7 lutego 2018

Od Disastera CD Rachel

- Cześć, jesteś nowa? - na moje pytanie wadera gwałtownie uniosła głowę.
- Tak, mam na imię Rachel. Miło mi cię poznać. A ty kim jesteś?
- Wilkiem.
- Haha, bardzo zabawne.
- Haha, wiem.
- Ym...No to kim jesteś?
- Jestem Disaster. Ale mów mi Dis. - powiedziałem. Rachel spokojnie usiadła i popatrzyła na moją posturę, blizny i inne części ciała. - I jeżeli wyrwałem cię z głębokiego myślenia, to bardzo przepraszam. - dodałem po chwili.

Rachel...
Wilczyca o fioletowej sierści w różnych odcieniach. Pomarańczowo-żółty ogon i spiczaste uszy wyróżniały się na jej delikatnym ciałku. Na pewno rozśmieszył mnie jej nos, ale nie na tyle, aby to okazać. Jakieś dziwne, różowe łapy miała.

Może nie jestem za przyjaznym wilkiem, ale staram się wtopić w tło tutejszych wilków. No ale wracając do mojego opowiadania...
- Oprowadził byś mnie, Dis? - spytała Rachel.
- Pewnie. - odparłem radośnie i zamachałem ogonem, co akurat tak rzadko mi się zdarza, że prawie nigdy. Powiedzmy tak - raz na ruski rok, o. - A ty masz już wybraną jaskinię, norę czy coś? - podpytałem przerywając głuchą ciszę.
- No...
- Nie. - dokończyłem gdy się namyślała.
- No można tak powiedzieć że nie. - potwierdziła. Zatrzymałem się.
- Jesteśmy teraz na Wzgórzach Evendim. Trudno tutaj cokolwiek upolować, ponieważ w trawie nie da się za mocno kamuflować, ale miło tutaj jest. - zacząłem opowiadać gdy nagle Głuszec nas zaatakował. Z opowiadań alf myślałem że będzie kropka w kropkę, ale nie spodziewałem się tego, że ten Głuszec wygląda jak zombie. Krew się z niego lała jak nie wiem co.
- Rachel, odsuń się. - powiedziałem, a gdy ta się odsunęła dobiłem stwora cieniami. Chole*a jasna, aż się zadyszałem przez niego!

Rachel?
Czas rozprostować wenowe kości XD

Od Toxikity C.D Antilii

− Chciałam tylko lepiej cię... Poznać... I... Zro..zu..mie... − Nacisk łapy na jej klatkę piersiową nie ustawał. Miałam ochotę coś zrobić, jej coś zrobić... Ale nie mogłam.
W chwilę, kiedy Antilia straciła przyjemność, oderwałam łapę od futra wadery i wytarłam ją o ziemię. „Nie bądź zimną suką”, „nie bądź zimną suką”... Potrząsnęłam głową i zerknęłam Antilię, i to właśnie w tamtym momencie przeszedł mnie zimny dreszcz. Jej klatka piersiowa była zalana szkarłatną cieczą, jakby została nabita na włócznię. Rozszerzyłam lekko oczy i zacisnęłam zęby.
− Antilia, skończ się wydurniać. Wstawaj! − warknęłam, z każdym słowem mówiąc głośniej. − Antilia! Choleraaa...
Przez głowę przemknęła mi myśl, aby skorzystać ze swojej mocy, ale szybko ją odrzuciłam. Zdrowy rozsądek podpowiadał, aby ją uzdrowić, ale nie byłam pewna tego, czy i mnie tak wielka utrata witalności służyłaby na dobre. „Ach, uwielbiam być egoistką, po prostu... Kocham”. Dotknąć jej też nie mogę, bo to tylko pogorszy sprawę. Pomocy nie wezmę, bo mnie wywalą z watahy, a i tak jestem na samym końcu hierarchii. Nawet dziadki są wyżej usadowione od omegi. Po dłuższych namyśleniach wpadłam na wprost genialny pomysł. Postanowiłam użyć odrobiny mojej mocy, tak, aby pomogła Antilii i nie wymęczyła mojego organizmu. Nachyliłam pysk nad pyskiem wadery i z lekką niechęcią zebrałam ślinę na jęzor i polizałam jej nos. Odruchowo kubki smakowe przekazały sygnały do mózgu, z czego uzyskałam smak jej wilgotnego, ciemnego nosa. Dało się wyczuć resztki zaschniętej krwi z obiadu lub naszej niemałej bójki. Wkrótce „antidotum” zaczęło działać, gdyż jej nos zaczął świecić się na zielono. Smuga światła spłynęła po jej futrze, docierając do klatki piersiowej, skąd wydobyło się jeszcze jaśniejsze światło, o jeszcze bardziej rażącej intensywności. Rana zaczęła powolutku zanikać, jednak nie była w stanie uleczyć jej w całości. Jednego byłam pewna — jej stan się poprawił. Odsunęłam się w bok i posadziłam zadek na głazie, uzbrajając się w cierpliwość. Zanim Antilia się wybudzi, minie trochę czasu...

An?

