3 grudnia 2017

Nowy basior - Hiyacinth!

follow the butterflies by TheAzimuth
TheAzimuth
Jeśli wybudujesz mi się na sercu, możesz mnie prowadzić, zatrzymać, zranić ale nie pozwolę Ci mnie zostawić.

Imię: Hiyacinth
Pseudonim: Wiele wilków mówi na niego Blue, ale jak wymyślisz coś nowego, raczej się nie obrazi.
Wiek: 7 lat
Płeć: Basior
Charakter: Agresor bez zasad, z zimną krwią zabijający każdego, kto stanie mu na drodze. Brzmi okrutnie czyż nie? Hiyacinth na szczęście to tego zupełne przeciwieństwo. Albowiem ten basior to uprzejmy, kochany i dosyć cichy wilk. Żeby nie było, nie jest aspołeczny, bardzo lubi towarzystwo innych. Po prostu nie jest zbyt emocjonalny, więc nie pokazuje wyraźnie swoich emocji. Jednak jest w stanie zrozumieć co czują inni, gdyż ma w sobie dużą empatię, wyrozumiałość i wrażliwość. Między innymi dlatego został psychologiem. Zawsze stara się pomóc jak tylko może, bo nie lubi zostawiać innych w potrzebie. Gdy już podejmie się jakiegoś wyzwania, uparcie dąży do jego spełnienia. Pokazuje to też, że potrafi dotrzymać słowa czy też spełnić prośbę, więc jak najbardziej można mu zaufać. W roli przyjaciela sprawdziłby się wspaniale. Prawda jest taka, że dla osoby, którą darzy głębszym uczuciem, zrobiłby praktycznie wszystko, a nawet jeśli któryś wilk nie należy do osób przez niego lubianych, zawsze okazuje mu szacunek. Potrafi zrezygnować z własnego szczęścia dla szczęścia drugiego. Nie cierpi widoku czyjejś krzywdy, więc gdy jest potrzeba stara się interweniować, a w bliższych relacjach okazuje czułość i troskę względem drugiego. Warto wspomnieć o jego niejakim lęku przed utratą najbliższych.
Wygląd: Przyjaźnie wyglądający wilk średniej wielkości. Jednak potrafi zachwycić głębokim granatem swojej miękkiej i puszystej sierści, na której w niektórych miejscach pojawiają się ciemniejszego odcienia pasy. Rzadko używa swoich ciemnych pazurów ale często ukazuje swoje białe kły w sympatycznym uśmiechu. Grzywka lekko przysłania jego jasnoniebieskie prawe oko, którego kolor pięknie kontrastuje z sierścią.
Stanowisko: Psycholog
Umiejętności: Intelekt: 15 | Siła: 5 | Zwinność: 6 | Szybkość: 6 | Magia: 7 | Wzrok: 5 | Węch: 2 | Słuch: 4
Rasa: Wilk Eteru
Żywioły: Eter, umysł, gwiazdy
Moce:
- Czerpanie energii z ciał niebieskich,
- Kojący dotyk (za pomocą dotyku potrafi na jakiś czas zahamować ból),
- Manipulowanie gwiazdozbiorem,
- Jego ślepia potrafią świecić w ciemnościach,
- Przywoływanie motyli, których skrzydła świecą w ciemnościach (Ich przywołanie jest możliwe tylko w ciemnościach),
- Kontrolowanie emocji (używa tego bardzo, bardzo rzadko) 
Rodzina:
Matka – Chevlire †
Ojciec – Mortren 
Siostra – Lavenda 
Brat –  Chrysanthe †
Partnerka: Póki co nikt nie wpadł mu w oko ale może kiedyś.
Potomstwo: Nie myślał o tym ale byłby z pewnością wspaniałym ojcem, gdyż ma dobrą łapę do dzieci.
Historia: Gdy był szczeniakiem, tereny jego watahy zapłonęły ogniem. Jako, że był jeszcze nieporadnym dzieciakiem, nie wiedział jak wydostać się z objęcia płomieni. Gdy już zaczął godzić się ze śmiercią, w płomienie skoczyła jego matka i ratując go sama spłonęła. Ojciec zabrał jego i jego siostrę z daleka od miejsca tragedii. Wtedy dowiedział się, że jego brata również nie dało się uratować. Hiyacinth płakał długo, lecz po jakimś czasie pogodził się ze stratą. W wieku dorosłym opuścił rodzinę w poszukiwaniu miejsca dla siebie.  
Przedmioty: Nie posiada.
Właściciel: Hakiyuu

Powitajmy Timadi'rin!

Domain by NukeRooster
NukeRooster
Nie rób sobie nadziei, to nikt cię nie zrani.

