Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Listopadowy event. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Listopadowy event. Pokaż wszystkie posty

6 grudnia 2018

Podsumowanie Eventu

Lekko z opóźnieniem, ale jest. Jak zauważyliście mamy już 6 grudnia i dopiero dziś udało mi się ustalić co, gdzie i jak w sprawie eventu. Nie wyszło nam najlepiej, ale nie możemy również narzekać.  W sumie napisaliśmy 30 opowiadań dotyczących powrotu martwych do naszego świata i z tego, co wiem, opowiadań mimo wszystko przybędzie. Wszystkie wątki dotyczące eventu możecie dokończyć poza nim, ostatni raz wspominając o duszach. Teraz nagrody!

~~~

Arina z liczbą 6 pkt. a tym samym z największą liczbą pkt. wygrywa Gwiezdny Blask - Fioletowy kamień emanujący magią, pochodzący z tajemniczego Meteorytu. Po wypowiedzeniu nad nim odpowiednich zaklęć pozwala ucieleśnić ducha. Otrzymuje on nowe, w pełni zdrowe ciało, oraz może żyć normalnie, mieć szczenięta itp. Kamień ten daje również nieśmiertelność, czyli z perspektywy czasu wilk pozostanie wiecznie młody i zdrowy. Warto jednak pamiętać, że wskrzeszona za jego pomocą dusza jest dalej podatna na choroby i rany.

Hermes i Saba z liczbą 4 pkt. otrzymują Kawałek Meteorytu, który posiada nieskończoną moc uzdrawiania, nie znaczy to jednak, że potrafi ożywić martwego.

Symonides oraz Nicodem z liczbą 3 pkt. zostają obdarowani Płomieniem Życia.

~~~

Pozostaje mi jedynie podziękować wszystkim za zabawę i życzyć wszystkim Wesołych Świąt!

HG

Od Saby Quest #4 (Listopadowy Event)

Po nocy spędzonej na cmentarzu i przespanym całym kolejnym dniu, postanowiłam zmienić mój tryb życia. Będę aktywna nocami i ewentualnie porankami, a w gorące dni będę spała w jaskini. Kontynuując, obudziłam się tuż po zachodzie słońca i udałam się na łąkę obok mojego domu. Zjadłam cztery garści owoców leśnych i pobiegłam nad strumyk, który jest na skraju łąki i wpływa do lasu.
Była tam taka OGROMNA trawa, a gdy się po niej skakało, to latało wylatywało mnóstwo świetlików. Było cudownie... a wszystko tylko moje, moje, moje i nikt mi tego nie zabierze ani nie zabroni! Nikt nie wie, że tu jestem. Nikt mnie teraz nie znajdzie i nikt mi nie rozkaże iść do domu!
Skakałam w tej trawie, aż nagle zauważyłam niebieskie światełko...
- Kim jesteś? - zapytałam ciekawa i podeszłam w
kierunku światełka. Nikt nie odpowiedział, ale za to Niebieski płomyczek pojawił mi się przed nosem.
- Jesteś płomykiem... -lekko zaskoczona (w dobrym tego słowa znaczeniu) wpatrywałam się w duszyczkę, która wyglądała, jakby chciała się ze mną pobawić. Latała wkoło mnie, a po chwilce płomyk poleciał na drugą stronę potoku, zatrzymując się co kamień i czekając...
- Mam za tobą iść? - spytałam lekko rozbawiona i skakałam z kamienia na kamień, aby po kilku sekundach znaleźć się obok płomyka. Brykaliśmy między drzewami niczym Tygrysek z Kubusia Puchatka. Świetnie się bawiłam. Po jakiejś godzince dotarliśmy do małego kamienno-kryształowego wzgórza. Wypływało z niego źródełko, a samo wzgórze błyszczało w świetle księżyca niczym gwiazdy. Płomyk podleciał między jakieś większe skały i zniknął w jakimś tunelu. Pobiegłam szybko za nim i znalazłam się w cudownej i bardzo bogato zdobionej jaskini. Miała ona 3 pomieszczenia i korytarz, którym weszliśmy. Każde pomieszczenie było zdobione świecącymi kryształami, różnego rodzaju materiałami i złotymi przedmiotami. W pierwszym z nich znajdowały się pozłacane skrzynie i wyżłobione w ścianie półki ze skórzanymi księgami, butelkami z eliksirami i jakimiś składnikami oraz kilka przyrządów alchemicznych. w rogu było palenisko i kociołki. Naprzeciwko kociołków i po prawej stronie od wejścia do pomieszczenia leżały te kufry, do których z zaciekawieniem podeszłam. Zastanawiałam się, czy otworzyć je, ale przecież ktoś na pewno tu mieszka. Nie można ot, tak zostawić tylu kosztowności!
Płomyk otworzył skrzynię. Były w niej cudowne tkaniny, naszyjniki, jakieś korony, inne biżuterie i jakieś sztylety. Zamknęłam skrzynię i udałam się do kolejnego pomieszczenia. Było ono pełne poduszek, które leżały wzdłuż ścian i jedno duże złocone łoże. Pomieszczenie było utrzymywane w odcieniach fioletu, czerni i złota. W ostatnim pomieszczeniu, które było naprawdę malutkie, bo miało zaledwie 8 metrów długości i 3 szerokości, znajdowały się jakieś stojaki ze zbrojami, plecaki, woreczki z różnymi walutami, bronie i... i cudowny napierśnik. Podeszłam bliżej Napierśnika i podziwiałam jego wykonanie. Był solidny, z wygrawerowanym płomykami. Miał barwę Srebrno złotą, a na samym środku (w centralnym miejscu piersi) znajdował się piękny Ametyst! Wpatrywałam się w kamień. Zauważyłam w nim odbicie płomyka, który...
Który zamienił się w srebrzystego szczeniaka w moim wieku! Odwróciłam się do niego przodem, a on powiedział...
- Kiedyś tu mieszkałem. Teraz to wszystko może być Twoje, ale musisz przyrządzić specjalny eliksir według tego przepisu, a potem zamknąć mnie w Ametyście i wrzucić do jeziora na w centrum terytorium Twojej watahy...
I znowu zamienił się w płomyka, a przede mną pojawiła się kartka z przepisem. Pobiegłam do pomieszczenia pierwszego i zabrałam się za pracę. Zagotowałam wodę i dodawałam składniki...
Dwie łzy bólu, oko traszki, szczypta suszonych alg oraz dwie perły (perły przewożą dusze)
Zamieszałam i przelałam do miseczki. Zamoczyłam w niej ametyst i zawołałam płomyka. Dotknął on kryształ, a później wciągnęło go do środka. Zabrałam go nad jezioro i zrobiłam to, o co prosił. Wrzuciłam go do jeziora.
Zadowolona z siebie wróciłam do mamy i brata, napisałam list, że wszystko u mnie okej i że się wyprowadzam, by nie tęsknili i że ich na pewno odwiedzę, bo mieszkam dalej na terenie Watahy Smoczego Ostrza.
Podpisałam się, zostawiłam karteczkę obok plecaka Zico i wróciłam do jaskini, która była po drugiej stronie strumyka, za wieloma drzewami i znajdowała się w skalno-kryształowym pagórku, który w świetle księżyca błyszczał, jak gwiazdy...

Od Saby Quest #10 (Listopadowy Event)

-Saba wstawaj!- Zawył mi głos brata w uszach. Odwróciłam się na drugi bok i postanowiłam spać dalej, ale Zico się nie poddawał. Zaczął mnie trącić w bok. Ostrzegawczo zawarczałam. Nic. Warczę znowu. Nic.
- Czy nie można się w spokoju wyspać?! - Wstałam i wydarłam się na odrobinkę wyższego basiora
- Eee... Nie?
- Czego chciałeś, bo teraz i tak nie zasnę... - Spojrzałam pytająco na brata, który chwilę się wahał.
- Pójdziesz ze mną do Picallo i Hatsu?
- A ko to? - spytałam z lekką ciekawością i poszłam za bratem, który jeszcze nie udzielił mi odpowiedzi.

***

- To jak? Koś chętny na wyzwanie? - spytał Hatsu. Picallo i Zico się cofnęli, a ja zostałam skazana na jakieś błahe wyzwanie, bo jakie "trudne" zadanie może mi dać roczny szczeniak? Łapanie zająca? Drażnienie starszych wilków? Gwizdnięcie jakiegoś drobiazgu ze sklepu? Phi! Nic nie jest trudne! Wszystko mogę zrobić!
- Dobra! - powiedziałam z pewnością siebie -Co mam zrobić?
- Spędzisz całą noc na.... -zrobił przerwę, która nieco mnie drażniła -CMENTARZU!
- Co? Przecież teraz są duchy... -Zico się bardzo zdziwił i zaczął dreptać wkoło naszej trójki.
- Bracie... Dziewczynę na cmentarz? Czy to nie za straszne jak dla niej?- Spytał Picallo swojego brata. Potem spojrzał na mnie. Ja dumnie stanęłam przed nimi i powiedziałam:
- Pójdę...- zrobiłam przerwę- ale teraz idę się spakować i idę spać. - po tych słowach powoli odeszłam- a jeśli nie wierzycie, że pójdę i wytrzymam całą noc, to mogę się założyć o moją obrożę! - zawołałam i rzuciłam im wspomniany przedmiot -tylko o nią dbajcie, bo jutro rano do mnie wróci!
Pobiegłam do jaskini i spakowałam kilka garści jagód do mojej torby. Przejrzałam moją księgę i udałam się do wuja po specjalną pelerynę, dzięki której jestem szybsza i praktycznie niewyczuwalna dla duchów. Potem poszłam spać.

***

Chodziłam sobie po dość sporym cmentarzu. Tu i tam były jakieś groby, a gdzieniegdzie nawet kilka dusz. Nagle pojawiły się kolorowe płomyki. Zrobiły kilka kręgów wkoło mnie i ruszyły w kierunku jakiegoś małego pagórka. Ostrożnie poszłam za nimi. Ogniki nagle zniknęły, a naprzeciwko mnie pojawiły się czarne wilki z jelenimi rogami. Były niczym cienie. Krążyły wkoło jakiejś mogiły, na której pisało: Cum simplici albo Luna sanguinem animarum, quoniam non possumus venire...
Zrozumiałam z tego jedynie tyle, że czerwony księżyc i białe duchy są niebezpieczne. Zobaczyłam znowu kolorowe płomyki, które pojawiły się zaraz po zniknięciu czarnych rogatych wilków. Spojrzałam na księżyc... Był taki piękny...
Siedziałam tak bardzo długo, wpatrując się w księżyc, aż zauważyłam, że zaczął zmieniać barwę na czerwoną...
- Zaraz będzie wschód! - zawołałam i powoli zmierzałam w kierunku wyjścia... ale wokoło zaczęły pojawiać się białe duchy. Lekko przyśpieszyłam kroku. Białe postacie zaczęły się do mnie zbliżać. Były coraz bliżej i bliżej, a mi nie przyszło do głowy, by przyśpieszyć... Byłam już tylko kilka metrów od wyjścia, ale się potknęłam i upadłam na ziemię. Odwróciłam się tyłem do wyjścia, a przodem do białych duchów. Nagle błysło mocne białe światło, a dusze, które właśnie miały mnie dotknąć zniknęły. Nastał dzień. Po kilku minutach zauważyłam Hatsu, Piallo i Zico, którzy biegli w moim kierunku. Zico założył mi z powrotem moją obrożę. Towarzysze pogratulowali mi. Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy do swoich jaskiń. Czułam się dziwnie... dobrze i źle jednocześnie, ale nie przejmowałam się tym. Poszłam uciąć sobie drzemkę.

