14 października 2016

Od Cavi CD. Eskandera

Wiedziałam, że ktoś mnie w końcu o to zapyta. Wilk usiadł na małej kanapie, a ja stałam jak wryta i wpatrywałam się w podłogę.
- Jak nie chcesz, to nie musisz - powiedział z uśmiechem.
- Opowiem, no więc... zaczęło się tak, nigdy nie byłam w żadnej watasze, należałam do zakonu. Czym się różni? Szczerze nie wiem, może tym, że tam nie było ani jednego zwierzęcia/stwora tego samego gatunku? No cóż, mniejsza o to. Zakon śmierci to mój dom. Naprawdę... byłam doradcą założyciela. Był okrutny i niesprawiedliwy. Zabijał każde stworzenie, które się poruszało na ziemi. Ja też mało co i nie wyszłabym z tego cało. Okłamałam go. Czemu? Musiałam zabić szczeniaka... sprzeciwił się prawom jakimi rządził król. Ja.. ja.. ja nie potrafiłam tego zrobić - łzy napłynęły mi do oczu, ale zanim wilk zdążył to zauważyć poszłam do toalety. Oblałam pysk zimną wodą, wytarłam się i poszłam do głównego pomieszczenia.
- Nie wiedziałem, Cavi... przykro mi.
- Spokojnie, to tylko przeszłość. Teraz jestem tutaj i jestem dumna z tego powodu.
Uśmiechnęłam się do niego.
- Chcesz może herbaty? - Zapytałam z psychicznym uśmiechem niczym ten gościu z horroru. Horror nadal wywoływał na mnie dreszcze.
- Jasne, że tak.
Nalałam wody do okrągłej misy i ją zagotowałam. Po ugotowaniu zaparzyłam herbatę i zaniosłam na stolik. Teraz miałam ochotę obejrzeć jakąś bajkę... naprawdę.
- Ej, Eskuś, a może Króla Lwa obejrzymy? - zaśmiałam się. W sumie to było pytanie retoryczne, podeszłam do odtwarzacza i włożyłam tam płytę mojej ulubionej bajki.

Eskuś? xD

13 października 2016

Od Groźby cz. 1

Promienie słoneczne bezczelnie wdzierały się do mojej groty, świecąc mi prosto w oczy. Nie znosiłam tego typu poranków najbardziej na świecie. Jęknęłam cicho w nadziei, że słońce się nade mną zlituje i przestanie nagle świecić, lecz moje oczekiwania spełzły na niczym. Był dzień i nie mogłam na to nic poradzić. Niestety. Ostatni wieczór pamiętałam jak przez mgłę, z początku nie mogłam przypomnieć sobie nic konkretnego ale po pewnym czasie pamięć zaczęła mi wracać. Ktoś mnie zaatakował. Jakiś szary stwór. Nathing i Rochele, pomogły mi. Wróciłyśmy do watahy, a one odprowadziły mnie do samej jaskini. Pamiętałam jak bardzo byłam zmęczona, upadłam w przejściu a ostatnią rzeczą jaką mojemu mózgowi udało się zarejestrować przed zapadnięciem w przypominający omdlenie sen, był zagniewany głos Nathing:
- Muszę natychmiast powiadomić Alfy! Jakiś potwór hasa sobie beztrosko po naszych terenach i napada na członków stada! Trzeba zorganizować grupę i go przepędzić! Chodźmy Rochele, zostawmy Groźbę na razie w spokoju.
Pomału, nie spiesząc się, wstałam, otrzepałam sierść i zastanowiłam się co mogę teraz robić. Przede wszystkim wybrać się na obchód terenów watahy i coś sobie w między czasie upolować.
Wyruszyłam. Po drodze przywitałam się niezbyt chętnie z paroma wilkami i już miałam wejść pod osłonę ściany lasu, gdy nagle zatrzymały mnie czyjeś okrzyki:
- Uwaga, biegniemy! Z drogi!
Odwróciłam się i spostrzegłam, że prosto na mnie biegną szczenięta. Raiden i Ingreed, za nimi truchtała spokojnie Loedia, pilnując by rodzeństwo nie zrobiło sobie krzywdy. La Blue Fire nigdzie nie było widać. Szczenięta skakały i biegały coraz bliżej i bliżej mnie. Nagle usłyszałam głuche warczenie jakie wydają wilki gdy chcą ostrzec przeciwnika przed swoim atakiem. Ingreed i Raiden zatrzymali się i przestraszeni patrzyli w moją stronę. Loedia natychmiast podbiegła i zaczęła szturchać rodzeństwo w przeciwnym kierunku. W jednej chwili przestraszyłam się myśląc, że może jakiś wilk stoi tuż za mną, a już w następnej zdałam sobie sprawę z tego, że to ja sama warczę odsłaniając górne zęby. Natychmiast przestałam, zastanawiając się co sprowokowało mnie do takiego zachowania, gdy odezwała się Loedia:
- My... My nie chcieliśmy sprawiać kłopotów... Przepraszam za moje rodzeństwo i obiecuję, że... że nie będziemy więcej wchodzić pani w drogę...
Po tych słowach wycofała się wraz z Ingreed i Raidenem. Zrobiło mi się głupio, gdy uświadomiłam sobie, że oni się mnie zwyczajnie boją. Nie powinnam była warczeć. Chciałam ich przeprosić, ale rodzeństwa nigdzie nie było widać. Wściekła na samą siebie zanurzyłam się w gęstym podszyciu lasu.