Od Tery

Kwiat Luau, kwiat Luau...
Węszyłam z nosem w trawie, choć przez maskę niewiele mi to dawało. Pewna starsza pani poprosiła mnie o wyświadczenie przysługi, jak mogłam nie odmówić? Powierzyła mi zadanie znalezienia rzadkiego kwiatu z rodziny lotosowatych, o nazwie Luau. Ponoć wyglądem przypominają najzwyklejsze w świecie lotosy, tyle że ich barwa znacznie różni się od pierwowzoru. Bowiem kolor ich płatków jest iście fioletowy, żółciejszy przy znamieniu. Sznupałam w bibliotece miejskiej informacji na temat miejsc występowania tych kwiatów, lecz tekst zawarty na stronach encyklopedii nie dawał mi żadnych wskazówek prócz tego, że służą jako kluczowy składnik do zupy gumbo, chociaż to chyba nie jest wskazówka.
Z pyszczkiem przy ziemi szłam prosto przed siebie, starając się wyłapać słabo odbierającymi zapachy nozdrzami cokolwiek, co mogłoby naprowadzić mnie na ślad kwiatu. Cytrynowy zapach, cytrynowy zapach... Jejciu, nigdy go nie znajdę!
Z włóczącym się za moim pulchnym ciałkiem ogonem krążyłam po Wzgórzach Evendim, wędrowałam po Gondolinie, przeciskałam się przez gigantyczne, acz wąskie korzenie drzew Puszczy Nargothrond, aż w końcu moja podróż skończyła się na tym, iż zatraciłam się w Lesie Magicznych Roślin. Podsumowując, kompletnie straciłam głowę w orientacji w terenie, ale mimo to nie odpuszczałam moich poszukiwań za rośliną. Uparciuch ze mnie niemały, za to leń ogromny.
Kiedy poczułam, że łapy odmawiają mi posłuszeństwa, przystanęłam przy jednym z majestatycznych pni lasu i przycupnęłam pod nim. Fluorescencyjny mech oraz grzyb porastający większość drzew i krzewów zwróciła moją uwagę, ale przez przylegającą do pyszczka mahoniową maskę nie byłam w stanie dostrzec mniejszej, ciekawszej i wartej poświęcenia czasu roślinności u podłoża, wyrastającej ciut bliżej krystalicznie czystego jeziorka.
Chwyciłam w łapki maskę i rozglądając się, czy wokół mnie nikt się nie kręci, z pozytywnym rezultatem ściągnęłam ją z pyszczka, wsuwając ją pod siebie. Wzięłam głęboki wdech noskiem i wypuściłam powietrze pyszczkiem, uśmiechając się od ucha do ucha. Przy jeziorku dojrzałam maciupeńką, wodną wróżkę, która, gdy tylko mnie ujrzała, zniknęła w głębinie jeziorka.
– Hej, poczekaj! Nie zrobię ci krzywdy! – Zerwałam się z miejsca i pochyliłam się mocno nad jeziorkiem, wyglądając za wróżką. – Proszę, wróć do mnie, nic ci nie zrobię...
Smutna barwa tonacji mojego głosu sprawiła, że moje ogromniaste uszy oklapnęły, a dotychczas uśmiechnięty pyszczek przypominał minę zbitego szczeniaczka. Zaczęłam skomleć pod nosem, kiedy poczułam coś mokrego na nosie. Skierowałam wzrok na nos, mimowolnie robiąc zeza, a moim oczom ukazała się ta sama, wodna wróżka. Uśmiech w mig powrócił na mój pyszczek, lecz pod wpływem wodnistej rąsi wróżki zakręciło mi w nosie. Wciągnęłam gwałtownie powietrze i cichutko kichnęłam, a raczej psiknęłam na wróżkę, która pomimo braku głosu zaśmiała się bezdźwięcznie. Zaczęła głaskać mój nos, zwiększając jego wilgotność i bagatelizując łaskotki, rozpoczęłam rozmowę.
– Wybacz, że przeszkadzam, ale widziałaś gdzieś może kwiat Luau? – spytałam, wróżka zrobiła zamyśloną minę, podrapała się po tyciej główce i spojrzała na mnie z nagłym uśmiechem.
Pokiwała energicznie głową i zaczęła wymachiwać niezrozumiale rąsiami, a ja nie byłam w stanie stwierdzić, o co chodzi istotce.
– Przykro mi, ale nic nie rozumiem... – zasmuciłam się i oklapnęłam na trawę, wskutek czego leciutkie jak piórka nasionka wzniosły się w powietrze, dając niesamowity efekt, jednak nie był aż taki fascynujący, jak flora tamtego miejsca. Jednak i tak zwróciła moją uwagę i wywołała zachwyt, o który nietrudno się u mnie postarać.
Wróżka chciała mnie tam zaprowadzić, co wnioskuję po jej zachęcających gestach rączek, jednak gdy miałam się podnieść, ona uciekła. Schowała się pod taflą wodną bez słowa. Chcąc zapytać o powód jej nagłego spłoszenia, zza krzaków wybiegł... Wilk, ale nie byle jaki. Jego umaszczenie nie wyróżniało się jakoś bardzo, jednak mimo to było warte dokładniejszego obejrzenia. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to jego wzrost. Wilk ten zdecydowanie nie należał do gruby niziołków, do których się zaliczałam ja. Miał lekko umięśnione łapy, masywniejszą posturę i dziki błysk w błękitnych oczach. Od razu mogłam wywnioskować, że stoi przede mną basior. Jego futro było mieszanką ametystu, indygo, lilii i oberżyna, oraz bieli. Wyglądał... Całkiem ciekawie. Kłócił się jakby sam ze sobą, tyle że odnosił się w dialogu do siebie imieniem Parasol, czy jakoś tak... Ach, nie mam głowy do zapamiętywania, ani słuchania przedstawiania się istot.
Byłam w lekkim szoku. Wilk ten rozmawiał sam ze sobą, a ilekroć odpowiadał na wcześniejszą zaczepkę, jego głos mutował i stawał się grubszy, mocniejszy i, co najciekawsze, mroczniejszy. Przechyliłam łebek i nie wiedząc, co począć, powoli przysiadłam na trawie i oglądałam całe „przedstawienie”, czekając, aż wilk się uspokoi.
Gdy wilk stawał się agresywniejszy, a był zajęty sobą, wpadłam na głupszy pomysł, niż wplecenie w bródkę Carfida cebuli. Zaczęłam się skradać między wysoką trawą, kierując się między jego rozłożone nogi. Prawie niezauważalnie przeszłam między nimi na jego drugą stronę, gdyż poza niewielkim mostem z pnia wokół nas rozlewał się strumyk, który nie wyglądał na to, aby był spokojny. Dlaczego prawie, zapytasz? Otóż przechodząc pod nim, niechcący zahaczyłam ogonem o jego łapę, co wprowadziło go w chwilową dekoncentrację, aż zauważył mnie. Kiedy usłyszałam westchnięcie spowodowane szokiem z jego strony, zawisłam w pozycji, w której przechodziłam.
– A ktoś ty? – Uniósł brwi do góry, nie kryjąc zdziwienia.
Przez chwilę zawahałam się, czy mam odpowiedzieć. Nie odwróciłam się w jego stronę, gdyż dopiero po założeniu wcześniej wziętej maski zwróciłam łebek w jego stronę. I w tamtym momencie ujrzałam coś, za czym tyle czasu przeszukiwałam tereny Watahy Smoczego Ostrza. W jego grzywie wplątany był kwiat Luau, byłam tego pewna! Tyle że on chyba nie zdawał sobie z tego sprawy...
– Och, najmocniej przepraszam! – Odwróciłam się w jego stronę, kopiąc nerwowo tylną łapą, niczym królik. – Nazywam się Tera, wybacz za...
– Malmazo, zamknij jadaczkę! – przerwał i skrzyczał samego siebie, a ja jedynie mogłam wydać z siebie cichy pomruk ciągnącego się w dalszym ciągu szoku. – Sorry, co mówiłaś?
Przełknęłam ślinę i mimo dziwactwa basiora stojącego naprzeciw mnie, kontynuowałam przerwaną wypowiedź.
– Chciałam przeprosić za tą... Ech, niezręczną sytuację... – zachichotałam, a basior przekrzywił łeb w niewiedzy. – Wiesz, masz na głowie taki kwiatek... Poczekaj, nie! NIE!
Od razu po usłyszeniu wiadomości o tym, że w jego grzywie znajduje się „nieproszony gość”, strzepnął kwiat z głowy i będąc już przy ziemi, został rozdeptany łapą tajemniczego osobnika, pozostawiając mnie w osłupieniu i żałobie po kwiatku, którego zapewne nigdzie już nie znajdę.

Haxemooon?

6 lutego 2018

Od Aidena CD Nathing

Smok machnął długim ogonem w moją stronę. Powalił mnie na ziemię. Zaryłem nosem w ziemię. Wyplułem z pyska śnieg zmieszany w trawą. Gdybym tylko potrafił panować nad swoją formą materialną...
Poczułem na nosie kroplę deszczu. Spojrzałem w niebo. Chmury zasłoniły całkiem słońce, sprowadzając na ziemię ciemność. Odgłosy walki słyszałem jakby przez mgłę. Skupiłem się teraz na odgłosach biegu. Osiem nóg tupało o ziemię, pędząc w naszą stronę. Dwa smoki ognia, spłoszone deszczem pędziły przed siebie. Swoim, co prawda lekko przyduszonym, ale jednak ogniem, przepędziły ladena. Same po chwili zniknęły, wzbijając się w powietrze.
Zauważyłem leżącą na ziemi Nathing. Podbiegłem do niej i podałem łapę, by pomóc jej wstać. Nie przewidziałem faktu, że przeniknę przez nią, gdy będzie próbowała mnie złapać.

~*~ jakiś czas później ~*~

Sklep był pusty. Właściwie za bardzo mnie to nie dziwiło. Nikt nie zamierzał tracić czasu na siedzenie za ladą. Na półkach wśród wielu innych rzeczy dojrzałem fiolkę nieśmiertelności. Schowałem ją do torby. Otworzyłem kasę i odłożyłem do niej 900 L. Z pewnością we względu na trwającą wojnę, nikt nawet nie zauważyłby braku jednego przedmiotu. Gdybym jednak zabrał ją bez zapłaty, do końca swojego istnienia nie mógłbym sobie tego wybaczyć. Machnąłem kilka razy skrzydłami i tworząc dziwne slalomy poleciałem w stronę gór menegroth. Tak jak przewidywałem, zastałem tam jedynie Ariene. Segregowała papiery dotyczące przebiegu walk.
- Zamęczysz się tym. - powiedziałem podchodząc do niej.
Spojrzała na mnie lekko zdenerwowanym wzrokiem.
- Łatwo ci powiedzieć. Ty nie zginiesz. - mruknęła, wracając do sterty kartek.
- Ja właśnie w tej sprawie. Nie jestem w stanie zginąć. Nie płynie we mnie krew, nawet nie oddycham... Ale sam w to nie wejdę.
Wyjąłem z torby fiolkę z zielonym płynem i podałem waderze.
- Proponujesz mi nieśmiertelność? - uniosła jedną brew.
- Prędzej czy później zostałbym sam. (no bo Aiden jeszcze nie wie że Nathing jest nieśmiertelna) Nikt by tego nie chciał, myślę, że ty też.
Odwróciłem się w stronę wyjścia, mają w zamiarze wrócić już do siebie.
- Aiden. - zatrzymał mnie głos Ariene - Jak ci idzie panowanie nad swoją materialnością? Wydaje mi się, że już lepiej, prawda?
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się lekko. Przytaknąłem głową po czym wyszedłem.

~*~ nwm ile później ~*~
po prostu później

Zszedłem z krzesła, słysząc, że ktoś wchodzi do biblioteki. Nie podobał mi się fakt, iż stacjonuje tu jeden z oddziałów. Wiecznie ktoś kręcił się od drzwi do drzwi, przez co naturalna cisza tego miejsca była przerywana praktycznie przez cały czas. Tym razem nie był to jednak nikt z oddziału IV. Kroki tej osoby były cichsze, delikatniejsze... Nathing.
- Jest tu może coś o smokach? Pomyślałam że...
Skinąłem lekko głową, przez co wadera urwała zdanie. Razem zniknęliśmy między regałami.
- To ta. - sięgnąłem z półki dość grubą księgę w bordowej okładce.
- Kontrolujesz już swoją materialność? - zapytała, biorąc zbiór stron w łapy - Bo widzę, że lepiej ci już idzie.
- Mhm. A wiesz, co to znaczy?
Zaprzeczyła, kiwając głową na boki. Zbliżyłem się do niej lekko.
- Że w końcu mogę zrobić to... - powiedziałem stłumionym szeptem, po czym pocałowałem ją lekko.