2 grudnia 2018

Hermes – Quest #16

Sylwetka wilka o jasnym futrze nerwowo przemknęła między ciemno zielonymi drzewami. Chwilę później pojawiła się za pniem jednego z niewielu w tej części lasu klonów, po czym znów zniknęła w szumiącej gęstwinie.
Basior od kilku dni był niespokojny, co zdarzało mu się naprawdę rzadko. Krążył bez celu, by nie walczyć bezskutecznie z bezsennością w odmętach ciemnej, surowej jaskini. Raz po raz oglądał się wokół, a był to wzrok, rzekłbyś, szaleńca, jednak ja wolę określić go wzrokiem bez opamiętania, którego właściciel wcale zmysłów nie postradał.
Wbrew rozsądkowi wilk ocierał się o pnie i iglaste gałęzie, zostawiając na nich swój zapach i próbując pozbyć się nieznośnego uczucia niepokoju. Znów rozbieganym wzrokiem przebiegł wokół, gwałtownie odwracając łeb. Zamrugał kilka razy, po czym trwał tak w bezruchu dłuższą chwilę, nastawiając uszy. Czuł, że coś się święci. Kiedy tylko zdał sobie sprawę z tego, że na czas nasłuchiwania wstrzymał oddech i nawet nie drgnął, począł łapczywie chwytać powietrze, jak gdyby głębokie wdechy miały uchronić go przed całkowitym wariactwem. Gdy i to nie pomogło, nadgryzł kępkę oszronionej trawy, po czym rozdrobnił ją zębami.
Rzekłbyś, rzecz komiczna; poczułbyś litość; uśmiechnąłbyś się z drwiną i skrywanym rozbawieniem, widząc masywną, groźną sylwetkę basiora na szeroko rozstawionych łapach, który aktualnie z błyskiem szaleństwa w oczach wyglądał jak roztrzęsiony młodzik w obliczu jakiejś tragedii. No cóż,  ie odbiegało to aż tak od sytuacji Hermesa. W jego podświadomości już dawno zagnieździła się myśl,  e najgorszy wilk, jakiego poznał w całym swoim życiu, wróci. W końcu zło zawsze wraca,  prawda?
Nieważne, jak dobrym starasz się być.
Basiora wypełniała najróżniejsza mieszanka odczuć i emocji, jak dotąd skutecznie tłumionych pod maską chłodu i żołnierskiego opanowania. Chcąc zażegnać choć część z nich, niespodziewanie dla siebie samego puścił się pędem przed siebie, zręcznie omijając drzewa. Widział słabo, gdyż wokół panował mrok, pojawiła się mgła, a wszystko wokół zlewało się w jedno. Mrużył oczy, mknąc przez gęstwinę i wystawiał łapy najdalej, jak się da.
Dopiero bolesne zderzenie z pniem wyparło cały tlen z płuc wilka. Zatrzymał się na korze, a chwilowy szok szybko został zastąpiony ponownym uczuciem niepokoju. Odsunął się z wolna, kuląc się poobijany i wyminął drzewo, zataczając się. Desperat, rzekłbyś. Wciąż oszołomiony basior nie zauważył na swojej drodze sadzawki i szybciej niż zdążył zrozumieć swoje położenie, znalazł się w mulistej, zakwitłej wodzie. Siadł ciężko na dnie i zwiesił głowę, wyglądając jak zniszczony psychicznie szczeniak. Nie chciał tego przyznać przed samym sobą, a tym bardziej innymi, ale nie był w stanie poradzić sobie ze wspomnieniami. Nie miał już nawet sił powstrzymywać tych podłych myśli.
Gdy leniwie wyszedł zgarbiony z sadzawki, otrzepał się i wpatrzył w trawy przed sobą. Ich wysokie źdźbła odbijały się ciemnym kolorem, jednak gdy do nozdrzy basiora doszedł chłodny powiew, zastygł, gwałtownie unosząc łeb. Po dłuższej chwili poruszył się lekko i odwrócił, by odejść jak najszybciej. Przerwał mu jednak ledwo słyszalny szelest, tak głośny dla wymęczonego, ach wyostrzonego zmysłu wilka. Stał w bezruchu, oczekując na to, co czyhało za jego plecami.
– Hermes... – usłyszał tak dobrze znany głos.
Mimo iż tembr wyryty był w jego pamięci od wielu lat, basior zastygł i nie ważył się nawet drgnąć. Uważnie słuchał, jak szelest powoli przesuwa się w jego stronę, aż przed jego rozproszonym wzrokiem stanęła sylwetka przypominająca wielką, czarną jak noc kępę traw, w którą chwilę wcześniej się wpatrywał. Jak żywy, o ironio! Momentalnie wróciły do niego wszystkie wspomnienia, każda cząstka materii tworzącej jego ciało, jak i umysłu drgnęła z bólu. Hermes skrzywił się nieznacznie i więcej nie odważył się spojrzeć na tak dobrze znaną mu postać. Stres skumulował się w nim, a w gardle stanęła mu wielka gula. Zacisnął zęby i postanowił ignorować ten marny wytwór wyobraźni przed sobą. Wariat, totalny wariat, rzeczesz. Masz rację.
– Ja... ja muszę ci wszystko wyjaśnić – zaczął Muro, wyraźnie przełamując się przed wypowiedzeniem tych słów. – Jestem ci to winien, po tym, co się stało...
– Skończ. – uciął Hermes.
– Leech... – ponowił czarnofutry wilk. – Musisz...
– Nie chcę cię znać. Zachowaj chociaż część godności i nie zjawiaj się więcej w moim życiu.
Po tych słowach odwrócił się i z obłędem w oczach rzucił się do ucieczki motywowanej panicznym strachem, jak i niepohamowaną złością.

Hermes – quest #10

– Oczywiście, że to zrobię – powiedziałem spokojnie, patrząc brązowemu basiorowi w oczy. – Pod warunkiem, że następnej nocy to ty zawitasz na cmentarnej ziemi, Artemis. To zbyt durne, żeby mnie tak podpuścić.
Wilk wstał więc z, jak zwykle, łagodnym uśmiechem na pysku i przeciągnął się lekko. Spod futra wystawały mu doskonale widoczne w tej pozycji żebra, a kiedy wyprostował się, kościste łopatki nadały mu nieco żałosnego wyglądu. Westchnąłem głęboko, po czym prawie siłą zaciągnąłem go na polowanie. Wizja nawiedzania go przez zagłodzonego mnie najwidoczniej, mimo swej absurdalności, przekonała do pójścia wraz ze mną. Udało mi się skłonić go również do zjedzenia dość dużej jak na niego porcji sarniny.
Następnym razem zobaczyliśmy się późnym wieczorem przed terenem cmentarza znalezionego kilka dni temu, kiedy to wraz z Artemisem wpadliśmy na siebie pierwszy raz. Łagodny sposób bycia tego wilka w jakiś sposób skłonił mnie do nieignorowania go. Przeszedłem przez swego rodzaju  grodzenie z żywopłotu i wyszedłem na dróżkę pomiędzy kamiennymi tablicami okrytymi bluszczem. Odwróciłem się z pokerową miną i zobaczyłem, jak Artemis żegna mnie uprzejmie, po czym odchodzi. Wywrócenie oczami było moim jedynym komentarzem całej sytuacji.
Z powrotem spojrzałem na groby przede mną i wszedłem w głąb cmentarza, szukając jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym spędzić noc. Ostatnio mało spałem, lecz mimo to nie byłem senny. Dość przytomnie oglądałem szare nagrobki i usiłowałem dojrzeć dane zmarłych spod trujących liści. Większość z nich była tak stara i starta, że z trudem zdołałem odszyfrować pierwsze litery. Obco brzmiące imiona nic mi nie mówiły do czasu, aż pod strzelistą lipą ujrzałem jedno doskonale znane mi słowo. Momentalnie wróciły do mnie tak skrzętnie skrywane przeze mnie wspomnienia. Bardzo mocno poruszony wpatrywałem się w grób, zastanawiając się, czy to dokładnie ten wilk. W środku mnie kotłowała się najróżniejsza mieszanina uczuć, od tych negatywnych po najmilsze. Kiedy jednak
uczucia zaczęły przejmować nade mną górę, a oczy zaczynały niebezpiecznie piec, zacisnąłem mocno zęby, chcąc wydostać się ze świata wspomnień. Odszedłem kawałek i skręciłem w jedną z odnóg alei.
Kluczyłem między grobami dłuższy czas, aż potknąłem się i zraniłem w jedną z łap. Ze złością
spojrzałem na wypływającą krew i pozwoliłem jej skapywać na ziemię. Wraz z nią uchodziły ze mnie
emocje i znów wracał spokój, z pozoru podobny do tego, który zwykle towarzyszył Artemisowi. By do
końca przywrócić się do porządku, wyciągnąłem swoje papierosy i zapaliłem jednego mimo miejsca,
w jakim się znajdowałem. Już dawno zapadła noc, toteż usiadłem pod jednym z nielicznych drzew i
wpatrzyłem się w odcinające się czernią chmury. Spoza nich wyzierał księżyc, świecąc mi prosto w
oczy. Przymknąłem je lekko i oparłem głowę o pień, myśląc intensywnie.
Kiedy otworzyłem ponownie powieki, zdałem sobie sprawę z tego, że usnąłem. Wstałem spod
drzewa i otrzepałem się. Wtedy też dotarło do mnie, iż jest dość jasno jak na noc, mimo że firmament
gęsto zakrywały chmury. Nieco zdezorientowany tym rozejrzałem się, by odnaleźć źródło światła.
Moim oczom ukazały się różnokolorowe punkty jaśniejące w oddali. Podszedłem w ich stronę,
tłoczyły się przy jednej z kamiennych tablic. Były to płomyki o niespotykanych zwykle barwach. Te o krwiście czerwonym odcieniu podleciały bliżej i otoczyły mnie, pulsując światłem. Jeden z większych dotknął mnie w nos, jednak nie sparzył. Wszystkie cofnęły się i ustawiły w rzędzie jeden za drugim, więc z dozą niepewności podszedłem w kierunku końca tej linii. W tym momencie z pozostałych nagrobków uniosło się więcej punkcików, one również utworzyły świetlistą drogę. Doprowadziła mnie ona do ogromnej, kamiennej płyty z wyrytym na niej tekstem. Przeczytałem go, dowiadując się o wilczych wojownikach spoczywających na cmentarzu. Wtedy też ogniki zajaśniały mocniej i stłoczyły nad jedną z pierwszych liter. Odczytałem ją i kiwnąłem głową, więc przesunęły się do innej.
„Im więcej żywych nas odwiedzi, tym większe szanse na spokój pośmiertny mamy. Pamiętaj”
Kiedy tylko płomyki wskazały mi ostatnią z liter, zajaśniały aż do białości i zgasły. Nieco zdezorientowany tym zjawiskiem zamrugałem kilka razy i obejrzałem się wokół. Wszędzie panowała ciemność. Nieoczekiwanie mój łeb zaczął pulsować, a moje ciało osunęło się. Straciłem świadomość zaraz po tym, jak w oddali zabłysnął jeszcze jeden czerwony punkt.
Ocknąłem się, kiedy na niebie widać już było słońce. Co dziwne, znajdowałem się nie pod tablicą z informacją o wojownikach, lecz wcześniej mijaną lipą. Jeszcze raz spojrzałem na grób, który w nocy wywołał we mnie dość duże emocje. Zmrużyłem oczy, zaskoczony widokiem. Na nagrobku nie znajdowało się żadne znane mi imię, właściwie to był to tylko zbiór liter nawet niestojących obok siebie. Nie dane mi było zbyt długo nad tym myśleć, gdyż za plecami usłyszałem wołanie brązowego basiora.
– Tu jesteś. – stwierdził ze spokojem. – Im dłużej cię szukałem, tym większe były szanse na nawiedzenie mnie przez ciebie pod postacią ducha.