C.D.N.

12 października 2016

Od Eskandera CD. Cavalerii

Nachyliłem się nad miseczką z ciepłym napojem i zaczerpnąłem parę łyków.
- Pyszne. - stwierdziłem, oblizując pysk z pozostałości kakaa.
- To jak? Co wybrałeś? - zapytała, opierając grzbiet na ciemnym meblu przypominającym kanapę
- Sam nie wiem. Wytypowałem aż trzy, ale nie mogę się zdecydować.
Podsunąłem jej trzy opakowania, każda z równie ciekawym opisem. W końcu zdecydowaliśmy się na ten o tematyce bardziej psychologicznej.

Po filmie, a dokładnie dwóch, kiedy za oknem panowały już kompletne ciemności, stwierdziłem, że czas wracać do siebie. Wstałem, odkładając pustą już miseczkę (która notabene była napełniana kilkakrotnie) i skierowałem się do wyjścia.
- Ja już chyba pójdę. - stwierdziłem, posyłając Cavalerii ciepły uśmiech.
Odwzajemniła gest, a ja otwarłem drzwi, od razu czując chłód na moim szorstkim futrze.
Wadera wyjrzała na zewnątrz, nerwowo rozglądając się na boki.
- Uch, przez ten horror zaraz zwariuję. - wymamrotała, marszcząc brwi.
Zaśmiałem się cicho, odwracając się i spoglądając na tonącą w mroku przyrodę. Szare niebo i lekka mgła nadawały otoczeniu mroczny charakter.
- Rzeczywiście, aura dość nieprzyjemna.
- Mało powiedziane. - westchnęła i spojrzała mi w oczy - A może byś tak został, co? Niespecjalnie uśmiecha mi się zostanie tu całkowicie samej.
- W sumie... Chyba mogę zostać. - "O ile X mnie później nie zabije", dodałem w myślach. - Co będziemy robić?
- Zacznijmy od zamknięcia drzwi, bo to wczesnojesienne powietrze zaraz odmrozi mi uszy...
Zgodnie z jej życzeniem przymknąłem drzwi, na powrót kierując się do głównego pomieszczenia jaskini, która de facto od środka bardziej przypominała ludzki domek.
- Powiedz, jak znalazłaś się w watasze? - zapytałem, rozglądając się po jej domku.

Cavi? 

10 października 2016

ODCHODZI

Kolejny wilk odchodzi z watahy. Tym razem żegnamy Darknę.
Powód: decyzja właściciela


http://faeora.deviantart.com

Zwycięzcą jest już ten, który staje na starcie.