Nathing? Em... niespodzianka?

Przyjazny czy okrutny? Powitajmy Haxemona!

Śmierć? Wiesz co to znaczy? Ja, ja raczej nigdy się nie dowiem, ponieważ to JA zawsze wygrywam.. =)

Imię: Jego prawdziwe imię brzmi Haxemon, jednak demon, który siedzi w jego ciele przedstawia się jako Malmazo.
Pseudonim: Najczęściej inni zwracali się do niego pełnym imieniem, jednak niektórzy pokusili się o „Hax”. Jeśli jednak jest w postaci demona wilki nazywają go Mrocznym panem, Władcą zaświatów itp. Mimo wszystko – w wersji normalnej – chętnie posłucha innych propozycji.
Wiek: 3 lata
Płeć: Basior
Charakter: Oh, Haxemon, Haxemon... basior ten ma rozdwojenie jaźni, i to dosłownie, gdyż w jego ciele siedzi bestia. Ten potwór nazywa się Malmazo, jednak to nie o nim teraz mowa. Zacznijmy od charakteru właściciela tego ciała, od Hax’a. Jest wilkiem bardzo dumnym, ponieważ zawsze chodzi z uniesioną głową oraz typowym dla siebie uśmieszkiem. Szarmanckim, ale psotnym. Hax  to bardzo zabawny wilk, ponieważ często rzuca różnymi żartami. Chętnie też ich słucha, a na jego pysku zawsze gości uśmiech przez co inni też się do niego uśmiechają. Mimo wszystko trochę przejął charakter swego kompana i czasem zdarza mu się być taki jak on. Robi się zgryźliwy oraz wredny. Jednak jest jedna cecha której nie odziedziczył po swojej bestii. Niestety, ale Hax jest egocentrykiem. Uważa się za boga piękności.. choć, jest dość przystojny i często dziewczęta się w nim zakochują. Mimo to on, on nie przyjmuje ich miłości i je odrzuca. Jeśli się dobrze zastanowić to była tylko jedna która mu zaimponowała, nazywała się Elizabeth. Należała do starej watahy gdzie mieszkał Haxemon, była córką alf. Wychowała się razem z tym basiorem, niestety, ale podczas ataku tych... tych potworów zginęła, a Haxemon już nigdy nie mógł wyznać jej swojej miłości. A-ale! Nie przejmujmy się już tak, co było to było, już się nie zmieni. Wróćmy do jego charakteru. Ukhum.. em... dobra, jako iż jest barmanem często słyszy rozmowy klientów. Dowiaduje się wiele sekretów... tych strasznych, tych obrzydzających, jak i tych miłosnych. To jest ten cały Haxemon, cały basior od czubka nosa aż po ogon.
Malmazo, ten psychiczny basior, który jest demonem. Znalazł się w ciele tego wilka przez jego własnego ojca, przez jedno zaklęcie. Malmazo można powiedzieć jest bogiem, jednak.. niedokońca jest to prawda. Po prostu jest jednym z najsilniejszych. Należy do kręgu bestii – czyli 10 najsilniejszych opętańców. Włada zniszczeniem, chaosem oraz żalem. Z charakteru jest bardzo agresywny, nienawidzi litości, ponieważ sam nigdy jej nie zaznał. Jako młoda bestia był wykorzystywany przez kręg bestii, bity oraz dręczony. Teraz sam się taki stał. Dręczy Hax’a codziennie, dzień czy noc, dla niego to nie ma znaczenia. Mimo to... Haxemon to jego jedyny przyjaciel, ponieważ nigdy się na nim nie zawiódł. Mimo wszystko z charakteru jest bardzo wredny. Zawsze myśli o sobie i nie pomaga innym, no chyba, że chodzi o życie swojego żywiciela – Hax’a. Wtedy musi działać i mu pomóc. Jednak sam z siebie nic nie zrobi. Jest z niego zwykły egoista. Ta dwójka pasuje do siebie...
Wygląd: Haxemon posiada kilka form, jednak najważniejsza jest jedna – oczywiście jest to forma wilcza. W niej jest dość wysokim basiorem. Jego sylwetka jest szczupła, ale nie chuda. Ma masywne oraz umięśnione ciało, które pozwala mu na wszelakie ruszanie się, np. skakanie po gałęziach. Barwa jego sierści to niebieski, niestety ale nie potrafię określić odcieniu... jest to taki ciemny morski? Pod pyskiem, jak i na brzuchu oraz dole ogona posiada kolor biały. Tak samo jest na dole nogach (nie licząc łap). Uszy oraz grzywa są koloru czarnego, a góra ogona, jak i łapy mają ten sam kolor. Ostatnimi elementami są oczy oraz nos. Jego oczka są w kolorze błękitu, a nos jest bardzo podobny do koloru sierści, jednak jest jeszcze bardziej ciemniejszy.
Malmazo – bestia Haxemona. Jest do niego bardzo podobny, ponieważ jego grzywa, wzrost, jak i postura jest IDENTYCZNA. Różni się natomiast innymi elementami. Jego sierść jest brązowa, a brzuch calutki czarny. Łapy już nie posiadają białych końcówek, a znowu czarne! Elementy, które były białe u Hax’a są u Malza kremowe. Oczy natomiast są jak u demona. Białka robią się czarne, a tęczówka cała czerwona. Strach się bać!
Stanowisko: Barman
Umiejętności: Intelekt 10 | Siła: 8 | Zwinność: 5 | Szybkość: 5 | Magia: 8 | Wzrok: 4 | Węch: 6 | Słuch: 4
Rasa: Demon
Żywioły: Chaos, cień, czas
Moce:
*Chaos
Szał – Moc posiadają jedynie użytkownicy, którzy posiadają w sobie bestię. Jeśli dana osoba takowego posiada zmienia się z nim i wtedy to bestia może jej użyć. Potrafi ona wyrwać głazy z gór, płaty z ziemi czy wyrywać drzewa, użytkownik może wyrwać jedynie dwa przedmioty na raz i je rzucić.
*Cień
Teleportacja – Powoduje to, że dookoła użytkownika pojawia się czarna mgła, a on po chwili przenosi się w inne miejsce.
Koszmar – Osoba używająca tej mocy przemienia się w postać materialną, czyli czarną mgłę. Jedyne co widać to kształt wilka oraz czerwone, jak krew ślepia. Nie można go wtedy zaatakować, dotknąć, a co dopiero zranić.
*Czas
Klepsydra – Podstawowa moc czasu. Użytkownik władający tej typem magii może zatrzymać czas na określony czas (Hax może na max godzinę). Nikt z zatrzymanych osób nie będzie pamiętał co się działo, a godzina jaka była dalej będzie. Osoba może spowodować, że jedynie dwie osoby będą mogły się poruszać, gdy to ona zatrzyma czas.
Zegarek – Po cofnięciu wskazówek zegara o dany czas ten się cofnie. Jest to bardzo męcząca moc, ponieważ każda godzina to większe zmęczenie oraz osłabienie. Jeśli użytkownik cofnie czas o cały tydzień może to poskutkować śpiączką lub nawet śmiercią.
*Krew
Vampir – Moc może wykorzystywać jedynie bestia, ponieważ wysysa ona krew z przeciwnika swojego żywiciela. Krew wroga będzie leczyła użytkownika i dodawała mu siły. Może też spowodować utratę przytomności u wrogiego wilka.
*Zmiennokształt
Przemiana – Osoba może przemienić się w kilka zwierząt. Są pewne limity, gdyż wilk, który odkrył takową moc wybiera sobie na początku pięc zwierząt w które potrafią się przemienić. Haxemon posiada przemiany: Wilk (Własna forma, która jest podstawowa), Szop, Jeleń, Smok (Jest mały, a jedyne co potrafi to ziać czarnym ogniem i latać... może kiedyś nauczy się czegoś więcej) oraz... co najciekawsze nie jest ta forma zwierzęciem, jest to demon!
Rodzina: Rodzina?... Lepiej nie wspominajcie.
Partnerka: On szybko się nie zakocha, ale inna tak ;)
Potomstwo: ---
Historia: Chcecie poznać historię Haxemona? Tego zadziornego basiora? Jesteście pewni? Tak? A więc posłuchajcie historii wujka Rysia. Rozsiądźcie się wygodnie, najlepiej przy kominku i słuchajcie.
Dawno... dawno... temu........... no dobra, nie aż tak dawno temu.
Żył pewien mały basiorek – Haxemon. Bardzo tulaśny i miły basior. Wraz ze swoją rodziną się kochali, byli pewni swej miłości. Pewnego poranka, postanowili pójść na spacer, spacerowali i obserwowali piękno natury. Wszystko było dobrze... do momentu.
Nagle zabrzmiał dźwięk trąby. Nie tej dobrej trąby, to byli wrogowie – Czarna plaga. Przerażeni szybko biegli w stronę watahy. Było słychać kroki, milion kroków... ciężkich, przerażających kroków. Było słychać z oddali warki oraz wbijane pazury w ziemię. Po raz ostatni zabrzmiała trąba, a wataha zaatakowała. Czarne, jak smoła wilczury wbiegły pomiędzy nieduże budynki oraz namioty. Zaczęły zabijać, nastał ten czas mordu. Haxemon wraz z rodziną ukryli się w jakiejś ciemnej uliczce. Niestety, ale jednego wilka zabrakło – młodszego (O kilka minut) brata. Basiorek się wzdrygnął i spojrzał prawie ze łzami w oczach na rodziców. Ojciec po chwili zaczął mówić jakieś zaklęcia, a czarne wilki. Znalazły ich. Matka ukryła swojego syna, tak aby wrogowie go nie zauważyli. Po chwili wszyscy zniknęli, wraz z rodzicami Haxemona. Basior się załamał, nie wiedział co dalej robić, gdy nagle poczuł ukucie w sercu, a w jego umyśle pojawiła się bestia, to właśnie on.... Malmazo. Bestia chaosu, zniszczenia i żalu.
Ten... który złamał nie raz wilkom serca.
Ten... który zniszczył wszystkim marzenia.
Ten... który postanowił siać chaos.
Ten... który teraz mieszka w nim – w Haxemonie.
Po zapoznaniu się z bestią przestał cokolwiek odczuwać. Przestał czuć ból po utracie rodziców, przestał czuć radość, że przeżył, przestał czuć prawie wszystko. Jedyne co w tamtym momencie czuł to..... nienawiść. Był nią wypełniony. Dookoła niego zaczęła mieszać się czarna oraz czerwona aura, a on. On stał się nim, Malmazo. Chciał wszystko zniszczyć, chciał wszystko zabić, chciał wszystko skończyć. Tak też zrobił – zniszczył watahę, zabił wrogów, jedyne czego nie spełnił to ostatniego... nie skończył wszystkiego. Gdyby to zrobił, nie byłoby go tutaj... nie popełnił samobójstwa, teraz próbuje żyć dalej razem z tym złem w środku. Czy da radę? Nah, zobaczy się..
Przedmioty: Jedyne co mu zostało to niebieska, lekko porwana chusta ojca
Właściciel: Slajmii
Ocena: 0/3