29 listopada 2018

Od Nicodema - quest nr. 4

Nicodem szedł wolno przez las. Letnie wieczory były wyjątkowo długie, więc mógł sobie na to pozwolić. Lubił tą część lasu, zwłaszcza wtedy, gdy słońce przebijało się swoimi promieniami przez drzewa, powoli zachodząc za linię horyzontu. Mały szczeniak zawsze zastanawiał się, co robi słońce, gdy się przed nim chowa. Może śpi, tak, jak on? A może daje dzień zupełnie innej części świata, o której nikt ze znanych mu osób nie wie? Nigdy jednak nikogo o to nie zapytał. Lubił wymyślać przeróżne historie o tym, co się wtedy dzieje. Pozwalało mu to się zrelaksować, zapomnieć o tym wszystkim, co go dręczy.
Tego wieczoru jednak las wyglądał trochę inaczej. Nie oświetlało go jedynie zachodzące słońce. Biła od niego dziwna, niebieska poświata. Sam Nico być może nie zdawał sobie z niej sprawy, ponieważ zaburzenie widzenia barw nie pozwoliło mu na tak dokładne przeanalizowanie całej sytuacji. Mimo wszystko czuł, że coś jest nie tak. Nie był jednak jednym z tych wilków, które zamartwiałyby się wszystkim, nawet najmniejszym złudzeniem, więc nie przykładając większej uwagi do dziwnej łuny, postanowił oddać się swojemu ulubionemu zajęciu. Lato bardzo mu w tym pomagało, bowiem o tej porze roku nie było trudno o kwiaty. Interesowały go tylko te, których barwa była nieskazitelnie czerwona. Tylko takie kwiaty postrzegał tak samo, jak wszyscy inni. Każdy widział je jako czerwone. Na początku szczeniak nie potrafił odróżnić tych, które widzi nieprawidłowo od tych, których kolory widzi dobrze, z biegiem miesięcy jednak, nauczył się te barwy odróżniać. Skakał od kępki do kępki, starannie układając bukiet. Nie zamierzał go nikomu dawać. Po prostu lubił układać kwiaty.
Gdy miał zrywać kolejną dalię, zza krzaków jagód wyjrzał niewielki płomyk, żarzący się niebieskim światłem. Co prawda Nicodem nie był w stanie określić jego koloru, jednak nie sprawiło to, że nieznana mu postać stała się mniej ciekawa. Przyglądał się jej uważnie, próbując przypomnieć sobie, czy takowe istotki występowały w którejś z opowieści, które niegdyś słyszał. Nie mógł sobie przypomnieć. Płomyk był więc dla niego czymś zupełnie nowym. Nie zachowywał się w żaden sposób groźnie, więc szczeniak uznał go za przyjaźnie nastawionego. Ten jakby próbował zachęcić go do zabawy, ciągnąc uszy i latając wesoło wokół sześciu ogonów malca. Basior był skupiony tylko na tym. Nawet nie zauważył, kiedy słońce zniknęło. Ganiali za sobą tworząc piękne, świetliste wstęgi, ale płomyk wydawał się Nicodemowi coraz smutniejszy. 
- Coś się stało? - zapytał w końcu, nie przykładając uwagi do tego, że jego nowy przyjaciel może nie rozumieć wilczej mowy.
W blasku księżyca podążał za płomykiem, dawno już zgubiwszy ścieżkę. Dotarł z nim do niewielkiego stawu. Niebieskie światełko zakręciło się kilkakrotnie nad taflą wody. Unosiło się nad nią z niepokojem, jakby próbując przekonać wilka, by się zanurzył.
- Naprawdę tego chcesz, Nicodem? - pomyślał na kilka sekund przed tym, jak jego futro zmokło całe, pod wpływem otaczającej go wody.
Na samym dnie, pod cienką warstwą piasku, błyszczało niebieskie, delikatne światło. Szczeniak płynął w jego stronę. Gdy pływał, zawsze był skupiony jak tylko potrafił. Machanie czterema łapkami i sześcioma ogonami niezwykle tego wymagało. W końcu, będąc przy dnie, przetarł jedną z łap piasek, pod którym świecił dziwny blask. Jego oczom ukazał się kryształ, mieniący się błękitem i fioletem. Nico chwycił go w pyszczek, po czym czując, jak zaczyna brakować mu tlenu, popłynął jak najszybciej tylko umiał, w stronę powierzchni. Gdy jego głowa wynurzyła się z wody, zaczerpnął głęboki wdech. Stojąc już na lądzie, otrzepał się z wody, po czym położył naszyjnik z kryształem przed płomykiem.
- O to ci chodziło? - zapytał.
Płomyk tylko zbliżył się do kryształu, po czym zniknął wraz z nim.
Przez Nicodema przeszła energia, barwą przypominająca jego świetlistego przyjaciela, po czym przed wilkiem utworzyła się droga z niewielkich, niebieskich płomieni, nie większych od tych na świecach. Pokazywały mu, którędy ma podążać, by trafić do domu.
Basior nie wiedział, dlaczego dla płomyka ten naszyjnik był tak ważny. Szybko zapomniał o całym zajściu, myśląc, iż to wszystko było tylko snem. Niebawem jednak miał się przekonać, że to nie koniec zabawy ze świecącym przyjacielem.

26 listopada 2018

Akatala cd. Nester

— Jakie masz moce — rzuciłam spanikowana.
— Kreacja, wtapianie się w tło i...
— Stwórz coś, co nas obroni — pisnęłam i coraz szybciej zaczęłam się cofać. Nie chciałam umierać kolejny raz, nie w taki sposób. — Nester! — krzyknęłam. — Proszę cię, zrób coś!
— Nie mogę sprawić, że staniemy się niewidzialni. Chyba. Podaj mi łapę — poprosił. Uniosłam kończynę bez namysłu i czekałam na reakcję basiora. Okropna, wodna kreatura była coraz bliżej. Z jej pyska sączyła się piana, a cała postać była podziurawiona. Nagle stanęła i zaczęła się w nas wpatrywać. Miała zaskoczony wyraz pyska, obeszła nas, a chwilę później zniknęła w mroku.
— Udało się — szepnęłam bardziej do siebie niż do niego. Puściłam łapę basiora, a następnie zwróciłam się w jego stronę. — Wybacz mi moje zachowanie, ale ja po prostu nie potrafię się odnaleźć. Może, aby wynagrodzić ci niańczenie mnie, dasz zaprosić się na herbatę?
Nester spojrzał na mnie pusto, ale w jego oczach przez krótką sekundę mogłam dostrzec rozbawienie.
— Dobrze — zgodził się. — Prowadź.
Zaśmiałam się nerwowo i zaczęłam iść w stronę bagien. To może trochę niepoprawne wkradać się do czyjegoś domu, ale skoro nie miałam swojego, to miałam prawo skorzystać z apartamentów ojca, czyż nie? Tak czy siak, powolnym krokiem szłam w stronę kryjówki Harbingera. Emocje opadły, adrenalina przestała krążyć w ciele, a ja kolejny raz poczułam senność. Nie mogłam jednak zostawić swojego wybawcy na lodzie, jeszcze nie dziś. Jednak nie taty obawiałam się najbardziej, a potworów, które mogliśmy spotkać po drodze. Myśl o spotkaniu tych kreatur mroziła krew w żyłach albo w czymkolwiek.

Zbiegliśmy z niewysokiego pagórka i w końcu mogłam odetchnąć. Stanęliśmy przed niewielką jamą, jako gospodyni poszłam pierwsza. Właściwie nawet nie do końca znałam drogę, kierowałam się instynktem i pochodniami, które co jakiś czas oświetlały płomieniami podziemne korytarze.
— Wydawało mi się, że nie przebywaliście na tych terenach zbyt długo. Jak to możliwe, że całe to miejsce jest gotowe do zamieszkania? Byłaś tu wcześniej? — zapytał Nester, rozglądając się po przejściu.
— Właściwie to miejsce należy do mojego ojca, nie wiem jakim cudem to zrobił, ale z pewnością był tu dłużej niż pozostali członkowie watahy.
— Samotnik — rzucił.
— Powiedzmy — odpowiedziałam zdawkowo. Tak naprawdę znałam go od kilku miesięcy. To, co o nim wiedziałam, było zaledwie kroplą w morzu.
— Nie obrazi się, że na jakiś czas zajmiemy jego leże?
— Nie, nie ma go na terenie.
Po moich słowach zapanowało milczenie, ale na krótko, bo w końcu dotarliśmy do głównej groty.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to obraz wilczej rodziny. Za każdym razem robił na mnie tak samo ogromne wrażenie.
— Łał... — wyrwało mi się.
— Byłaś tu już wcześniej? Wiesz kto to?
— Tak, ale ten malunek zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. To jego rodzina i w sumie moja też. Rozgość się — wskazałam niewielkie półki skalne, które mogły posłużyć za stoły, podesty, krzesła i inne takie, a sama poszłam poszukać ziół. Chwyciłam w zęby à la miskę, następnie wsypałam do niego ususzoną miętę i pomarańczowy kwiat o nieznanej mi nazwie, wszystko zalałam wcześniej zagrzaną wodą.
— Dlaczego ciebie tam nie ma?
— Och, bo to jego p r a w d z i w a rodzina.
— Nie bardzo rozumiem.
— Może kiedy indziej ci wytłumaczę. A ty, co tutaj robisz? Skąd się wziąłeś i dlaczego? Oczywiście nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. Możemy sobie pomilczeć.
Posłałam mu zdawkowy uśmiech i kolejny raz zaczęłam wpatrywać się w fioletowe oczy złotego basiora na ścianie. Nester w tym czasie upił łyk herbatki i skrzywił się.

Nester? Żyję.

Od Paina cd. Akatala

- Tak się składa, że nie. - powiedziałem nieco nerwowo i groźniej niż zazwyczaj. No cóż, wyglądało przecież na to, że to koniec mojej, bo nie naszej, wędrówki. Musiałem na czymś wyładować emocje, a tylko ta wadera była w pobliżu.
- No, to miłego czekania. - stoickim spokojem próbowała podsycić mój gniew, lub tylko przez ogarniającą mnie złość odczytałem złe intencje.
- Cóż, czekanie może być naprawdę miłe, ale nie w twoim towarzystwie. - ze skrzywionym pyskiem gapiłem się w przestrzeń, tyłem odwrócony do wadery.
- Błagam, serio zamierzasz się teraz fochnąć? Bo nie udało ci się znaleźć jakiejś zmarłej wadery?
- Nie jakiejś! - warknąłem, gwałtownie odwracając głowę. Gniewnie spojrzałem na nią lewym okiem.
- Oho, wybacz. C u d o w n e j wadery. - zakpiła - Dobra, zakończ to. Musi być przecież jakieś wyjście... - bacznie obserwowana przeze mnie wadera zaczęła rozglądać się w dół. Ja tym czasem biorąc głęboki wdech ochłonąłem i uświadomiłem sobie, jakiego debila z siebie zrobiłem. I tylko dla jakiejś... ach, nawet jej nie kochałem. Chyba. Wypadałoby teraz towarzyszkę przeprosić, ale nie będę przecież robił scen rodem z szczenięcego romansidła. Tak nisko jeszcze nie upadłem.
Drzewo było wysokie. Bardzo wysokie. Ale ten fakt nie stanowiłby problemu, gdyby gałęzie były w trochę mniejszej odległości od siebie.
- Umiesz latać? - krzyknąłem do wadery zmartwionym głosem, ale tylko po to, aby nadać ciekawego klimatu.
- Nie. - odparła bez emocji. No tak, ktoś zawsze musi popsuć moje plany.
- No, wygląda na to, że utknęliśmy. - wydałem wyrafinowaną opinię - Teraz wystarczy przeprowadzić badania i będziemy wiedzieć na pewno, na czym stoimy. - uśmiechnąłem się, słabymi żartami samemu sobie dodając otuchy. Piękne jest życie idioty.
- Piękne... - wyszeptał lodowaty głos, pochodzący jak gdyby zewsząd.
- C-co to było? - zadrżałem.
- Nie mów tylko, że ten parszywy starzec... - wyszeptała wadera błądząc wzrokiem po liściach.
- Starzec, pf. Zabawne. - znów ten głos, tylko że tym razem jeszcze wredniejszy.
- Nie wiesz, moje dziecko, ile bym dał za śmierć w starczym wieku. Być może zmylił cię mój wygląd... - zaśmiał się - Cóż, gleba nie działa dobrze organizm.
Po tych słowach znikąd, na gałęzi, dwa metry niżej od nas zjawił się ten dziad. Wyposażony w mylący uśmiech i pełne cierpienia oczy.
- Ciężar codzienności przygniatał mnie od lat, aż się mu poddałem. Mówię, widziałem dno... - szeptał spokojnie - Było bardzo głęboko, było bardzo ciemne, i byłem, byłem tam jak żywy. Trwało to wieczność, a zarazem ułamek sekundy, aż coś wyciągnęło mnie na brzeg.
Wilkowi zakręciła się łza w oku, której bardzo się wstydził. To było widać.
- Teraz, moje dzieci... - dokończył załamanym głosem - wasza kolej... ujrzeć dno.
Piorunującym spojrzeniem znów wywołał u mnie strach, przez co zahwiałem się, omal nie spadając z gałęzi. Później jednak spojrzał się na Akatalę. Miałem wrażenie, że od początku bardziej się nią interesował.
- A ty, moja córko? Widziałaś dno? - znów złagodniał. Mimo wszystko wciąż emitował chęcią zabicia nas, lub zrobienia nam okrutnej krzywdy.

