11 lutego 2018

Od Toxikity cd. Alpina

– Jasne... – Spuściłam wzrok, patrząc w swoje łapy. – Alpinie... Muszę ci coś powiedzieć...
Alpin spojrzał na mnie z zainteresowaniem, a ja wzięłam głęboki wdech, po czym zaczęłam mówić.
– Naprawdę doceniam to, że chcesz mi pomóc, ale pomimo tego wszystkiego... To nie jest takie proste – basior już chciał wtrącić swoje zdanie, ale w porę kontynuowałam wypowiedź. – Pamiętasz, jak mówiłam, że to miłość mnie tak odmieniła?
– Tak, pamiętam. I co w związku z tym?
– To nie do końca przez to... Nie wiem, czy powinnam ci o tym mówić, ale.. cóż... Moja przygoda tak właściwie zaczęła się po wstrzyknięciu dziwnej neurotoksyny, która po interakcji z krwinkami zmutowała i stworzyła mutanerię. Jedna mutaneria praktycznie nie szkodzi zdrowiu, ale duża dawka... Wilk, który chciał sprawdzić działanie potrójnej dawki mutanerii, postanowił przetestować je na mnie. Wybacz, ale nie opowiem ci, jak to wszystko wyglądało przedtem, ale pamiętam, że cały proces mutowania trwał bardzo długo. Może nawet rok...? Nie pamiętam, ale w każdym razie kiedy ten wilk zobaczył, że po takiej dawce nic mi nie było, zaczął podawać mi coraz większe dawki, aż... Oszalał. Nie potrafił przestać eksperymentować, a gdy tylko nie chciałam przyjąć dawki, podawał ją przez nos. Nawet nie wiem, czy istnieje antidotum na tę mutację, a co dopiero jakieś kamyki i zestaw do sprzątania ma mi pomóc!
Alpin milczał, ale nie z powodów takich, a nie innych. Milczał z zamyślenia. Jego błękitne oczy uporczywie wpatrywały się w przestrzeń, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Rozumiem twoje obawy, ale...
– Jakie obawy? – przerwałam. – Niczego się nie obawiam, tylko stwierdzam fakty...
– Nie, nie o to mi...
– Alpin, na to nie ma rady.
- Pozwolisz mi wreszcie skoczyć? – powiedział ostrzejszym tonem i popatrzył lekko podirytowany. – Dziękuję. Tox, te kryształy to nie zwykłe kamyki, tak jak sądzisz. Kiedy włożysz w nie odpowiednie pokłady energii, ich moc jest... Niebywała! Wystarczy, że nauczysz się nad nimi panować, a wierz mi, że rezultat, który dzięki nim osiągniesz, będzie nie do opisania. – Uśmiechnął się, a ja zmarszczyłam lekko brwi.
– A co, jeżeli to nie zadziała? – mruknęłam, a Alpin zrobił zamyśloną minę i po chwili odpowiedział.
– Musi zadziałać.
~*~
W ten sposób skończyłam w grocie z kamykami, miotełką i innymi pierdołami. Alpin zalecił mi głęboką medytację, zapanowanie nad równowagą swojego ciała i utrzymanie harmonii ducha. Wszystko byłoby wprost cudownie, gdyby nie to, że kompletnie nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Po dłuższej chwili zdecydowałam się sięgnąć po kamyki, czy kryształy — wszystko jedno. Usadowiłam się wygodnie na ziemi pokrytej mchem i położyłam przed sobą różnokolorowe kryształy, które pod wpływem światła księżyca rozbłysły, tym samym rozświetliły grotę w pastelowych kolorach. Westchnęłam ociężale i skupiłam wzrok na kryształach, które pod moim spojrzeniem wydały się jeszcze większe, niż wtedy, kiedy trzymał je Alpin. Dotknęłam jeden z nich wysuniętym pazurem, ale ten ani drgnął. Od razu mózg postawił diagnozę — to, co robię, jest idiotyczne. Siedzę nad jakimiś kamykami i gapię się na nie, jakby to właśnie one miały mnie zbawić od złego.
– A mogłam jednak poprosić Alpina o pomoc...
Nie wiedząc, co dalej począć z kryształami, odstawiłam je na jedną z półek i spojrzałam na miotłę, która była oparta o ścianę przy wejściu. Ruszyłam w jej stronę i złapałam kij zębami, zaczynając zamiatać. Nie miałam nic do roboty, a więc cóż miałam robić innego? Wymiatając drobne gałązki, zeschnięte liście i mniejsze kamyki zaczęłam odczuwać dziwne... Szczęście. Dosłownie, stałam się weselsza. W mig przypomniały mi się słowa Alpina: „Służy do ochrony i wymiatania negatywnej energii”. Może ma to z tym jakiś związek? Pytanie odeszło w niepamięć, kiedy kilka metrów przed sobą ujrzałam znaną mi sylwetkę. Należała ona do wadery. Patrzyła na mnie zdezorientowana z pyskiem otwartym co najmniej na piętnaście centymetrów.
– Tox... Dobrze się czujesz...? – zająknęła się, powoli przekrzywiając łeb.
– Tak, wspaniale! – odparłam z obcym dla mnie entuzjazmem, przez który Nathing cofnęła się o krok.
– Ech... Nigdy nie pomyślałabym, że ty... Chodzi mi o to, że... Ty? SPRZĄTASZ? – Złotooka nie ukrywała zdziwienia.
Nie dając mi szansy na odpowiedź, rzuciła krótkie „pa” i czym prędzej się zwinęła. Przez chwilę wpatrywałam się w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu stała Nathing i powróciłam do zamiatania, a raczej do odłożenia miotły na swoje miejsce.
– Już więcej tego nie dotknę.
Wtem w mojej głowie rozbrzmiały kolejne słowa Alpina: „Kiedy wrócisz do domu, umyj je”. Przecież kiedy przyszłam do domu, pierwsze, co zrobiłam, to usnęłam na głazie, kompletnie zapominając o konieczności wykonania tej czynności... Miałam ochotę przejechać sobie łapą po pysku. Zdjęłam kolejno kwarce z półki i niosąc je wszystkie w łapach, musiałam kroczyć na dwóch tylnych, gdyż nie miałam możliwości pójścia na czterech. Gdy doniosłam je do mniejszego źródełka, każdy zanurzyłam w wodzie, która pod wpływem ciepła lekko je ogrzała. Wyjęłam je z wody i postawiłam przed sobą.
– Może teraz coś się stanie?
Faktycznie, kiedy dotknęłam jeden z kryształów, ten zamigotał, co wzbudziło moją ciekawość i zainteresowanie. Z nikłym uśmiechem zaczęłam tykać łapą kryształy, które przy każdym dotknięciu migotały i wydawały z siebie przyjemne dla ucha dźwięki. Jednym z nich zaczęłam się bawić, turlając nim po ziemi. Było nawet zabawnie, za każdym razem kwarc wydawał śmieszne dźwięki. Do czasu. Kamień z impetem uderzył o sklepienie i zaczął dziwnie emanować — co ciekawe — neonowym blaskiem. Podeszłam do niego, zastanawiając się nad tym, czy kryształ ulegnie zniszczeniu. Bo jeśli faktycznie tak by się stało, Alpin by mnie udusił.
Dotknęłam łapą kryształu, i to był mój błąd. Z jego wnętrza wydarło się oślepiająco rażące, jasnozielone światło, wskutek czego musiałam zamknąć oczy. Poczułam, jak przez moje futro przechodzi elektryczna wiązka, a potem chwilowe szczypanie. Kiedy otwarłam oczy, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to to, że na krysztale pojawił się dziwny znak. Jakby hieroglif pisany starożytnym pismem watahy. Jednak to, co wywarło na mnie największe wrażenie, a raczej szok, to futro na moich łapach. Zerwałam się do biegu w stronę źródełka, a kiedy zobaczyłam w nim swoje odbicie, zaczęłam wrzeszczeć na całe gardło.
– WYGLĄDAM JAK... JAK P-PIEPRZONY PUDEL! – wydarłam się, patrząc w panice na grube, najeżone i odstające we wszystkie strony świata futro. – ALPIN, JA CIĘ CHYBA ZAMORDUJĘ!

Alpinie?
No to mamy w stadzie pudla...