Imię: Timadi'rin
Pseudonim: Ti, Rin. Masz ochotę nazywać ją inaczej? Proszę bardzo. Tylko lepiej jej nie obrażać. No, chyba, że masz ochotę zbierać swoje flaki z podłogi.
Wiek: 10 lat
Płeć: Wadera 
Charakter: Jeżeli przy pierwszym spotkaniu rozgryziesz skomplikowany charakter Timadi'rin, to będę pod wrażeniem. Ta wadera to jedna wielka zagadka. Jest bardzo zmienna - płacze, by po chwili śmiać się w głos. W jej osobowości dominuje jednak złośliwość i sadyzm. Wilczyca lubi drwić z innych i zgrywać niepozorną - a trzeba przyznać, że jest świetną aktorką. Udaje słabą, by zmylić wroga, a potem okazuje swą mroczniejszą stronę. To jej ulubiony sposób na rozprawianie się z przeciwnikami, jednak traktuje to także jako świetną rozrywkę. Czerpie przyjemność z zagubienia i zdezorientowania ofiary - czy to śmiertelny wróg, czy wilk z sąsiedniej jaskini. Z pozoru spokojna, jednak dość szybko wpada w prawdziwą furię, a wtedy ciężko jest ją uspokoić. W gniewie nie myśli trzeźwo i rzuca słowa na wiatr. Od zawsze miała zwyczaj wyśmiewać się z innych. Nie chcąc jednak zniechęcać do siebie potencjalnych sprzymierzeńców stara się wyplenić ten nawyk. Ma tendencję i zdolności do kłamstwa, co z chęcią wykorzystuje. Stara się jednak nie oszukiwać osób, na których jej zależy. Jest raczej pesymistką, choć uważa, że sama kowalem swojego losu, jednak w jej przypadku znaczy to raczej "Jeśli się nie staram, nie wychodzi. Jeśli się staram, też nie wychodzi". Mimo tego robi co w jej mocy, by nie żyć - dla życia, ale by żyć - dla siebie i innych. Jest typową introwertyczką, nie przepada za towarzystwem. O wiele lepiej czuje się sam na sam ze swoimi przemyśleniami. W kontakcie z obcymi wilkami jest sarkastyczna i zadziorna, chociaż nie wychyla się zbytnio i potrafi zachować dystans. Uwielbia drażnić inne wilki, chociaż czasami nie wychodzi jej to na dobre - może dlatego, że ma w zwyczaju drwić z silniejszych od siebie. Nie uważa się za Alfę i Omegę, ale jest świadoma swojego potencjału, jak i wad. Potrafi zdobyć się zarówno na udawany, jak i szczery śmiech, nie próbuje zgrywać mrocznej i złej. Doskonale zna swoją osobowość. Popisać się przed kimś? Oczywiście, pod warunkiem, że Rin się nie zbłaźni. Co jak co, ale publiczne ośmieszenie jest dla niej poniżającą karą od Bogów. Nie uważa siebie samej za dobry materiał na partnerkę czy matkę, ale w głębi duszy jest ciekawa uczucia zwanego miłością. Jedno jest pewne - nie ma zamiaru oddać się pierwszemu lepszemu basiorowi. Wilczyca jest wymagająca - zarówno wobec siebie, jak i innych, a już szczególnie partnera. Jeżeli chodzi o przyjaźń, Timadi'rin nie wzgardzi lojalnym, cierpliwym wilkiem, który zechce się z nią zadawać. Ma świadomość, że sprzymierzeńcy są bardzo ważni w życiu społecznym. Mimo tego bywa opryskliwa. Ma nadzieję, że nie wszyscy się od niej odwrócą. Jeśli chodzi o sprawy materialne, Rin interesuje wszystko co cenne, błyszczy i kusi wzrok. Niełatwo jest jej się powstrzymać od drobnej kradzieży tu czy tam. Ma smykałkę do handlu, potrafi targować się do upadłego, a jej moc zdecydowanie to ułatwia. W wolnym czasie zwykle zamyka się na cztery spusty w swojej jaskini, gdzie oddaje się swojemu ulubionemu zajęciu, jakim jest rzeźbiarstwo. Wadera zwykle rzeźbi w wytworzonych przez siebie kryształach lub drewnie, a czasami nawet w kościach. Do tego celu zawsze nosi przy sobie składany nożyk. Do tego trzyma w swoim domu harfę, na której często gra. Jest to jednak tylko gra amatorska, niezobowiązująca. Łatwo więc stwierdzić, że po latach życia na pustkowiu stara się dokształcić, robić coś niebanalnego i unikalnego.
Wygląd: Zacznijmy od tego, że Rin jest dość niska, nad czym bardzo ubolewa - przecież ciężko udawać dostojną zabójczynię, kiedy jest się niewiele większym od szczeniaka. A teraz wyobraź sobie smukłą, dostojną waderą. Jej postura jest wyprostowana, pewna siebie. Łapy są dość szczupłe, jednak wilczyca nie należy do osób chorobliwie chudych. Kości miednicy są wyraźnie zarysowane. Tylne kończyny są dobrze umięśnione, jakby stworzone z myślą o wyjątkowo skocznym wilku, jakim bez wątpienia jest Rin. Kości sprawiają wrażenie kruchych, i tak też jest w rzeczywistości - waderze zdarzały się złamania, jest to jej słabą stroną. Skóra jest jakby naciągnięta na szkielet. Ciało wadery kołysze się lekko, gdy ta chodzi. Sprawia to wrażenie, jakby bez przerwy pogrążona była w dziwnym tańcu. Z każdym ruchem przednich kończyn na karku Timadi'rin zarysowują się łopatki o ostrym kształcie. Kręgosłup jest wydatny, jednak nie nadaje wychudzonego wyglądu. Futro jest długie, lecz cienkie. Spływa falami po bokach wadery, nadając jej budowie finezyjnej pociągłości. Sierść w okolicach karku jest zwykle nieco zjeżona, co nadaje szyi puszystości. Niemal zawsze do futra w okolicach potylicy Timadi'rin ma doczepione ozdoby. Składają się one z pozłacanych zawieszek oraz długich ptasich piór. Na niektórych znajdują się koraliki, a także pędzelki sporządzone ze zwierzęcego włosia lub bambusowe patyczki. Ogon wadery jest dość długi, gruby u nasady i zwężający się przy końcu. W niego też często są wplecione złote łańcuszki, a czasami także czaszka wilka, którego Timadi'rin pokonała podstępem i zabiła. Może więc to wydawać makabryczne, ale był to niemy, szary wilk, który zachowywał się co do niej agresywnie. Wadera pokonała go przez czysty przypadek, używając mocy, której nie potrafiła kontrolować. Całe umaszczenie wadery jest biało - czarne, z odcieniami szarości. Lewe z dwóch dużych, nietoperzowatych uszu jest przekłute, i wadera nosi w nim kolczyki zrobione z kłów i kolców. Na czole wilczycy widnieje trójkątny znak. Jest to jednak tylko przypadek ułożenia kolory futra na pyszczku, ale Rin podejrzewa, że może mieć to związek z klątwą. Oczy wadery otoczone są cienką, czarną obwódką. Co najdziwniejsze, białka w nich nie są białe, lecz czerwone, zaś tęczówki mają barwę kości słoniowej. Lewe oko jest naznaczone czterema czarnymi szramami po wilczych pazurach. Pyszczek wadery jest długi, zakończony czarnym nosem. Na szyi ciążą Timadi'rin kolejne złote ozdoby. Tak duża ilość ozdób nie jest przypadkowa - pozwalają one na uzyskanie lepszych efektów magicznych.
Stanowisko: Jubiler
Umiejętności: Intelekt: 7 | Siła: 4 | Zwinność: 7 | Szybkość: 5 | Magia: 10 | Wzrok: 6 | Węch: 5 | Słuch: 6
Rasa: Wilk Kryształu
Żywioły: Cień, Dusza, Kryształ. Dość ciekawe połączenie, czyż nie?
Moce: 
*Cień
~ Paura Nebbiosa - Chyba każdy wie, na czym polega moc niewidzialności. Umiejętność Paura Nebbiosa działa jednak inaczej. Poprzez skomplikowany proces zachodzący w skórze wadery, Timadi'rin potrafi upodobnić się do nicości. Bez większego wysiłku przybiera postać nierzucającą się w oczy. Po prostu omiatając wzrokiem otoczenie, nie ma szans, że ją zauważysz, dopóki bliżej się nie przyjrzysz, jednak skupienie wzroku na waderze skutkuje zawrotami głowy i oszołomieniem. Widzisz ją, jednak ciężko ci się na niej skupić, twój wzrok usiłuje odbiec.

~ Artigli do Ombra - Umiejętność magiczna pozwalająca na kumulowanie cienia w jednym miejscu. Skumulowany cień przybiera stan na wpół stały. Wilczyca może tworzyć z niego różne obiekty, jednak tylko bardzo gęsty cień może zadać obrażenia lub w ogóle kontaktować się ze światem zewnętrznym (wyjątkiem jest sama Rin, która może decydować, jak cień na nią wpłynie). Abyś łatwiej mógł to sobie wyobrazić, zobacz oczami wyobraźni monetę i pajęczynę. Jeśli upuszczę monetę, pojedyncza nić jej nie zatrzyma, natomiast jeśli zebrałabym sporo pajęczyn, nie przerwałaby ich, lecz łagodnie się zatrzymała. Na tej właśnie zasadzie działa też owa moc.

*Dusza
~ Emozione Incredibili - Każdy z nas skrywa w sobie emocje. Nie ma osoby zupełnie z nich wyzutej. Wadera potrafi przebić się do najskrytszych zakamarków Twojego umysłu, by odczytać emocje jak z otwartej księgi. Może też manipulować wilczymi uczuciami, by łatwo nakłonić wilka do czegoś. Czasami owe emocje przejmują kontrolę nad wilkiem, doprowadzając go do szaleństwa. W innych wypadkach wilk potrafi oprzeć się po części odczuciom wywoływanym przez Rin. Do tego wadera potrafi wpłynąć na to, jak postrzegana jest przez otoczenie, jednak tylko ogólnie - nie potrafi np. sprawić, by ktoś ją polubił, lecz może wywołać w kimś wstyd czy euforię swoim pojawieniem.

*Kryształ
~ Creando Cristalli - po prostu moc wytwarzania kryształów, modelowania ich, a także sterowania nimi za pomocą umysłu. Jest to umiejętność bardzo rozwinięta. Najczęściej wadera tworzy kryształowe pociski, lub rzeźby w kryształach dla rozrywki.
Rodzina: Jedyną rodziną Timadi'rin jest jej matka, Reemina. Nie czuję jednak wobec niej rodzinnych więzi. Poczęta została z potężnej klątwy, więc można powiedzieć, że nie ma rodziny jako takiej. Nie zna osoby ani przyczyny rzucenia zaklęcia na jej rodzicielkę, ale można uznać, że owa osoba także jest daleką jej rodziną.
Partner: Timadi'rin nie interesuje pierwszy lepszy basior. Ona czeka na księcia, który będzie w stanie sprostać jej wymaganiom. Wie, że niełatwo będzie znaleźć jej tego jedynego, jednak jest cierpliwa i wierzy, że jej partner jeszcze się zjawi.
Potomstwo: Timadi'rin nie przepada za szczeniakami, tak więc nic dziwnego, że nie planuje potomków.
Historia: Ojczyzną wadery są dzikie pustynie daleko, na wschodzie. Żyć tam ciężko, zwierzyny brak. Nic więc dziwnego, że wadera, mimo prawdziwej sympatii do terenów dotkniętych suszą, nie zabawiła tam dłużej niż dwa lata. Matka wilczycy, Reemina, była poważaną szamanką w niedużej watasze. Kiedy jednak, po nieudanym seansie spirytystycznym, została przeklęta, wygnano ją, z obawy przed skutkami klątwy, mogącymi odbić się na całym stadzie. Timadi'rin nie przyszła więc na świat w watasze. Posiadała tylko matkę, która, przeklęta ową klątwą, poczęła na świat potomstwo bez ingerencji płci przeciwnej. Zaklęcie, które skaziło Rin, miało pewną istotną cechę - sprawiało, że wadera była absolutnym przeciwieństwem rodzicielki. Kiedy cechą Reemi była szczerość, Ti kłamała na prawo i lewo. Matka starała się o przyjęcie do innej watahy? Proszę bardzo, Timadi'rin posprzecza się z tak dużą ilością wilków, że nikt nie zechce przebywać w towarzystwie obu. Życie we dwójkę, w pustynnej głuszy, było nader uciążliwe. Toteż, kiedy Timadi'rin wkroczyła w okres dorosłości, postanowiła opuścić matkę. Reemina nie była tym zrozpaczona, ani nawet przejęta. Przeciwnie, wykorzystała okazję żebrząc o dołączenie do pierwszej lepszej watahy. Obie jednak nie czuły do siebie tego, co powinny odczuwać matka i córka. Nie miały do siebie nawzajem żalu. Wadera chciała więc odejść. Jej dotychczasowy dom nie był duży - kilka kamieni umiejętnie poukładanych i ułożonych w trzy ściany oraz daszek chroniło przed deszczem. Dobytku nie było wiele, toteż przygotowania do odejścia wadera poczyniła w zaledwie parę minut. Nie oglądając się za siebie, wyruszyła. Bez sentymentów, bez pożegnań, zakończyła okres dzieciństwa. Przemykała pod osłoną nocy, korzystając z magicznych umiejętności, a także sztuk przetrwania, które sama sobie przyswoiła. Wędrówka nie trwała długo. Po osiemnastu dniach marszu ujrzała na horyzoncie szpiczaste szczyty. Były to góry Menegroth. Timadi'rin wkroczyła jednak na tereny Watahy Smoczego Ostrza dopiero dwa lata po swojej ucieczce z ojczyzny. Postanowiła bowiem zaszyć się na skraju Puszczy Nargothrond. Nie napotykała na swojej drodze innych wilków, bowiem wybrała na zamieszkanie miejsce nieuczęszczane, bardzo dzikie. Przez te dwa lata wiodła pustelniczy żywot. W końcu zaczęła zapuszczać się coraz dalej w las, aż natrafiła na wilki. Zaintrygowana, postanowiła spróbować życia w zorganizowanym społeczeństwie.
Przedmioty: Cztery złote naszyjniki zwiększające moc, czaszka wilka, szara peleryna doskonale sprawdzająca się jako kamuflaż
Właściciel: Maximiko | Maximiko (rzadko używam) | maximiko112353@gmail.com