Akatala? Nie wiem co zrobić z tym drzewem >.<

25 listopada 2018

Od Symonidesa - quest #8 (event listopadowy)

Symonides szedł kamienną ścieżką już od jakiegoś czasu. Z każdym jego krokiem poranną ciszę przecinał cichy, jakby nieśmiały chrzęst, ale on zdawał się nawet tego nie zauważać. Dzień był wietrzny; słońce dopiero w połowie wychyliło się zza horyzontu, więc gdzieniegdzie wciąż panował półmrok. Basior wstał w środku nocy i choć był wyraźnie zmęczony, nie mógł usnąć. Wciąż ziewał i czasami zdarzyło mu się lekko zatoczyć, jakby przysnął w połowie kroku i musiał się pilnować, by nie zwinąć się w kłębek gdzieś pod pobliskim drzewem. Wszystko wydawało się nadal uśpione; pomimo chłodnego, mierzwiącego sierść wiatru było ciepło, przyjemne więc nasz bohater nie trząsł się tak jak jeszcze każdego poranka kilka miesięcy wcześniej. Znów ziewnął przeciągle, kłapnął jęzorem i zamrugał kilkakrotnie; od szczeniaka miał swoją małą przypadłość, która objawiała się tym, że za każdym razem, kiedy ziewał, w jego oczach pojawiały się zamazujące obraz łezki. Brnął naprzód bez celu, jakby zatopiony w transie; gdzieś obok mignął jakiś kontur, na co jego organizm w ogóle nie zareagował, tak, jakby rzeczywiście nic się nie stało. Dopiero cichy, przeciągły szloch wyrwał go z letargu i twardo sprowadził na ziemię. Rozejrzał się z niepokojem, kątem oka znów zauważając zmiany w statycznym – jedynie kołysanym wiatrem – krajobrazie. Odchrząknął, wyprostował się, a potem rzucił w przestrzeń ciche „Ktoś tu jest?” i na powrót zamilkł, nie otrzymując żadnej odpowiedzi. Rozejrzał się wokół, dokładnie wpatrując się w otaczające go zarośla, jakby miała się zza nich wyłonić zaraz jakaś zraniona istota.
Szloch stawał się głośniejszy, to coś się zbliżało. W końcu wyłapał również wyższy ton głosu, który zdecydowanie należał do wadery. Choć ogarnęło go wahanie, w końcu ruszył w kierunku, z którego dobiegał lament. Ponowił swoje pytanie, tym razem głośniej i dobitniej, chcąc zmusić nieznajomą do odpowiedzi. Kolejny wybuch płaczu; nic więcej. Schylił łeb, aby móc przejść pod zawieszoną nisko gałęzią, potem podreptał jeszcze kawałek i ujrzał kręcącą się w kółko wilczycę. Jej wzrok był pusty, zdawała się jakby oderwana od rzeczywistości. Zresztą jej wygląd również na to wskazywał; zaczął jej się przyglądać i w miarę powolnego upływu czasu zauważał coraz więcej. Bardzo łagodne rysy pyska, przez co sprawiała wrażenie miłej i pomocnej; takiej, do której każdy bez wahania zgłosiłby się ze swoim problemem, mając pewność, że uzyska cenne wskazówki. Jego uwagę przykuł też lekko zaokrąglony brzuch. Ciąża? Zmarszczył brwi i podszedł bliżej. Odchrząknął, aby nie przestraszyć jej nagłym pojawieniem się – nie reagowała, więc uznał, że chwilę postoi w miejscu. W końcu jej uszy drgnęły. Stała odwrócona tyłem; powoli spojrzała w jego stronę, wyginając szyję. Dopiero teraz dostrzegł otaczającą ją aurę i nie miał już żadnych złudzeń.
Dusza Ciężarnej.
Spoglądała na niego w milczeniu, a z oczu kapały jej krwawe łzy. Wstrzymał oddech, kiedy rzuciła się w jego stronę i upadła przed jego łapami, opierając o nie czoło. Schylił się i, nie wiedząc co robić, musnął jej ucho nosem; ten gest czułości sprawił, że znieruchomiała, a on poczuł się, jakby popełnił niewiarygodny błąd. Słuchać było tylko wiatr.
W końcu odezwała się, chrapliwie, jakby coś w jej głosie zgrzytało. Symonides nie był pewny, czy jest to spowodowane ciągłym płaczem, emocjami, czy może to jej naturalny głos. Chociaż... słowo naturalny raczej tu nie pasowało. Była martwa. Gdyby nie jego wiedza, zapewne nie ujrzał by w niej Ciężarnej. Tyle, że wszystko się zgadzało. Przez tę świadomość wydał się zasępiony, jak gdyby nagle jego zmęczenie i błądzący po pysku zawadiacki uśmiech rozpłynęły się i pozostał tylko żal. Dwie martwe istoty, dwie, wydawałoby się, niewinne. Znów odchrząknął, a świadomość, że zrobił to po raz kolejny zmieszała go – nie było tego po nim widać, jednak nie wiedział, co powiedzieć, przez co poczuł się niepewnie. Jako dyplomata zwykle wiedział, co w danej sytuacji zrobić. Teraz jednak jego serce ścisnęło się, a kiedy wadera wypowiedziała kilka gorzkich słów, zacisnął powieki i zadał sobie pytanie, czy w ogóle to wszystko ma sens. Przecież i tak jej nie pomoże.
– Pomóż mi – jęknęła. Uparcie milczał, dając jej tym znak, żeby rozwinęła kwestię. – Zniszcz mnie, zabij moją duszę... Nie mam – pociągnięcie nosem, gardłowy szloch, który wstrząsnął Symonidesem – nie mam siły.
Ugiął przednie łapy, tak, by zniżyć się do ziemi i móc spojrzeć w jej zaczerwienione oczy.
– Dlaczego?
Nastąpiła pełna napięcia cisza, która odbijała się w ich głowach jeszcze przez moment. Potem wstała, przy czym Simo pomógł jej. Od dzieciaka był w takich kwestiach dżentelmenem, więc i teraz nie zawiódł. Usiadła obok niego, przy czym wydawała się już bardziej uspokojona jego miarowym szeptaniem, które zaczął uskuteczniać chwilę temu. Potem on zamilkł, a ona rozpoczęła swoją opowieść; widać było po niej, że z trudem powstrzymywała łzy.
Dowiedział się, że nazywała się Samandriela. Musiał przyznać, że imię oryginalne: wcześniej takiego nie słyszał. Później słuchał historii o chorej relacji, o prześladowaniu i konsekwencji w postaci niechcianego szczeniaka. Tonie była jej wina, on zrobił coś, czego nie powinien doświadczyć nikt. Nie wiedział już, co ma czuć. Emocje wadery przelały się na niego – tak, jakby ktoś wylał na niego wiadro z płynnym żalem do świata. Przymknął oczy, czekając na to, co nadejdzie. Tak naprawdę już się domyślał. I miał rację.
Samobójstwo. Przeszedł go dreszcz. Zawsze uważał to za coś niezwykle bolesnego; przerzucenie bólu na inne osoby. Współczuł jej, to oczywiste. Lecz czy potrafiłby zniszczyć jej duszę?
– Proszę... – wyszeptała, zwieszając łeb. Na ziemię spadło kilka kropel łez. Wiedział, że nie chce tego, co ma w brzuchu, traktuje to jako pasożyta, a teraz jest na to skazana. Ile to potrwa? Westchnął i uniósł łapą jej podbródek, zmuszając ją do spojrzenia na siebie. Oczy Samandrieli rozjaśniły się nieco, kiedy skinął głową.
Później wszystko potoczyło się szybko. Wiatr wciąż szumiał, mierzwił ich futra, kiedy stali naprzeciwko siebie. Serce Symonidesa biło szybko, tak, jak bije po wyczerpującym biegu lub jakiejś mrożącej krew w żyłach sytuacji. Jeszcze na moment przymknął oczy, wsłuchując się w uspokajający szum. Potem wypowiedział kilka słów; nie potrafił używać magii, owszem, lecz jako dyplomata wiedział, że słowa mają ogromną moc. Zwłaszcza te odpowiednio użyte.
Wyszeptała ciche „dziękuję”, a potem rozpłynęła się jak rozpędzony łapą dym.
Stał jeszcze chwilę, miotany na boki wiatrem. Odwrócił się i ruszył z powrotem, do domu i rodziny – kiedy spojrzał w górę, zobaczył nieśmiało świecące słońce w całej swojej okazałości. Odchrząknął po raz kolejny i przyśpieszył.
Przybrał na pysk swój zwyczajny uśmiech i wszedł do jaskini, a potem przywitał się z Antilią, przygarniając ją do siebie łapą i całując w czoło – tak, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Na pytanie gdzie był, odpowiedział, że na leniwym spacerze. Po prostu. 

24 listopada 2018

Od Harbingera cd. Ingreed [Hargreed #10]



– Nie. Nie zostawiaj mnie... Proszę – powiedział basior drżącym głosem. Wiedział, że ta chwila nadejdzie, od początku był na to przygotowany, a mimo to, nie potrafił sobie z tym poradzić. Słona łza skapnęła na pustą posadzkę. Wadera zniknęła, a on siedział pochylony. Brzemię, jakie nosił na swoim sercu, dawało o sobie znać, to nie było to. Kolejna łza i kolejna. Jedyna istota, na jakiej mu zależało odeszła i nie mógł nic na to poradzić. Zadawał sobie pytanie, co właściwie jeszcze tutaj robi? Powinien być z nią albo wcale. Już podczas pierwszego spotkania oddał jej swoją duszę, serce oraz umysł, sam nie miał nic. Każdego dnia poświęcał się jej całkowicie, a teraz, gdy jej potrzebuje, zniknęła. Była jego powietrzem, była sercem, które pobudzało organizm do działania. Teraz już nie miał serca. Basior uniósł zamglony wzrok i rozejrzał się dookoła. Koszmary powróciły, czarne, zamazane kształty czaiły się wokół niego. Nie mógł od nich uciec, więc po prostu wstał i rzucił się w czarną otchłań, która od jakiegoś czasu była jego domem. W drodze do watahy zaczął liczyć kroki, miało to zająć jego umysł, ale bardzo dobrze wiedział, że tak się nie stanie. Obraz Ingreed był zbyt wyraźny, jej śmiech zbyt głośny, oddech zbyt żywy, a futro zbyt miękkie. Harbinger nawet nie zauważył, kiedy padł na ziemię i zatopił swe łapy w miękkiej trawie. Promienie słońca delikatnie tańczyły po jego ciele, spojrzał na nie i uśmiechnął się w duchu. Przypomniał sobie rodzinę – Leloo, Miriyu, Seele, Gwen, Hesher... Oni wszyscy odeszli, kradnąc ze sobą wszystko, na czym mu zależało, kawałek po kawałku. Zasłonił oczy łapą i ujrzał ciemność, której tak bardzo się bał. Zobaczył w niej Inveth, jej futro czarne niczym smoła, figlarne spojrzenie oraz uśmiech, który był tak bardzo podobny do tego, o którym myślał całymi dniami.

Nadal oszołomiony stał w kolejce, w sklepie po dwa przedmioty, które miały odmienić jego życie. O dziwo nie był to Popiół Serir ani nic, co przyczyniłoby się do samobójstwa. W końcu dopchał się do lady i najspokojniej, jak potrafił, poprosił o Owoc Theris oraz Dokument Dorosłości. Nie zwracał uwagi na ciche westchnienia ani pomruki. Wyszedł, zamiatając ogonem po brudnej ziemi.

Nie zastanawiał się, jak to jest być młodym. Nie przyjmował do wiadomości, że będzie czuł się inaczej, niż w obecnym momencie. Kiedyś ktoś mu powiedział, że każdy jest przekonany, że jego śmierć będzie końcem świata. Nie wierzy, że będzie to koniec tylko i wyłącznie jego świata. Jaka szkoda, że te brednie w żadnym stopniu nie są prawdziwe. Harbinger przez chwilę miał ochotę rzucić wszystko, co do tej pory miał zaplanowane i po prostu odejść, ale nie mógł. Jakaś tajemnicza siła wciąż trzymała go w Watasze Smoczego Ostrza i nie potrafił się jej postawić. Jednym haustem wypił zielonkawy płyn z małej fiolki, a następnie rozciął sobie łapę czarnym ostrzem i przypieczętował swoją krwią akt dorosłości. Od teraz wszystko powinno stać się inne. Rozpoczął nowe życie i naiwnie myśli, że będzie lepsze. Jaka szkoda, że droga usłana jest różami, lecz każda z nich ma kolce. Powodzenia Harbingerze, niech ci się wiedzie.

