawsze być gotowa do starcia z przeciwnikiem; niezależnie od czasu czy powodu. Kątem oka coś zauważyłam. Jakiś świetlisty punkt. Odwróciłam się w jego stronę, aby mus się przyjrzeć. Potem pojawił się kolejny i następny… W końcu zamiast ciemności było wszechobecne świtało.

Nie wiem, dlaczego leżałam. Ale wiedziałam jedno - głowa bolała mnie niemiłosiernie; zupełnie, jakby ktoś przywalił mi porządnie w czaszkę. Zaczęłam powoli wstawać i to, co zobaczyłam…
Cóż, nie da się tego opisać. To trzeba przeżyć. Byłam pośrodku ścieżki wykonanej z maleńkich gwiazdek, które niemalże były obok siebie, ale na tyle oddalone, że mogłam zobaczyć co jest pod spodem. Ja jednak skupiłam się na otoczeniu, które jest na wysokości moich oczu i powyżej… Miliony gwiazd; dużych i małych, w rozmaitych kolorach, osadzonych było w różnych odległościach. Niebo przypominało to w nocy, jednak światło z gwiazd sprawiało wrażenie, że jest dzień. To nie przypominało nocne niebo, tylko coś w tym rodzaju… Nie było za ciemno ani za jasno.
Panowała tu pełna harmonia.
Ruszyłam ścieżką przed siebie. Z każdym krokiem czułam niesamowity podziw i szacunek dla tego miejsca, ale także ciekawość. Przyglądałam się uważnie, aby nie przegapić żadnego szczegółu. Niespodziewanie na plecach przeszedł kolejny dreszcz, ale tym razem był inny… Jakby miał zasygnalizować tylko czyjąś obecność. Obróciłem głowę. Nikogo tam nie było… Może to pomyłka? Kiedy zwróciłam głowę do przodu, zobaczyłam jakiegoś smoka przede mną. Najczęściej na widok dużego smoka gotuję się do walki, jednak teraz czułam spokój i równowagę. Nie czułam potrzeby walki czy agresji ze strony smoka. Nie wiem co się ze mną dzieje, lecz się nie bałam. Podeszłam do majestatycznego stworzenia. Było ono ogromne, ale nie przesadnie. Łuski miały odcień perłowy oraz smolisty; równoważące się kolory. Delikatne, błoniaste skrzydła, mimo swojego zwodniczego wyglądu, mogły być bardzo silne, podobnie jak pozostałe kończyny. Smok spojrzał na mnie swoimi mądrymi oczami w kolorze złota.
- Zapewne zastanawiasz się, co tu robisz, ale odpowiedź poznasz później. Musisz uważać, bo to, co powinno zostać w cieniu, niedługo ujrzy światło dzienne. Twoja przeszłość nadal pozostanie tajemnicą i nie staraj się jej na siłę odnajdywać -mimo że gad mówił w nieznajomym mi języku, doskonale go rozumiałam. Dziwne…
- A co z moją rodziną? Czy oni będą szczęśliwi i bezpieczni przy mnie? - zapytałam. Smok zniżył odrobinę łeb.
- Musisz mądrze wybierać; kogo ocalić a kogo zgładzić. Kto ma być przyjacielem a kto wrogiem…
Tyle to i ja wiem…
- Jednak uważaj, ponieważ przeszłość, przed którą chcieli cię uchronić twoi rodzice, może zniszczyć to, co kochasz… - to zdanie zmroziło mi do szpiku kości. Tylko co to oznacza…? Ktoś może zagrażać moim najbliższym. Pytanie tylko, czy to wróg nieznany, czy ktoś, kogo znam? To może być każdy wilk. Myślałam tak intensywnie, że nawet nie zauważyłam, jak smok rozkłada swoje pół przezroczyste skrzydła.
- Już czas…
Wtedy wróciłam do swojego ciała…