Od Kesame cd. Obliviona

Uśmiechnęłam się i podeszłam do niego.
- Miło cię widzieć - stwierdziłam, prostując się. Na jego widok rzeczywiście lekko się rozweseliłam.
- Ciebie również - uśmiechnął się, troszkę może nieśmiało.
Znów spojrzałam na niebo. Uśmiech nie zszedł mi z pyska, choć patrząc w niebo odczuwałam niepokój.
- Coś cię trapi? - zapytał i usiadł. Spuściłam łeb, jednak przed oczami wciąż migotał mi błękit.
- Wojna.
Westchnął i zaczął grzebać łapą w ziemi.
- Wiesz, Kesame - zaczął, nie przerywając zabawy - świat nie skończy się teraz.
- Cały świat może nie... ale nasz... kto wie?
Skinął łbem.
- A dlaczego nie patrzysz już w niebo?
- Zauważyłeś - uśmiechnęłam się gorzko. - Zawsze mnie to uspokajało, ale teraz boję się, że zauważę na nim smoka.
Niepewnie objął mnie łapą, a ja wtuliłam się w niego, zanurzając się w miękkim futrze.
- Fajnie, że tu jesteś. Samotność na wojnie jest przerażająca.
Nie widziałam jego pyska, ale byłam pewna, że się uśmiechnął.

Pomachałam mu, kiedy odchodził. Odwrócił się jeszcze dwa razy, ale potem zniknął w mlecznoszarej mgle, która unosiła się nad ziemią i utrudniała poruszanie się. Stałam sama jeszcze chwilę. Wsłuchiwałam się w otoczenie i porządkowałam myśli, a także planowałam, co mogę zrobić. Potem podeszłam do klifu i wpatrywałam się w przepaść.
Skoczyłam.
Leciałam jakiś czas, łapami w dół, z zamkniętymi oczami. Szum w głowie zagłuszał wszystko, od dźwięków po myśli, przez co poczułam się dziwnie wolna od wszystkiego. Otworzyłam oczy przed samą ziemią, już we mgle, ale zdążyłam zamienić się w sowę i wzleciałam w górę, obracając się wokół własnej osi. Potem, kiedy uwolniłam się z mgły, wpadłam w chmury i pomyślałam, że wcale nie ma wielkiej różnicy.

Do Miejsca Kultu weszłam powoli, spokojne, jakby wcale nie nękały mnie niepokojące myśli. Przywódcy oddziałów zajęli już swoje miejsca i wszyscy wbili swoje spojrzenia we mnie, kiedy wchodziłam przez potężne, mosiężne wrota. Pod naciskiem tych wszystkich par oczu poczułam się niewyobrażalnie mała, jednak nie dałam po sobie tego poznać.
- Witam wszystkich - zaczęłam, podchodząc do stołu.
Wilki skupiły się na leżącej na nim mapie - tylko jeden wciąż śledził moje ruchy.
Oblivion.

Oblivionie?
Jeśli nie chcesz, to nie musisz opisywać zebrania. 
Możesz dać jakiś przeskok czasowy czy coś ♥

Od Zack'a

Pewnego słonecznego dnia wybrałem się na dość długi spacer. Po dwóch godzinach spaceru zaczęły mnie boleć łapy postanowiłem, że chwilę odpocznę. Położyłem się na kamieniu, który wyglądał jak ryba. Po kilku minutach usłyszałem szum wody zza moimi plecami. Odwróciłem się, aby to sprawdzić. Była to piękna rzeka - Rzeka Valar. Kilka lat temu słyszałem o tej rzece, która jest piękna,i spokojna, lecz zdradliwa oraz niebezpieczna.  Postanowiłem sprawdzić jak smakuje woda z Valar. Podszedłem, żeby się napić, lecz nagle poślizgnąłem się i wpadłem do wody. Pech chciał, że nie umiem pływać. Myślałem, że już po mnie i nagle pojawiła się moja jedyna nadzieja- kłoda. Chwyciłem się jej i wreszcie nabrałem powietrza. Po pięciu minutach do moich uszu doszedł większy szum. Były to Wodospady Dimrill.
-No super- powiedziałem do siebie.- Gorzej już chyba być nie może.
Gdy spadałem z krzykiem z ok. dziesięć minut widziałem, że niektóre wilki patrzą się na mnie i śmieją się pod nosem. Gdy wpadłem do wody straciłem przytomność. Gdy na chwilę otworzyłem oczy poczułem, że ktoś mnie ciągnie i ponownie straciłem przytomność. Po obudzeniu się zobaczyłem, ze znajduję się w jakimś domu. Po chwili dostrzegłem jakiegoś chudego wilka.
-Nie martw się. Nic Ci nie zrobię- powiedział nieznajomy.
-Kim jesteś?- zapytałem, starając się zachować spokój.
-Jestem Matt. Byłem uzdrowicielem do czasu wojny...
-Jakiej wojny?- zapytałem, wpadając mu w słowo.
-Wojny z inną watahą. I nie, nie wiem jaka to była wataha- odpowiedział na moje pytanie zanim zdążyłem je zadać.
-A gdzie tak w ogóle jestem?
-W moim domu. A mój dom jest w Magicznym Lesie.
-A to świetnie się składa. Dziękuję Ci za wszystko Matt. Muszę wracać już do domu - powiedziałem wychodząc.
-Żegnaj. I uważaj na wodospady - powiedział,a po chwili się roześmiał na dobre.
Gdy wracałem do domu spotkałem smoka, który na szczęście mocno spał. Gdy wróciłem do watahy było już dobrze po północy, więc ledwo żywy doszedłem do jaskini - zasnąłem.

Od Symonidesa cd. Antilii

Przez chwilę stałem w totalnym bezruchu, ignorując wszelkie walki toczące się za mną. Wpatrywałem się w coraz wolniej unoszący się bok wadery, w jej zakrwawiony pysk i wpół przymknięte powieki. Szumiało mi w głowie i nie do końca rozumiałem co robię, w dodatku otumaniony byłem czarnym dymem unoszącym się znad zgaszonego już płomienia.
Stworzony z wody pegaz, niezwykłe stworzenie o ogromnych, rozłożystych skrzydłach, spoglądał na mnie, wyczekując jakiejkolwiek reakcji. Kątem oka widziałem Ayoko, całkowicie wyczerpanego i zagubionego. Zresztą i tak trzymał się lepiej ode mnie...
- Co robimy? - wychrypiał i choć wyraźnie słyszałem, co powiedział, nie udzieliłem odpowiedzi.
Pegaz zastukał kopytem, chcąc zapewne nas ponaglić. Zniżyłem łeb i delikatnie musnąłem nosem jej zmierzwione futro. Nie wiem po co, pewnie chciałem po prostu ją dotknąć i upewnić się, że jest prawdziwa.
Pomimo tego, co się działo, pomimo nieprzytomnej Antilii i szalejącej za nami bitwy, czułem dziwny, otulający mnie spokój, tak, jakby wszystko miało się ułożyć. Wziąłem głęboki wdech, który wywołał odruch kaszlu. To pewnie ten dym.
- Ayoko - zacząłem, zgrzytając zębami - musimy uciekać.
Świat nie byłby sobą, gdyby w tej chwili coś obok nas nie eksplodowało, odrzucając mnie do tyłu. To jeden z nich, byłem tego pewny.
Leciałem zaledwie kilka sekund, ale na złość nie chciały one płynąć tak, jak powinny. Zatrzymałem się parę metrów dalej, w tumanach kurzu, z bolącym grzbietem. Otworzyłem kurczowo zaciśnięte dotąd powieki, najpierw jedną, potem drugą, powoli, mając nadzieję, że kiedy kurz opadnie, wszystko będzie dobrze.
- Antilia! - krzyknąłem i wstałem, chwiejąc się na boki. Nie wiem po co wołałem, w końcu i tak mnie nie słyszała. Podbiegłem do jej syna, który teraz, stojąc przy matce, warczał na zbliżającego się napastnika.
Wzdrygnął się, kiedy położyłem łapę na jego karku.
- Odciągnę go... - szepnąłem.
- Ja przeniosę ją na pegaza - dodał, praktycznie czytając mi w myślach. Uśmiechnąłem się, widząc te dwukolorowe oczy.
Nie umiem walczyć, a same słowa nie pomogą. Tym razem po prostu muszę dać z siebie wszystko. Przeciwnik. Teraz to na nim skupiłem całą uwagę. Jego łapy zaiskrzyły, na co zareagowałem śmiechem. Nie był to jednak śmiech z rozbawienia, a raczej z kompletnej bezsilności. Zanim zdążył mnie zaatakować wyjąłem z torby Pyłek Wiatru i przełknąłem, czekając na efekt.
Nieważne, jak to się skończy - muszę dać im czas.
Nie za bardzo wiedziałem, co się dzieje, kiedy moje łapy oderwały się od ziemi. Jęknąłem w duchu i starałem się utrzymać równowagę, jednocześnie wciąż śledząc ruchy wroga. Nie uniosłem się szczególnie wysoko, ale to może i lepiej... Latanie nadal jest szybsze niż zwykłe bieganie. Pełne nienawiści oczy śledziły moje niepewne poczynania. Wręcz czułem na skórze to palące spojrzenie.
Ayoko próbował przebudzić matkę, ta jednak nie reagowała. Ogarniały mnie coraz mocniejsze wyrzuty sumienia. Gdybym tylko przybył tu szybciej... A może w ogóle nie powinienem jej spotykać? To nie ja jestem ich celem, owszem, ale gdybyśmy wtedy nie włóczyli się po terenach, gdybyśmy ich nie spotkali...
Uniknąłem uderzenia w bok, jednak rażąco żółta iskra oplotła moją łapę, wprowadzając w moje ciało prąd. Zatrzęsło mną, krzyknąłem, kiedy moje ciało wygięło się w łuk, a mięśnie napięły, starając się nie rozerwać. Potem otworzyłem oczy. Przeżyłem, iskra nie była widocznie na tyle silna.
- Jeszcze stoisz? - mruknął, podchodząc. Leżałem na ziemi, oddychałem ciężko, ale znów odskoczyłem, unosząc się w powietrze. Tym razem wyżej.
Kolejna iskra zawiodła. Wzleciałem i po prostu mnie nie dosięgnęła. Udało mi się zajść go od tyłu, więc z całej siły uderzyłem w niego, od razu po tym odskakując. Idealnie. Trafiłem w obficie krwawiącą ranę.
Nie wiedziałem jak, ale udało mi się go pokonać. Leżał w kałuży krwi - swojej, mojej, może kogoś jeszcze. Wziąłem głęboki wdech i opadłem na ziemię. Co z tego, że mogę latać, jeśli nie mam siły?
- Symonidesie!
Odwróciłem się. Miałem nadzieję, że to Antilia, ale to nie był jej głos. Nie byłem w stanie dostrzec postaci, która mnie wołała.
Płomienie, których wcześniej nawet nie zauważyłem, przysłoniły mi widok.