23 listopada 2018

Od Ariny - QUEST: #15 (Event listopadowy)

To był wyjątkowo ciężki dzień. Najpierw nieudane polowanie, potem ta kłótnia... Arina nie potrafiła już nawet zebrać myśli. Kręciła się w kółko, nie wiedząc co właściwie ze sobą zrobić. Było już naprawdę późno, przez szczeliny w skale księżyc nadawał jej sierści srebrny odcień. Na zewnątrz pojawiły się pierwsze świetliki. Miała wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie. Trudno, najwyżej znów dostanie baty za wychodzenie po zmroku! Jednym susem wyskoczyła z jaskini i popędziła przed siebie na łeb na szyję. Musiała odreagować.
Biegła szybko, lecz równym tempem. Ćwiczyła zwinność, przeskakiwała przez zwalone pnie, różne doły, wymijała wiekowe drzewa. Z daleka musiała wyglądać jak srebrna smuga. Nareszcie poczuła, jak uchodzi z niej cały dzisiejszy stres. Zwolniła. Teraz truchtała niespiesznie, biorąc głębokie oddechy. Jak na noc było wyjątkowo jasno. Dostrzegła przed sobą jezioro, a tuż przy brzegu drzewo, mające gałęzie nad samą taflą wody. Idealne miejsce na odpoczynek.
W kilka sekund wdrapała się na jedną z nich i zanurzyła łapę w zimnej wodzie, rujnując odbicie księżyca w pełni. Zamknęła oczy, rozkoszując się chłodem nocy, przenikającym przez rozgrzane mięśnie. Wokół słyszała delikatny szum wody, cykanie świerszczy i pohukiwanie sowy. Machała leniwie ogonem, zgięła kilka razy zanurzoną łapę.
Coś wciągnęło ją pod wodę.
Dopiero po chwili dotarło do niej co się dzieje, zupełnie się tego nie spodziewała. Nie zdążyła nawet nabrać powietrza, a coś ciągnęło ją coraz niżej i niżej... W mętnej wodzie widziała tylko błyszczące ślepia topielca. Zaczęła walczyć, kopać, wyrywać się, lecz oślizgły wilk nadal zmierzał z nią na samo dno. Brakowało jej tlenu, czuła, że zaraz zemdleje. Rozpaczliwie kopnęła topielca, jednak on nawet się nie zatrzymał. Ściemniało jej w oczach, organizm zużył ostatnią rezerwę powietrza. Odpłynęła w ciemność.

***

Chwytała w płuca powietrze, wypluwając z siebie resztki stęchłej wody. Było zupełnie ciemno, lecz sucho. Żyła. Nie pamiętała, jakim cudem wydostała się z jeziora. Leżała teraz na czymś zimnym, najpewniej znajdowała się w jakiejś jaskini. Przewróciła się na grzbiet i kątem oka dostrzegła przy ścianie jakiegoś wilka. No tak, znowu zmarły.
- Uratowałem ci życie - powiedział wilk bez emocji.
Arina chyba powinna się przerazić, lecz tak szczerze mówiąc była na to zbyt zmęczona. Miała już po dziurki w nosie tego dnia.
- Dziękuję - wykrztusiła w końcu, z trudem łapiąc oddech. Powoli odwróciła się i stanęła na nogi - A teraz do widzenia - rzekła, rozglądając się za wyjściem.
- Nikt nie nauczył cię dobrych manier? - warknął wilk, zagradzając jej drogę. Teraz Arina zaczęła się bać. - Za przysługi się płaci, maleńka. Obiecaj mi, że coś dla mnie zrobisz, a pozwolę ci wyjść.
- Nie zmusisz mnie do skrzywdzenia kogokolwiek - odparła drżącym głosem wadera.
- Spokojnie, nie jestem tak zły, na jakiego wyglądam. Po prostu przekaż coś ode mnie jednemu z wilków, zwykły list...
- Zwykły list? Jakoś ci nie wierzę - Arina nadal była podejrzliwa. Zmarły westchnął.
- Dobrze, mam na imię Derin- powiedział już nie tak mrocznie. -  I tak nic ci to nie mówi. To list do mojego brata, bardzo dla mnie ważny. Jeśli mu to przekażesz, będę ci dozgonnie wdzięczny. A jeśli nie... - zrobił dramatyczną pauzę - to po prostu sobie pójdziesz. Nie mam zamiaru przecież skrzywdzić zwykłego szczeniaka! To jak?
- Dobrze - zgodziła się w końcu Arina. Najwyraźniej została już mianowana posłańcem zmarłych. Powinni jej płacić. - Do kogo jest list?
- Będziesz wiedzieć. A na przyszłość uważaj na topielce - wyszczerzył zęby wilk, po czym rozpłynął się w powietrzu. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał znajdowała się stara, pożółkła koperta. Wadera westchnęła, chwyciła papier w zęby i wyszła z ciemnej jaskini.
Ku jej zaskoczenie powitało ją rażące słońce. Z długości cieni wywnioskowała, że jest już wczesne popołudnie. Nagle dotarło do niej w jakim niebezpieczeństwie wczoraj była. Mogła zginąć... Wadera mimowolnie wzdrygnęła się. Trudno, nie ma sensu rozpamiętywać tego co było. Można tylko zadbać, by się nie powtórzyło.
Nie miała żadnego punktu odniesienia, nic co pozwoliłoby jej znaleźć brata Derina. Była poirytowana. Najchętniej rzuciłaby kopertę w jakieś krzaki, ale co obiecała, to obiecała. Miała swój honor. Było gorąco. Arina usiadła pod drzewem i zaczęła przyglądać się kopercie. Żadnego podpisu, absolutne zero. Najwyraźniej jedynym sposobem, by odszukać adresata było otwarcie koperty. Najdelikatniej jak potrafiła, rozerwała wiekowy papier, po czym powoli wyjęła poskładany kilkukrotnie list. Nie chciała mieszać się w sprawy Derina i jego brata, ale nie miała wyboru. Zaczęła czytać. Zmroziło jej krew w żyłach.

Drogi braciszku,

nawet nie wiesz jak bardzo ucieszyłem się na wieść o Cadence. Przekaż jej moje szczere gratulacje, zresztą tobie też się przydadzą - już widzę jak opiekujesz się maluchami, ha, ha! Jakoś nigdy nie wyobrażałem sobie ciebie w roli ojca. Zawsze myślałem, że będę pierwszy, a tu takie zaskoczenie.
Chciałbym być z wami. Czeka mnie jednak jeszcze daleka droga, ale wiedz, że w chwili, gdy ten list do ciebie dojdzie, będę już w drodze powrotnej. Jeszcze raz gratuluję.
Sam wiesz kto, braciszku!

Cadence. Ten wyraz wwiercał jej się w głowę. Znała go. Rozpaczliwie próbowała przypomnieć sobie kogokolwiek o tym imieniu, lecz nic nie wskórała. Jeszcze raz omiotła wzrokiem kopertę.
Miała wrażenie, że wilk, będący adresatem nie znajduje się w tej watasze. Mogła tylko czekać, aż wszystko się wyjaśni. Bo że kiedyś to nastąpi była pewna. Coś kazało jej w to wierzyć.

18 listopada 2018

Od Ingreed cd. Harbingera [#9]

Spogląda na mnie z nadzieją, a w jego oczach błyszczą iskierki szczenięcej naiwności. Napawam się tym widokiem i ogarnia mnie dziwne, paraliżujące szczęście. 
– Ucieknijmy gdzieś – mówię i zaciskam usta w cienką linię, czekając z zapartym tchem na jego decyzję. To może się wydawać niczym, ale w tym momencie znaczy dla mnie więcej niż cokolwiek innego. 
– Nie wiemy, ile masz czasu. 
– Nikt nie wie, ile czasu mu zostało – mruczę i podchodzę do niego, ocierając się jak kot. Przez moment nie wie jak ma zareagować, ale zaraz odsuwa się o krok i zniża łeb, tak, by spojrzeć mi prosto w oczy i zmusić mnie do wysłuchania go. 
– Chcę cię zatrzymać. Musi być – na ułamek sekundy załamuje mu się głos, a ja wychwytuję to, lecz nie odzywam się – jakiś sposób. 
Kręcę głową, urywając temat. Jest bolesny dla obu stron i nie ma sensu. 
– Ucieknijmy gdzieś – ponawiam propozycję, znów na moment zamieram, jednocześnie podekscytowana i przerażona.
A on się zgadza. Pod jednym warunkiem: znajdziemy sposób. 

Deszcz zacina w naszą stronę, dlatego mrużę oczy, aby cokolwiek widzieć. Świat wokół rozmywa się na boki, a wokół unosi się zapach deszczu i mokrych liści. Odgłos chlupotania jest jedynym, co do mnie dociera. 
– Znajdźmy schronienie – mówi głos obok mnie i ledwo rozpoznaję poszczególne słowa. Kiwam głową, aby dać znak, że się zgadzam, ale wtedy uświadamiam sobie, że Harbinger i tak tego nie widzi; zmierza już w stronę jaskini, odwrócony ode mnie, ale wciąż czujny. Po chwili sprawdza, czy idę za nim.
Kiedy docieramy do niewielkiej jaskini, które tak naprawdę jest wyrwą w skale, mgła opada już całkowicie na przesiąknięte równiny. Pociągam nosem i gwałtownym ruchem otrzepuję futro z wody, rozbryzgując krople na wszystkie strony. Basior krzywi się, kiedy kilka z nich ląduje na jego, i tak już przemoczonym, pysku. 
– Myślisz, że to się uda? – pytam, patrząc na niego kątem oka. Wyrywam go z zamyślenia, dlatego na początku jego wzrok jest mętny i nieobecny; potem otrzeźwia się i przez chwilę wpatruje we mnie natarczywie, przez co kulę się wewnętrznie. 
– Zobaczymy. Jeśli nie, to umrzemy oboje. 
Marszczę brwi, ale nic nie odpowiadam. Podchodzę bliżej niego i wpatruję się w zielonkawy płyn, który zdaje się emitować blade światło. 
– Wygląda nieciekawie, ale musimy spróbować. Jesteś cholernie blada. 
– To przez wiatr i deszcz, nie przejmuj się. 
Przywiera do mnie czołem i zaciąga się moim zapachem. Popycha mnie, przez co wpadam na ścianę jaskini i wydobywam z siebie cichy jęk. Przeprasza, ale nie przestaje się we mnie wtulać i tym samym napierać na mnie. Cofam się, potykam, oboje upadamy na zimną ziemię i przez chwilę leżymy w bezruchu. 
Przygląda mi się uważnie, ale nie potrafię wyczytać jego emocji. 
– Stajesz się niewyraźna. 
Przytakuję. Czuję wiszącą nade mną śmierć, tak jak wtedy. Basior wstaje i podchodzi do butelki z płynem. 
– Proszę – podsuwa mi go i uparcie wpatruje się w rozkołysaną powierzchnię. – Wróć do nas. 
Jeszcze przez moment waham się i rozważam, czy to na pewno dobra opcja. Potem jednak biorę butelkę i chwytam ją zębami, a potem powoli przechylam, tak, że płyn spływa do mojego gardła kroplami. Harbinger stoi obok i wstrzymuje oddech. 
– Udało się? 
Kręci mi się w głowie i muszę oprzeć się o coś, żeby nie upaść; pada na Harbingera, więc chwiejnym krokiem dopadam do basiora i przylegam do niego tak, aby zachować równowagę. 
– Ingreed? 
Przełykam ostatnie, zgromadzone pod językiem krople, ale zaraz potem czuję w gardle pieczenie i po chwili wstrząsa mną dreszcz. Wymiotuję i upadam na podłogę, zatapiam się w ciemności i bezsilności. Odpływam, kołysana szumiącym szmerem.
Balansuję na pograniczu dwóch światów, chcę być jednocześnie żywa i martwa. Przez chwile wydaje mi się, że znów otworzę oczy i po prostu wrócimy do domu, do Inveth, gdzie wszystko jej wyjaśnię.
– Ingreed... – szepcze Harbiger, przytulając mnie do siebie. – Boli?
Znów cały jest w mojej krwi, która wypływa mi z pyska. W głębi duszy uśmiecham się z żalem, bo historia znów zatacza krąg. 
– Nie, już nie boli. 
– Wytrzymaj. Zaraz wstaniesz i... – znów zawahanie, chwila na oddech, żeby uspokoić drżący głos – i wrócimy do domu. 
Przymykam oczy. 
– Nie zobaczyłam się z Kesame. I nic nie wyjaśniłam Inveth. 
Krzywi się z bólem. Nie wiem, o co mu chodzi, ale skupiam się na tym, żeby przestać się trząść. 
– Zimno mi, Harbi. 
– Mhm. – Przyciska mnie mocniej do siebie. – Spokojnie, zaraz zadziała. 
Staram się oddychać i nie patrzeć Harbingerowi w oczy. Znów przeżywam swoją śmierć po raz drugi, ale tym razem bardziej tego żałuję. 
– Tak będzie lepiej. Słyszysz? Nie patrz tak na mnie. 
– Nie mogę znowu cię stracić... 
– Ciii, no już – uspokajam go i ostatkami sił unoszę łapę, aby oprzeć ją na jego głowie. – Przecież wiedzieliśmy. 
Mruga i spokojnie wydycha powietrze. Jedyną oznaką zdenerwowania jest minimalnie drgająca powieka. 
– Nie, nie zamykaj jeszcze oczu... 
Uśmiecham się. 
– To ostateczne pożegnanie. 
– Znów zginiesz w moich ramionach?
Niemal słyszę w jego głosie oskarżenie. Chcę go przeprosić, bo nie mogę znieść tego pozornie obojętnego, lecz cierpiącego wzroku, ale wiem, że tylko pogorszyłabym sprawę. Przecież obiecywałam sobie, że tym razem odejdę z godnością. 
Dziwne mrowienie w łapach sprawia, że na nie spoglądam. Stają się powoli przeźroczyste, jakby się rozpadały; przypomina mi to działanie magii mamy, kiedy sprawiała, że przedmiot nagle się rozpadał na miliony kawałków, tak, że prawie znikał. Tkwię tak do momentu, w którym nie mogę się już ruszać. Przenikam między światami i tracę swoją materialną formę. 
– Chcę iść z tobą. 
– Nie, nie możesz. – Posyła mi pytające spojrzenie, a ja chcę się uśmiechnąć, ale prawdopodobnie mój pysk powoli zanika. – Bogowie ci nie pozwolą. 
– Oni nie istnieją, Ingreed. To bujda...
– Wiesz, że to nieprawda. Sam widziałeś. 
– Gdyby istnieli, to nie pozwoliliby... – mówi, zacina się. Potem wzdycha, znów chce coś powiedzieć, ale milknie. – Jeszcze tyle chciałem ci przekazać. Mam za mało czasu. 
– Dobranoc, Harbingerze.
Kiwa głowa. To ostatnie, co zapamiętuję przed znajomym ciepłem, które ogarnia w chwili śmierci. 