5 lutego 2018

Odchodzą

Pozostałe wilki Nocty odchodzą w WSO. Tym samym Nocta przestaje być administratorem. Obiecała, że wróci już w wakacje c:
Odchodzi również Shante.
Powód: brak czasu na prowadzenie postaci.

Base by: Sinasni

Snow-Body

znalezione na Pinterest

Od Ingreed cd. HG

Spoglądałam na niego ze złością. Zabolało mnie to, lecz go rozumiałam.
Całe moje ciało było jakby zdrętwiałe, obolałe, nie mogłam wstać, choć bardzo tego pragnęłam. Harbinger wpatrywał się we mnie i to ja pierwsza odpuściłam. Przeniosłam wzrok na ścianę za basiorem i tkwiłam tak w zadumie, co jakiś czas mrugając, aby krew zgromadzona pod powiekami nie przesłaniała mi obrazu. Oddychałam ciężko, głęboko, a przy każdym wydechu płuca dziwnie ściskały mi się; w myślach modliłam się jedynie, by do końca się nie zapadły.
- Jak... - zawahał się i zniżył łeb, kierując mój wzrok na jego pysk - jak się czujesz?
Chwilę jeszcze milczałam, nie za bardzo wiedząc, jak mogę odpowiedzieć.
- Nie wiem - wyznałam po chwili, a na smutne westchnięcie basiora zareagowałam uśmiechem - ale wszystko jest już dobrze.
Chyba, dodałam w myślach.
Pokiwał głową i nie drążył już tematu, co nawet mnie ucieszyło. Przymknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam, była już noc. Potem już nie spałam. Wierciłam się i starałam znaleźć odpowiednią pozycję, ale wciąż coś było nie tak. Dodatkowo targało mną złe przeczucie.
- Nie śpisz? - cichy, stłumiony głos Harbingera rozniósł się po pokoju.
- Nie - wychrypiałam, z ulgą przyjmując od niego niewielkie naczynie z wodą. Pomógł mi się napić, a potem usiadł obok i lekko musnął moją łapę nosem.
- Bałem się o ciebie.
- Wiem.
Cisza przelewała się między nami wręcz namacalnie, jednak żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Napawałam się jego obecnością, w końcu jednak zapytałam o tego, którego nie widziałam już długi czas.
- Co z Leloo? Dawno go nie widziałam.
Trochę zbladł, oczy jakby zaszły mu lekko mgłą, spuścił spojrzenie w dół, na ziemię. Uporczywie milczał, ale łudziłam się, że po prostu chce mnie trochę nastraszyć. Kiedy znów na mnie spojrzał, podświadomie już wiedziałam.
- Ingreed... Dużo cię ominęło.
Gorzki posmak krwi w pysku nagle jakoś przestał mnie obchodzić.
- Po prostu mi to powiedz.

Harbingerze?

4 lutego 2018

Od Chastera cd. Ariene

Spojrzałem na bandaż, który przybrał różowawą barwę.
- Nie, żebym coś chciał ci wmówić, ale TO naprawdę wygląda paskudnie - stwierdziłem z miną niewyrażającą niczego dobrego. Napotkałem nieco przestraszony wzrok wadery, po chwili się rozpromieniłem. - Żartuję! - stwierdziłem radośnie. Ariene wyraźnie się uspokoiła. Jednak nadal nurtowało mnie coś.

****

Powietrze było delikatnie chłodne. Wiał przyjemny, lekki wiaterek, noszący ze sobą świeże powietrze. Był słoneczny dzień, na niebie nie pokazała się ani jedna chmurka, co dawało idealną okazję do patrolowania terenu. Wznosiłem się w powietrzu, szybując powoli. Raz na jakiś czas machałem energiczniej skrzydłami, unosząc się wyżej. Wytężałem wzrok jak mogłem, ale mimo tego nie było widać żadnych smoków. Nawet zmory - widoczne z tej odległości jak czarne plamy wielkości łebka szpilki - zniknęły.
Podejrzane. I to bardzo.
- Rainbow Fire? - spytałem, wychylając się nieco z równego rzędu. Biała wadera odwróciła głowę w moją stronę. Jej tęczowa grzywka lśniła.
- O co chodzi, Chaster?
- Widzisz jakieś smoki? - zapytałem z lekkim zaniepokojeniem. Wytężyła wzrok. Po chwili odpowiedziała mi.
- Nie. A ty?
- Też nie. - Uważając konwersację za zakończoną, wróciłem na miejsce. Byłem lekko poddenerwowany. Nie spotkaliśmy żadnych smoków od rozpoczęcia warty - a dochodziło południe. Bogowie wiedzą, gdzie te gady mogły się podziać. Najprawdopodobniej czyhały gdzieś, gdzie nie mogliśmy ich zauważyć.
Kątem oka zauważyłem ruch. Spojrzałem w tą stronę. Nie zobaczyłem niczego, co mogłoby być żywe, za to zdziwiło mnie coś. Na pierwszy rzut oka niezauważalna kotlinka gdzieś w Górach Menegroth przybrała brudnobrązową barwę, z domieszką czerwieni. Jakby coś wypaliło doszczętnie cały grunt. Z daleka nie widziałem zbyt wiele, ale to wyglądało na robotę smoków. Tylko dlaczego to zrobiły? I po co?
Wyrwałem się z równego szeregu, i podleciałem do Ariene. Początkowo nie zwróciła na mnie zbytniej uwagi, ale gdy znalazłem się nieco bliżej, odwróciła głowę.
- Tak, Chaster?
- Emm.. - przerwałem na chwilę. - Zauważyłem coś dziwnego. Myślę, że powinnaś o tym wiedzieć.
- O co chodzi?
- Spójrz tam - wyciągnąłem łapę w kierunku Gór Menegroth. - Coś spaliło tę kotlinkę do samej ziemi.