•••

Powoli otworzyłam oczy; zauważyłam, że jest bardzo ciemno… Może była noc? Nie jestem pewna. Podniosłam ostrożnie głowę. Miałam wrażenie, że waży tyle, co moje ciało. Zauważyłam, że na czole miałam zimny okład. Tylko dlaczego? Moje oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności, przez co rozróżniałam pojedyncze kształty. Szafka nocna, półki uginające się od książek, błękitny wazon na kwiaty… Czułam też miękką pościel na sobie. Byłam w sypialni. Tylko jak długo spałam? Dzień? Dwa? Miałam jeszcze jedno pytanie, które nie miało odpowiedzi. Miałam wrażenie, że coś mi się śniło.
Tylko co?
Miałam totalną pustkę w głowie. Pamiętam tylko jakieś słowa o mojej przeszłości, która może powrócić czy coś takiego, jednak nie mogłam przypomnieć sobie szczegółów. Martwiło mnie to. San fakt, że nie pamiętam snu oraz mój stan zdrowia. Chciałam wstać, ale coś zauważyłam. Dorosłego wilka zwiniętego w kłębek tuż obok mnie. Zaskoczył mnie też fakt, że Ayoko również spał, usadowiony przy Symonidesie. Dostrzegłam też, że spali bez jakiegoś okrycia, przez co basior lekko drżał, oddając całe ciepło malcowi i chroniąc go przed zimnym wiatrem. Mimo że mamy wiosnę, czasami nocą było naprawdę zimno. Nie chciałam ich budzić, ponieważ tak uroczo wyglądali, więc rozłożyłam skrzydło i nakryła nim Simo, aby w nocy zbytnio nie zmarzł; sama natomiast ponownie zasnęłam, mając nadzieję, że kolejny sen zapamiętam.

Poranny śpiew ptaków delikatnie mnie wybudził ze spokojnego snu. Nie miałam ochoty wstawać z łóżka, przerywając słodkie lenistwo. Po chwili dobiegł do mnie jakieś dźwięki; barwa głosu pasowała do dorosłego basiora, a śmiech przypominał radość małego szczeniaka. Powoli zwlekłam się z łóżka, po czym zaczęłam delikatnie się rozciągać. Czułam, że mam bardzo sztywne mięśnie, co świadczyło o dłuższym braku ruchu, jednak szybko nadrobię straty i wrócę do formy. Teraz czułam się nieco lepiej. Głowa przestała mnie boleć, przez co miałam lepsze samopoczucie. Kiedy skończyłam się przeciągać, ruszyłam w stronę salonu. Po kilku krokach wyjrzałam delikatnie zza rogu. Tam zobaczyłam, jak młody bawi się z Simo; wilk rzucał piłką, a szczeniak ją odbijał i oddawał starszemu. Ucieszył mnie ten widok. W końcu Ayoko może zachowywać się jak prawdziwy szczeniak… Nie chciałam psuć tej zabawy i już chciałam się wycofać, ale AJ mnie zauważył.
- Mamo! - zawołał radośnie i natychmiast do mnie podbiegł. Przytulił się do mojej piersi, a ja go objęłam. Symonides powoli i niespiesznie ruszył w moją stronę, z wyrazem ulgi na pysku. Podszedł do mnie i wtulić się w moje futro; sama podobnie zrobiłam. Jego oczy wyglądały teraz niesamowicie- były przepełnione ulgą i radością, były też figlarne iskierki. Uśmiechnęłam się i pogładziłam go po policzku.
- Martwiłem się o ciebie - powiedział szczerze.
- A czemu? -zapytałam lekko zaniepokojona. - Coś się stało?
- Spałaś prawie pięć dni… Nie wiedziałem, czy w ogóle się wybudzisz… - jego spojrzenie na chwile straciło całą radość. -Ale najważniejsze, że jesteś tu -uśmiechnął się lekko. Już chciałam coś powiedzieć, ale Ayoko zaczął mnie szarpać za futro, dając znać, że chce zwrócić na siebie uwagę.
- Mamo, a kiedy będę miał rodzeństwo? - zapytał, patrząc na mnie swoimi maślanymi oczkami.