9 października 2016

ODCHODZI

Niestety, naszą watahę opuszcza kolejny wilk - Pasmo.
Powód: decyzja właściciela.


autor nieznany

Wierzyć w siebie, nie poddawać się.

Od Nathing cd. Asacrifice La Blue Fire

- Hej! - krzyknął i użył jakiegoś czaru. Zaśmiałam się w duszy. Ten mały chciał mnie zatrzymać za pomocą MOJEJ mocy.
- Posłuchaj - powiedziałam, zatrzymując się - Jakiego koloru jest czas?
Popatrzył na mnie, jakby spróbował ustalić, czy go sprawdzam, czy pytam na poważnie.
- Czas nie ma koloru - mruknął w końcu.
- Właśnie - podeszłam do niego - Jest przezroczysty. I niewidzialny.
Spojrzałam szczeniakowi w oczy. Nigdy nie próbowałam używać mocy do ustalania uczuć, ale w tym wypadku nie było to potrzebne. Był wyraźnie niepewny, czego ma się spodziewać.
- A to moja dziedzina, młody samcu alfa Watahy Smoczego Ostrza.
Miałam wrażenie, że w jego oczach odbiło się zdziwienie, trudno jednak stwierdzić, jak było naprawdę, bo Asacrifice umie doskonale ukrywać swoje uczucia.
- Więc... Od początku... WIEDZIAŁAŚ! - jego ślepia zapłonęły wściekłością - MASZ OBOWIĄZEK WYKONYWAĆ MOJE POLECENIA!
Spojrzałam na niego z kamiennym wyrazem pyska. Nie znam lepszej taktyki na wilka wyładowującego na Tobie swój gniew.
- Oczywiście, że mam - przytaknęłam usłużnie - Ale żadnego mi nie dałeś - dodałam nieco złośliwie, bo było pewne, że te słowa go jeszcze bardziej zdenerwują. Nie mogłam się jednak powstrzymać.
Szczeniak wpadł w furię. Światy, czasy, platformy i cała reszta zaczęła wirować chaotycznie wokół nas. Stałam tam gdzie stałam, spojrzeniem wyprutym z emocji oglądając całą scenę. Znałam magię, którą przyzywał. Panowałam nad nią. Należała do mojej dziedziny. Nie zamierzałam jednak się wtrącać. To było jego przedstawienie.
Otoczenie przyspieszyło, więc zorientowałam się, że spektakl dobiega końca. Młody się wyczerpywał.
W końcu znalazłam się na innej platformie, a basior, wycieńczony leżał obok mnie. Nie wydawał się już taki wściekły. Może pora dopisać kolejny sposób do listy.
- Dobra robota - pochwaliłam go - Użyłeś potężnej magii. I nawet - zerknęłam na niego - nie poszło ci tak źle.

<Asacrifice La Blue Fire?>

Od Cavalerii CD. Eskandera

- Z miłą chęcią - wystawiłam mu język. Słońce już się chowało. Jeszcze dosłownie 10 minut i zapadnie mrok. Siedziałam rozluźniona i uśmiechnięta.
- Wracamy? - Zapytał basior. Kiwnęłam głową i ruszyliśmy w stronę mojej jaskini.
- Wyścigi! - Wykrzyknęłam i ruszyłam jak z torpedy. Prowadziłam, ale niedługo, bo wilk zaczął mnie doganiać. Już tak blisko było, żeby mnie wyprzedzić, ale niestety na horyzoncie pojawił się mój dom i zwolniliśmy tępo. Szliśmy już spokojnie, ale z nadal przyśpieszonym oddechem. Chłodny wiatr ściągnął z drzewa kilka żółtych już liści. Piękna chwila... brakuje tylko mojego dawnego stada. Doszliśmy do drzwi.
- No cóż, dziękuje, przeprosiny przyjęte. Chcesz może wejść?
- W sumie to mogę, masz kakao i jakiś fajny film? - Zapytał.
- Kakao się znajdzie, film też. Ale jaki gatunek?
- Horror? - Zaśmiał się niczym psychiczne postacie.
- Ależ oczywiście... cała półka jest - uśmiechnęłam się.
- Wybierz sobie, któryś. Dużo ich tam.
Eskander przytaknął i poszedł do pokoju z półką i telewizorem. Ja wzięłam się za kakao.
- SŁODKIE CZY NIE?!
- SŁODKIE! - Odkrzyknął wilk z sąsiedniego pomieszczenia. Po ugotowania mleka wlałam je do kubków i zaniosłam do pokoju.
- Co wybrałeś? - Uśmiechnęłam się i usiadłam na kanapie.