Ayoko wykonał swoją robotę, ale też nieźle oberwał. Krew spływała mu z czoła na oko, przez co ciągle ścierał ją łapą.
- Opatrzymy to jak się stąd wydostaniemy - rzuciłem, jednocześnie rozglądając się po placu. Już niewiele dzieliło nas od wolności.
- Uciekamy?
Spojrzałem na niego. Wypowiedział to z lekkim zmieszaniem, jakby nie był do końca pewny, czy chce to zrobić.
- Przecież te wadery... zginą.
- Musimy pomóc twojej mamie - wypowiedziałem łagodnie, patrząc mu w oczy. - Dobrze wiesz, że nie damy rady...
- Mamy je tak zostawić? - warknął.
Zmarszczyłem brwi.
- Musimy pomóc twojej mamie - powtórzyłem cicho i odwróciłem wzrok na przestrzeń przed nami.
Nie odezwał się, ale widziałem, że go to męczy. Zacisnął zęby i spojrzał za nas, w kierunku płomieni, które coraz bardziej się rozrastały. Nie zrobiłem tego, bo nie umiałem.
Sam odór spalonych ciał i krzyki będą mnie prześladować.
- Łatwiej jest odwrócić wzrok, prawda? - szepnął. Stał za mną i oczekiwał, że się odwrócę, ale ja po prostu ruszyłem dalej.
Czasami nie da się wszystkich uratować.

Obudziła się parę dni później. Nie potrafiłem zapełnić tej cholernej pustki, więc tylko spacerowałem po lesie i przesiadywałem u niej, czekając, aż się obudzi. Mówili, że jej stan jest stabilny, ale ja i tak codziennie budziłem się ze strachem, że dzisiaj już jej nie zobaczę.
Ayoko odzyskał siły. Też ciągle przy niej siedział, wymieniał zwiędłe kwiaty na nowe i wkładał je do jasnego wazonu stojącego przy jej posłaniu. Nie mówił ani słowa, ale był szczęśliwy, że jest w watasze.
Teraz akurat go nie było. Nie mogłem spać, więc przyszedłem do Antilii, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Przywitała mnie bladym uśmiechem, przez co stanąłem jak wryty w wejściu.
- Witaj - wybełkotałem, mimowolnie się uśmiechając.

Antilia? ♥

Od Tery cd. Carfida

– Łapy cię bolały? – krzyknął ze śmiechem, siadając pod regałem, na którego czubku siedziałam ja, zestresowana i spanikowana.
– Nudziłam się, to wlazłam – zaśmiałam się cicho, lecz moje oczy krążyły po widnokręgu biblioteki w panice. Tkwiłam w kropce, nie mogłam nic zrobić. Gdybym zmaterializowała przed sobą chmurkę, ta prawdopodobnie nie uniosłaby mnie na takiej wysokości, z czym wiązałby się upadek.
– Profesorze, ściągnie ją pan? – Usłyszałam głos Czarusia na dole, przez co mimowolnie spojrzałam w dół.
Przez chwilę zakręciło mi się w głowie, ale moją uwagę przykuł drugi, inny wilk. Jednak czy był on na pewno wilkiem, nie byłam w stanie stwierdzić. Wzbił się w powietrze, lecąc w moją stronę z uśmiechem na pysku. Tym razem nie wiedziałam, czy mam zacząć uciekać, czy pozwolić się dotknąć temu... Czemuś. Wyglądał jak duch, ale mógł swobodnie dotykać różnych przedmiotów. W tym mnie, o czym przekonałam się chwilę później, kiedy cieniste łapy wilka oplotły mnie w pasie i położyły na jego barku, jak szczeniaka. Mimo dziwnego uczucia, od wilka biła dobra aura, co utwierdziło mnie w tym, że wilk ten nie miał złych zamiarów i mogłam mu zaufać. Jednak nie potrafiłam wyjść z szoku. Kiedy dolecieliśmy do ziemi, wilk mnie postawił, a ja odskoczyłam od niego jak poparzona.
– Ja.. jak?! – wrzasnęłam, przez co uszy oby dwóch basiorów przylgnęły do głów. Moje tęczówki wędrowały po jego ciele, obserwowały go z ciekawością. Nie mogłam się na niego napatrzeć, a natłok pytań w mojej głowie zaczął mnie powoli przytłaczać. Gdzie się podziały odpowiedzi...? Basior-duch zaśmiał się donośnie, uśmiechnął w moją stronę, a po chwili ruszył w stronę wielkiej sali. Odprowadziłam go wzrokiem, a mój pyszczek co chwilę otwierał się, to zamykał. Poczułam obok siebie ruch, a potem ciepły głos znajomego basiora. Na dźwięk jego głosu przeszedł mnie dreszczyk, przez co moje futerko najeżyło się trochę.
– Chodź – szepnął do mojego ucha, a ja mimowolnie odwróciłam pyszczek w jego stronę, przez co prawie zetknęliśmy się czubkami nosów. Chciało mi się przez to śmiać.
Kiedy zobaczyłam, jak Czaruś wolnym krokiem ruszył za duchem, sama podreptałam za nimi. Uśmiechnęłam się do siebie. Przynajmniej odnalazłam swoją zgubę! Z uśmiechem rozglądałam się zaciekawiona po bibliotece, skupiając się głównie na dziwnych malowidłach na płótnach, wiszących na ścianach. Przez moją nieuwagę przeszłam pod nogami Czarusia, nawet o tym nie wiedząc. Basior zapewne zauważył moją osobę tuż pod nim, gdyż usłyszałam za sobą cichy śmiech. Odwróciłam się w jego stronę całym ciałem, decydując się na chodzenie tyłem, co mi nie przeszkadzało.
– Czaruś, dobrze ty się czujesz? – Zwolniłam z tempa, przez co znalazłam się z powrotem obok niego. Spojrzał na mnie z ukosa i zachichotał. – Jak cię poznałam, to taki nie byłeś!
– Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi... – udał zdziwionego, odwracając wzrok z samo cisnącym się na jego pyszczek uśmiechem.
– W takim razie, CZARUSIU... – zaczęłam, chcąc upewnić się w jego reakcji na pseudonim. – Bródzia? Muzio? Ćwir-Ćwir? – Wymieniałam pseudonimy po kolei, jednak nawet to nie wzbudzało w nim irytacji, a uśmiech z jego pyszczka nie chciał zejść. – Mysio-Pysio? – wyszczerzyłam się w szerokim uśmiechu i tym razem Carfid spojrzał na mnie, unosząc brew do góry.
– Nie rozpędzasz się za bardzo? – zwrócił mi uwagę, a ja się zaśmiałam, przypadkowo „chrumkając” do tego. – Co to było...? – zaczął się śmiać, a mój śmiech stawał się coraz głośniejszy.
– Sama nie wiem, czasem tak mam! – Nadymałam policzki, starając się powstrzymać wybuch śmiechu, który udało mi się stłumić, kiedy dotarliśmy do tytułowej sali balowej.
Weszliśmy do środka, a moim oczom ukazały się majestatyczne instrumenty z hieroglifami, z którymi nawet szaman watahy miałby problem odszyfrować. Czaruś wyglądał na spiętego, kiedy duch poklepał łapą ogromne, czarne, lśniące w blasku słońca pianino, którego fotel aż kusił, by zagrzać na nim swoje tyły. Czaruś zapewne miał do wypełnienia zadanie w postaci zagrania jakiegoś utworu, co oznaczało, że w tamtym momencie odgrywałam rolę widowni, albo szkodnika. Spojrzałam znacząco na ducha, a on kiwnął lekko głową, uśmiechając się serdecznie. Nie zwlekając ani chwili, opuściłam salę i poszłam w głąb biblioteki...