Od Antilii CD Symonidesa

Kolejny dzień w pracy… Noc dzisiaj była naprawdę piękna- atramentowe niebo bez chmur, gwiazdy lśniące jak diamenty, Księżyc w całej swojej światłości… Uwielbiałam pełnię. Można było wtedy obserwować Lunę i podziwiać jej piękno. Kroczyłam powoli po pewnym lesie niedaleko Centrum. Przynajmniej po skończonej pracy mam blisko do domu… Po powrocie do swojej jaskini będę musiała załatwić kilka rzeczy… Jakiś czas temu zdobyłam nową specjalizację- biały mag. A to oznaczało więcej obowiązków. Częściowo się cieszę, ponieważ ten zawód jest bardzo przydatny. Ale nadal dużo nauki przede mną. Dlatego jak wrócę po zwiadzie do sobię prześpię godzinkę czy dwie i skoczę do biblioteki po książki alchemiczne i do zaklęć białej magii. Może przy okazji wezmę ze sobą Ayoko… Młody ciągle marudzi, że bardzo mu się nudzi. W końcu może się na coś przyda. I pewnie będzie mnie prosił, abym rzuciła jakiś czar tak jak od kilku dni.
Plany muszą poczekać. Ktoś tu jest.
Czas na jedno z moich zaklęć. Po użyciu uroku Nigrum ukryłam się w cieniu… Jednak natychmiast je odwołałam, ponieważ za pomocą węchu wyczułam zapach wilka pochodzącego z tej watahy. Węch mój słaby więc musi być niedaleko… Był bardzo blisko. Nastawiłam więc uszu, aby nasłuchiwać otoczenie w celu odnalezienia intruza. Powoli ruszyłam, wzrokiem przeczesując las, aby znaleźć owego wilka. To chyba był basior…
Szelest liści go zdradził.
-Kim jesteś? -zapytałam powoli.
Ujrzałam dorosłego basiora o czarnym, gęstym futrze pokrywający jego ciało. Silne łapy pewnie prowadziły go do mnie. Na pysku miał szarmancki uśmiech…
Ukłonił się nisko, patrząc mi prosto w oczy i powiedział:
- Symonides, miło mi panią poznać - powiedział łagodnym głosem.
Westchnęłam.
- Co tu robisz? - spytałam.
- Wyszedłem na spacer
- W nocy?
- Każda pora jest dobra na odrobinę ruchu… - puścił do mnie oczko.
- Nie wierzę - uniosłam prawą brew na znak niedowierzania.
- To prawda… - odparł - A ty co tu robisz?
- Patroluję.
- Nie wierzę ci - wyszczerzył zęby.
- To lepiej uwierz. Coś jeszcze? - zapytałam lekko zdenerwowana. Miałam odrobinę go dosyć. Westchnęłam po raz kolejny. - Bo jeśli nie, to w takim razie za twoją zgodą dokończę patrol i zajmę się swoimi sprawami… - powiedziałam, po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam na dalszy zwiad. Wilk nad czymś myślał i szybko do mnie podbiegł.
- A czy mogę dotrzymać ci towarzystwa? - spytał.
Westchnienie numer trzy.
- Zgoda - sama nie wiem czemu przystałam na tą propozycję…

Symonides? Zbyt krótkie opko, wiem… :< Ale Ancia Ci się podoba? :3

Od Symonidesa

Z gracją zeskoczyłem z niskiej, rozciągającej się tuż nad ziemią półki skalnej i wygiąłem grzbiet w łuk, przeciągając się niczym kot. Rozglądnąłem się po obcym mi lesie, mój wzrok przez sekundę zatrzymał się na bliźnie w niewielkim stopniu szpecącej moją łapę. Zmarszczyłem brwi i podniosłem wzrok, odsuwając na bok wlewające się do mojej głowy wspomnienia. Odchrząknąłem, doprowadzając się ostatecznie do porządku i długim, dumnym krokiem ruszyłem przed siebie, nie wiedząc dokładnie dokąd zmierzam.
Analizowałem otoczenie i choć wydawałoby się, że jestem całkowicie obojętny na świat, uważnie nasłuchiwałem wszelkich leśnych odgłosów i przy każdym podejrzanym szmerze na ułamek sekundy napinałem wszystkie mięśnie. Noc teraz mną rządziła, a ja pozwalałem jej na to. Wciągnąłem mroźne powietrze i rozkoszowałem się uczuciem świeżości, kiedy wypełniało każdy zakamarek moich płuc. Znów lekko się przeciągnąłem, po czym kłapnąłem zębami i z nonszalanckim uśmiechem mijałem kolejne drzewa, wciąż nasłuchując.
Warknąłem cicho i zatrzymałem się, kiedy przez nieuwagę wdepnąłem łapą w brunatną kałużę. Blizna ściemniała, rozmyła się, ale to jedynie przez brudną, falującą wodę i wiedziałem, że zaraz znów odzyska swój kształt. Z pełnym wyrzutów milczeniem podniosłem wzrok i ruszyłem dalej, jeszcze przez chwilę zostawiając za sobą mokre ślady.
Jej obecność wyczuwałem już od jakiegoś czasu, jednak nic z tym nie zrobiłem. Wciąż szedłem przed siebie, nieuchronnie się do niej zbliżając, coraz wyraźniej czując jej zapach. Była sama, w pełni sił, sunęła przed siebie powoli, lecz pewnie. Przystanęła, jej ucho drgnęło, kiedy suche, jesienne liście zaszeleściły pod moim ciężarem.
- Kim jesteś? - zapytała, odwracając łeb.
Uśmiechnąłem się i wręcz przesadnie ukłoniłem, nie spuszczając wzroku z jej czujnych oczu.
- Symonides, miło mi panią poznać.