Nie wiem. Rób co chcesz.

Harbinger cd. Ingreed [#8]


Kiedyś zniknę. Te słowa odbijały się pustym echem w mojej głowie. Bardzo dobrze o tym wiedziałem, ale odkąd In ponownie się pojawiła, zatraciłem się. Zapomniałem, że może zniknąć w każdej chwili i ani ona, ani ja nie wiemy, kiedy to będzie. 
– Chcę odejść razem z tobą Ingreed – mruknąłem wprost do jej ucha. 
– Nie, nie chcesz. Nie wiesz, jak tam jest. 
– Nawet jeśli nie będę tam szczęśliwy, będę egzystował z myślą, że jesteś w podobnym miejscu. Nie mam już siły In, ciągle tylko walczę ze sobą. Nic mnie tutaj nie trzyma.
Nie odpowiedziała. Jej łzy kolejny raz pozostawiały na moim ciele niewidzialne plamy. Nie pamiętam, jak długo wsłuchiwałem się w jej oddech, ale w końcu zasnąłem.

***

Kolejny raz się kłóciliśmy, tym razem o Inveth. 
– Musisz z nią porozmawiać In.
– To nie takie proste.
– Proste.
– Nie.
– Tak.
I tak w kółko. Kłócimy się, a następnie na chwilę zmieniamy temat i znów wracamy do punktu wyjścia. Zawsze kończy się na tym, że jedno z nas odchodzi obrażone na drugie. Znikamy na cały dzień, a następnie nocą ponownie się spotykamy i w milczeniu idziemy spać wtuleni w swoje ciała.

Kolejny raz obudziło mnie słońce. Byłem pewien, że Ingreed już nie śpi, więc od razu wstałem i podszedłem do niej, wypowiadając przy tym krótkie witaj. Od zawsze uważałem, że nasz związek był zbyt formalny. Witaj. Jak się masz? Co dziś robisz? Mogę ci w czymś pomóc? Wyjdziesz za mnie? To wszystko brzmiało i nadal brzmi zbyt sztywnie. 
– Czy możemy, choć na chwilę przestać żyć przeszłością i zaczniemy czerpać radość z chwili?
– Co masz na myśli Harbingerze? – zapytała z udawanym zainteresowaniem.
– Wszystko Ingreed. Zróbmy coś innego, pozbawionego planu i sensu.
– Kłócimy się, prawie codziennie o coś innego, tyle ci nie wystarczy? – prychnęła pod nosem, nie było to jednak złośliwe. 
– Zróbmy coś niekonwencjonalnego i niekoniecznie zgodnego z prawem.
– Co to znaczy? Mam przespać się z synem Kesame, a ty z Nathing? 
– Jeśli tak bardzo chcesz... Ale nie chodziło mi o to. Nie uważasz, że nasz związek jest nudny? 
– Zdecydowanie Harbingerze.
– Jesteś okrutna. Patrzysz prosto w moje oczy i śmiejesz się, nawet nie ukrywasz rozbawienia.
– Nic na to nie poradzę Harbingerze.
– Uwielbiam, kiedy wypowiadasz moje imię In – mruknąłem wpatrując się w jej radosne, niebieskie teczówki.
– Wiem Harbi.
– Więc? – Spojrzałem na nią z nadzieją. Czułem się, jak szczeniak, który prosi o zabawkę, albo chociaż o chwilę uwagi.

In? 
Więc? Najdroższe słońce? Doprowadź ten cukier do końca, prooszę. <3 Sorki za długość, ale test z dziadów III.