*króciutki time skip, bo nie wiedziałam jak napisać ten fragment*

Oddział zbliżał się do lądowania. Poruszałem rytmicznie skrzydłami. Kotlinka z bliska zdawała się być jeszcze bardziej czerwieńsza. Rozglądałem się dookoła. Smoków dalej nie było.
- Mam złe przeczucia - mruknąłem pod nosem. Nikt tego nie usłyszał.

<Ariene? Mam nadzieję, że dobrze wyszło, mimo tego że cierpię na bełkoctwo pospolite i brakus wenus dużos>

Ruchliwa i roztrzepana - powitajmy Sapphire!



Your actions don't define who you are.
Imię: Sapphire
Pseudonim: Tak naprawdę imię "Sapphire" to po prostu pseudonim, którym się przedstawia. Ostatecznie, zawsze można skrócić jej imię do Sapp.
Wiek: 4 lata
Płeć: Wadera
Charakter: Podczas spotkania z Sapphire, pierwszym, co rzuci ci się w oczy będzie ponadprzeciętna ruchliwość tej wadery. Skoki na boki, kręcenie głową, uszy obracające się we wszystkich kierunkach i podrygiwanie ogona - to sprawia, że waderę z łatwością porównać można do nieustannego w swych ruchach, tykającego zegara. Przeważnie uśmiechnięta, z dużym poczuciem humoru i pozornie roztargniona.
Stara się unikać konfliktów oraz niebezpieczeństw, jednak w ekstremalnych sytuacjach, przy pomocy adrenaliny (która, jak wiemy, potrafi zdziałać cuda), gdy już nadejdzie czas na działanie - możesz na niej polegać.
Sapp niezwykle troszczy się o to, by być lubianą przez jak największą liczbę wilków, zdanie innych stawia na pierwszym miejscu.
Cierpi ona na pewien rodzaj przypadłości (jeśli można to tak nazwać), objawiający się chorobliwą fascynacją wilczymi trupami i rozkładem. Lęka się innych wilków i choć na co dzień tego nie okazuje, nie ufa absolutnie nikomu.
Szczerze nienawidzi się za tę cechę. Uważa siebie samą za obrzydliwą, godną najwyższej formy potępienia. Dlaczego? Spytaj jej martwych przyjaciół. Lubią pogaduszki, zwłaszcza, że od dłuższego już czasu byli zmuszeni do toczenia rozmów jedynie z ich morderczynią.
Na co dzień nikt nie jest w stanie dostrzec zza jej maski prawdziwego oblicza tej wadery.
Sapphire pilnie strzeże swych sekretów.
Wygląd: Sapphire to przeciętnego wzrostu, smukła wadera o futrze w beżowym odcieniu, ciemniejszym na jej sporych uszach i poduszkach łap. Pod każdym z jej orzechowych oczu widać małą, czarną plamkę (Sapp ma je od urodzenia). Pysk zakończony ciemniejszym nosem. Zarówno szyja jak i ogon imponują ponadprzeciętną długością, nadając waderze wygląd lekki i zwinny.
Stanowisko: Posłaniec
Umiejętności: Intelekt: 7 | Siła: 4 | Zwinność: 10 | Szybkość: 10 | Magia: 3 | Wzrok: 5 | Węch: 1 | Słuch: 10
Rasa: Wilk Telekinezy
Żywioły: telekineza
Moce: Sapphire nie kontroluje w pełni swoich mocy, czasem zdarza jej się użyć ich przypadkowo, pod wpływem emocji. Główną obroną wadery są jej zwinność oraz szybkość, dlatego w razie ataku raczej wykonuje uniki i ratuje się ucieczką, niż bezpośrednią konfrontacją podczas walki.
Rodzina: Jej rodzice byli jubilerami, czego nietrudno jest się domyślić po imieniu Sapphire. Oboje zginęli, a rodzeństwo dawno rozeszło się po świecie.
Partner: ---
Potomstwo: ---
Historia: Mieszkała z rodzicami oraz rodzeństwem w niedużej watasze, a po śmierci rodziców wyruszyła w poszukiwaniu szczęścia gdzieś w świecie. Tak zawędrowała tu.
Właściciel: LoginNiedostepny
Inne zdjęcia: X
Ocena: 0/3

2 lutego 2018

Od Rainbow Fire CD Ingreed

Śmiałam się w najlepsze kręcąc w trawie, gdy usłyszałam huk. Był potężny, i szybko stanęłam na nogi. Wzbiłam się w powietrze, zostawiając po sobie brokatową tęczę, która szybko zniknęła. Zauważyłam smoka, gigantycznego smoka. Był czarny jak smoła, a w jego ślepiach było widać nienawiść i agresję. 
Wróciłam na ziemię, aby powiadomio tym Ingreed, lecz jej tam już nie było. Z bezwładnością i zażenowaniem spuściłam łeb i znów wzleciałam w przestworza. Wiatr był silny i zawzięty, lecz nie chciałam go zmieniać - po co, skoro można się z nim pościgać?
Tak więc w pogoni za wiatrem mknęłam po niebiosach a za mną tworzyła się ( tym razem ) trwała tęcza. 
- Rainbow Fire!!! - usłyszałam drącą się waderę. 
Lecz nic mnie nie mogło wtedy powstrzymać - tylko ja, wiatr i niemiłosierna szybkość, od której większości kręci się w głowie. 
- Spirit of Freedom... - zadudniało w mych uszach. To podmuch wymówił te przewisko, którego nie używał nikt. "Spirit of Freedom"... Z angielskiego "Duch Wolności". Lecz właśnie wróciłam do rzeczywistości. Smok - na naszych terenach?! To musi być... Bitwa. Wojna. Mój "konik". Właściwie jestem silna fizycznie, ale nie nadzwyczajnie. Przeważa moja szybkość i moc, którymi pokonuję przeciwników. Nigdy nie myślałam, iż ktoś wypowie nam wojnę, wkroczy na tereny i za wszelką cenę wybije naszą społeczność. 
- Ingreed? - zawołałam.
- Tu jestem! - ledwo do mnie dotarło z zachodniej części lasu.

Ingreed?