Jakaś chętna wadera? c:

2 grudnia 2017

Od Antilii cd. Carfida

W końcu wróciłam do domu. Ayoko jest w szkółce dla szczeniaków, a ja mam chwilę czasu dla siebie. Miałam dzisiaj trochę ciężki patrol. W nocy natknęłam się na jakieś stworzenie. Nie umiem określić jakie, ponieważ była w pewnym stopniu niewidzialna… Wiem, że idiotycznie to brzmi, ale tak było. Poza tym w życiu czegoś takiego. Stworzenie zauważyło moją obecność i mnie zaatakowało. Udało się przegonić przeciwnika, jednak nie obeszło się bez drobnych ran. Gdy wróciłam do domu, Ayoko strasznie się o mnie martwił i upierał się, żeby został w domu, aby mieć mnie na oku. Oczywiście, nie zgodziłam się i nawet osobiście odprowadziłam go do Sally, która jest odpowiedzialna za opiekę nad szczeniakami. Właśnie wróciłam od wilczycy i już szykowałam się do spania, aby nadrobić pracowitą noc. Byłam padnięta. Przykryta kocem, zamknęłam oczy i czekałam na sen.
Ale ten nie nadszedł z powodu koncertu na fortepianie.
Muzyka wkradła się do mojej jaskini, zakłócając mój spokój. Efekt echa nie pomagał. Po kilku minutach miałam dość i postanowiłam coś zrobić. Wyszłam i postanowiłam odnaleźć źródło muzyki, która była naprawdę piękne, ale nie na ten moment. W końcu znalazłam jaskinie, skąd dobiegał dźwięk.
Za instrumentem siedział basior, który wyglądał jakby był w transie… Jego futro zmieniło się pastelowymi odcieniami żółtego i błękitnego. Oczy miał przymknięte, a jego łapy płynnie przechodziły między klawiszami. Muzyka była śliczna, naprawdę, ale ja mam za sobą nieprzespaną noc… A ja muszę przynajmniej przespać kilka godzin na dobę, aby nie być wilczym zombie… Wzięłam głęboki wdech i postanowiłam zagrać dobrą sąsiadkę.
-Witaj -powiedziałam wesoło. Za wesoło.
Basior po chwili zauważył moją obecność. Zatrzasnął szybko pulpit i warknął:
- Czego?! -
- Wiesz… Słychać muzykę i… -zaczęłam.
- I dlatego wchodzisz do mojego domu? -mruknął gniewnie. Nawet nie dał mi skończyć, wyjaśniając powód przybycia do jego jaskini. Normalnie bym zapukała czy coś… Ale pewnie i tak by mnie usłyszał.
- Muszę tu założyć kłódkę przed takimi jak ty… -bąknął.
- Najlepiej dźwiękoszczelne drzwi -odgryzłam się.
- O co ci chodzi? -zapytał zaskoczony.
- O to, że przez ciebie nie mogę spać. -
- Śpi się w nocy… -powiedział rozdrażniony.
- Ja nie mogę, ponieważ mam nocne patrole. -warknęłam wkurzona. -Nie mogę spać na warcie, tym bardziej dzisiaj nie mogłam, ponieważ musiałam walczyć z jakimś stworzeniem, które w życiu na oczy nie widziałam! Jestem zmęczona i jeśli łaskawie pozwolisz, udam się teraz i spróbuję, choć na kilka sekund zasnąć! -odwróciłam się na pięcie i zmierzałam w kierunku wyjścia. Rozłożyłam skrzydła i już miałam wzbić się w powietrze, usłyszałam:
- Czekaj! -

Cardif? Przeprosisz? >:3

Od Kesame cd. Obliviona

Na początku zmartwiłam się lekko, lecz już chwilę później parsknęłam śmiechem.
- Trzeba było patrzeć przed siebie, a nie na mnie - zaśmiałam się, jednak po chwili zamilkłam, czując zażenowanie swoimi słowami. On także zareagował krótkim, zakłopotanym śmiechem. Niby nic dziwnego, a jednak zapadła między nami niezręczna cisza.
Odchrząknęłam i ruszyłam dalej; basior również. W mojej głowie skotłowały się różne myśli, jedne wyraźniejsze, drugie trochę mniej, a ja nie miałam pojęcia, dlaczego teraz się nimi zadręczam. Przymknęłam oczy i zatrzymałam się, żeby zagrodzić drogę basiorowi.
- Dobra, daj ten nos, trzeba to przemyć - mruknęłam i starałam się nie zwracać uwagi na zdziwioną minę Obliviona. Podeszłam jeszcze bliżej, a przy każdym centymetrze mniej napięcie pomiędzy nami zwiększało się. Kiedy go dotknęłam wzdrygnął się, lecz mimo tego starłam krew wilgotną ściereczką, którą jakimś niewyjaśnionym cudem miałam przy sobie.
Później w pośpiechu wycofałam się i jedynie uśmiechnęłam się na jego ciche "dziękuję". Wbiłam wzrok w ciągnącą się przed nami ścieżkę i westchnęłam, ruszając.
Łańcuch na jego szyi zabrzęczał, przez co lekko posmutniałam. Poczułam dziwną pustkę na myśl, że mogłabym zapomnieć. Upomniałam się i wyprostowałam, przywdziewając na pysk uśmiech.
- Co robimy? - zapytałam, starając się w te dwa słowa przelać jak najwięcej swojej energii.
- A na co masz ochotę? - przekręcił lekko łeb, na co ja zareagowałam śmiechem.
- Mówiłam ci, wyglądasz jak pies - wyszczerzyłam zęby, a on jedynie zmarszczył brwi, także nie kryjąc rozbawienia. - Wywal jeszcze jęzor i zamerdaj ogonem, a będę w pełni szczęśliwa!
- O nie - prychnął.
Szturchnęłam go, on mi oddał, przez co wylądowałam na ziemi. Zaśmiał się głośno, a ja, nieudolnie próbując wstać, pociągnęłam go za ucho i tym razem oboje wylądowaliśmy na ziemi.
- Uważaj na drzewa - zauważyłam, starając się wypowiedzieć to w miarę poważnie, ale wiedziałam, że niezbyt mi to wyszło. Posłał mi karcące spojrzenie, lecz w jego oczach nadal czaiły się rozbawione ogniki.
Wstałam i uskoczyłam przed jego łapą, którą starał się strącić mnie z powrotem w błoto.
- To jak, Azorku, co mam zrobić, żebyś jednak zamachał tym ogonem i pokazał jęzor?
Udał oburzonego i stanowczo pokręcił łbem, że nie, nie zrobi tego, więc jedynie podskoczyłam w jego stronę i kiecy tylko wstał stanęłam na dwóch łapach i odepchnęłam go, tak, że wylądował na grzbiecie. Skoczyłam na niego i zawisłam nad nim, stawiając przednie łapy po obu stronach jego łba, uniemożliwiając mu szybką ucieczkę. Zbliżyłam pysk do jego nosa i uśmiechnęłam się szeroko.
- No nie daj się prosić! - zaśmiałam się.

Oblivion? :3

Od Carfida CD Tera

Garfield? Serio? Ona się ze mnie nabija czy jak... Tak ciężko, Carfid? Przecież to nawet nie jest skomplikowane imię, żadne dwuczłonowe, zwykły zbitek liter.
- C A R F I D - Przeliterowałem, szeroko otwierając pysk, by usłyszała dokładnie, każdą literkę.
- Aaaa, Carfid. Miło mi - zaśmiała się, podając mi szybko łapę na powitanie. Na jej pysku widniał szeroki uśmiech, a jej oczy skierowane były prosto na mnie.
Podałem jej łapę, składając na niej delikatny uścisk, by czasem nie zaczęła mi się tu drzeć.
- A ty, jak się nazywasz? - spytałem, przymrużając oczy i obserwując uważnie waderę. Ta przechyliła głowę na prawo i na chwilę zapatrzyła się w sufit jaskini. Zdziwiony, zerknąłem na sufit. Coś tam łazi, że tak obserwuje? Wpatrywałem siew niego usilnie, próbując znaleźć jakiś racjonalny powód. Nic oprócz skały tam nie było. Nagle samica spuściła głowę i posłała mi oczko.
- Tera, ładnie nie? - szybko wyskoczyła z ziemi, jakby została porażona prądem. Podbiegła do mnie i stanęła blisko pianina, opierając swoje łapy o idealne drewno. Jej oczy momentalnie się rozszerzyły, a źrenice rozszerzyły się. Patrzyłem dziwacznie na Tere, próbując zrozumieć, o co chodzi.
- Ale gładkieee - przejechała łapą po pianinie.
- Prawda? - uśmiechnąłem się, wpatrując się w cudowne, białe klawisze. Idealnie wypolerowane, stare drewno pachnące swoją melodyjnością i dokładnością każdego dźwięku. Instrument idealny, stworzony, by wydobywać z siebie anielską melodię, która zachwyca swoją delikatnością i pięknem. Przymknąłem oczy, leciutko przejeżdżając opuszkami po końcówkach klawiszy, które wydały cichy, skromny dźwięk.
- Mogę coś zagrać? - usłyszałem, czując, jak ciało wadery wpycha się na moje krzesło. Momentalnie wróciłem do rzeczywistości, a moje oblicze znów przyozdobił nijaki wyraz, nieukazujący zbyt dużej mimiki.
- Nie - odparłem, przysuwając bliżej do siebie krzesełko, tak by Tera nie mogła na nim usiąść. Nie dam jej zagrać, jeszcze coś zepsuje, lub co gorsza, zarysuje któryś klawisz. Nie ma mowy.
- No proszę...Nic nie zepsuje - zrobiła maślane oczy, zbliżając swój pysk przed moje pole widzenia. Odwróciłem wzrok, bijąc się w środku z własnymi myślami. Może faktycznie nic nie zrobi?
- Ehh... - leniwie wstałem, zmierzyłem samicę wzrokiem i podsunąłem jej krzesełko. Ta roześmiana, usiadła z gracją na krześle i położyła łapy na pianinie. Spod jej łap zaczęła wydobywać się okropna, nierytmiczna gra. Miałem wrażenie, że te klawisze płaczą pod jej łapami. Ona jednak zamknęła oczy i bawiła się w prawdziwą pianistę, taką z krwi i kości. Co chwilę słychać było wysoki, a zaraz potem niski dźwięk. Można powiedzieć, że brzmiało to, jak muzyka z jakiegoś horroru, który kończył się zabiciem wszystkich. Nie mogłem słuchać tej krzywdy.
- Pokażę Ci - mruknąłem. Pochyliłem się nad samicą, tak że mogła poczuć moją sierść na czubku swojej głowy.
- Patrz i słuchaj - zamknąłem oczy i zacząłem grać. Moje łapy płynęły po pianinie, czasami czując opór jakiegoś klawisza, który wydając niższy lub wyższy dźwięk poddawał się mojemu naciskowi.