Eskander?

Wyniki ankiet

Zapewne wiecie, że przez ostatni miesiąc można było głosować w ankietach dotyczących watahy. Bardzo dziękuję za wszystkie głosy!

Wyniki są następujące:
- nazwa watahy zostaje niezmieniona,
- nowy szablon pojawi się już niedługo (wciąż nad nim pracuję, prawdopodobnie będzie on lekki i jasny, pobrany z Wioski Szablonów),
- zakładka "Adopcje" również pojawi się na blogu - większość z Was nie chciała tworzyć formularzy, dlatego też nie będzie takiego obowiązku. Jeśli komuś się nudzi i chce stworzyć formularz, który ktoś będzie mógł później przejąć, to zapraszam! Wystarczy wysłać do mnie formularz dorosłego wilka z dopiskiem [adopcje] w rubryce imię. Więcej informacji znajdziecie w zakładce "adopcje", która powinna pojawić się już niedługo :3

Dodatkowo usunęłam comiesięczny konkurs na najaktywniejszego wilka, ze względu na moją comiesięczną sklerozę :D

8 października 2016

ODCHODZI

Z przykrością informuję, że Arise odchodzi z watahy.
Powód: decyzja właściciela.


autor nieznany

Nie przechodź obojętnie obok pokusy, ona może się już nigdy nie zdarzyć.

Od Eskandera cd. Cavalerii

Spuściłem wzrok, błądząc nim po ciemnej ziemi. Żałowałem tego, co zrobiłem, lecz jakbym się nie starał, nie zmienię tego.
- Ja... - szepnąłem, odważając się podnieść wzrok i spojrzeć w jej złote oczy - naprawdę przepraszam. Nie powinienem.
Wadera posłała mi intrygujące spojrzenie, którego nie mogłem rozszyfrować.
- To już przeszłość. - odpowiedziała spokojnie, lekko rozjaśniając sytuację.
Uśmiechnąłem się ciepło, omiatając ją wzrokiem.
- Czy mógłbym Ci to jakoś wynagrodzić? - zapytałem, przekrzywiając łeb.
- Hmm... - udała zamyślenie, teatralnie ruszając łbem. - Może...
- Na przykład?
- Na pewno nie zabieraj mnie nad jezioro. - zauważyła kąśliwie - Tym razem mogłabym tego nie przeżyć...
Zaśmiałem się cicho i zaproponowałem spacer, przynajmniej na chwilę obecną. Wadera zgodziła się, więc otwarłem skrzypiące drzwi i przepuściłem ją.
Na zewnątrz wciąż było ciepło, lecz chłodny wiatr nie dawał tego odczuć w tak wielkim stopniu jak jeszcze kilka dni temu. Szare chmury leniwie snuły się po jasnym niebie, a pożółkłe liście definitywnie wskazywały koniec lata. Szliśmy wolno, pewnie stawiając łapy na twardym, wilgotnym podłożu.
- Gdzie idziemy? - zapytała
- Do Zatoki Błękitnych Mgieł.

Wdrapaliśmy się na jedno z wyższych wzniesień. Usiedliśmy, spoglądając na dół i delektując się pięknym widokiem.
Chłodny wiatr mierzwił nasze futra, a słońce leniwie zbliżało się do linii horyzontu, rozlewając po niebie ostatnie promienie. Z zamkniętymi oczami wsłuchiwaliśmy się w śpiew ptaków i szept liści niesionych przez wiatr.
- Tak chcesz wynagrodzić mi dzisiejszy występek? - zapytała, patrząc na mnie z ukosa.
Posłałem jej rozbawione spojrzenie i zadziorny uśmiech.
- Zawsze możesz mnie zrzucić.