1 lutego 2018

Od Viciego

Minęło już trochę czasu, odkąd zacząłem stawiać pierwsze kroki na terenach nowej watahy. Jednakże, pomimo szybkiego upływu dni, nie czułem się pewniej. Coś było nie tak. Towarzyszył mi natrętny niepokój, wywiercający dziurę w brzuchu i zajmujący sny, gdy tylko próbowałem odpocząć. Mimo tego, że moje lęki ulegały wizualizacji podczas sennych wizji, nie umiałem sprecyzować ich pochodzenia. Zastanawiało mnie, czy to już pewnego rodzaju obsesja. Ja, cóż... często zmieniałem miejsce zamieszkania. Lecz nie wynikało to z mojego łazęgostwa, ani nawet wrogości poprzednich watah. Nie, tu chodziło o coś więcej. Nazbyt prostego. Zdawało się, iż nie pasowałem do żadnego stada. Nie tylko nie potrafiłem odnaleźć w nim siebie, ale też inni nie umieli odnaleźć mnie. Mówiąc "odnaleźć", mam na myśli bliżej niesprecyzowaną chęć pomocy. Zdecydowanie, pomaganie mi nie wliczało się do łatwych zadań. Po części dlatego, że nie byłem w stanie pogodzić się z niektórymi radami, udzielanymi mi przez medyków. Proponowali - dla mojego własnego zdrowia psychicznego - abym spróbował zapomnieć o rodzinie, gdyż nie posiadałem żadnych racjonalnych możliwości powrotu do korzeni. Zapewne jestem upartym niewdzięcznikiem, skoro za każdym razem wolałem odejść, niż tego słuchać. Nie chciałem zapominać o rodzinie. Głęboko wierzyłem, że moje pochodzenie, przeżycia, nadały kształt temu, kim teraz jestem. Za każdym razem odczuwałem wewnętrzną wściekłość, a zarazem palący żal - jednym słowem, wspomnienie rodziny wrosło w mój umysł i opancerzyło się niczym stalowa bariera, gotowa odepchnąć ode mnie każdego, kto proponował zapomnienie jako rozwiązanie wszystkich problemów. A jeżeli odepchnięcie danego wilka okazywało się niemożliwe, sam zawracałem. I tak dotąd toczyło się moje życie. Zabawne, zważywszy, że to właśnie strach przed koniecznością opuszczenia kolejnej watahy podświadomie mnie dręczył. Nie chciałem do tego dopuścić.
"Nie ma żadnego problemu", pomyślałem z goryczą, niemal odsłaniając przy tym kły. "Nikt problemu nie widział i nikt go więcej nie zobaczy. To koniec."
- Słyszałyście, nędzne kreatury? - zapytałem z nutą rozbawienia w chrapliwym głosie. - Nie uda wam się. Nawet nie próbujcie. I nie ważcie się szczerzyć tych głupich pysków tam, po kątach - mówiłem, rozglądając się po jaskini i raz po raz wskazując łapą na coś niewidzialnego.
Zaśmiałem się w duchu, wyobrażając sobie reakcję przypadkowego wilka, który by świadkował tej scenie. Pokiwałem z niedowierzaniem głową, uznając, że już totalnie pomieszały mi się klepki, skoro mówię do własnych widm w pustej jaskini. Westchnąłem, zmierzając ku wyjściu z przydzielonej mi niedawno jamy, w której, z racji ostatnich nieprzyjemnych zdarzeń, było całkiem pusto i głucho. Wszyscy członkowie stada wykazywali wzmożoną aktywność z racji niedawnego najazdu smoków. Na bogów, to brzmi legendarnie. Na pewno legendarnie niebezpiecznie. W każdym razie, smocza wojna nie jest porą jaskiniowych schadzek. Nieliczni pilnowali centrum watahy, a cała reszta zajmowała się patrolami. Jako wilk kaleki za dnia, posiadałem dokuczliwy przywilej dłuższego odpoczynku, pod warunkiem maksymalnego wysiłku wkładanego w nocne stróżowanie. Niezbyt odpowiadało mi opuszczanie braci i sióstr za dnia, ale ze wstydem przyznałem, że w świetle mógłbym być tylko kulą u łapy. Natomiast po zmroku robiłem wszystko, co mogłem, wykorzystując niesprecyzowaną wytrzymałość płynącą z ciemności.
Zmrużyłem oczy, przyglądając się szarawym konturom drzew rosnących przed jamą. Z wolna nabierały barw, wyostrzały się, a ja jednoczyłem się z ogarniającym świat mrokiem, pozwalając mojej krwi zbierać informacje o tym, co skrywała ciemność. Słońce chowało się za horyzontem. To już czas.
Wyskoczyłem z jaskini, zmuszając się do o wiele większej prędkości niż zazwyczaj. Otrzymałem polecenie patrolowania granic i zamierzałem je wykonać w sposób perfekcyjny. Wiedziałem, że reszta oddziału jest zmęczona całodziennym wytężaniem zmysłów - czułem się na siłach, by zastąpić przyjaciół z gromady. Wszystkich, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
Spinałem mięśnie z uporczywą intensywnością, pilnując, by nie zwalniać tempa. Skupiłem się na dotarciu do najbliższej linii granicznej. Jednocześnie, wybiegałem zmysłami daleko przed siebie, sięgając z mocą daru tętna mroku tam, gdzie moje oczy nie mogły spojrzeć. Momentami kusiło mnie, by sprawdzić obszar powietrzny, ale powstrzymywałem się, ufając czujności oddziału piątego. Udało mi się przejrzeć spory kawałek granicy. Niczego podejrzanego nie odnotowałem, ale wiedziałem, że to nie koniec. Im dalej pojmuję otoczenie zdolnością tętna, tym bardziej prawdopodobne, iż coś umknie mojej uwadze ze względu na wzrastające rozproszenie wizji. Zmierzałem więc dalej, nie zbaczając z obranej ścieżki. W moich myślach zaczęły krążyć wspomnienia widm. Zazwyczaj nie dawały mi chwili wytchnienia w nocy, do znudzenia przybierając kształty mojej wycieńczonej matki, ścigającego mnie ojca, czy nawołującej w pustą przestrzeń siostry. Ewentualnie, przy odrobinie szczęścia, urocze zmory formowały się na wzór mnie samego, ale za to wytykając mi wszystkie błędy, których popełnienia mam świadomość (a czasami nawet jakichś nowych, o jakich jeszcze nie wiedziałem, hehe...). Nie przeczę, nie funkcjonowało mi się z tym dobrze, ale po tylu latach zdążyłem przywyknąć do tego typu scen. Owszem, te cienie wciąż wyciągały na wierzch moje wyrzuty sumienia, żal do samego siebie, obłędny smutek - jednakże, nie stanowiły niczego poza słyszalnym głosem sumienia, który i tak szumiał mi bez przerwy w głowie. Co za różnica? Zdarzały się gorsze dni. Czasami lepsze. Zdarzało się, że walczyłem z własnym żywiołem. Czasami mnie ratował.
- I gdzie jesteście, cholery, kiedy was potrzebuję? - warknąłem głucho, rozmyślając, ile mógłbym zrobić, gdyby moje cienie łaskawie rozproszyły się po granicach.
Jasne, przy zenitowym wysiłku mógłbym jednego zmaterializować i gdzieś wysłać, tak, jak to zrobiłem w obecności April. Ale to było tylko popisywanie się. Tak naprawdę, nie miałem nad nimi kontroli. Chcąc ją zyskać, nie posiadałem rozeznania, co się dzieje wokół mojego pierwotnego ciała. W kalkulacji zerojedynkowej nadal daje to zero, gdyż po świadomym wytworzeniu klona ciągle mam niepodzielną uwagę i jeden umysł do sprawdzania terenu. Zupełnie inaczej by to wyglądało w przypadku nieokiełznanego napadu obłędu. Wówczas, zyskałbym niekomfortową, ale przydatną sposobność przeskakiwania umysłem od jednego widma do drugiego. Szkoda, że one zjawiały się głównie w chwilach, gdy bynajmniej nie pragnąłem ich asysty. Cóż. Zgadywałem, iż wymuszanie nawrotu fobii podczas patrolu wojennego nie należy do rozważnych posunięć, tak więc pogodziłem się z brakiem klonów.
Noc upływała spokojnie. Z jednej strony, radowało mnie bezpieczeństwo watahy, lecz jednocześnie odczuwałem pewnego rodzaju napięcie. Co, jeśli przeoczyłem wroga? Mimo wątpliwości, całe moje wytężanie zmysłów nie przynosiło rezultatów. No, nie licząc tych kilku chmar smoków-Zmor, z którymi uwielbiałem się zabawiać. Jasne, w dzień mogłyby mnie zamęczyć, ale nocą zyskiwałem nad nimi zdecydowaną przewagę - dostrzegałem je szybciej, niż one mnie, a regeneracja krwi prędko wynagradzała drobne obrażenia. Tak więc kilka nocnych godzin minęło bez szczególnych przypadków. Już zaczynałem myśleć, że zastanie mnie leniwy świt, gdy wyczułem coś dziwnego. Moje nocne tętno ukazało mi ciemność otaczającą jakiś niewidzialny kształt. Zdumiony, skoncentrowałem się na tym obszarze, upewniając się, czy nie jest to pewnego rodzaju niedopatrzenie. I ciągle w moim mózgu pojawiał się bliżej niesprecyzowany obiekt, którego w danym miejscu wizualnie nie powinno być. Znajdował się niecały kilometr od południowo-wschodniej granicy. Przez minutę zastanawiałem się, czy aby na pewno rozsądnym jest opuszczenie warty przy granicy. A co, jeżeli to zwykły akt dywersji, mający na celu odwrócenie uwagi patrolu od terenu watahy? 