Grałem wiosennego walca Chopina, który dodawał nadchodzącemu krajobrazowi więcej piękna. Utożsamiłem się z tą muzyką, a spod łap wydobywał się delikatny dźwięk utworu wielkiego kompozytora.

Tera?

Od Hiro cd. Annabell

Spojrzałem na siebie, na swoje łapy i ogon. Moje całe futro zmieniło na barwę na ciemny róż, czy wręcz fiolet. Zwróciłem spojrzenie na przedmioty, które zostawił nam ten dziwny zwierz i westchnąłem.
- Jakież to upierdliwe – zacząłem, powoli ruszając w stronę głębi jaskini, całkiem ignorując dziwny miecz i tarczę – idziemy, chcę zmienić kolor na swój czarny.
- Ale... - Zaczęła wadera, lekko ściszając głos. Nastawiłem uszu, czekając na najpewniej świetną uwagę. - Wyglądasz słodko, gdy masz taki kolor futerka Hi... - Kłapnąłem w jej stronę zębami, przerywając jej wypowiedź. Spojrzałem zimno w jej oczy. A już zaczynałem ją lubić.
- Posłuchaj. Nie mam zamiaru zostać taki, mam gdzieś tego czarodzieja, chcę tylko odzyskać świetny, ciemny kolor futra.
Po tych słowach, które wyszły z mojej paszczy z niewypowiedzianą złością, ruszyłem znowu wgłąb jaskini. Po paru metrach moja łapa zapadła się lekko w skałę, i usłyszałem ciche *klang*. Po chwili ciemność rozjaśniła kula ognia, która pruła z jednej ze ścian prosto we mnie. Z zimnym wyrachowaniem skoncentrowałem moc w sobie i, korzystając z cienia, który nas otaczał, przygotowałem sobie szybką teleportację. Kula była może metr ode mnie, gdy zdematerializowałem się na ułamek sekundy, a gdy minęła moją poprzednią pozycję, powróciłem bez choćby drgnięcia. Usłyszałem jeszcze tylko pisk wadery, który jednak ucichł w momencie, gdy pokazałem się jej cały i zdrowy. Musiało to wyglądać, jakby kula przeleciała przeze mnie i nawet mnie nie osmaliła.
- Pfi, i to ma być moc tego czarodzieja? - Zapytałem drwiąco, kierując pytanie w stronę Ann. Ona tylko spojrzała na mnie oniemiała, a po chwili ruszyła w moją stronę. I wtedy poczułem ból w lewej przedniej łapie. Spojrzałem tam szybko i zobaczyłem płomień, który trawił moją bandanę. Z paniką zacząłem zrywać z łapy ten kawałek materiału, któy otrzymałem od matki w przeddzień...przed...po prostu otrzymałem od niej kiedyś.
Zerwałem chustkę z łapy i odrzuciłem. Patrzyłem jak jedyna rzecz, która mi przypominała kim jestem i skąd pochodzę, choć niewyraźnie, właśnie znika. Po chwili z czarnej bandany została tylko kupka popiołu, któy usypał się w niewielką kupkę na skale. Patrzyłem na to z przerażeniem i poczułem, jak moje oczy nagle szczypią, a po futrze powoli spływa pojedyncza łza. Niby niewiele, ale przekładająć to na smutek innych wilków, było to jak morze łez.
- Dobra – zacząłem powoli, drżąc z bólu i wściekłości, i odwróciłem się by Ann nie widziała moich mokrych ślepi – nie wiem kim jest ten czarodziej, ale właśnie wypowiedział mi wojnę. A raczej popełnił okropny błąd. - Wycedziłem jadowicie. Zagryzłem kły i pomknąłem sprintem wgłąb jaskini, mając nadzieję iż on tam będzie, abym mógł wypruć mu flaki, oderwać ogon i powiesić na jego własnym wyszarpanym jelicie.
Kątem oka widziałem jak Ann podnosi tarczę i miecz, jednak ja nie potrzebowałem tych zabawek. W nosie mam pułapki, zrobię wszystko aby odzyskać kolor i godność.

***

Staliśmy pośrodku bursztynowej komnaty, w której dookoła siedziały ponętne wadery i silne basiory, pociągające swoim alfa-wyglądem. Kątem oka widziałem, jak Ann chichocze w odpowiedzi na mrugnięcia i zachęcające machania basiorów, jednak ja nie zwracałem uwagi na wadery. Moją uwagę przykuwał jedynie klejnot, który stał pośrodku komnaty, a którego strzegła najpiękniejsza wadera i najpotężniejszy basior, jakich kiedykolwiek mogłem zobaczyć na oczy.
Warknąłem gniewnie, podchodząc do nich. Basior miał iskierki rozbawienia w oczach.
- Dokąd to, cukierkowy królu? Nie przejdziesz tędy. - Powiedział basowym głosem, który zadudnił potężnie z jego wypiętej piersi, jakby basior mówił przez tubę. Gdzieś w środku poczułem ukłucie strachu, jednak ogień piekielnej furii zaraz wypalił tę ranę, nie dając miejsca innym emocjom na przejęcie inicjatywy. Teraz ta furia napędzała mnie jak maszynę parową, i byłem równie niepowstrzymany.
- Słuchaj, pizdusiu – warknąłem – jeśli nie pozwolisz mi przejść, po prostu rozkwaszę cię o ściany, a potem popędzę dalej. Zależy mi tylko na diamencie, aby zmyć ten głupi kolor. - Czułem, jak moje mięśnie naprężają się, a szczęki zaciskają z mocą kilkudziesięciu, albo i kilkuset kilogramów. Byłem teraz tykającą bombą, która chciała tylko odzyskać godność.
- Nie przejdziesz, lamo – zadrwił basior, błyskając kłami, a wadera wystąpiła do przodu i odezwała się słodkim głosem.
- Chyba, że pokonacie nas w zawodach. - Uśmiechnęła się zachęcająco, jednak ja nie zwróciłem na nią uwagi. Toczyłem właśnie swój prywatny bój z tym lalusiowatym basiorem. Nie odstąpię mu pola w słownych walkach.
- Takich mięczaków mogę pokonać z zamkniętymi oczyma. - Powiedziałem, siląc się na lodowate spojrzenie, które posłałem basiorowi.

Ann? To jakie wyzwanko?