Czaruś? Nie za bardzo wiedziałam, jak odegrać scenę z pianinem, więc oddaję to w Twoje łapy uwu

Od Carfida CD Tery

Chodziłem zafascynowany po korytarzach tak bliskiej mi akademii. Nic się nie zmieniło, nawet kurz był na swoim miejscu. Byłem tu ostatnio rok temu, stęskniłem się za magią tego miejsca. Na pożółkłych już ścianach nadal wisiały ogromne, stare obrazy znakomitych profesorów, uczących młode pokolenie muzyków. Nie bardzo zależało mi na spotkaniu z nimi, było to wręcz niemożliwe, gdyż większość duchów już dawno zmieniła miejsce zakwaterowania. Został tylko jeden. Wzór, który dla muzyki zrobi wszystko. Poświęcał każdą wolną chwilę swoim uczniom, przynajmniej tak mi mówił. Zależało mu na tym, by świat o nich usłyszał.
Moje oczy badały z zafascynowaniem każdy, najmniejszy szczególik. Plamę na ścianie, kłębek kurzu, zardzewiały świecznik. Moje obserwacje przerwał cichy skrzyp spróchniałych desek. Odwróciłem się w milczeniu, chcąc znaleźć źródło dźwięku.
- Spokojnie profesorze Fried, to ja, Carfid - odwróciłem się z uśmiechem, a moje oczy przymrużyły się. Przede mną stał wysoki, elegancko ubrany profesor, albo raczej jego duch. Zawsze zaskakiwał mnie swoją elokwencją. Na nosie idealnie czyste okulary, przyozdobione złotym łańcuszkiem opadającym na plecy. Siwe włosy i broda ułożone w idealną fryzurę. W ustach dawno już wypalone cygaro, a prawej ręce dębowa laska.
- Carfid... - uśmiechnął się, przygryzając zębami koniuszek cygara. Wyciągnął rękę w moją stronę i objął moją łapę.
- Nie jesteś tutaj sam, wiesz o tym? - mruknął, poprawiając okulary na swoim nosie.
- Tak, przyszła ze mną. Chciałem jej pokazać magię tego miejsca - westchnąłem, zamykając oczy. Zaraz. Gdzie jest Tera?! Aż boję się co mogła zrobić.
- Chwila, chyba ją zgubiłem... - szybko otworzyłem oczy i nerwowo zacząłem kręcić głową. Profesor patrzył na moje zakłopotanie z uśmiechem, aż w końcu szturchnął mnie laską.
- Wiesz, ta twoja panienka właśnie siedzi na najwyższym regale - zaśmiał się donośnie, a z jego ust buchnął dym cygara. Popatrzyłem na niego złośliwie i ruszyłem z powrotem do biblioteki.
- Carfid, chyba Cię nie uraziłem - mruknął, podlatując do mnie.
- To nie jest moja panienka - warknąłem, piorunując go wzrokiem. Żadna panienka. Wiedziałem, że tak będzie, kiedy kogoś przyprowadzę. Mogłem się tego spodziewać.
- Jednak jest jedyną, którą tu przyprowadziłeś... - posłał mi delikatny uśmiech, poprawił muszkę na szyi i skierował swój wzrok na wprost. Przemilczałem to. Nie będę się z nim wdawał w zbędne rozmowy, bo i tak wie więcej niż ja.
- Łapy Cię bolały? - krzyknąłem ze śmiechem, siadając pod regałem, na którego czubku siedziała spanikowana Tera.
- Nudziłam się to wlazłam - zaśmiała się cicho, lecz jej oczy nadal spoglądały w przerażeniu na półki.
- Profesorze, ściągnie ją Pan? - poprosiłem, obracając głowę w stronę Frieda.
Ten tylko skinął głową. Wzbił się w powietrze, oplótł waderę swoim cienistym ciałem i postawił na ziemi.
- Ja....jak?! - odskoczyła od profesora, a jej oczy obserwowały go ciekawie. Profesor zaśmiał się głośnio i ruszył w stronę sali balowej.
- Chodź - szepnąłem do ucha Tery. Wolnym krokiem ruszyłem za duchem, wiedziałem, że ciągnie mnie do pianina, by sprawdzić moje umiejętności.

Tera?

Harbinger Ghost cd. Ingreed

- Bardzo dobrze wiesz, co się stało In.
Wiedziała.
***
Z dnia na dzień Ingreed stawała się coraz silniejsza, podobnie jak szczenięta. Z powodu licznych ataków ze strony smoków, wadera nie mogła jednak opuszczać miejsca kultu. Samica chodziła, jadła, ale ja widziałem, że gaśnie i to zbyt szybko. Nie byłem w stanie nic na to poradzić. Chyba. Zacząłem szukać, węszyć. Zostawiłem wszystko, co do tej pory miałem, aby znaleźć sposób na uratowanie mojej jedynej miłości. Płomień Życia.
***
To tylko sen. In leżała nieopodal mnie, a wokół jej ciała zwinięte były trzy małe wilki. Wyglądała bardzo dobrze. W oczach pojawiła się iskra, na twarzy zawitał uśmiech. Wstałem i cicho opuściłem jaskinię. Lekkim krokiem ruszyłem do centrum. Do Kesame. Jak na razie panował spokój, więc nie musiałem przejmować się walką ze smokami. Wbiegłem na stromą górę i skręciłem w lewo. Kamiennymi schodami dotarłem na dach starej, kamiennej wieży. Alfa watahy siedziała na murku.
- Czego chcesz Harbingerze?
- To, czego chcę, a to po co tu przyszedłem to dwie różne bajki.
Wadera najwyraźniej się zamyśliła.
- Co masz na myśli?
Westchnąłem. To nie jest takie proste. Nic nie jest proste.
- Twoja siostra umiera, a ja... Ja nie chcę bez niej żyć.
Ayame zaskoczyła z murku.
- Jak to umiera? Przecież wygląda dobrze, wszystko się goi, nic jej nie dolega.
- Spędź z nią chociaż jeden dzień, a zobaczysz.
***
Ktoś wyrwał mi serce. Nie walczyłem o nie. Los kolejny raz skazał mnie na cierpienie, które przyjąłem bez zająknięcia. Jak spędzić ostatnie dni życia z istotą, która nie jest świadoma, że umiera?

Ingreed? Nie podoba mi się. Zbyt smutne? On nie powinien wiedzieć, że Ingreed umiera. Właśnie go zabiłam. Miał nie wiedzieć. Serce mi krwawi, gdy widzę, że mój Harbi cierpi. :'( Nie rób nam tego. PS. Następne będzie lepsze.