Gorączkowo próbując wybrać lepszą z decyzji, doznałem delikatnego skoku adrenaliny. Wzdrygnąłem się, kiedy zza pleców dobiegł mnie niski warkot. Nie wyczułem obecności żadnej innej istoty, stąd - jak zwykle - dałem się zaskoczyć nieoczekiwanemu klonowi.
- W samą porę - mruknąłem, ignorując cieniste widmo, które zaczęło opowiadać mi bajkę o tym, jak cała wataha została wymordowana przez smoki po moim opuszczeniu warty.
Doskonale wiedziałem, że nie jestem jedynym stróżem. Tak czy inaczej, niepewność miała podziałać teraz na korzyść nas wszystkich, bo klon - powstały z obaw przed zejściem z warty przy granicy - najprawdopodobniej miał pozostać w tym samym miejscu. Wykorzystałem to, ryzykując i biegnąc ku nieznanemu obiektowi. Zgodnie z oczekiwaniami, widmo utkwiło w sztywnym punkcie, dając mi opcję błyskawicznego sprawdzenia granicy.
- Dobra. Zobaczmy, czym jesteś... - mruknąłem, ostrożnie stawiając kroki przybliżające mnie do niewidzialnego kształtu.
Używając tętna mroku, w bliskim kontakcie wyczułem, iż jest to żywa istota. Usłyszałem jej bicie serca, poczułem łuskowatą powierzchnię skóry, a nawet wyłapałem charakterystyczną, gadzią woń. Pamiętając o udzielonych nam informacjach o znanych gatunkach smoków, domyślałem się, co spotkałem. Westchnąłem. Oto przede mną, w olbrzymiej, niestabilnej jaskini, spał sobie Kameleon. 
- Ja rozumiem, że każdy potrzebuje odpoczynku, ale, żeby tak blisko watahy się rozkładać? To nieuprzejme - orzekłem, jak gdybym miał przed sobą jakąś traszkę.
Po kilku sekundach usłyszałem nieznaczne szuranie, a następnie cichy szum, przypominający niecierpliwe wypchnięcie powietrza przez nozdrza. Nadal nie udało mi się wyłapać sylwetki smoka. Przekrzywiłem z ciekawością głowę.
- Niezły jesteś w kryciu się, to muszę przyznać... 
Nic. Cisza. Zastrzygłem uchem z niecierpliwością. Czy ten gad gra na zwłokę? Czy może po prostu chce, abym wszedł wgłąb jamy i przypieczętował tym swój żywot?
- Hej, ty. Nie znasz zasad gry w chowanego? Jak cię znajdą, to przegrywasz. Albo szukasz. Nie ma udawania, że nie istniejesz. Wiem, że tam jesteś - gadałem z pogodą ducha.
W końcu udało mi się coś dostrzec. Wątła, księżycowa łuna odbiła się w połyskujących ślepiach smoka, który dyskretnie obrócił łeb, by się mi przyjrzeć. No tak. Jaszczurzy zwiadowca.
Zastanawiałem się, co powinienem zrobić. Błędem było przyjście do niego, jednakże, jeśli smoki pozwalają sobie obserwować nas z tak bliska, co to oznacza? W każdej chwili mogą zaatakować. Wiedziałem, że muszę coś zrobić, by ten kolos nie powiadomił reszty swojej wężookiej gromadki o słabości watahy. Tylko... co mógłbym uczynić?
Odetchnąłem cicho, oceniając sprężystość mięśni. Wykonywanie uników nie wychodziło mi zbyt sprawnie. 
- Niech i tak będzie. To zwiększa adrenalinę, a przecież o to chodzi w sporcie, czyż nie? - zapytałem sam siebie z ironią, ostrożnie przekraczając próg legowiska Kameleona. - Czekaj tam, idę do ciebie.
Zastanawiałem się, jak wielki ochrzan dostałbym za to od dowódcy, chociaż niewiele mnie to interesowało. Wiedziałem, że moment, w którym smok się poruszy, może być moim ostatnim. Rozpaczliwie skupiłem na nim całe tętno mroku, działające teraz w szalonym, nienaturalnym tempie, związanym z przyspieszonym rytmem serca, próbującego jakby wyrwać się z piersi i uciec jak najdalej od zagrożenia. Nie próbując nawet opanować strachu, stąpałem przed siebie. Łatwo zgadnąć, iż przyświecał mi pewien cel.
Kameleon drgnął, równie zaskoczony obecnością intruza co ja, a moje zmysły, ogłupiałe z przypływu woli przetrwania, stworzyły rozedrgane, wielkie, ociekające niemal ciekłym mrokiem widma z czerwonymi, rażącymi ślepiami. A ponieważ rzadko się bałem, ilość klonów tym razem przekroczyła moje oczekiwania. Śmierć? - nie, to niewiele mnie martwiło. Obawiałem się, że zawiodę swoich przyjaciół. Że znajdą mnie martwego - kolejną ofiarę z wielu, jakie dane jest ponieść w obliczu chłodnego, rozlewającego krew płynącą w stygnących żyłach, żywiołu wojny. To uczucie, przeobrażające się z wolna w panikę, zdeterminowało ponad dwadzieścia przerażających, a co ważniejsze, przekonujących cieni. 
W porę dokonałem ostrego zwrotu. Nie wiem, czy Kameleon planował mnie zaatakować, ale na pewno miałby okazję to zrobić. Gad ujawnił się, z niezadowoleniem rycząc i przecierając grzbietem sklepienie jaskini, która zaczęła się zapadać. Wbiegłem pośród zgraję widm i ustawiłem się w pozycji obronnej, gotowy do ataku, ale gad ani myślał ruszyć na mnie. Rozłożył skrzydła, wściekle otrzepując je z kawałków głazów i łamiąc nimi pobliskie drzewka, spojrzał w ciemne, poznaczone gwiazdami niebo i wzniósł się. Odprowadziłem go wzrokiem, osłupiały. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, ale od refleksji nie byłem ja. Postanowiłem opisać całe zajście dowódcom.
Wracając, usłyszałem nerwowe dyskusje nieopodal centrum watahy. Użerająca się ze sobą gromadka stała mi na drodze, toteż zainteresowało mnie, czy mogę im jakoś pomóc.
- Hej - rzuciłem na powitanie, a troje wilków skierowało na mnie zrezygnowane, poirytowane spojrzenia. - Co się dzieje? 
Jeden z nich w odpowiedzi tylko warknął i odszedł na ubocze. Zmierzyłem go wzrokiem, zdziwiony tym zachowaniem. Zwróciłem atencję na Obliviona, rozpoznając w nim dowódcę siódmego oddziału.
- Gdzie reszta? - zapytałem.
- Nie ma reszty. To są wszyscy - mruknął.
Zatkało mnie.
- Co? Jak.
- Martwi, ranni, dezercja... - wyliczył ponuro. - A zwierzyny coraz mniej. Musiała się spłoszyć przez te gady.
- Patrole nie mogą zostać bez pożywienia - wyrzekłem krótko, w myślach podejmując stosowną decyzję. - Dołączę do was. Mam nadzieję, że nie przeszkadza wam polowanie w nocy. Umiem wskazać najlepiej ukrytą zwierzynę, o ile tylko znajduje się ona w ciemnościach. Nie będziecie musieli tracić czasu.
- Zaraz, zaraz. Nie możesz od tak się przenieść. Jesteś w trójce, prawda? I przydajesz się im nocami do sprawdzania terenu, kiedy reszta śpi - ostrzegł mnie dowodzący basior.
- I zamierzam nadal im się przydać. Moje zdolności działają trochę inaczej, niż zwykłe zmysły. Zróbmy to tak. Będę wskazywał wam zwierzynę, a przy okazji patrolował teren. Jeżeli znajdzie się więcej chętnych do uzupełnienia oddziału, mogę pójść z tym wilkiem polować przy granicach. Równie dobrze wskazuję pozycję ofiary, jak wrogów. Takie pogodzenie obowiązków nie powinno wykraczać poza nasze kompetencje, prawda?
Oblivion przyglądał mi się przez jakąś minutę. Ostatecznie, kiwnął głową i wskazał mi drogę do Kesame.
- Powiadom Alphę o swoich planach.
- Oczywiście - przytaknąłem. - I tak było mi do niej po drodze. Muszę zdać raport.
- Hm? Spotkałeś coś ciekawego?
- Zaraz wam opowiem, niech no tylko wrócę od Alphy. Nie powinno mi to zająć więcej, niż piętnaście minut. No chyba, że Kesame będzie mieć dla mnie jakieś konkretne rozkazy. Poczekajcie - rzuciłem, biegnąc do wadery.