1 grudnia 2017

Od Ciućmoka CD. Obilviona

Po tych słowach basior prychnął z rozbawionym wyrazem twarzy.
- Mój pan powiadasz… - zlustrował mnie spojrzeniem.
- Masz się do kogo modlić. – posłałem mu wielki biały uśmiech.
- Śnij dalej Panie Chaosu.
Basior zaczął odchodzić. Postanowiłem więc go śledzić. Za bardzo mi się nudzi, żeby dać mu teraz odejść.
- Gdzie tak pędzisz Obilvion? – unosiłem się nad jego głową.
- Oblivion. – poprawił mnie. – Idę tam gdzie nie będę musiał Cię znosić. Wybacz mi te słowa ale jesteś dosyć irytujący.
- Oh, nie bądź taki zimny Obilvion.
Zawisnąłem tuż przed nim układając się w pozycji leżącej i opierając podbródek na wysuniętej do góry łapie.
- Może się zabawimy? – zaproponowałem.
- Co masz na myśli? – przechylił głowę nieufnie. – Jakoś nie mam ochoty się z Tobą bawić.
Obróciłem się plecami do podłoża i wpatrzyłem się w błękit oczu basiora, wprawiając go w widoczny dyskomfort.
- Jesteś pewien? Jestem przekonany, że nie masz lepszych rzeczy do roboty.
- Aktualnie mam. Żegnam pana. – szybko mnie wyminął i począł kroczyć przed siebie.
Rety, kolejny wilk z którym nie da rady się dogadać. Jestem chyba zmuszony użyć bardziej brutalnych środków. Nie ma mowy, że pozwolę sobie nie lekceważenie mojej osoby. Pod postacią cienia zbliżyłem się do wilka, po czym przywróciłem starą postać, by szybko machnąć ogonem z którego wytworzył się pyłek oszołomienia. Oblivion obrócił się zaskoczony i niczego nieświadomy zaciągnął się. Wtedy zaczęła się cała zabawa. Basior jak pijany zaczął chwiać się na swoich łapach i bajdurzyć coś o mandarynkach. Po chwili potrząsnął głową z niedowierzaniem.
- Cinmok spójsz! Jaki wielki wieloryp!!! – wskazał łapą na niebo. – Widźisz ko?
- Wieloryb mówisz… - posłałem mu spojrzenie politowania. – Podoba Ci się?
- Noooo.
- Znam świetne miejsce gdzie możesz zobaczyć więcej takich wielorybów. Chcesz się tam wybrać?
- Cinmok ja Cie kocham. Chcem zobaczyć.
Wszystko idzie zgodnie z planem. Jak dobrze… Gdy tylko się ocknie, nie będzie niczego pamiętał, a ja zafunduję mu przygodę życia.

Obilvion? Zdaję się na Ciebie XD

Od Obliviona

- Zobaczymy, co przyniesie jutro. - powiedziałem, patrząc w oczy Kesame.
- Do zobaczenia. - uśmiechnęła się lekko.
- Mam nadzieję. - westchnąłem, zwieszając łeb, po czym podniosłem go, a na moim pysku malował się mały uśmiech. Gdy Kesame znikła mi z oczu, odwróciłem się i zacząłem iść. Poniuchałem chwilę w powietrzu. Wyczułem zapach nieznanego mi wilka. Rozejrzałem się dookoła. Czy powinienem to zignorować? Nagle usłyszałem trzask łamanych gałęzi w drzewie przede mną, a przed moim pyskiem pojawiła się zamaskowana głowa, dosyć małego wilka. Cofnąłem się parę kroków, by uniknąć zderzenia z nosem owego jegomościa.
- Flirtujesz z córką alfy? Odradzam. - nieznajomy wyszczerzył ząbki w złośliwym uśmieszku.
- Co? To nie tak. Znamy się jeden dzień... - powiedziałem, po czym dodałem szeptem do siebie. - I raczej nie będziemy dłużej.
Na pyszczku basiora pojawiło się zrezygnowanie. Na chwilę postawił swoje łapy na ziemi, po czym zaczął się unosić, by być wyższym ode mnie. Szczerze mówiąc, nie miałem ochoty na rozmowę, więc próbowałem go zignorować i iść w swoją stronę. Kątem oka dostrzegłem, że wilk marszczy brwi i zmienia się w cień, no i po chwili znowu wyrósł naprzeciw mnie. "Zachowuje się jak mucha" pomyślałem rozbawiony, lecz mój pysk nie zdradzał żadnych emocji. Basior pytająco podniósł brawe.
- Ja? Jak mucha? Ranisz moje uczucia. - powiedział oskarżycielskim tonem. Co? Ale... acha. czytanie w myślach.
- ... Przepraszam? - mruknąłem.
- I to miały być przeprosiny? Phi. - prychnął. - Nadal mnie ranisz... jak ci na imię?
- Oblivion. - powiedziałem obojętnie. Co za różnica, czy pozna moje imię czy nie? Jutro będzie po wszystkim.
- Dobrze, Obilvionie, więc... - opuściłem lekko łeb, słysząc, jak przekręcił moje imię? Serio, nawet imię ciężko zapamiętać?
- A tobie jak na imię? - mruknąłem od niechcenia.
- Jestem Chinmoku, Twój wielki Pan Chaosu i Zamieszenia. - powiedział uroczystym tonem, szczerząc zęby w uśmiechu.

Ciuć?  Nie wiem, skąd mi się wzięło, że Chinmok przypomina mi muchę XD

Od Tery CD Carfida

- Muszę tu założyć kłódkę przed takimi, jak ty. - westchnął, przymykając oczy.
Przechyliłam łeb, patrząc na niebieskawo szarego basiora. Zdawał się mocno poirytowany moją obecnością, ale ja się tym nie przejęłam, ani trochę. Zamiast tego, machnęłam długim ogonem, a nieopodal mnie utworzyła się puchata, różowa chmurka, która swoją drogą wyglądała jak wata cukrowa, którą jak się okazało, była. Oblizałam pyszczek, a chmurka podleciała do mnie, pozostawiając za sobą dużo mniejsze od siebie obłoki. Zdjęłam z pyska czarną maskę i wysunęłam język, i już miałam chapnąć różowy wytwór mojej wyobraźni, gdy zobaczyłam zdziwienie w oczach basiora.
- No co? - spytałam niewzruszona, biorąc kęs smakowitej chmurki.
- Ech... Co ty..? - basior położył po sobie uszy, starając się wykminić, co tu się właśnie stało.
- Nigdy waty cukrowej nie widziałeś na oczy, czy co? - powiedziałam, biorąc kolejny kęs chmurki.
Basior zamrugał kilkukrotnie i potrząsnął łbem, by po chwili zrobić krok w tył i odwrócić się w stronę swojej jaskini. Przeszedł kawałek dalej i zasiadł z powrotem na swoim wymyślnym krześle, kładąc łapy na klawiszach dziwnego urządzenia. Z ciekawości podeszłam bliżej, a chmurka podążyła za mną. Utworzyłam drugą chmurkę, większą ode mnie samej i wskoczyłam na nią. Pod wpływem ciężaru mojego ciała obłok lekko opadł w dół, jednak po chwili zaczął się ponownie unosić, delikatnie kołysząc. Basior westchnął ponownie, tym razem ociężale i zerknął na mnie ze zrezygnowaniem, pomieszanym z irytacją i częściową złością.
- Naprawdę, nie możesz sobie pójść? - warknął, patrząc na mnie spod byka.
- Nie. - uśmiechnęłam się na wspomnienie przyjemnej dla ucha melodii wydobywającej się z pianina, granej przez basiora, którego imię postanowiłam poznać. - Swoją drogą, jak cię zwą? - mój uśmiech się powiększył.
- Carfid... - mruknął, wyraźnie niechętny do rozmowy.
Pech chciał, aby akurat w tym momencie dzięcioł zaczął stukać w pień któregoś z pobliskich drzew, przez co niedokładnie dosłyszałam imię basiora.
- Garfield? - zapytałam zdumiona, a Garfield przejechał sobie łapą po twarzy.