Akatala cd. Pain

Ten paskudny wilk przypominał mi mój największy koszmar. Nie chciałam mu ufać, ale nie mogłam też zostawić basiora samego z tym stworzeniem. Rozejrzałam się po bagnie i kolejny raz spojrzałam na Paina.
— Nie za bardzo mam ochotę na piesze wycieczki. Skoro już o tym mowa to powinniśmy wracać do stada i...
— Boisz się? — szepnął basior. Gdyby nie jego głos, nie byłabym w stanie zauważyć, że jakkolwiek się poruszył. Delikatnie pokiwałam głową, na znak, że tak, ale starałam się wyglądać, jakbym odganiała muchę.
— To jak? Nie mam czasu na wasze durne gry — warknął stary samiec. Byłam w stu procentach pewna, że nie był żywy, a co dopiero miałby dobre intencje. Mimo wszystko widziałam, że na pysku Paina malowała się nadzieja. Znałam go zaledwie kilka godzin, ale postanowiłam pomóc. Dla dobra sprawy. I dla wadery, której poszukiwał.
— Idziemy — zakomunikowałam. — Ale jeśli zaczniesz robić jakieś sztuczki, szybko pożegnasz się z żywotem, bez względu na sens tych słów.
Starzec tylko się zaśmiał, a następnie odwrócił się w stronę gór, które było widać zza drzew i ruszył kulejąc. Pain szedł zaraz za nim, a ja postanowiłam, że bezpieczniej dla mnie będzie, jeśli zostanę na końcu. Czułam narastający głód i zdenerwowanie. Nie powinniśmy z nim iść, z pewnością nas okłamał. Nie mogłam jednak zrezygnować. Słowa zostały wypowiedziane i nikt ich nie mógł cofnąć.

~~~

Zastanawiałam się, czy już zapadał zmrok, czy po prostu na bagnach zawsze było ciemno. Co jakiś czas naszą drogę zagradzały płomyki o niebieskawej barwie, szepcząc niezrozumiałe dla nas słowa. Unosiły się lekko nad ziemią i migotały niczym gwiazdy. Przypomniały mi o życiu po śmierci. O dziwo takie istniało. Najpierw trafiłam do całkowitej pustki. Uczucie przytłoczenia to tylko garstka tego, co wtedy doświadczałam. Nie było nikogo ani niczego, tylko ja i światło. Zaczęłam zwiedzać swój mały, bezbarwny zakątek, aż w końcu dotarłam do bramy i... Ałć. Potrząsnęłam łbem i spojrzałam przed siebie, aby dowiedzieć się, dlaczego wilk przede mną stanął. Wychyliłam się zza Paina i zaczęłam szukać okropnego starca, ale ten zniknął.
— Co jest — rzuciłam beznamiętnie.
— Też chciałbym wiedzieć.
— Gdzie przewodnik?
— On... Nie ma go — powiedział powoli basior i w tym samym momencie jego oczy powędrowały nad moją głowę. Nim zdążyłam się obrócić, Pain skoczył na mnie i powalił na ziemię. Zaczęliśmy się turlać w stronę zbiornika wodnego. Uciekając od jednej zjawy, mieliśmy wpaść w łapy drugiej. Po moim trupie. Resztkami sił złapałam się korzenia jednego z drzew. Najpierw zatrzęsła się ziemia, a chwilę później spod naszych łap zaczęło wyrastać wielkie drzewo. Westchnęłam, gdy roślina przestała rosnąć i spojrzałam na swojego towarzysza. 
— Co teraz? Jak masz zamiar wrócić do domu? — powiedziałam nieco ostrzej, niż zamierzałam. 
— Mógłbym zadać ci to samo pytanie — odgryzł się. 
— Mogłeś się nie zgadzać.
— Nie mogłem, chciałem znaleźć tę waderę.
— To po co się rzucasz — tymi pięcioma słowami zakończyłam krótką wymianę zdać. — Więc... masz jakiś pomysł?

Pain? 
To nadal nie jest to, ale obiecuję, że nadejdzie dzień, w którym będziesz miał co czytać.

Od Ariny - QUEST: #7 (Event listopadowy)

Szczerze trzeba przyznać, że Arina miała już dosyć dzieciństwa.
Od dnia, w którym znalazła watahę, minął ponad rok. Wadera w niczym nie przypominała już tamtej puchatej, złotej kuleczki. Urosła, zmieniła się. Stała się piękną, smukłą waderą o zgrabnych kształtach. Jej futro nie było już tak puchate i długie jak kiedyś. Ponadto przybrało nieco ciemniejszą, zgaszoną barwę, choć Arina zauważyła już, że podczas zimy znów staje się niemal białe.
Tak naprawdę wadera nie czuła się już szczeniakiem - jasne, lubiła się z kimś zabawić, jednak i tak nie za bardzo miała z kim. Była najstarszym ze szczeniąt. Zresztą mogła być już nawet dorosła - nikt nie znał daty jej narodzin. Gdy przybyła do watahy ktoś obejrzał ją i rzucił: osiem miesięcy.
I tak już zostało.
Włóczyła się teraz, zataczając duże koła. Na przemian spacerowała i truchtała, odwiedzając swoje ulubione miejsca. Co jakiś czas napotykała inne wilki, rzucała uprzejme "dzień dobry" i biegła dalej. Przynajmniej jedno się zmieniło; wreszcie mogła w pojedynkę poruszać się po watasze. No, ale tylko po niej.
Tak rozmyślając, Arina wkroczyła do niewielkiego, brzozowego lasku. Uwielbiała go. Nie tyleż z powodu samych drzew, choć one też były niczego sobie. To, co najbardziej ją przyciągało, to miękki, wrzosowy dywan. Co prawda, wrzosy rozkwitną dopiero za jakiś czas, lecz i tak było pięknie.
Arina wzięła głęboki oddech i niemal zachłysnęła się powietrzem. Kilka metrów przed nią ktoś siedział. Przypominał wilka, jednak wadera dobrze wiedziała, że nim nie jest. Postać była czarniejsza od nocy, a jej futro stapiało się z otoczeniem, dosłownie. Wyglądała jak...
Cień.
No tak, ktoś opowiadał jej o jakichś meteorytach, o duchach, które pojawiły się na ziemi. Musiała przyznać, że jakoś nieszczególnie wtedy uważała. Ale była po treningu z Alpinem, na którym w kółko musiała próbować podnosić kamienie. Oczywiście nie fizycznie, lecz magią. W końcu "piasek to rozdrobnione skały i nie powinnaś mieć z tym żadnych problemów" jak to mawiał jej mentor.
A teraz stała naprzeciwko ducha. Nie wiedziała, jak ma się zachować; uciekać, walczyć, podejść? Postanowiła po prostu się wycofać. Powoli, łapa za łapą do tyłu. Lecz zjawa już ją zauważyła. Falujący cień spojrzał wprost na nią. Arina westchnęła - za późno by odejść. Zresztą duch wcale nie wyglądał na złego. Był raczej smutny i zagubiony, było to czuć z daleka.
- Witaj... - zaczęła wadera, robiąc krok do przodu - Ym... Jestem Arina... A więc, duchu...
- Nazywam się Gwendolin De La Irian - poprawiła ją zjawa. Jej głos był zaskakująco dziecinny. Dopiero teraz Arina zauważyła, że stoi przed nią szczeniak, być może niewiele starszy od niej.
- No dobrze, Gwendolin, czy coś się stało..? - spytała Arina, czując się już kompletnie głupio. Jasne, że się stało! Ona była duchem!
Gwendolin spojrzała na nią swoimi wielkimi oczami. Tylko one nie były czarne, miały barwę zgaszonego różu.
- Nie wiem - rzekła w końcu cicho - nie pamiętam.
Arina nie wiedziała co powiedzieć.
- Masz jakąś rodzinę? Mamę, tatę, rodzeństwo? - spytała delikatnie.
- Siostrę, Lir... - odparła z początku pewnie Gwendolin, lecz zaraz umilkła.
Arina zaczęła intensywnie myśleć. Chciała jej pomóc. Próbowała skojarzyć ducha z kimkolwiek z watahy, lecz nagle dotarło do niej, iż Gwendolin mogła pochodzić z każdego zakątka ziemi. Chciało jej się płakać, nie mogła patrzeć na nadzieję w oczach młodej wadery. Wtedy ją oświeciło. De La Irian! Pearl miała tak na imię! Tylko że duch powiedział Lir... Zaraz, jej matka! Matka Pearl, Liria! Wszystko się zgadzało.
- Posłuchaj Gwendolin. Wiem jak ci pomóc, ale musisz tu poczekać. Proszę, obiecaj mi, że nie znikniesz - poprosiła Arina. Serce zaczęło bić jej mocniej. Zjawa nie odpowiedziała. Trudno, najwyżej przebiegnie się na marne.
Złota wadera zaczęła pędzić w stronę serca watahy. Wiedziała, gdzie mieszka Liria, ba, każdy o tym wiedział. Tak wystrojonej jaskini nie miał nawet sam alfa.
Dotarła na miejsce po kilku minutach. Dawno nie biegła tak szybko, ale nie było czasu na odpoczynek. Wparowała do środka, mając nadzieję, że Liria jest w domu. Była. I patrzyła teraz na nią wielkimi ze zdziwienia oczami.
- Co ty tu robisz? Kto pozwolił ci wejść? - zagrzmiała oburzona lokatorka. Obrzuciła zdyszanego szczeniaka władczym spojrzeniem. Arina przewróciła oczami.
- Lirio, musisz ze mną biec- rzekła z naciskiem na ostatnie słowo.
- Nic nie muszę, a teraz wyjdź z mojego domu! - warknęła Liria.
Arina podeszła bliżej i spojrzała jej prosto w oczy.
- Spotkałam twoją siostrę. Spotkałam Gwendolin, ona...
- Prowadź -przerwała jej lodowatym tonem Liria.
Wilki bez słowa wybiegły na zewnątrz. Szczeniak na przedzie, starsza wadera tuż za nią. Arinę zdziwiło to, jak Liria łatwo dotrzymuje jej kroku. Nie sądziła, by ta majestatyczna wadera przywykła gdziekolwiek się spieszyć. Widocznie wieść o siostrze dodała jej skrzydeł.
Wparowały między brzozy, depcząc niewinne wrzosy. Arina zaczęła gorączkowo rozglądać się za cieniem, lecz ku jej przerażeniu nikogo nie znalazła. I znów zachciało jej się płakać.
- Przysięgam ci, że ona tu była... - powiedziała, nie patrząc w stronę damy. Nagle usłyszała cichy szum, powietrze wypełniła ta sama, mroczna aura. Tym razem była jednak inna. Pojawiła się w niej nadzieja.
- Gwen... - szepnęła Liria. Arina szybko się odwróciła i wydała z siebie jęk ulgi. Duch stał naprzeciw starszej wadery. Stykały się niemal nosami, cienista sierść zjawy muskała bok jej siostry. Przez chwilę wilki nic nie mówiły. W końcu Liria przyciągnęła Gwendolin do siebie, pozwalając wtulić jej się w swoje czekoladowe futro.
- Tak strasznie za tobą tęskniłam... - szepnęła, ściskając siostrę. A Gwendolin zaczęła płakać.
- Liria, ja nie wiem, co się stało, dlaczego odeszłam... - wychlipała młodziutka wadera. Liria odsunęła się, po czym spojrzała jej prosto w oczy.
- Gwen, ja wiem. Wiem, że byłaś bardzo dzielna, że poległaś walcząc. Zdajesz sobie sprawę, że kogoś uratowałaś? - rzekła delikatnie - Nie znam może szczegółów, ale to wystarczy mi, by powiedzieć, iż poległaś z honorem, jak na królewską córkę przystało. Jestem z ciebie dumna, rodzice na pewno także. I nadal cię kochamy. Na zawsze...
Arina przypatrywała się tej scenie ze łzami w oczach. W sumie może powinna je zostawić na osobności..? Lecz nagle z Gwen zaczęło się coś dziać. Cienie otaczające waderę zniknęły, jej futro nie było już tak nienaturalnie czarne, gdzieniegdzie pojawiła się delikatna biel. Największa zmiana zaszła w jej oczach - przybrały kolor intensywnego, nasyconego różu. Nie były już zgaszone, lecz pełne życia. Liria uśmiechnęła się, po czym trąciła siostrę nosem.
- Gwen, nie zostawaj tu, jeśli nie musisz - powiedziała. - Idź tam, skąd przyszłaś. Kiedyś do ciebie dołączę, mama także. I nie myśl, że to coś złego. Tak musi być. A kiedy znów się spotkamy, opowiem ci wszystko; o życiu w watasze, o mojej córeczce...
- Obiecujesz? - zapytała nieśmiało pogodzona już z losem wadera.
- Obiecuję.
Gwen jeszcze raz przytuliła się do starszej siostry, wdychając jej zapach. W końcu odeszła, rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając za sobą tylko poczucie miłości.
- Dziękuję - powiedziała Liria, robiąc krok w przód. Arina z szacunkiem schyliła głowę. Patrzyła za odchodzącą damą jeszcze chwilę, nim ta nie zniknęła wśród drzew. W końcu westchnęła i truchtem ruszyła w dalszą drogę. Miała jeszcze trochę czasu nim zapadnie zmrok, a chciała pobyć sama. I tym razem bez żadnych duchów - pomyślała, uśmiechając się pod nosem.

17 listopada 2018

Faza II

FAZĘ II czas rozpocząć!

Faza druga polega na wykonywaniu questów, za które zdobywać będziemy punkty, a te z kolei będziemy mogli wymienić na nagrody.



Lista nagród pojawi się niebawem, a tymczasem zapraszamy do zabawy!


Nieogarnięty Harbinger, który musiał jakoś podołać temu zadaniu.

Nowe dusze

Pojawia się nowy rodzaj dusz! Są to...

ZAGUBIENI


14 listopada 2018

Od Ingreed cd. Harbingera [#7]

– Nienawidzę cię, Harbingerze – syczę i te słowa o dziwo bolą mnie tak samo jak jego.
– Powtarzasz się, Ingreed – odwarkuje. Czuję, a wręcz wiem, że żadne z nas nie mówi całkowitej prawdy; gdzieś z tyłu tli mi się przecież myśl, że nawet, gdybym teraz żyła naprawdę, to i tak byłoby to gorsze niż śmierć bez niego.
Mimo tego odwracam się i wychodzę, a moje kroki odbijają się echem przy cichym przyzwoleniu reszty zgromadzonych. Ich wzrok wypala dziurę w moim karku. Kiedy stawiam kolejne kroki, kołyszę się na boki i czuję rosnącą w gardle gulę. Przechodzę przez drzwi i brnę dalej, do przodu. Kręci mi się w głowie, zaczynam widzieć podwójnie, a kiedy wychodzę na zewnątrz, słyszę idącego za mną wilka. Chcę się odwrócić, żeby się upewnić, że to on, jednak nie mam już czasu. Opieram się o chłodną korę drzewa, aby nie stracić równowagi, a potem czuję, jak uginają się pode mną łapy i osuwam się w dół; powieki opadają ciężko i jedynym dźwiękiem, jaki słyszę, jest mój nierówny oddech. Świat powoli ciemnieje, zachodzi szarością, a kształty zanikają i wyginają się pod wszelkimi kątami. Coś jeszcze mruczę pod nosem, jakieś nieskładne słowa, aż w końcu opieram pysk na chłodnej ziemi i odpływam w czerń, która zalewa mnie i topi swoim.

***

Budzę się z poczuciem wyjątkowej lekkości, jakbym mogła wzbić się w powietrze jedynie lekko podskakując. Wszystko zdaje się lekkie i nierealne, trochę tak, jakby świat wokół był odbiciem w bańce mydlanej. Biorę kilka wdechów i mrużę oczy, aby uchronić się od natrętnych promieni światła. Na początku nie rozpoznaję otoczenia, ale po chwili całkowitej dezorientacji rozumiem, co się dzieje, co napełnia mnie dziwnym poczuciem bezpieczeństwa. Jest przy mnie.
– Zemdlałaś.
Podnoszę wzrok: siedzi wyprostowany, lecz wygląda, jakby miał ochotę się skulić. Patrzy gdzieś przed siebie, walcząc ze sobą, by nie spojrzeć w moją stronę.
Uśmiecham się na ten widok, ale tak, by tego nie zarejestrował.