10 lutego 2018

Od Tery cd. Carfida

– Jesteś... Jesteś jakiś inny. – Pochwyciłam w obie łapki pyszczek Carfida, tarmosząc jego policzki. Zapewne mój pyszczek sięgał do ziemi przez zdziwienie spowodowane nagłą zmianą nastroju basiora, ale postarałam się o to, abym wyglądała co najmniej... Normalnie, nie dziwnie.
Na przekór moim domysłom Carfid uśmiechnął się lekko i nie wypowiedział ani słówka, co wprawiło mnie dosłownie w szok. Delikatnie popchnął mnie łapą w stronę ogromnej biblioteki i zachęcił, abym za nim poszła. Bez sprzeciwu „oddałam się” w łapy basiora, nie mogąc przestać podskakiwać z podniecenia. Co mogły skrywać te wszystkie księgi? Tego miałam dowiedzieć się niebawem.
Czaruś prowadził mnie przez ogrom wysokich regałów zapełnionych starożytnymi księgami, co jakiś czas wzdychając z uśmiechem na pysku. Czyżbym właśnie odkryła malusi skrawek mapy jego serduszka? Byłam tego niemal pewna, gdyż sam widok Carfida będącego między tymi wszystkimi książkami, pergaminami i innymi przyrządami, które znajdowały się w tym niesamowitym miejscu, potwierdzał moją tezę.
– Czaruuuś, długo jeszcze? Zaraz eksploduję! – marudziłam, ale zapał basiora nie miał końca i nie chciał ustąpić, nawet nie raczył odpowiedzieć. – Czarusiu, no!
– Jeszcze chwilę, Tero, dosłownie minuta... – westchnął zirytowany, jednak zaraz się rozpromienił.
OK. Zdecydowanie to nie był Czaruś, którego poznałam na początku.
– Ale mnie już łapy bolą! – Tupnęłam przednią łapą i usiadłam na tyłku. Carfid nie zauważył mojego nagłego postoju i popędził dalej, zostawiając mnie samą.
Zdyszałam się, przez co musiałam przez chwilę zaczerpnąć powietrza, ale gdy tylko podniosłam łebek do góry, po Czarusiu nie było ani śladu. Wstałam z lekko przybrudzonej podłogi i zaczęłam się rozglądać, aż krążyć między dwoma regałami, między którymi stałam.
Wtem, naszła mnie pewna myśl. Myśl ta nie była dla mnie obca, lecz przyznać musiałam, że niekiedy moje myśli były absurdalne. Jedną z takich była właśnie ta. Nie minęła chwila, a ja już zaczęłam wspinać się po półkach regału ku jego szczytowi. Każdy krok sprawiał mi wiele trudu, czego wadą był mój niski wzrost, którym ledwo dorównywałam młodemu jelonkowi.
W pewnym momencie straciłam świadomość tego, którą półkę mam już za sobą. Doliczyłam się około dwudziestu trzech, lecz nie byłam tego pewna, zważając na moją krótką pamięć. W końcu zdecydowałam się spojrzeć w dół, co było moją najgłupszą decyzją, jaką tylko mogłam podjąć. W głowie mi się zakręciło, kiedy odległość między dwoma regałami była ciut mniejsza od długości poduszek moich łap.
– Czy to na pewno były tylko dwadzieścia trzy półki...? – spytałam samej siebie, lecz nawet sobie nie potrafiłam odpowiedzieć.
Chcąc nie chcąc, półki, które były za mną nie mogły udać się w krowie łajno, więc zmuszona byłam kontynuować wspinaczkę. Ponownie straciłam rachubę czasu, a gdy w końcu stanęłam na szczycie regału, uśmiechnęłam się do siebie, podskakując z radości.
– Nareszcie! – Podskoczyłam kolejny już raz i ruszyłam prosto przed siebie, w stronę końca regału z nadzieją, że tam znajdę swoją zgubę.
– Czaaaruuuś? Czaruś, gdzieś ty polazł? – zaczęłam nawoływać swojego przewodnika, ale za każdym razem odpowiadała mi głucha cisza. Cisza, jak makiem zasiał.
Po dość długim marszu, gdyż regał wcale nie był taki krótki, doszłam do jego końca. Wydałam z siebie pomruk zadowolenia, pomimo odcisków na łapach. Jednakże typowe dla tutejszych wilków przysłowie sprawdziło się — nadzieja matką głupich. Carfida jak nie było, tak nie ma. Wtedy przyszła pora na zmartwienia, mianowicie: jak ja stamtąd miałam zejść? Drabiny nigdzie nie było, a gdybym ześlizgnęła się po desce na półkę, istniało by ponad osiemdziesiąt procent szans na to, że skończyłabym martwa. Och, Tero, jesteś niemożliwa! Nawet w bibliotece znajdą cię kłopoty!

Carfid? I co teraz? :o

Od Sinustrii cd. Vici

- Dobrze, zostaniesz przeniesiona do Oddziału VII. - Kesame skinęła głową, nadal uważnie mi się przyglądając, jakbym była dzikim stworzeniem, siedzącym w kącie klatki i obnażającym kły. Miałam wielką ochotę się cofnąć, ale powstrzymałam się.
- Dziękuję - odpowiedziałam, traktując ją znacznie pogodniejszym spojrzeniem. Miałam już odchodzić, kiedy w progu wpadł na mnie wilk. Zmierzyłam go od stóp do głów. Basior o dość oryginalnym odcieniu sierści, przywodzącemu na myśl litą skałę, którego budowa razem z tym nasuwała wyobrażenia o dosyć topornie wykutej rzeźbie. Zaczerwieniłabym się, gdybym mogła.
- Przepraszam - stwierdziłam, miło się uśmiechając. Prawie się zająknęłam, ale na szczęście wbudowane w mnie inteligentne głośniczki, mające za zadanie robić za głos, nie przepuściły jąkania. W myślach podziękowałam własnej przezorności za zaktualizowanie oprogramowania, które miało neutralizować wszelkie niepożądane skutki wymowy. Zaleta bycia robotem numer trzydzieści osiem.
- Nie ma sprawy. - odparł tamten basior, szeroko się uśmiechając. Wyminął mnie w wejściu do jaskini, podchodząc do Kesame. Mimo woli przystanęłam na chwilę, zastanawiając się, czego chce. Po chwili odeszłam znacznie pewniejszym krokiem.

***

Był piękny, słoneczny dzień. Maszyny cichutko warkotały, w powietrzu rozchodził się zapach smaru.. ee, to tak powinno być?
Grzebałam właśnie w wnętrzu ogromnego pająka bojowego, machiny konstruowanej przez długie tygodnie. Z ulgą dowierciłam ostatnią śrubę w ostatniej rurze - sama już nie wiedziałam, do czego miała służyć - i wyłoniłam się z pajęczego odwłoku, cała umorusana i szczęśliwa.
- Betty, włącz S.P.I.D.E.R. - zarządziłam. Humanoidalny robot poruszył się. Słodkoróżowe oczy, będące jedynie pikselami na ekranie, zamrugały.
- Wykonane - stwierdziła bez cienia emocji jasnowłosa dziewczyna. Odwróciłam głowę. S.P.I.D.E.R. odpalił właśnie reflektory. Z rury wydechowej buchnęła para, a sam pająk powoli zaczął wstawać na dotychczas podkurczonych nogach. Uśmiechnęłam się - działało.
Pająk w tym momencie postanowił się zbuntować. Silnik buchnął czarnym dymem, reflektory zamrugały i zgasły, a sam pająk podkurczył nogi i klapnął beztrosko na betonową podłogę. Fajnie. Po prostu fajnie.
Zanurzyłam się znów w pajęczy odwłok. Po chwili już wiedziałam, o co chodziło.
- Pękła rura wydechowa. Betty, mamy jeszcze jakieś?
- Tylko w magazynie - odparł robot. Jęknęłam. Magazyn był kilka pięter pod ziemią, cały zagracony i brudny.. Oj, łatwo nie będzie. Raczej nie.
- Proszę pani? - odezwała się Betty, przerywając moje nagle myśli. - Właśnie odbywa się zbiórka oddziału. - Na chwilę moje myśli zatrzymały się. Oddział? Aa, oddział! Wojna! Spojrzałam smętnie w stronę wybebeszonego pająka, a potem w stronę zamkniętego wyjścia, po czym zrzuciłam pas z narzędziami.
- Betty, masz ten.. no.. jednorazowy teleporter?
- Tak, mam. - odparła wdzięcznie robot, wyciągając zza pleców teleporter.
- Dobra, teraz go użyj. Współrzędne takie jak poprzednio. - Zrzuciłam pas z narzędziami i stanęłam prosto. Różowooka wcisnęła guzik. Otoczyla mnie fala niebieskich, lewitujących cząstek, rozległ się głośny trzask, a w następnej chwili byłam prosto na grzbiecie Obliviona, który właśnie odczytywał „Sinu..”
- Jestem! - sapnęłam i zaskoczyłam z jego grzbietu. - Znaczy.. Ten.. No.. - W rzędzie dało się słyszeć ciche śmiechy. Uśmiechnęłam się, mając nadzieję, ze to rozładuje atmosferę. Nagle w szeregu zauważyłam jednego wilka.. TEGO wilka.
- Zostaniecie podzieleni na grupki, by skuteczniej móc polować. Vici, ty będziesz z Sinustrią. Polujecie w Gondolinie. - Szary basior wystąpił. Aha, czyli on ma na imię Vici.
- Hej. - uśmiechnęłam się. Podążyłam za jego wzrokiem i odkryłam, że spełniło się moje najgorsze życzenie - poznając nową osobę, byłam cała umorusana smarem i rozczochrana.
- Zawsze tak wyglądasz? - zapytał żartobliwie.
- Tylko, gdy pracuję nad ogromnymi pająkami bojowymi, napędzanymi Dieslem, którym właśnie pękła rura wydechowa - wypaliłam.