Garfieldzie? xd

Od Ciućmoka CD. Puchatek

- No, no troszkę Ci się urosło Pluszaku. I wzdłuż i wszerz. – zmierzyłem ją wzrokiem od łap do głów. – Już nie jesteś tą samą malutką, żółta wiewiórką.
Muszę przyznać, że jej wielkość mnie trochę przytłaczała. Nie na co dzień spotykam wilki o takim wzroście.
- Wyglądasz jak basior. – dodałem.
- Za to ty strasznie zniewieściałeś Ciutrok. – odgryzła się. - A może raczej powinnam się do Ciebie zwracać Pani Ciutrok? Poza tym nie przytyłam tylko moje futro nabrało puszystości idioto.
- Cóż zrobić, przynajmniej mam te śliczne, bialutkie skrzydełka i złocistą aureolkę. Ty masz tylko trzy wyciory na tyłku. – wytknąłem jej język.
- Dobra, dobra. Jak jesteś taki kozak to pokaż co potrafisz.
- Bardzo proszę.
Luma skierowała na mnie swoje trzy monumentalne wyciory, co dało znak armii, na gotowość do ataku. Ja za to skierowałem klatkę piersiową ku podłoża wyciągając się do tyłu. Moja armia również zaczęła się gotować. Po chwili rozszedł się krzyk bojowy znanego mi wilka i jej armia ruszyła na moją, która odpowiedziała atakiem na atak. W tym czasie wyczarowałem sobie złota zbroję zasłaniającą mój pysk, łapy, brzuch i grzbiet, a u mego boku pojawił się wielki, złoty topór. Moja przeciwniczka widząc to, zaatakowała pierwsza, a ja intuicyjnie zrobiłem unik. Nawet nie zwracałem uwagi jak bardzo krwawa walka toczyła się właśnie wokół nas.
- Musze przyznać, że wciąż jesteś tak samo uparty. Nie mógłbyś po prostu umrzeć? – spytała z nienawistnym spojrzeniem.
- Walka o przetrwanie leży w naturze każdego zdrowego na umyśle wilka. Nie możesz temu zaprzeczyć, prawda? – skierowałem ostrze w jej stronę.
Walka miedzy nami była dosyć wyczerpująca. Składała się z wielu uników i obrażeń. Już kilka razy oberwałem w głowę jej ogonem, a ja zafundowałem jej kilka ran ciętych. W końcu wkurzona złapała mnie w pasie swoim wyciorem i powiększyła się jeszcze kilka razy.
- Może powinnam Cię jakoś przyprawić? – zachichotała złowieszczo. – Spokojnie, postaram przeżuwać powoli. – uśmiechnęła się.
Po tych słowach rozwarła szczęki i próbowała wsunąć mnie do buzi. W panice próbowałem się uwolnić jak tylko mogłem. Udało mi się dorwać topór i przeciąłem jej ogon na pół. Ryknęła z bólu wypuszczając mnie gwałtownie.
- Ciutrok ty-!
- Próbowałaś mnie pożreć?!! Ty jesteś nienormalna?!! – przerwałem jej.
- Jedyny dobry sposób by raz na zawsze Cię uciszyć. – wzruszyła ramionami. – Ale jak śmiałeś odciąg mi mój ogonek! Był taki idealny!
W tym momencie obróciłem się na walczące armie i zauważyłem, że gdy ktoś umierał, po chwili znowu się odradzał.
- Ale przecież taka walka nie ma sensu… - powiedziałem do siebie.
- Co tam mamroczesz maluszku?
- Spójrz. – wskazałem na walczących.
Gdy ktoś zostawał zabity, po chwili odradzał się w tej samej postaci. To oznaczało, że walka opierająca się na ilości ofiar, nie ma najmniejszego sensu, bo strat nie poniosłaby żadna z armii. Jedynym słusznym rozwiązaniem jest:
- Zgoda.
- O co Ci znowu chodzi? – uniosła brew do góry. – A zresztą, powinnam Cię teraz zabić, więc dawaj na ring.
- To nie ma sensu.
- Niby dlaczego?
- Nie widzisz? Gdy ktoś z naszej armii umiera, po chwili ponownie powraca do żywych. Z nami będzie tak samo.
Pluszak rzucił na to okiem. Po dłuższej obserwacji, była zmuszona przyznać mi zasłużoną rację.
- Rety… co za wrzód na tyłku. Więc co robimy?
- Musimy przekonać ich, że jesteśmy pogodzeni.
- A jak masz to zamiar zrobić? Zobacz, przecież kipią do siebie nienawiścią. Same słowa ich nie przekonają, że pokój będzie wieczny.
- Dlatego wyrazimy to poprzez czyny. – posłałem jej uśmieszek.
- Co się tak szczerzysz…
- Podsadź mnie, trzeba ich zatrzymać.
Zgodnie z moim poleceniem, Luma niechętnie uniosła mnie jednym ogonem do góry, po czym sprawiłem, że z mojej aureoli wydostało się oślepiające wręcz światło, które przykuło uwagę wszystkich. Zapanowała cisza.
- Uwaga, uwaga! Obwieszczamy Wam, zacne narody, że klany zostały pogodzone!
Z tłumów uniosły się głosy zaskoczenia. Po chwili wyszedł jeden demon i krzyknął z miną bezcennie zbitą z tropu.
- Pani Nasza! Czy to prawda?!
- Eh, ehe. – przytaknęła wywracając oczami.
- Jeśli to prawda, czy jesteście w stanie udowodnić, że klany nasze są bezpieczne i żaden z Was nie naśle swoich na drugich?! – wykrzyknął jeden anioł.
- Jesteśmy! – odpowiedziałem dumnie. – I zaraz to pokażemy!
- No i co masz zamiar zrobić głup-
Nie zdążyła dokończyć, gdyż moje wargi ponownie przywitały się z wargami wadery. Tłum zaczął krzyczeć. Jedni z niedowierzania, inni z zachwytu… reakcje były różne. Ale najlepsza była reakcja Lumy. Widać było, że próbuje to zakończyć ale starała się zrobić to na tyle rozważnie, aby tłum nie podejrzewał ich o nienawiść. Wtedy nad nami pojawił się biały okrąg i wciągnął nas w zupełnie nieznane nam miejsce.

Puch? Ale dawno nie pisałam Ciuciatka <3 Stęskniłam się za tym ^^

Od Annabell do Hiro

Spojrzałam na Hiro, który kończył jeść, to całkiem miłe, że się ze mną podzielił. Musiałam jednak pozostać czujna, mógł to zrobić tylko po to, by mnie łatwiej pokonać. Pomimo tych obaw nie chciałam być samotna. Zamiatałam nie spokojnie ziemię ogonem, patrząc na basiora, co mam o nim myśleć? Gdy skończył spojrzał na mnie pytająco :
-Chcesz się w coś pobawić?
-W co takiego mianowicie? -Spytał mój towarzysz stawiając parę kroków w moim kierunku :
-Po wspinać się po górach, popływać, po wspinać się na drzewa, powalczyć z jakąś dziką bestią? -Zaproponowałam radośnie czekając niecierpliwie na jego wybór :
-Może się przejdźmy i zobaczymy co nas spotka -mruknął bez entuzjazmu
-jestem zza -Ważne by coś się działo -odparłam radośnie ruszając w podskokach przed siebie.

***

Po dłuższym czasie stanęliśmy przed wejściem do jaskini, bez żadnych obaw wkroczyłam do niej radośnie, a basior za mną. Ciekawe co tu ciekawego nas spotka. Z każdym przebytym metrem robiło się coraz zimniej i wilgotniej, było to takie orzeźwiające i przyjemne powietrze, minus stanowił zapach stęchlizny, który stawał się coraz bardziej intensywny. To jednak nie przeszkadzało mi w podziwianiu kryształów, które ozdabiały ściany groty. Piękne. Próbowałam jednego sobie wziąć, ale mocno trzymały się kamienia. Ech. Szkoda. Lekko przygnębiona szłam dalej, szybko jednak mój humor wrócił, gdy zobaczyłam stalaktyty, stalagnaty i stalagmity, które się skrzyły, jakby były zrobione z brokatu. Cudowne miejsce. Moje oczy otworzyły się szerzej, gdy zobaczyłam ametyst wielkości jabłka, który leżał na płaskim kamieniu. :
-Muszę go mieć -wypaliłam ruszając w podskokach do skarbu, basior szybko mnie dogonił i zagrodził mi przejście łapą :
-Radzę ci tego nie tykać. Może być przeklęte
-Przeklęte, śmuklęte, pfff, też coś -zakpiłam dotykając noskiem jednej z wielu ścian klejnotu. Pięknie się błyszczał. Widząc, że zaczyna bić od ametystu jakieś tajemnicze światło odsunęłam się niepewnie. Klejnot zaczął unosić się nad ziemią, z każdym centymetrem, który pokonał, pnąc się w górę, jego blask przybierał na sile, aż w końcu rozświetlił całą grotę swym różowawym blaskiem. Gdy światło zgasło otworzyłam oczy chcąc zobaczyć co się stało. Kamień stracił swą barwę, obecnie bardziej przypominał wyblakłe szkiełko niż kryształ. Obok ametystu siedział różowawo-fioletowawy lisek, z którego futerka roznosiła się skrząca mgła, jego oczy błyszczały, jakby ktoś zaklął w nie tysiące gwiazd. :
-O matulu ale ty słodziutki -wypiszczałam radośnie podbiegając do istotki i machając ogonem na prawo i lewo.
-Sprawiłem, że wy też jesteście słodcy, w ramach podziękowania za uwolnienie z mojego więzienia -Odparł lisek, cichym głosem, który brzmiał bardzo dostojnie, słychać w nim było pewność siebie i znajomość pradawnej wiedzy. Nie zastanowiłam się zbytnio nad jego słowami patrząc na jego piękne futerko :
-Jak to? -Odparł Hiro podchodząc do nas. Lisek w ramach odpowiedzi wyczarował przed nami lustro, które tak jak on całe się skrzyło. W odbiciu widziałam Hiro i mnie, tylko, że się  różniliśmy. On przybrał barwę ciemnego śliwkowego fioletu, to samo z moimi czarnymi elementami futra, jak uszy, ogon, włosy, łapy. Reszta mego ciała była jasnoróżowa.