Cavalerio? :p

Od Groźby cz. 2

Z rozmyślań wyrwały mnie trzaski i chroboty w pobliskich krzakach. Przekrzywiłam z zaciekawieniem głowę. Który wilk mógł tam być? - zastanawiałam się. Wnet przypomniałam sobie Rochele i to jak mnie oprowadzała. Była naprawdę miła. Skoro już wpadłam w "szał" zaprzyjaźniania się to co mi szkodzi zapoznać się z jeszcze jednym wilkiem? Usiadłam zgarbiona ze smętnie opuszczoną głową i nieufnym spojrzeniem, zresztą jak zwykle. Naraz jednak pomyślałam, że niezależnie od tego, który członek watahy wyjdzie z krzaków powinien poznać mnie od jak najlepszej strony, a pierwsze wrażenie przecież też jest bardzo ważne. Napięłam się jak struna i szeroko (a przy tym sztucznie) się uśmiechnęłam. Zabolała. Tak dawno tego nie robiłam, że moje mięśnie pyska słabo to zniosły. Patrzyłam z wyczekiwaniem w stronę zarośli ale dłużyło mi się i dłużyło. Po jakiś 15 minutach zza krzaków wciąż dobiegały tylko trzaski, zgrzyty, chroboty i sapanie. W końcu mi się sprzykrzyło więc uznałam, że równie dobrze to ja mogę zacząć:
- Witaj...
W tym momencie z zarośli wyskoczył z prędkością błyskawicy, szara postać. Mignęła w powietrzu, niby cień a w następnej chwili złapała mnie za kark i grzmotnęła o ziemie.
Ledwo zdążyłam zaczerpnąć tchu a znów wisiałam w powietrzu. To nie może być wilk - pomyślałam. Mimo tego, że nie byłam szczególnie imponujących rozmiarów przecież żaden wilk nie był tak ogromny by trzymać mnie w zębach jak szczeniaka. Postać huknęła mną o pobliskie drzewo.
Potem zaczęła warczeć i parskać jak rozjuszona bestia.
Gdybym tylko mogła użyć moich mocy! Niestety by zadać ból musiałam patrzeć na ofiarę bezpośrednio, a napastnik celowo czy też przez przypadek schwycił mnie w taki sposób, że przed oczami mrugały mi tylko co jakiś czas jego, przypominające z koloru kamień, łapy. Co do mojej mocy z przywoływaniem złych wspomnień, potrafiłam jej użyć tylko na wilkach. Natomiast jeśli chodzi o wściekłość czy furie, to nie czułam się w najmniejszym stopniu zła. Czułam jedynie strach graniczący z przerażeniem.
W momencie gdy wydawało mi się, że zaraz skończę jako krwawa maź, pojawiły się 2 nowe osoby, których w ogóle się nie spodziewałam.
Nathing i Rochele.
- Zostaw ją! - krzyknęły jednocześnie i rzuciły się do walki.
Po pewnym czasie udało im się wyswobodzić mnie ze szczęk potwora i ujrzałam wreszcie mojego oprawcę.


Natychmiast użyłyśmy swoich mocy i bestia uciekła znikając w zaroślach.

7 października 2016

CHAT

Moi drodzy,
postanowiłam dodać do watahy chat, aby ułatwić Wam komunikację. Zapewne jego wygląd zostanie zmieniony, ale to dopiero, kiedy będziemy mieć nowy szablon. :)
Odwiedźcie zakładkę "Regulamin", aby dowiedzieć się więcej o jego zasadach!