<Vici? Bardzo, bardzo przepraszam. Myślałam, że to wysłałam, ale jednak nie>

Od Toxikity C.D Antilii

– Tox, posłuchaj mnie uważnie. Jeśli za chwilę nie dasz mi obejrzeć tych ran, za kilka lub kilkanaście minut będziesz martwa, mimo swoich mocy... – powiedziała z naciskiem na ostatnie słowo. – Tak więc wybierasz kompromis, czy szybką śmierć?
Propozycja wadery wydała mi się trochę niejasna, zważywszy na to, że jakakolwiek interakcja ze mną mogłaby zaszkodzić jej zdrowiu. W mojej głowie pałętało się mnóstwo pytań, na których część odpowiedź była oczywista, a drugą część nieodgadniona. Można by rzec, że byłam rozdarta. Byłam doskonale świadoma swojego stanu, ale nawet Antilia nie potrafiłaby mi pomóc. Tak właściwie... Nie byłam pewna tego, czy wadera faktycznie by mi pomogła, czy pogorszyła sytuację. Po naszych nieciekawych „przygodach” sprawa pomiędzy nami jest przesądzona. Jednakże nie miałam najmniejszej ochoty zdechnąć, wolałam stąpać jeszcze po świecie. W dodatku czeka mnie ciężka praca z Alpinem, którego chyba mogę nazwać przyjacielem... Aż sama sobie się dziwię, że ja, wadera z krwi i toksyn, oziębła suka i pani swego losu zdobyła przyjaciela...
– Niech ci będzie. – burknęłam, a na pysku Antilii zagościł triumfalny uśmieszek. – Ale nie zbliżaj się za bardzo...
– A jak mam niby opatrzyć ci te rany, mądralo? – spojrzała na mnie zirytowana, jednak zaraz skojarzyła, o co mi chodziło. – Oh... Tak, tak, zachowam bezpieczną odległość. Nie martw się.
– Ja? Martwić się? Jeszcze niedawno chciałam cię zabić... – Wyszczerzyłam kiełki, mrużąc oczy, ale gdy tylko wadera skropiła jedną z moich ran wodą utlenioną, uśmiech szybko zmył się z pyska.
– O bogowie, no nie gadaj, że to cię boli! – Udała zdziwioną i z nutką złośliwości przemyła resztę ran. – Wszechmogąca Toxikia jednak ma czucie...
– Ah, zamknij się – Wywróciłam oczami, a kącik moich ust drgnął ku górze. – Długo ci to zajmie?
– Trochę może to potrwać, a z racji tego, jaka jesteś – zatrzymała się chwilowo w zdaniu, jednak zaraz kontynuowała. – Może potrwać to nieco dłużej.
– No to świetnie... – westchnęłam. – A usiąść przynajmniej można, pani doktor? – zwróciłam się w stronę wadery zaczepką, na co ta zgromiła mnie wzrokiem, jednak mogłam dostrzec na jej pysku lekki uśmiech.
– Można.
Nie czekając dłużej, posadziłam zadek na trawie, która po styczności z moim ciałem przybrała zgniłozieloną barwę, a roślinność wokół mnie obumarła. Jednym słowem — uszło z niej życie. Antilia przyjrzała się temu z ciekawością, prawie zbaczając z tematu, ale w porę powróciła do swojej pracy. Po godzinie, może dwóch, Antilia opadała z sił, lecz na szczęście rany zostały opatrzone. Za to wadera nie miała się najlepiej. Wyglądała okropnie.
– Hej, trzymasz się? – Sumienie kazało mi zapytać, a więc zapytałam. Antilia spojrzała na mnie z miną, jakby to było oczywiste.
– Ujdzie – Stanęła na trzęsące się i dygoczące łapy, z ledwością stawiając pierwszy krok, jednak następne poszły jej o wiele lepiej. Po odejściu ode mnie na odległość pięciu metrów poczuła się lepiej. – Teraz lepiej, ale... Daj mi sekundę...
Ruszyła przed siebie, w stronę pobliskiego strumyka, który dalej przemieniał się w rzekę. Po dłuższej analizie miejsca, w którym się znajdowałyśmy, stwierdziłam, że trafiłyśmy nad rzekę Valar. Nic dziwnego, chociaż jakby na to nie patrząc, po zakończeniu naszego spotkania ruszyłam na zachód, w stronę Źródeł Isildur, a trafiłam w zupełnie inne miejsce. Czyżby los postępował ze mną na przekór?
– Tox, mogłabym zapytać... Wtedy, kiedy widziałam... Wiesz, twoje wspomnienia... Co to właściwie było? – To pytanie zwaliło mnie z łap. Dosłownie. Przysiadłam nad strumykiem, nachylając łeb w stronę tafli wodnej, gdzie ujrzałam swoje parszywe odbicie.
– Nie znam cię na tyle, abym mogła wszystko ci opowiedzieć ot, tak. – odpowiedziałam, a widząc, że wadera szykuje już długą wypowiedź na temat naszej znajomości, ucięłam jej monolog. – Może kiedyś, jeśli mnie nie wkurzysz... – zarechotałam pod nosem, a Antilia fuknęła urażona.
– To ty ciągle masz spinę i chcesz mnie zabić! – podkreśliła i zanurzyła łapy w strumyku.
– Bo mnie wkurzasz! – odgryzłam się. Szczerze powiedziawszy, zaistniała sytuacja zaczęła mnie bawić.
– Jesteś nie-do-znie-sie-nia. – przesylabowała ostatnie słowo, dokładając na nie dodatkowy nacisk, aby słowo wbiło się do mojej mózgownicy.
– Wiele osób mi to mówi – westchnęłam z obojętnością w głosie, co powoli zaczęło denerwować waderę. – Co, cierpliwość się kończy? – zaśmiałam się, lecz tego śmiechu nie można było nazwać serdecznym, a jego przeciwieństwem. Mimo to nie miał on na celu zwrócenia kąśliwej uwagi.
– Nie, ale już zaczyna... – powiedziała, a ton jej głosu przybrał tajemniczą barwę, której nie potrafiłam określić. Czyżby tym razem ona coś knuła? – Masz za swoje!
Niespodziewanie wodna fala z impetem zalała całe moje ciało, przez co wydałam z siebie niekontrolowany pisk i odskoczyłam w tył. Byłam cała mokra, przemoczona do suchej nitki! Zamiast warczenia od strony wadery, docinek lub czegokolwiek innego, usłyszałam coś, czego zupełnie się po niej nie spodziewałam. Mianowicie, śmiech. Jednak nie taki zły, perfidny, złośliwy... Tylko szczery, perlisty, przesiąknięty rozbawieniem.
– Chyba twój organizm nie pozbył się jeszcze tych oparów... – jęknęłam, stawiając szeroko nogi i tym sposobem poruszając się, czym jeszcze bardziej ją rozbawiłam.
– Gdybyś ty siebie widziała, o bogowie! – Wręcz pękała ze śmiechu, prawie tarzając się po trawie.
– Nawet tego nie skomentuję...
Po kilku minutach wadera uspokoiła się, ale nie na długo. Wkrótce znów zaatakowała, jednak ja byłam przyszykowana. Uniknęłam ciosu, za to odpłaciłam się — chlusnęłam wodą w jej pysk, przez co ta zakrztusiła się poprzez dostanie się cieczy do nozdrzy. Przez chwilę cała nienawiść z nas wyparowała, a my zachowywałyśmy się jak szczeniaki. No, może trochę bardziej brutalnie, ale chwila ta również nie potrwała długo. Ogarnęłyśmy się niemal natychmiast, powracając do swoich pierwotnych postaw. Zupełnie nie wiedziałam, co mi odwaliło, ale przynajmniej wiem, że czas spędzony na rozmowach z Alpinem mi służył — nienawiść z mojego życia powolutku, ale jednak wyparowywała, z czego byłam bardzo zadowolona. Kto wie, może kiedyś dorwę tego gościa, który mi to zrobił, zabiję go, a potem zatańczę lambadę na jego grobie? Oh, marzenia... Już raz mi zwiał, drugi raz nie zaprzepaszczę takiej okazji. Ooo, nie.
– Uznajmy, że to wina twoich oparów – Położyła po sobie uszy, jakby wstydząc się za swoje idiotyczne zachowanie, które podzielała razem ze mną, ale w moim przypadku wstydu w ogóle nie czułam.
– Co było, to było. Chociaż przyznać muszę, że... No było nawet fajnie... – ostatnie zdanie wypowiedziałam nieco ciszej, ale zrobiło mi się lepiej po tym krótkim wyznaniu. Miałam nadzieję, że ta „zabawa” zbliży nas trochę do siebie i zakopie topór wojenny, ale jak to powiadają, nie wszystko będzie trwać wiecznie...

An? Co o tym myślisz? Zakopiemy topór wojenny, czy na drugi raz skoczymy sobie do gardeł? ;P

9 lutego 2018

Nowa waderka - powitajmy Lilith!