Simo? Ayoko jest w gorącej wodzie kąpany xd

1 marca 2018

Od Tery cd. Carfida

– Wiesz... – zaczął cicho, spoglądając na swoje łapy.
Zamerdałam długim ogonem, zaciekawiona odpowiedzi. Podniósł z powrotem wzrok, a kiedy miał kontynuować wypowiedź, w słowo wszedł mu pewien starzec.
– Chodźcie, pokażę wam coś! – Usłyszeliśmy donośne wołanie Profesora, prawdopodobnie dochodzące z drugiego piętra.
Czaruś odchrząknął z nutką rozczarowania, ale wsłuchał się w głos Profesora, jak z resztą i ja.
– No, ruszać się! Żółw by was prześcignął!
Z lekka niezadowoleni, ruszyliśmy przed siebie, a między nami panowała ciut krępująca cisza. Żadne z nas nie miało odwagi się odezwać, chociaż szczerze mówiąc, miałam niebywałą ochotę palnięcia czegoś głupiego. Jednak to, co mąciło mi w głowie od dłuższego czasu, to to, co chciał przekazać mi Czaruś. Czy niedawno zaśpiewana piosenka miała coś wspólnego z tym, co chciał mi powiedzieć? Nie miałam pojęcia. W końcu zdałam się na odwagę i pierwsza zabrałam głos.
– Czaruuuś?
– Tak..? – zapytał, widocznie wahając się tego, co ślina na język mu przyniesie.
– Co chciałeś mi wtedy powiedzieć? – Przechyliłam łebek, lustrując z zainteresowaniem wilka idącego obok mnie.
– Uch... Ja... – Czaruś wyraźnie się zakłopotał, a jego policzki przybrały barwę dorodnych pomidorków. – Ja chciałem...
– Ach, jesteście! No ileż można czekać? – przerwał mu Profesor, który znikąd pojawił się tuż przed naszymi pyszczkami.
– Przepraszam, my...
– Carfid, cicho siedź. Nie zwlekajmy, w końcu chciałem wam coś pokazać... – powiedział z błyskiem w oku, a na jego pysku zagościł tajemniczy uśmiech.
– A więc chodźmy! – Podskoczyłam z podniecenia, a Profesor zarechotał pod nosem.
Przez chwilę udało mi się dostrzec nikłe mrugnięcie w stronę Czarusia, który na podejrzany gest starca zareagował jeszcze większym rumieńcem.
– Czaruś, dobrze się czujesz? – Podeszłam bliżej basiora, a piankowa chmurka uniosła moje ciało na wysokość jego pyska, dzięki czemu mogłam dokładnie przyjrzeć się jego tęczówkom. – Masz gorączkę?
Przełożyłam łapę do jego czoła, odsłaniając do tyłu jego grzywkę. Niestety, ale łapą nie potrafiłam niczego wyczuć, więc postanowiłam zdać się na sposób Matki. Chwyciłam w obie łapki pysk basiora i przylgnęłam policzkiem do jego głowy. Czaruś zaniemówił, tkwiąc w bezruchu.
– Wielkie nieba, jesteś cały rozpalony! – Odskoczyłam od niego, łapiąc się za głowę. – Trzeba iść z tobą do uzdrowicieli!
– Ech, nie, Tero, nie mam gorączki...
– Przecież czuję! – Moja tylna łapa zaczęła nieznacznie drgać, tupiąc w bardzo szybkim tempie o podłoże biblioteki, w której się ponownie znaleźliśmy. – Musisz się położyć.
Staruszek przyglądał się zaistniałej sytuacji z rozbawieniem, tłumiąc chichot, a ja, jak nie wiedziałam, o co chodziło, tak się nie dowiedziałam. W mig utworzyłam o wiele większą chmurkę, która idealnie wpasowała się do rozmiarów Czarusia.
– Właź.
– Ale...
– Sio! – Wydęłam wargę, a Czaruś ze zrezygnowaniem wgramolił się na pierzastą chmurkę. Krótko mówiąc, basior nie miał nic do gadania.
– Profesorze... – Spojrzał bezradnie na starca, a ten uśmiechnął się tylko. Czaruś burknął pod nosem, zakładając łapy na piersi.
– Masz gorączkę, więc musisz leżeć. – Zmaterializowałam przed sobą termometr, który już po chwili znalazł się w pysku Czarusia.
Lustrowałam wzrokiem wyświetlacz LCD, patrząc, jak co kilka sekund temperatura wzrasta. Po upływie niecałej minuty termometr zapikał, a wskaźnik wykazał trzydzieści osiem i trzy dziesiąte stopnia.
– I co, pani doktor? Umieram? – zaśmiał się lekko, a ja pokazałam mu wyświetlacz. Czaruś ściągnął brwi do dołu, składając usta w cienką linię.
– Nie, ale masz stan podgorączkowy! – Przeszłam pod chmurką, na której leżał Czaruś, podchodząc do Profesora.
Kiedy miałam zabrać głos, zawahałam się i spojrzałam zmieszana na wilka.
– Czy ja... Czy ja nie jestem zbyt nachalna? – Przycupnęłam obok niego, kładąc uszy po sobie.
– Troszczysz się o niego, a to bardzo ważna cecha u wilka. Moim zdaniem nie jesteś nachalna, ująłbym to bardziej jako... Przesadną nadopiekuńczość z twojej strony.
Spojrzałam na Czarusia, który przyglądał się nam i naszej rozmowie. Wyglądał naprawdę dobrze, ale czy organizm czuł się tak samo? Co prawda, miał lekkie cienie pod oczami, ale mogłam się domyślić, z jakiego to powodu. Zatem co spowodowało gorączkę?

Czaruś? Co ci dolega? :c

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template