Może ktoś z VII oddziału?

Od Romeo CD Rin

- Timadi'rin - jak zwykle próbowałem swojego zupełnie szczerego zachwytu i uroku do zjednania sobie wader. - Podoba mi się. Brzmi bardzo tajemniczo.
Uśmiechnęła się. Siłą rzeczy odwdzięczyłem się tym samym. Spojrzałem raz jeszcze w jej piękne oczy. Wyraźnie próbowała nimi przekazać, jak wielką walkę myśli i uczuć przeżywa. Sam czułem się podobnie, jednak widok smutnej wilczycy był dla mnie znacznie boleśniejszy niż cokolwiek.
Silny powiew przygnał ze sobą białe płatki, tworząc nam przed oczami śliczne widowisko. Rin drgnęła, po czym skuliła się na ziemi, zdradzając dręczący ją chłód. Postanowiłem pomóc jej wstać i odprowadzić do jej jaskini.

~wiosną

Co tu dużo mówić, rozpoczęła się wojna. Nie mieliśmy już tyle czasu na wspólne podziwianie krajobrazu w milczeniu. Nad głową wciąż widziałem przelatujące grupy bestii. W takim klimacie wcale nie miałem ochoty opuszczać domu, ale cóż - służba nie drużba.
Z czasem zacząłem zatracać się w nowych obowiązkach. Ciągłe dbanie o szczenięta w czasie wojny nie jest proste, zwłaszcza dla dowódcy tego oddziału, który ma oczywiście najwięcej pracy. Po kilku dniach nie miałem już sił wracać do siebie po swojej zmianie. Spędzałem całe doby na warcie w miejscu kultu. Nic więc dziwnego, że od dawna nie widziałem Rin. W coraz większym wyczerpaniu myślałem tylko o tym, by znów pogapić się razem z nią w dal, nie mając nic lepszego do roboty.
Minęło trochę czasu, a ja byłem już prawie żywym trupem. Wpadałem na drzewa, mówiłem do paproci. Szczeniaki miały ze mnie ubaw - chociaż tyle radości na wojnie. Moją totalną rozsypkę widziała też Englie, obiecała, że przez jeden dzień sama zajmie się naszymi podopiecznymi, bylebym odpoczął i niedługo mógł wrócić do pracy. Nie przyszło mi to z łatwością, bo to trochę uwłacza mojej godności, ale koniec końców zgodziłem się na tę propozycję.
Tak naprawdę nie wróciłem odpocząć, natychmiast pobiegłem do Rin, a przynajmniej szukać jej tam, gdzie rozciągają się najpiękniejsze widoki na tereny watahy, mając nadzieję, że i ona ma dziś wolny dzień.

Rin?

Od Reyley CD Nicolay

- Smoki są o wiele lepsze niż gryfy – powiedziałam w wiatr, siadając na polanie zupełnie sama. – Smoki mają przepiękny wygląd, jest tyle typów tych stworzeń, że raczej nie zliczę ile! Każdy gatunek różni się od siebie praktycznie wszystkim. I są takie inteligentne. Da się uniknąć ich ataku, ponieważ niektóre z nich są bardziej rozważne i spokojne. Słyszałaś, że pewien gatunek potrafi posługiwać się wilczą mową? Przecież to niesamowite! Nigdy nie widziałam mądrzejszych potworów od smoków. A ty widziałaś? Może tam gdzie się znajdujesz mieszkają smoki, nie wiem. I uwaga, najważniejsze – nie śmierdzą! Pamiętasz ten odór gryfów podczas ataku? Bleee! – Zaśmiałam się, a wiatr potargał moje futro. Potraktowałam to jak odpowiedź.
W taki sposób rozmawiałam z Flore, która była moją najlepszą przyjaciółką i wilkiem, w którym się zakochałam. Było mi jej brak w watasze, było mi jej brak przy sobie chociaż wciąż była w moim sercu. Chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć jej szaleńczo malinowe, duże oczy, w których drżały iskierki rozbawienia kiedy tylko powiedziałam coś śmiesznego. Dotknąć jej pachnącego jak wrzosy, złotego i przyjemnego w dotyku futra, które przypominało mi słońce – sama wadera promieniała przy innych wilkach. Była aniołem, a jej charakter był cnotą jej rodziny. Wiatr był jej domeną dlatego kiedy miałam okazje podziwiać potężne wiatry, łamiące gałęzie lub tylko je ciągające, wypowiadałam po cichu jej imię. Miałam nadzieję, że mnie usłyszy.
- Mamy ostatnio sporą epidemię smoków. Wiesz może jak temu zaradzić? – spytałam, ale nie oczekiwałam odpowiedzi. Mówiłam to tylko po to abym mogła cokolwiek wymyśleć. – Mam walczyć z nimi na śmierć i życie? Wolałabym nie. Według moich obliczeń wiele członków poniosłoby makabryczną śmierć, a tego naprawdę nie chcemy. Mam zrobić to na spokojnie, ale posiadać w sercu zimną krew w razie ataku?
Następnie usłyszałam głośny ryk smoka oraz machanie jego potężnych skrzydeł i poczułam intensywny zapach dymu, ulatniający się z wschodniej części watahy. Uderzenia stawały się coraz silniejsze jakby stworzenie walczyło z wilkiem. Nie powinnam się wtrącać, ponieważ byłam w oddziale, który musi zbierać potrzebny nam pokarm, a nie w oddziale, który walczy. „Zbierać pokarm”… Zamknęłam oczy i zaczęłam węszyć w poszukiwaniu jakiegokolwiek zwierzęcia, które wyżywiłoby członków, ale w głowie ciągle kołatały mi wspomnienia mojej tragicznej przeszłości. Dzieje się to kiedy grozi nam niebezpieczeństwo. Był to znak od Flore, która mnie strzegła. Zupełnie jak anioł stróż.
Nie minęła długa chwila kiedy wyczułam lekki, ale wyczuwalny zapach dorosłej sarny, bardzo dobrze odżywionej. Jedzenie! Oblizałam wargi na samą myśl o posmakowaniu jej przepysznej krwi. Zamieniłam się w cień i niepostrzeżenie przeniknęłam przez drzewa w kierunku zwierzyny. Miałam ją dopaść, a potem zabić, ale… Wpadłam na coś, nie wiadomo jakim cudem. Na pewno uważałam. Ups, raczej na kogoś, kto był dużym wilkiem. Z tego zdezorientowania zamieniłam się znowu w swoją dawną postać i opadłam na tylnie łapy.
- Sorry – rzuciłam. – Polowałam i cię nie zauważyłam. W polowaniu skupiamy się na zwierzynie, a nie na stworzeniach, które nagle wyskakują ci na pysk...
- A ja walczyłem – odparł z nutą wyczerpania w głosie. – Ze smokiem.
- Ze smokiem? Naprawdę? – parsknęłam. – Wcale cały las nie roi się od tych potworów, które same, dokładnie jak ty, przelatują ci przed nosem.
- Bardzo śmieszne – Przekręcił oczami. – Widzę, że spłoszyłem ci zwierzynę, na którą polowałaś, ale na horyzoncie pojawiają się Gordiany, dlatego nie mógłbym pozwolić ci wędrować samej. Jednego z nich przegoniłem, ale nie udało mi się tego dokonać z grupą – razem są o wiele silniejsi. Czy mógłbym przenieść cię w inne miejsce?
- „Przenieść”?
- Przemieścić się, to miałem na myśli. Zawsze wytykasz komuś błędy? – Przystąpił do przodu, lekko odwracając głowę. Jego pysk miał bardzo łagodny wyraz twarzy mimo walki, którą wcześniej stoczył. – Idziesz?
Kiwnęłam głową, uśmiechając się w przyjaznym geście i pobiegłam za wilkiem w głęboki las.

Nicolay?

Wyrzucenie cz. 2


Snow-Body


Realistka z uśmiechem na pysku! Powitajmy Jinny!

Znalezione obrazy dla zapytania female black anime wolf
nieznany
Kiedy piszesz historię swojego życia, nie pozwól aby ktoś inny trzymał pióro.

Imię: Jinny
Pseudonim: Jin
Wiek: 8 lat
Płeć: Wadera
Charakter: Jinny jest realistką. Lubi uśmiech na pyskach innych wilków. Sama często to robi. Lubi być w gronie przyjaciół, czuje się w tedy bezpiecznie. Nie lubi, a wręcz nie znosi, gdy ktoś ją przedrzeźnia albo co gorsza, gdy ktoś kłamie w żywe oczy. Wadera jest uczciwa, szlachetna, szczera i godna zaufania. Lubi długie spacery po lesie i plaży oraz rozmowy ze znajomymi. Oczywiście potrafi milczeć. Jednak możesz mieć pewność, że nie wygada żadnej tajemnicy.  A! Jeszcze jedno. Kocha się tarzać w śniegu. Lubi się po prostu, dobrze bawić!
Wygląd: Jinny jest szczupła i wysportowaną waderą. Jej szra sierść jest lekko falista i dość krótka. Ma podpalany pysk i łapy. Jak chodzi o budowę, to tak. Ma dość długi łapy i krótki ogon. Długi pysk, i sterczące uszy. Na jej pysku prawie zawsze widnieje uśmiech. Jej ciemno błękitne oczy dodają jej uroku.
Stanowisko: Szpieg
Umiejętności: Intelekt: 10 | Siła: 5 | Zwinność: 10 | Szybkość: 5 | Magia: 5 | Wzrok: 5 | Węch: 4 | Słuch: 6
Rasa: Wilk Lodu
Żywioły: Lód, woda
Moce:
Lód
- lodowy oddech
- przytwierdzanie do podłoża za pomocą lodu
Woda
- nieodkryte
Rodzina: Jinny zgubiła się gdy miała 2 miesiące. Nie pamięta rodziny.
Partner: Podoba jej się jeden...
Potomstwo: ---
Historia: Za dużo nie pamięta. Wie tylko, że gdy miała 2 miesiące zgubiła się w lesie. Wychowała się tam, dlatego nie zdziw się, jeżeli zauważysz, że gada z innymi zwierzętami. Pewnego dnia porostu zawędrowała tutaj.
Właściciel: Shenemi
Ocena: 0/3

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template