6 października 2016

Od Taravii cd. Nathing

Nathing podeszła do mnie i przycupnęła obok. Uporczywie wpatrywałyśmy się w jeden punkt przed nami, wyczekując tajemniczej osoby. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, czy aby nie jest to zasadzka, lecz szybko odpędziłam od siebie ten czarny scenariusz. Znam te tereny na własną kieszeń i zastanawiam się, jak ten wilk chce przedrzeć się tu bez mojej wiedzy.
Poczułam, że powoli brakuje mi powietrza. Tlen gęstniał w moich płucach, rozrywając je od środka, a przed oczami zaczęły tańczyć mi złośliwe mroczki. Wbiłam pazury w ziemię i starałam się pewniej stanąć na łapach, lecz nagle moje mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa.
Padłam na ziemię, otumaniona, kątem oka dostrzegając leżącą obok Nathing. 
Zmrużyłam oczy, zbierając w sobie resztki sił i podniosłam się na drżących łapach.
- Nathing? - szepnęłam, lecz wadera nie odpowiedziała. Widocznie zostałam potraktowana nieco lżej. 
Wciąż czułam nieznośny ból w każdej cząsteczce mojego ciała, lecz tym razem postanowiłam działać. Łamiącym się głosem wyszeptałam pod nosem parę niezrozumiałych dla innych słów, pozbywając się bólu. A więc była to trucizna, jak dotąd mi nieznana.
Powietrze przeszył świst, a w moją stronę powędrowały trzy srebrne ostrza. 
Jedno zniszczyłam w trakcie lotu, rozpraszając jego cząsteczki po całym terenie.
Drugie, podkręcone, odrzuciłam za pomocą czarnej magii.
Trzecie, cienkie, praktycznie niezauważalne, zbliżyło się do mnie za szybko, bym zdążyła zareagować. Na szczęście moje ciało nie zawiodło mnie i strzałka z metalicznym odgłosem odbiła się od twardych, złotych łusek powstałych na piersi. 
Z trzeciej, odbitej strzałki ciekła fioletowata maź, prawdopodobnie kolejna trucizna. Uniosłam brew i zniszczyłam ją, aby później znów nie zostać nią zaatakowaną. 
- A jednak, obroniłaś się. 
Wiedziałam, gdzie stał, czułam go wyraźnie. Nie wiedziałam jedynie kim był i czego chciał. 
- Miałaś przyjść sama - stwierdził, a ja odwróciłam się w jego stronę, spoglądając mu głęboko w oczy.
Wbrew moim oczekiwaniom nie wyglądał groźnie. Wysoki, szczupły basior o jasnym, miodowym futrze i ciepłych, brązowych oczach. Spoglądał na mnie z nieskrywanym zaciekawieniem, tak, jakbym była jego eksperymentem. Nie sposób było wychwycić w tym spojrzeniu nienawiści czy szaleństwa. 
- Nic mi o tym niewiadomo - mruknęłam, prostując się. Po dawnym bólu nie było już śladu. 
Westchnął ciężko, a ja wychwyciłam lekki ruch powietrza nieopodal Nathing. Cofnęłam się o krok, zbliżając się do niej. 
Kolejna strzałka, prawdopodobnie znów zatruta, leciała w jej kierunku. Wytworzyłam wokół niej tarczę z cząsteczek srebra, które skutecznie odbiły atak. 
- Wybudź ją. - zażądałam. 
- Dlaczego miałbym to zrobić?
- Bo cię o to proszę. Zależy mi na niej.
Usłyszałam ciche, kpiące parsknięcie, lecz po chwili Nathing zamrugała oczami, poruszając się nieznacznie. Odetchnęłam w duchu, podtrzymując założoną wcześniej blokadę, aby nie mógł zaglądnąć w moje myśli. 
Szara wadera wstała i zmierzyła wzrokiem mnie i basiora. 
- Coś mnie ominęło? - zapytała, a ja jedynie pokręciłam łeb. 
- Nie. - odparłam, nie spuszczając wzroku z brązowookiego - Rozmowa dopiero się zaczyna.