Imię: Lilith

Pseudonim: Lili
Wiek: 2 lata
Płeć: Wadera
Charakter: Pełna radości, lekliwa, lecz chętnie poznaje nowe osobowości. Wszędzie jej pełno, ciekawska
Wygląd: Mała, biała wilczyca z białymi oczami i długimi łapami
Stanowisko: Szczenię
Umiejętności:  Intelekt: 8 |  Węch: 5 | Siła: 4 | Słuch: 9 | Zwinność: 7 | Szybkość: 7 | Magia: 6 | Wzrok: 4
Rasa: Wilk Grawitacji
Żywioł: Powietrze
Moce:
Małe unoszenie się nad ziemią
Zdolność poruszania przedmiotami na odległość
Przywoływanie wiatru
Rodzina:
Ojciec zabity podczas obrony dzieci
Matka zmarła podczas porodu
Rodzeństwo po śmierci ojca się pogubiło
Historia: Zimna noc chłodny wiat i białe szczenie skomlące w środku lasu. Przemierza lasy, polany, kryje się w śród skał warczy na wrogów poluje na motyle, po chwili wturlało sie na kolejną polanę. Rozgląda sie, stawia niepewnych kilka kroków po czym przed nim wyrasta jakby z podziemi wilk. Piszczy, odskakuje i w obronie przywołuje żywiołaka za którym sie kryje.
-Hej, nie bój się - nieznajomy się zwraca do szczyla.
-Kkkkim jesteś? - odpowiada patrząc na nieznajomego zza magicznej postaci.
-Jestem strażnikiem Watahy Smoczego Ostrza, a ty? - rosły basior przysiadł przed szczenięciem, łapą zgniatając marnego żywiołaka.
- Ja jestem Lilith - zagląda spod łapek.
- Chodź, zaprowadzę cię do Alfy, zaopiekujemy się tobą Lilith.
Właściciel: Rudzixowa | Doggi
Ocena: 0/1

Od Carfida CD Tery

- O bogowie... - jęknąłem pobłażliwie, przejeżdżając łapą po pysku.
Car jestem w stanie znieść, ale Czaruś? I to połączenie Car i Uś. W mojej głowie kłębił się zbitek ripost na ten temat, złośliwych dogryzek, jakich mógłbym użyć na waderze. Szkoda tylko, że jakiś ostatek kultury nie pozwolił mi na takie zwroty do samicy.
Po chwili ciszy, wyczułem namiętny wzrok Tery, wpatrujący się w każdy mój ruch.
- Co znowu? - mruknąłem, przymrużając ze znudzenia oczy. Oczy samicy były szeroko otwarte, a jej pyszczek lekko się uchylił, wydając z siebie cichy dźwięk westchnienia.
- A, tak sobie na Ciebie patrzyłam, Czaruś - zaśmiała się, przekrzywiając zabawnie głowę. Jej ruchy stały się z powrotem energiczne, a ogon podrygiwał w rytm naszych kroków.
Zaciągnąłem powietrze nosem, by troszkę przeczyścić drogi oddechowe świeżym, leśnym zapachem. Wyczułem ostry, dość specyficzny zapach zająca, przesiadującego gdzieś w ukryciu bardzo blisko naszych łap.
Tera na chwilkę została z tyłu. Nie zwróciłem na to zbytniej uwagi, wiadomo, pewnie chodzi o jakieś babskie sprawy. Jej ciało zniknęło za gałęziami rozłożystego krzewu.
- Nadal jesteś głodna? - zawołałem, obracając głowę w stronę Tery.
- Tak! - krzyknęła, wyskakując zza rośliny jak oparzona. Cały jej pysk wysmarowany był sokiem z dzikich, rosnących tutaj cały rok jagód. Na ten widok na moim pysku zagościł delikatny, ledwie widoczny uśmiech. Wyglądała przezabawnie, jak dziewczynka, która pierwszy raz dostała w swoje małe rączki szminkę od mamy.
Jednym ruchem wyciągnąłem sztylet i rzuciłem w stronę małego krzaczka. Słychać było cichy pisk. Trafiony, zatopiony. Ruszyłem leniwym krokiem w stronę ofiary, by odzyskać cenny nóż i jedzenie.
- Smacznego - podniosłem zająca za nogę i ostrożnie położyłem na śniegu.
- Ty nie jesz? - spytała, siadając na śniegu obok zdobyczy.
- Jakoś nie jestem głodny - odparłem, obracając się tyłem i wpatrując się w przebijające się promienie słońca. Doleciał do mnie zapach krwi i dźwięk łamanych kości.
- Idziemy! - krzyknęła, przybiegając do mnie. Mocno szturchnęła mnie w łapę.
- Proszę - trzymała w pysku kawałem mięsa razem z żebrami. Zerknąłem na nią ukradkiem i chwyciłem w zęby kawał. Poczułem się lekko zakłopotany, kiedy nasze nosy podczas wymiany jedzenia były aż zbyt blisko siebie.
---PO PARU GODZINACH MARSZU---
- Jesteśmy na miejscu - westchnąłem dumnie, wpatrując się w ogromny budynek starej akademii, zarośnięty pędami nowego życia. Tera stała zafascynowana, a jej oczy zwiedzały każdą, nawet najmniejszą cegiełkę.
Podbiegliśmy pod same drzwi. Samica pociągnęła mocno za klamkę, by otworzyć magiczne wrota. Szarpała się z nimi parę minut, aż zasapana popatrzyła mi w oczy.
- Tym to otworzymy - wyciągnąłem lekko zardzewiały klucz ze skórzanej sakwy.
Wsadziłem główkę klucza do dziurki, by usłyszeć tak długo wyczekiwany skrzyp ogromnych, bukowych drzwi.
- Zapraszam Panią - uchyliłem ciężkie drzwi i z uśmiechem wskazałem wejście waderze. Sama była zdziwiona moją uprzejmością i nagłą zmianą. To miejsce...to miejsce jest niezwykłe. Tutaj nie mam czasu na bycie swoją drugą stroną. Tutaj mogę cieszyć się życiem.
https://img00.deviantart.net/82cc/i/2017/147/6/4/grand_magical_library_by_giaonp-dbalk6j.jpg
Na samym wejściu przywitała nas ogromna biblioteka, a w niej ogrom zapomnianych już ksiąg.
- Tu jest odpowiedź ma wszystkie pytania - odparłem z uśmiechem, przemierzając drewniane półki wzrokiem.
- Czaruś, co z Tobą? - podbiegła do mnie i popatrzyła mi głęboko w oczy. W jej wzroku dało się wyczuć lekkie przerażenie.
- Co? - szepnąłem.
- Jesteś...jesteś jakiś inny - wpatrywała się we mnie zadziwiona, a jej łapy tarmosiły mój pysk jak babcia chcąca poznać swego wnuka.
Milczałem. Posłałem jej tylko lekki uśmiech i pociągnąłem za sobą.