– Wiem.
– Jak się teraz czujesz? – pyta i mimo chęci rozpoczęcia kolejnej ostrej wymiany zdań jedynie wzruszam obojętnie ramionami.
– Trochę tak, jakbym była martwa.
Uśmiecha się ironicznie i wreszcie na mnie spogląda, a ja dostrzegam w jego oczach pewne zachwianie – troskę, może strach, może jakiś niewytłumaczalny ból, ale też ulgę. Schyla się do mnie, a ja prostuję szyję i lgnę do niego jak szczeniak, bo jestem do tego przyzwyczajona. Przyciska czoło do mojego czoła i zaciska oczy, pozwalając mi wpatrywać się w niego z tak bliskiej odległości. Nasze oddechy zamieniają się w parę i jeszcze przez chwilę słychać tylko je.
– Kiedy zemdlałaś, byłaś prawie przeźroczysta – mówi i choć stara się opanować, to słyszę drżenie jego głosu. Jego słowa topią moje serce. – Boże, Ingreed, bałem się, że znikniesz.
– Nie zniknęłam – szepczę i również zamykam oczy; słońce jest coraz niżej, zachodzi, tworząc tę niepowtarzalną atmosferę. – Jestem tu.
– Ale znikniesz – szepcze nerwowo. Widzę, że coś się dzieje, Harbinger nie panuje nad sobą tak, jak zawsze.
Stwierdzam, że kłótnie zdecydowanie mogą poczekać. Unoszę podbródek do góry, tak, by mógł zanurzyć pysk w zagłębienie mojej szyi, a potem nucę jakąś losową, cichą i spokojną melodię, która – moim zdaniem – mogłaby go choć trochę uspokoić. Dziwię się, że to ja stałam się nagle tą racjonalną.
Po chwili milknę; oboje jesteśmy uspokojeni i bardziej rozluźnieni, więc z zamyśleniem przygryzam jego kolczyk. Czuję na języku metalowy, zimny posmak.
– Kiedyś zniknę – mówię, potwierdzając jego wcześniejsze słowa, i dzięki temu choć trochę staram się oswoić z tą myślę, że niedługo umrę po raz drugi.


Harbingerze?

13 listopada 2018

Harbinger cd. Ingrred [#6]

– Wydrapię ci kiedyś oczy – warknąłem. – Nie poznaję cię In. Jesteś mocna w pysku, ale nie potrafisz się otworzyć na rodzinę. Pamiętam, jak chciałem ich wszystkich podusić, a ty wtedy broniłaś te szkarady własnym ciałem. Teraz? Nawet nie możesz patrzeć na własną córkę. Obwiniasz mnie za decyzję, którą podjęliśmy wspólnie.
– Gdyby nie one, żyłabym do tej pory, szczęśliwie i na wieczność razem z tobą! - krzyknęła, a łzy kolejny raz zaczęły płynąć po jej pysku. – Nienawidzę ich całym sercem, mam ochotę... – Nie pozwoliłem jej dokończyć. W mgnieniu oka pojawiłem się przy niej. Pchnąłem ją na najbliższe drzewo i przydusiłem krtań. Stykaliśmy się nosami. Czułem się żywy jak nigdy. Kolejny raz w obliczu wyzwania. Rozsądek walczył z miłością. Nigdy nie sądziłem, że stanę po stronie szczeniąt. Opiekowałem się nimi od zawsze ze względu na więzy krwi i poczucie winy. To Ingreed je kochała, robiłem to dla niej. Od niechcenia spojrzałem w jej oczy, które były zakryte mgłą.
– Ja już nie chcę walczyć Ingreed. Skoro nie chcesz mnie, a nawet ich, to czego tu szukasz?
– N-Nie wiem – wydukała.
– Jesteś okropna.
Poluzowałem jej uchwyt, a ta lekko osunęła się na ziemię.
– Ciebie również nie znałam z tej strony, od kiedy tak traktujesz wadery?
– Jak? - zapytałem retorycznie.
– Jak rzeczy.
– Odkąd stały się nie do zniesienia.
Miałem jeszcze coś dopowiedzieć, ale wtedy zauważyłem kątem oka dwie postacie. Były to Revenge oraz Akatala. Miały niewyraźne wyrazy pyska, z pewnością stały tam dłużej, niż powinny. Rev doskonale czytała w myślach, po chwili obie pojawiły się przy nas. Robiły wszystko razem, odkąd ponownie się spotkały. Mimo specyfiki Akatali były do siebie podobne, niemal dwie krople wody. In była zdezorientowana, nie dała po sobie tego poznać, utrzymując obojętny wyraz pyska, ale w jej środku zrodziło się ziarnko niepewności.
Kim one są?
Moimi córkami Ingreed.
Popatrzyłem na nią, minęło sporo czasu, ale te słowa sprawiły mi ból. Zdradziłem ją.
– Airov mówi, że tego wieczoru odbędzie się uroczysta kolacja z okazji tego, co się stało...
– Dziękuję za informację. G, Rev – lekko się skłoniłem, żegnając się z nimi. Widziałem, jak bardzo chciały zostać i dowiedzieć się czegoś więcej o Ingreed, ale jeszcze kiedyś przyjdzie na to czas. Odprowadziliśmy je spojrzeniem.
– Zaprosisz mnie Harbi?
– Nigdzie nie idę, na pewno nie z tobą.

***

Nigdy nie sądziłem, że mając dwadzieścia pięć lat będę zachowywać się, jak szczeniak. Nigdzie nie idę, na pewno nie z tobą. Mam ochotę sam sobie przyłożyć. Zakląłem pod nosem. Po tym, co jej powiedziałem, zwyczajnie sobie poszła. Oboje byliśmy zbyt dumni, po tylu latach nie potrafiliśmy ze sobą normalnie rozmawiać. Co ja miałem w głowie? Nim się obejrzałem, nastał wieczór. Starałem się trzymać nerwy na wodzy, gdy powolnym krokiem szedłem w stronę jaskini Alf. Była tam, oczywiście. Lekko zagubiona, stała wraz z innymi, zmarłymi członkami watahy. Miała na sobie diadem, bo dlaczego nie. Wyglądała, niewinnie, niczym owca, która zgubiła się w stadzie paskudnych, mięsożernych wilków, mimo że była jednym z nich. O dziwo rozpoznałem przy niej wilczycę o złotym futrze. Taravia nic się nie zmieniła, jako martwa wyglądała nawet lepiej, niż za życia. Przez chwilę biłem się z myślami, ale w końcu zmusiłem swoje nogi do marszu w ich stronę.  Ciekawskie spojrzenia innych miażdżyły mnie od środka. Kto śmie podejść do martwej Alfy? Oczywiście, że ja.
– Witaj Taravio - pokłoniłem się przed waderą, a ta po prostu mnie przytuliła. Miło.
– Harbingerze, nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłam, za kimś żywym, bliskim.
– Z pewnością bardziej, niż twoja córka – uśmiechnąłem się pod nosem. Tav spojrzała ukradkiem na Ingreed, która stała tuż za nią z uniesioną głową. Musiała na kogoś czekać. Starsza wadera, jakby czytała mi w myślach. Zapytała swoją córkę dokładnie o to samo. Odpowiedź była typowa. Na kogoś.
– A ty Harbingerze? Zechcesz mi dziś towarzyszyć, czy jesteś już z kimś umówiony?
Czekam na Nathing.
– Możemy iść. Do zobaczenia później Ingreed – zwróciłem się do s w o j e j żony.
Taravia wkroczyła do jaskini pewnie, na jej pysku gościł uśmiech, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. W samym środku jamy leżał wielki kotowaty, nie byłem w stanie określić, czym dokładniej był. Tavi ze względu na swoją pozycję usiadła obok Airov'a. Dalej była rodzina Alf, Ingreed, która o dziwo była sama i na moje nieszczęście musiałem siedzieć naprzeciw niej, Nathing i w końcu pozostałe wilki. Zacząłem posyłać jej zabójcze spojrzenia od razu, jak tylko się pojawiła. Niemiłe komentarze w swoim kierunku zostały zignorowane przez resztę społeczeństwa. Nikt również nie zwracał uwagi na niegrzeczne zachowanie. Dopiero walka o kawałek mięsa dała się innym we znaki.
– Ingreed przestań – warknąłem. Kolejny raz musiałem na nią warczeć.
– To ty przestań – odbiła pałeczkę.
– Robisz sceny.
– Jakby cię to obchodziło. Odkąd się tu pojawiłam, patrzysz tylko na mnie. Wiem to. Nie myślisz już o niczym innym, a ja... – przerwała.
– A ty robisz dokładnie to samo.


Ingreed?
 Liczę na dużą kłótnię z pikantnymi szczegółami. :D

Nester cd. Akatala

Gdy pożegnałem się z waderą, jeszcze długo śledziłem ją wzrokiem. I nie tylko wzrokiem. Kiedy oddaliła się na tyle, by nie móc mnie już usłyszeć, zdecydowałem się zbadać watahę, do której należy. Podreptałem chyżo po linii nikłego zapachu, który za sobą zostawiła. W pewnym momencie woń urwała się, a ja wszedłem z gęstwiny prosto w płytkie bagno. Okrążyłem je po cichu, widząc, że na samym środku bawi się kilka wilków, otaczających duże, upolowane chwilę wcześniej zwierze.
W końcu natrafiłem na duże zbiorowisko na polanie, wsłuchałem się w rozmowy i dostałem to, czego potrzebowałem. Airov. Alfa, Airov. Zapamiętałem. Zapamiętałem i wycofałem się z powrotem między gęste, ciemne drzewa.
Nie wiedziałem gdzie go szukać, ale podświadomie nie chciałem pytać o niego żadnego z widzianych w oddali wilków. Powietrze stało, gęste od niedawnej tragedii. Atmosfera gęstniała z każdą godziną, przybliżającą noc. Razem z zachodem słońca zaczynano przypominać sobie wszystkie krzywdy i zdarzenia, o których nie myślano w ciągu dnia przez natłok zajęć. Zamierzałem udać się wprost do przywódcy.
Gdy mrok zapadł już całkowicie, długo włóczyłem się między śpiącymi wilkami. Udało mi się podsłuchać jeszcze kilka rozmów, dzięki którym wiedziałem już, gdzie mam się udać. Szczerze dziwiłem się, że jeszcze nikt mnie nie wykrył i nie zabił. Widocznie ta wataha już od długiego czasu nie miała chwili odpoczynku. Może, spodziewając się kolejnych nieszczęść, korzystają z każdej minuty snu…
Dotarłem do miejsca, w którym podobno miał być „Airov”. Nie spał, ale też nie patrzył na mnie.
- Dlaczego się tutaj włóczysz? – zapytał cicho – Czego chcesz?
- Wolałem nie konfrontować się z całym twoim stadem na otwartym terenie. Z tego co zdążyłem zobaczyć, to dość zgrana wataha, więc nie zdziwiłbym się gdybym wtedy nie dożył tej rozmowy.
Rozmawialiśmy. Opowiedziałem młodemu basiorowi o tym jak do niego trafiłem. Napomknąłem też o pomocy udzielonej napotkanej waderze.
Wilk nie był w nastroju do przepychanek i choć patrzył na mnie w lekka krzywo, zgodził się bym został. Odszedłem od niego z lekkim uśmiechem, którego nikt nie mógłby dostrzec w ciemności. Odszedłem jak najszybciej, by znów pogrążyć się w nużącej samotności.
Po moim grzbiecie przebiegł ostry dreszcz, wywołany zimnym, nocnym wiatrem. Nawet kiedy we dnie bywało już bardzo ciepło, nocami potrafił panować przejmujący chłód. Rozejrzałem się. Tej nocy nie było widać gwiazd. Niebo zaszło całkowicie chmurami, co zapowiadało deszczowy dzień. Wzdrygnąłem się i głęboko wciągnąłem powietrze. Burza. Truchtem przebiegłem przez jakąś ścieżkę, gubiąc zupełnie delikatne światło księżyca, przebijające się przez okrywę chmur. Dotarłem nad wodopój – strumień wpadający do głębokiej na kilka metrów naturalnej studni.
Nachyliwszy się nad ciemną tonią, przymknąłem oczy i zacząłem powoli upijać kojące łyki wody. Nagle poczułem, że woda lekko się poruszyła. Otworzyłem oczy, nadal trzymając łeb tuż nad powierzchnią. Patrzyłem, jak coś dużego przetacza się w mrocznej otchłani, powoli zbliża się do mnie. Przez cały ten czas nie udało mi się zidentyfikować kształtu. Trwałem w bezruchu, ale nie wiem czy dlatego, że tak bardzo fascynowało mnie to, co obserwowałem, czy dlatego, że byłem tak bardzo przerażony.
- Uciekaj.
Oderwałem wzrok od wijącego się pode mną kształtu i spojrzałem przed siebie, skąd dochodził głos. Z początku nic nie zobaczyłem, po chwili jednak z cienia wyłoniła się niewyraźna sylwetka drobnej wilczycy. Była wyraźnie smutna. Patrzyła mętnie na wodę.
- Uciekaj. Zabije cię.
Rzuciłem ostatnie spojrzenie na studnię. Nie zdążyłem jednak się oddalić, nim obślizgłe pazury wbiły mi się w łapę. Nie wydałem z siebie nawet głośniejszego tchnienia. Wyrwałem się i odskoczyłem dość daleko, by móc jeszcze przez chwilę się przyglądać.
Ze studni zaczęła wyłazić z początku bezkształtna kreatura. Obwieszone glonami i cieknące mułem ciało szybko przybrało jednak postawę wynaturzonego wilka. Wilka, który zaczął biec w moją stronę wydając chrapliwe, oślizgłe warknięcia.
Odwróciłem się od niego i pobiegłem przed siebie. Trafiłem na przekroczoną wcześniej ścieżkę. Za sobą dalej słyszałem obleśne pomruki lecz miałem chwilę na przetrawienie sytuacji. Co to było? I kim była ta wadera?
Nie miałem aż tyle czasu, by to dokładnie przemyśleć. Przede mną stanęła Akatala, wyraźnie zdziwiona tym, że mnie widzi.
- Co tutaj robisz? – zapytała podejrzliwie.
- Tak się składa, że przyłączyłem się do twojej watahy. Cieszysz się? Z pewnością. Niestety, mimo moich najlepszych intencji, już zostałem tutaj przez coś zaatakowany. – przerwałem, by złapać oddech – Nie chciałbym wyjść na prześladowcę, ale czy mogłabyś mi powiedzieć, gdzie teraz idziesz?
Wilczyca minęła mnie i ruszyła wzdłuż ścieżki, w stronę, z której właśnie przybiegłem.
- Idę do wodopoju. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś cię zobaczę.
Nie wydawała się z tego faktu szczególnie zadowolona. Szła dalej przed siebie.
- Nalegam więc, żebyś się zatrzymała. Bo widzisz, właśnie tam coś jest. I to COŚ chyba nie jest zbyt przyjazne. I być może, i to nie jest nic pewnego – zawahałem się. Wolałbym uniknąć takich skutków gdy właśnie znalazłem dom – przyprowadziłem je tutaj za sobą. Może być w tej chwili nawet za tobą.
Akatala zatrzymała się, odwróciła do mnie i wlepiła wzrok w coś za mną. Co za ironia.
- Jest za mną… - westchnąłem.
Wadera skinęła głową.
- Topielec… - syknęła.
Spojrzałem za siebie. Kilka metrów ode mnie stała ociekająca wodą, śmierdząca i wydająca z siebie charczące pomruki postać.
- Topielec…? – zapytałem, przybliżając się do Akatali. Wcześniej tylko słyszałem plotki o tych zjawach, zbyt cielesnych i rzeczywistych jak na duchy – Czy nie powinien więc zostać przy wodopoju?
- Poszedł za tobą – mówiąc to, cofała się po kroku – Widocznie dałeś mu wielkie nadzieje na zabawę.
Dlaczego ja, głupi, nigdy nie potrafię uciec w odpowiednim momencie?

Akatalo? To tak, co by skorzystać z listopada… 

Większość obrazków i zdjęć umieszczonych na blogu nie jest naszego autorstwa.

Proszę o nie kopiowanie treści z bloga w celach własnych bez wiedzy administratorki.

Szablon wykonała Fragonia dla bloga
Sisters of The Template