Nathing? ^^

Od Loedii cd. Asacrifice

Mój brat zmierzył mnie morderczym spojrzeniem, a ja skierowałam wzrok na mamę, oczekując aprobaty. Ona, niestety, jedynie wpatrywała się w tatę troskliwym wzrokiem, co jakiś czas przenosząc go na Asa.
- Witaj, mamo, witaj, ojcze. - przywitałam się i usiadłam obok mamy, oczekując poleceń.
- Kochani - mama zwróciła się do mnie i brata, uśmiechając się lekko. Zastanawiałam się, czy jest taka dla wszystkich. - Muszę porozmawiać z tatą, poczekajcie na mnie, dobrze?
Skinęliśmy głowami, a As usiadł, znacznie oddalony ode mnie.
Denerwował mnie. Był bezczelny i arogancki.
Mama podeszła do taty, poruszając się zwinnie i lekko, skinęła łbem w kierunku naszej jaskini i razem się tam udali.
Kątem oka zauważyłam, że mój nieznośny brat podniósł się i ruszył w przeciwnym kierunku.
- Gdzie idziesz, Asacrifice? - zapytałam, unosząc dumnie łeb.
- Nie twoja sprawa. - bąknął, a ja prychnęłam pod nosem.
- Moja. Jesteś moim młodszym bratem i masz mnie słuchać.
Zauważyłam jedynie, jak posyła mi przez ramię kpiące spojrzenie.
- Chcesz, żeby mama się martwiła? - zapytałam, wwiercając w niego spojrzenie swoich czerwonych oczu.
Zauważyłam chwilowe wahanie, kiedy zamierzał wykonać następny krok. Uśmiechnęłam się triumfalnie, wiedząc, że był to całkiem dobry argument.
- Wrócę, zanim skończą. - mruknął. - Zresztą nie muszę ci się tłumaczyć.
- Czyżby? Usiądź po prostu i czekaj, aż mama wróci.
- Siedź cicho. - warknął.
Zmarszczyłam brwi i warknęłam cicho, ostrzegawczo. Usłyszałam jego gorzki śmiech i westchnęłam w duchu. Że też los pokarał mnie takim wrednym bratem.
- Asacrifice, gdzie idziesz? - usłyszałam ciepły głos mamy i odwróciłam się w jej kierunku - Prosiłam przecież, żebyście zaczekali.
Zza jej pleców wyszedł tata, a za nim przydreptał uśmiechnięty Raiden.


Asacrifice? c:


Przepraszam, że kazałam czekać na to prawie miesiąc... ;___;

Od Rochele

Poranna herbatka. Nie ma nic lepszego! Siedziałam z rana pijąc cieplusią herbatkę. Myślałam, że to piątek, a to sobota! "Ach, ta moja pamięć" Pomyślałam. Jestem już coraz starsza. Poszłam do Groźby, by ja powitać.
- Witaj Groźbo! - Weszłam po cichutku.
- Witam pani panno...
- Och, mów mi po prostu Che.
- A więc pani Che... Znaczy Che. Jestem tu nowa i chciałam się coś dowiedzieć o watasze.
- Och... Moja droga. Ta wataha ma wiele tajemnic. Najlepiej pytaj alfy. Ja mam już za słabą pamięć.
- Ale Pani Che! Da pani radę.
- Dobra już, dobra. - Pierwszym celem naszej wycieczki było centrum. Potem była to biblioteka, a potem... Ach tyle tego było .Już nie pamiętam :D. Kolejną rzeczą, która była do zrobienia to szarlotka! Szybko pobiegłam do piekarnika! Masz babo placek! Spaliłam szarlotkę! Zapomniałam o niej. Ach ta skleroza. Cóż, upiekę nową! Zabrałam się do pracy. Kiedy już wyrobiłam ciasto wbiegł tu jakiś szczeniak.
- Proszę pani! Mnie tu nie ma.
- Dobrze maluszku. - Mrugnęłam oczkiem. Nagle wpadły dwie wadery i się mnie spytały:
- Widziała pani Raidena?
- Nie widziałam. - Wadery szybko się rozpłynęły.
- Bardzo dziękuję, pani Che!
- Nie ma za co! Masz tu babeczkę. - Dałam mu jedną ze swoich wypieków.
Basiorek uciekł szybko z jaskini.
Myślałam jak tam moja córka i wnuczki. Postanowiłam ich odwiedzić. Poszłam do ich watahy. Okazało się, że szczenięta niestety umarły z głodu, gdyż wataha była głodująca...

C.D.N.

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template