Tera? Przepraszam, że tak długo :/

8 lutego 2018

Od Antilli CD Toxikity

Ciemno… Zimny wiatr… Czyjaś obecność…
Jęknęłam cicho. Poruszyłam nogą. Czucie reszty ciała również powoli wracało. Jednak coś było nie tak… Czułam pewien tępy ból w piersi. Nie jest to raczej normalne. Powoli otworzyłam oczy. Był wczesny ranek. Jaskinia wydrążona w ciemnej skale. Ja leżąca gdzieś w jej głębi. Wilczyca stojąca przy wejściu, patrząc gdzieś w dal. Spróbowałam wstać. Upadłam ciężko na twardą posadzkę. Wilczyca stojąca przy wejściu obróciła się w moją stronę. Podeszła do mnie i wyciągała łapę z wielką, nieukrywaną niechęć. Spojrzałam na jej specyficzne oczy. Natychmiast przypomniałam sobie, kto to jest. Spojrzałam na swoją klatkę piersiową. Była tam dosyć duza rana, nieco już zagojona. Zaschnięta krew na końcówkach włosów świadczyło o tym, że straciłam nieco krwi. Spojrzałam w oczy Toxitiki.
Wstałam, mimo że nogi miałam jak z waty.
- Wszystko w porządku? - zapytała ze sztuczną troską. Zrobiłam krok. Bolało mnie, ale nic nie mówiłam. Wadera patrzyła na mnie jakbym oszalała. Dotarłam do końca jaskini. Toxi doprowadzała mnie wzrokiem.
- Co robisz? - zapytała jasnozielona wadera. Ja tylko na nią spojrzałam…
...i wzniosłam się w powietrze…
~~~
Wojna to paskudna sprawa.
Powoli zbliżała się noc, skrywają naszą ziemię ciemnością. Siedziałam na wejściu do mojej jaskini, wypatrując ewentualne zagrożenie ze strony naszego łuskowatego wroga. Perłowa tarcza Księżyca była teraz jedynym źródłem światła w trakcie tej nocy; Luna powoli zajmowała swoje miejsce, aby dawać nieco światła w tych mrocznych czasach. Gdzieś w oddali usłyszałam trzask gałęzi. Dosyć dużej… Napięłam swoje mięśnie, jednak ani drgnęłam. Czuwałam na straży. Za chwilę będę musiała iść na zwiad. Wojna czy nie wojna, miałam swoje obowiązki. Należę do oddziału, który odpowiada za m.in. bezpieczeństwo w powietrzu. Miałam wykonać szybki zwiad, aby upewnić się, czy ktoś z naszych, czy jakikolwiek inny wilk nie jest teraz na zewnątrz. Tym bardziej że nocą wychodzą o wiele gorsze potwory niż za dnia…
Kiedy upewniam się, że wszystko jest w miarę w porządku, poszłam w głąb jaskini. Młody spał słodko jak aniołek, jednak nie mogę go tu zostawić samego. Jeśli wyjdę nawet na chwilę, zostawiają Ayoko bez opieki, możliwe, że znajdę go martwego… Kiedy na niego patrzyłam, robiło mi się cieplej na sercu. Najciszej jak mogłam, poszłam poszukać jakiegoś kocyka, abym mogła w czymś go przenieść, bez konieczności budzenia szczeniaka. W końcu znalazłam odpowiedni materiał. Rozłożyłam go obok malca, a następnie samego pasażera subtelnie przesunęła na kocyk. Ayoko coś mówił przez sen, jednak po chwili znowu delikatnie chrapał. Rogi koca chwyciłam w zęby i podniosłam szczenię. AJ znowu zaczął coś mamrotać pod nosem, lecz po chwili znowu zapadła cisza, w której słychać było mój charczący oddech. Młodego muszę odstawić do Romea, jednak przez myśl mi przeszło, aby zajrzeć do Symonidesa. Mówił, że mogę przyjść w każdej sprawie… Ostatecznie wybrałam się do dowódcy oddziału VIII. Nie chciałam zawracać głowy Simo takimi błahostkami, jakimi jest opieka nad uroczym, aczkolwiek szczeniakiem, które potrafi się pakować w kłopoty…
~~~
Leciałam na nocnym niebie, obserwując tereny watahy. Dziś wiał nieco mocniejszy, aczkolwiek nieporywisty wiatr, dzięki czemu mogłam ograniczyć ruch skrzydeł i bezszelestnie szybować. Poza tym użyłam zaklęcie *Nigrum*, sprawiając, że niemalże wtapiam się w tło ciemnego nieboskłonu. Spoglądam w dół, szukając czegoś specyficznego lub znaleźć samego przeciwnika. Prąd powietrzny zmusił mnie, aby obniżyć nieco lot. Delikatnie machnęłam skrzydłami, aby nie wylądować na koronie drzewa przy akopamięcie trzasków. Obejrzałam się za siebie. Nikogo nie ma. Czyli lecimy dalej…
Po chwili między dojrzałymi pączkami zielonych liści dębu zauważyłam jakąś postać. Była mniej więcej rozmiarów wilka, jednak smoki również mogą mieć nasz rozmiar. Dodajmy, że jest dosyć ciemno i widziałam to z oddali. Znalazłem lukę w koronie rozłożystych drzew. Przez kilka kolejnych chwil pozwoliłam, aby wiatr mnie niósł, po czym zanurkowałam w stronę ziemi. Zaklęcie, które maskowało mnie, sprawiło, że moje futro zrobiło się jeszcze ciemniejsze. Wylądowałam za obszernym drzewem, które pomagało mi pozostać niewidoczną. Wychyliłam się zza pnia, aby sprawdzić teren. Jeden osobnik. Wilk. Jednak coś wyczuwałam w powietrzu… Postać zatrzymała się. Rozejrzała się i cofnęła o kilka kroków w tył. Po chwili zobaczyłam jakąś dziwną chmurę. Ciemną chmarę, stworzoną przez niewielkie stworzenia. Małe, agresywne gady nazywane Zmorami…
To coś zmierzało w stronę wilka. Zaniepokoiło mnie to. Nie wiedziałam, czy jest po naszej stronie, czy jest natomiast naszym przeciwnikiem. Jednak trzeba szybko działać. Toksyna Zmory może powodować niemiłe efekty; w dużych ilościach poważne zatrucie organizmu a w ostateczności nawet śmierć. Smoki mnie nie zauważyły, jednak tego drugiego tak.
Kalkulowałam szanse na przeżycie.
Niewielkie.
Podczas gdy liczyłam, szykowałam już odpowiednie zaklęcia bojowe. Gady tej rasy mają dosyć dużą wadę wzroku, więc nie mogę ich oślepić. Za to z kolei musi być inny zmysł, który zastępuje im wzrok… Najpewniej słuch. Właśnie! Wystarczy użyć odpowiedniego uroku, które stworzy odpowiednią falę dźwiękową; dzięki temu będą bezsilne, ale nadal będą śmiercionośne. Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. Czas działać.
Teraz.
Wyskoczyłam z ukrycia, chroniona specjalną tarczą. Wysłałam specjalne fale dźwiękowe dla pojedynczego smoka, aby każdy był unieszkodliwiony. Nadal używałam kamuflażu, ale mimo tego małe smoki mnie zauważyły, jednak zanim do mnie dotarły, leżały już ogłoszone na ziemi. Spojrzałam na ziemie, a następnie rozejrzałam się dookoła. Nie było innych Zmór. Przynajmniej tyle…
Zerknęłam na wilka… Wydawał się dziwnie znajomy. Zielonkawa sierść, “skarpetki” na tylnych nogach, puste, czarne oczy bez emocji…
Jednak coś tu nie pasowało.
Toxi powinna mieć nieco bardziej fosforyzującą sierść, tym bardziej nocą. Teraz miała odcień zgniłej zieleni, a na ciele były też strużki zaschniętej krwi.
Miałam złe przeczucia.
Toxikita jest zbyt dumna, aby dała w ogóle mi się obejrzeć, nie mówiąc już o zgodę na leczenie… Czeka mnie ciężka noc. Podeszłam powoli do niej, nie spuszczając ją z oczu. Ona również mnie obserwowała, jednak miałam wrażenie, że słabnie z każdą chwilą. Nie miałam za dużo czasu, aby ją przekonać, że mimo wszystko chce jej pomóc, choć chętnie by ją tu zostawiła na pastwę tej trucizny.
Ale nie jestem taka.
Taka jak ona- tak toksyczna.
Zamknęłam mocno oczy i powiedziałam:
- Tox, posłuchaj mnie uważnie. Jeśli za chwilę nie dasz mi obejrzeć tych ran, za kilka lub kilkanaście minut będziesz martwa, mimo swoich *mocy* - zaznaczyłam, aby przekaz był zrozumiały aż do bólu. - Tak więc - wybierasz kompromis czy szybką śmierć?

Toxi? Początkowo miało to być opko do kogoś, ale je przerobiłam.
Nie chce czekać kolejne 3 miesiące na odpowiedź :v

Zack - powitajmy nowego basiora!

autor nieznany
Gdy jedno się kończy, drugie się zaczyna.

Imię: Zack
Pseudonim: Nie posiada pseudonimu.
Wiek: 7 lat
Płeć: Basior
Charakter: Przy pierwszym spotkaniu możesz czuć się przy nim bardzo dziwnie. Może to dlatego, że jest taki tajemniczy i zamknięty w sobie? Jednak jeśli odsłonisz płaszcz tajemnicy i mroku okaże się, że to tak naprawdę miły i sympatyczny wilk, który marzy aby nikt go nie oceniał po wyglądzie. Ma też silną wolę, jest opiekuńczy i nie pozwoli zranić bliskich mu osób. Gdy był młodszy trzymał się sam i unikał rozmów z innymi.
Wygląd: Czarno-szary wilk z długim ogonem. Jest podobny do ojca. Dzięki kolorom futra umie " rozpłynąć się" w cieniu i mroku.
Stanowisko: Zwiadowca
Umiejętności: Intelekt: 5 | Siła: 5 | Zwinność: 15 | Szybkość: 10 | Magia: 0 | Wzrok: 5 | Węch: 0 | Słuch: 10
Rasa: Wilk Cienia
Żywioły: Żywioł nocy, żywioł cienia
Moce: Ciche i bezszelestne poruszanie się, wyczucie nocy nawet pod ziemią, zegranie się z ciemnością, znikanie w ciemnościach ( nadal tam jestem),  wyczucie czyjejś obecności, prorocze sny (czasami).
Rodzina: Rodzice zostali zabici, a moja siostra Star należy do innej watahy.
Partner: Podoba mu się Yui z Watahy Skalnego Zbocza
Potomstwo: Chciałby....
Historia: Gdy moi rodzice zostali zabici ja i moja siostra musieliśmy uciekać. Po pewnym czasie zgubiłem się i trafiłem na tereny Watahy Smoczego Ostrza. Poruszałem się bezszelestnie i ominąłem strażników. Wtedy pobiegłem do alfy prosić o pomoc i przyjęcie do watahy.
Przedmioty: Naszyjnik  w kształcie księżyca od rodziców
Właściciel: zuzia.dziki@wp.plKotgazelo123
Ocena: 0/0

7 lutego 2018

Sojusz!

Nie jest to zwykły sojusz, bowiem ja - Ariene - jestem tam jedną z administratorek. Otwarty został dzisiaj, więc pilnie potrzebujemy członków. Liczę na was i waszą kreatywność.

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template