Awww. Słodziutko. Basior nie był z tego faktu zbyt zadowolony. Gdy lustro znikło spytał ametystowego liska :
-Jak można to odkręcić?
-Nie podoba ci się? -spytał skonsternowany lisek nie rozumiejąc dlaczego :
-Niby jak mam się ukryć w cieniu -Lisek westchnął zmęczony po czym nam wytłumaczył :
-Zejdźcie jeszcze niżej, spotkacie tam moich braci i siostry, Topaza, Szmaragda, Szafira, Rubin i Diament, Diament spoczywa pod wodą, jej magiczne umiejętności spowodowały, że ów woda potrafi zmyć kolory z waszych futer, wystarczy, że się w niej wykąpiecie . Musicie jednak uważać, czarodziej, który nas uwięził zastawił tutaj, dużo pułapek, by uniemożliwić nasze uwolnienie...
-Dlaczego was uwięził? -Przerwałam mu patrząc w jego oczy niezadowolona, że ktoś ich tak potraktował
-Byśmy go wzbogacili-Odparł Ametyst, zamknął oczy a przed nami pojawiła się ametystowa tarcza i miecz :
-Proszę, to wam pomoże, życzę wam powodzenia -Po tym zniknął zostawiając po sobie fioletowawo-różowy dym

Hiro?

Od Ryouu cd. Muisti

Patrzyłem na waderę lekko przymrużając oczy. Zacząłem podchodzić, potem krążyć w około niej. Ona zrobiła tak samo. Przyglądaliśmy się sobie, widać było, że ta chwila się jej nie podobała, jednak z mojej strony było zero reakcji na jej zdenerwowanie.
- Kim jesteś? To ja powinienem zadać to pytanie.. – wymruczałem – więc.. najpierw ty mi odpowiedz.
Wadera milczała, widocznie strach trzymał jej słowa w gardle. Ciągle krążyliśmy oraz przypatrywaliśmy sobie.
- Mu.... – zaczęła coś mówić pod nosem, jednak nie słyszałem idealnie – Muisti.. – powiedziała już trochę odważniej.
Zatrzymaliśmy się i przyjrzałem się jej jeszcze raz. Nigdy jej tu nie widziałem, a jako członek patrolu.. miałem za zadanie wiedzieć kto i co jest na naszych terenach.
- Hmm.. Ryouu – rzekłem, wtem spojrzałem i zauważyłem, że na mój pysk zaczynają spadać krople deszczu. Powoli spływały, powodowały, że nowo poznana mi wadera straciła swoją odwagę. Kiedy kropla powoli spadła postanowiłem, że znowu spojrze na Muisti – jestem z patrolu, mogę wiedzieć do jakiej watahy należysz?
- Do.. do tej – zerknęła niepewnie – pełnie tu funkcję filozofa.
- Dobra, uwierze Ci na słowo.. – odwróciłem się i zacząłem iść w głąb lasu. Jako iż słyszałem tylko swoje kroki i kapiące krople deszczu, odwróciłem się i dałem znak aby wadera szła za mną, tak też zrobiła.
Idąc powoli spoglądałem czasem na Muisti, jednak krople deszczu, które ciągle na mnie spadały przeszkadzały mi. Robiło mi się zimno, po prostu źle.

~* Kilka chwil później *~

Dotarliśmy do jakiejś ciemnej jaskini, aby schronić się przed deszczem. Ja zająłem jeden kąt, a ona drugi. To... było trochę niezręczne. Otrząsnąłem się z deszczu i położyłem. Kładąc łeb zerknąłem jeszcze kątem oka co robi, aby upewnić się czy to nie jest jakiś szpieg. Na szczęście też się położyła. Postanowiłem jednak, że trzeba ją przepytać.
- Od ilu dni.. tygodni czy miesięcy już tu jesteś?
- Dopiero od jakiegoś czasu – odpowiedziała.
- Rozumiem.. czyli nie zwiedzałaś dużo, prawda? – odwróciłem łeb w jej stronę.
- Tak, to fakt – wstała po czym podeszła do krańca jaskini – ostatnio dużo pada, więc nie ma też jak zwiedzać tereny..
Też postanowiłem wstać, zacząłem podchodzić do wadery.
- Może i dużo pada, jednak zwiedzać się da – na moim pysku widniała powaga, jednak w środku.. można powiedzieć, że się uśmiechałem.
Wtem po moich słowach wybiegłem, wśród drzew i kałuż zacząłem skakać, jednak.. zatrzymałem się, chciałem żeby Muisti pobiegła ze mną, ale widziałem coś. Za waderą zobaczyłem cień, nie był to JEJ cień. Zacząłem powoli wracać, nagle czarna postać zaczęła się zbliżać. Przyspieszyłem kroku.. potem szedłem szybciej i szybciej, aż nagle zacząłem biec.
- Uważaj! – krzyknąłem, jednak było za późno.. nieznany stwór był już za blisko.

Muisti? Kto chce zakłócić spotkanie?

Od Liffifaha cd. Gryfyn

Patrzyłem na wadere jak na kogoś obcego, zastanawiałem się dlaczego i po co to zrobiła? Może dla jakiegoś basiora w którym się podkochuje? Albo.... albo jakaś koleżanka ją namówiła. Miałem tyle pytań, a zero odpowiedzi.
- Co? Nie! Jesteś śliczna! – uśmiechnąłem się po czym zdałem sobie sprawę, że dałem zbyt dobry komplement i mogło to źle zabrzmieć – znaczy, em.. wiesz ładnie! I wgl... no, ech, po prostu nie jest źle – uśmiechnąłem się szeroko.
- Haha, to dobrze – zaśmiała się wadera – byłabym raczej niezadowolona, gdyby nie było ładnie.
- Tia.. – chichotałem.
Przyglądałem się dalej Gryfyn myśląc o tym jaki mógł być ten „błahy” powód. Jeśli błahy.. to czemu nie chce mi o nim powiedzieć? Nie ufa mi? W mojej głowie rodziło się jeszcze więcej pytań, czułem się jakby miała mi zaraz wybuchnąć głowa. Może i tak będzie? Zaraz, nie... jeszcze więcej pytań! Już naprawdę było źle. Chyba pójdę do lekarza... albo do psychologa. Echh, mam problemy. Spojrzałem jeszcze raz na Gryf, dalej nie mogłe tego zrozumieć, ale cóż.
- W takim razie.. jeśli nic Ci nie jest to... – i wtedy padłem, najwidoczniej ten ból głowy od miliona pytań nie był takim zwykłym bólem, nie raz już mogłem go spotkać.
No i jak można się domyślić, dalej nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Za pewne Gryfyn pobiegła po lekarza i tak znalazłem się znowu obudzony na legowisku.
- Hmmh.. – mruczałem.
Rozejrzałem się po całej jaskini, widziałem różne leki, zioła.. i wgl. Najwidoczniej tak jak myślałem, byłem w szpitalu. Rozglądając się zauważyłem nie tylko lekarza, a też Gryfyn. Została przy mnie, wtedy lekko się do niej uśmiechnąłem. Zauważyła to i od razu zawołała lekarke. Niestety, ale nie mogłem panować nad kończynami czy w ogóle swoim ciałem. Czułem się jakbym umierał, jakby ktoś mnie zabierał do świata umarłych.
- Już się obudził? – usłyszałem głos lekarki – To bardzo dobra wiadomość..
- Cieszę się, że dobra.. – usłyszałem też głos Gryfyn, najwidoczniej martwiła się o mnie.
Lekarz podał mi zioła, które powinny mi pomóc. Potem.. słyszałem tylko urywki rozmowy, np. „Czy to nic strasznego?”, „Będzie musiał zostać przez kilka dni” oraz „To zwykły ból głowy”. Jednak do tego ostatniego to pewny nie jestem. Potem zasnąłem. Budziłem się przez kilka dni, dostawałem leki, zasypiałem itd.

~* Kilka dni później, kiedy skończył się pobyt w szpitalu *~

Niby zwykły ból głowy, a tak długo mnie przetrzymano. No cóż, oni są lekarzami, ja nic nie wiem. Ruszyłem od razu do swojej jaskini, przed nią zauważyłem Gryfyn. Była bardzo zadowolona, że nic mi nie jest. Podbiegła do mnie i przytuliła, można powiedzieć, że dusiła, ale odwzajemniłem uścisk.
- Aż taka szczęśliwa? – spytałem uśmiechająć się.
- Nie ratowałam cię, abyś mi tu umierał!
- Jasne, no tak.. – dalej się uśmiechałem.
- Chcesz wejść do mnie? Napić się i porozmawiać o jakichś bzdetach? – spytałem.

Gryfyn? Napijesz się herbatki? o3o

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template